Tag Archives: las

Prezentowo

Dzień chmurny, burzowy, ciemny i zimny. Wczoraj zmokłam niemal do suchej nitki, bo spacer z Herą zakończony został gwałtowną ulewą. Kiedy doszłam do drzwi klatki schodowej już przestawało padać… złośliwość…? Suszyłam się i rozgrzewałam dość długo i nie zdążyłam pójść do urzędu pocztowego sprawdzić, czy coś nie czeka tam na mnie. Poszłam dopiero dziś, choć po nawałnicy, jaka przeszła nad moim miejscem pracy, obawiałam się, że znów nici z planowanej „wycieczki”. A tu się rozpogodziło, zrobiło duszno i parno…

Na poczcie odebrałam jedną z oczekiwanych przesyłek, która czekała tam na mnie już cały tydzień. Cóż, nadawca nie podesłał mi numeru nadania, a że zażyczyłam sobie odbiór w punkcie, to mam.

Kiedy przyszłam do domu, zabrałam Herę do lasu, żeby zdążyć przed kolejną burzą o ile taka miała nastąpić. W lesie zrobiły się istne mokradła po ulewie… Buty na szczęście mam wodoszczelne, bo wodę i wpuszczą, i wypuszczą, więc po kilku krokach już miałam mokro. W skarpetkach. Wilczessa wybiegała się ze swoim kolegą Elmo i utytłała lekko w błocie. Lekko, bo ona, jak na Wilczessę przystało, nie babra się w błocie i kałużach. Takie zabawy jej nie interesują…

Wróciłyśmy mokre z tej wyprawy… nawet za dobrze nie zdążyłam się ogarnąć po powrocie, a tu słyszę stukanie do drzwi… a za progiem sąsiadka z pakunkiem – drugą paczuszką, której wyglądałam. No, prezentów cała masa!

Już piszę, co było w owych paczuszkach…

Pierwsza zawierała… wrzeciono. Nie takie pierwsze z brzegu, ale smocze wrzeciono! Zostało one stworzone przez Eponę. Wiem, miejsca w mieszkaniu niewiele, a ja zabrałam się za kolekcjonowanie… jedyne, co mogę napisać na swoje usprawiedliwienie to to, że jest to kolekcjonerstwo użytkowe. Każde z wrzecion jest w jakiś sposób zagospodarowane zgodnie z przeznaczeniem. A wygląda tak oto:

smok07

Druga paczuszka zawierała… pałki bambusowe do masażu! Naczekałam się na nie okrutnie, ale i radość tym większa. Wędrowały z Warszawy z Akademii SPA, gdzie ostatnio pobierałam nauki masażu właśnie za ich pomocą. Zatem od dziś mogę oficjalnie poszerzyć swoją ofertę masażową o Masaż Bambusowymi Pałeczkami i Miotełkami. Komu, komu, bo idę do domu?!

008

Tak więc dzień w porównaniu z wczorajszym, który był zły, tragiczny i dołujący ze względu na sytuacje dziwne i niekomfortowe w pracy oraz niesprzyjające okoliczności aury miejscowej, jest niesamowicie pozytywny i radosny.

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, masaż, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, smoki

Pierwszy tydzień nowego roku…

Cóż… Niedawno jeszcze szykowałam się do Świąt, potem do Sylwestra, a tu już mamy dziewiąty dzień nowego roku. Jeszcze chwila i będę umierać z nerwów na egzaminie pisemnym, który ma mi dać uprawnienia do wykonywania zawodu. Boję się go okrutnie… no bo jak nie zdam, to na kolejny rok utknę w pracy, która mi nie pasuje pod wieloma względami i w której zaczynam się męczyć. Nie mam więc opcji innej, niż zdać. Jeśli pytania będą normalne, to choćby i na trói, ale dam radę. Jeżeli jednak będą podchwytliwe lub z działów, których nie było na zajęciach, to polegnę… Zostały jeszcze trzy dni… potem się zobaczy.

Z dobrych wieści: moje oko uczy się współpracować z nową, sztuczną soczewką. Na razie jest to widzenie mocno podwójne, bo przez ponad miesiąc widziałam świat w 2D, a teraz trzeba znów patrzeć w 3D. I wcale nie jest to proste. Dziś już jest o wiele lepiej, bo mogę patrzeć na klawiaturę i widzieć wyraźnie litery, w które uderzają moje palce. Gorzej z czytaniem z ekranu. Zatem jeśli pojawią się jakieś literówki, czy błędy, przepraszam z góry. Po prostu ich nie dostrzegę… Idąc czuję się, jakbym dużo i ostro popiła. Każde obrócenie głowy, mrugnięcie oczami, czy przesunięcie oczami po okolicy, skutkuje rozdwojeniem obrazu. Po chwili skupienia na jednym obiekcie, widzenie się normuje, ale… wystarczy lekki ruch gałkami ocznymi i już wszystko zaczyna się od nowa… jednak jest już lepiej, niż było w czwartek, kiedy to o raz pierwszy mogłam spojrzeć na świat oboma oczyma.

Na dworze mocno ujemne temperatury. Owszem, jest dobrze, nie narzekam. Wymrozić cholerstwo wszelakie musi. Nie ma innej opcji. Najwięcej na minusie odnotowałam -17*C . Dziś rano. Mój organizm też to odnotował. Ledwo dotarłam do pracy, bo szłam piechotą (biletu autobusowego nie miałam) i pod koniec trasy już zamarzałam. Teraz jest już o wiele cieplej, bo jedynie -9*C. Jest mróz, jest śnieg – czyli zima pełną gębą. W końcu.

A tak zima wygląda w „naszym” lesie:

zima-2017-01zima-2017-02zima-2017-03zima-2017-04

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Miało być tak ładnie, a wyszło, jak zawsze

Bo dzień zapowiadał się naprawdę miło. Słońce nie prażyło nazbyt mocno, chłód nocy nadal pozostawał w murach, a w lesie było jeszcze przyjemniej, bo dochodził do tego leciutki, chłodny wiaterek, delikatnie szemrzący zielonymi liśćmi drzew. I wszystko było takie piękne, dopóki nie zjawili się Oni. Pies i jego Człowiek. Pies wielkości zasuszonego kucyka (hart polski), mający komendy w głębokim poważaniu, agresywny tylko do psów. Suki gwałci. Ale dla jego Ludzi on się bawi. Puściłam zatem naszą psiejdę ze smyczy, bo tak ma większą szansę na uniknięcie gwałtu, niż jakby stała na smyczy przy mnie. No i trochę się w chłodzie wybiega, bo po południu, to i patyk nie wygląda za bardzo ciekawie i intrygująco. Umykała zgrabnie napalonemu amantowi do czasu… Naparł na nią z boku. Nie wyrobiła na zakręcie i nim zdążyłam zareagować, już miałam dwa psy wbite w moje nogi. Jedna jeszcze nie doszła do ładu po przestawianiu kanapy, a druga już nie chciała działać. Człowiek odwołał Psa i sobie poszedł. Co się będzie przejmował kimś, kto ledwo stoi, bo Pies przecież musi się wybiegać, wyszaleć i pospacerować bez smyczy. Usiadłam, bo stać nie szło. Piesa położyła się obok. I tak sobie leżo-siedziałyśmy. Z daleka Człowiek tylko zakrzyknął: „Skręcona?”, „Nie, złamana w trzech miejscach” chciałam odkrzyknąć, ale pokręciłam tylko głową. Kiedy ból największy zelżał, poszłyśmy dalej. Teraz siedzę i czuję, że jednak noga mi spuchła, a staw skokowy jest jakby mniej ruchliwy. Cóż, maść w dłoń i będziemy rozwiązywać problem.

Z rana pojechałam jeszcze na działkę. Rowerem. Podlałam ominięte wczoraj z braku czasu grządki, znalazłam przeoczonego wczoraj pomidora i go od razu zjadłam. Nie byłam w stanie się oprzeć zapachowi. A pomidor? Niebo w gębie! Z tym właśnie smakiem tęskniłam przez cały rok, mając jego namiastkę tylko w postaci przecieru pomidorowego, stojącego w karnych rzędach i szeregach w piwnicznej szafie. Mam nadzieję, że jutro też mi się uda podjechać i trochę popracować nad odchwaszczeniem.

Z cukinii, kalarepy, rzodkwi letniej, kalafiora i brokuła zrobiłam potrawkę na bulionie. Pycha! Nie ma to jak własne, zdrowe warzywa, ugotowane w wolnowarze. Na lekko chrupko. Cały gar, który mieści 6,5 litra. Prawie z górką. Będzie na parę dni. A taka potrawkowa zupa, to najlepsza rzecz, jaka daje się zjeść w takie upały. Nią też się mogę podzielić 😉

Aha! Jakby ktoś potrzebował sałaty (masłowej, rzymskiej), to mogę odstąpić, bo narosło nam ich znów mnóstwo. Zapraszam zatem do umawiania się po odbiór.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, pieseł, rolniczo, zaokienne życie

Wiosna w lutym

O temperaturze na tzw. „minusie” na razie można zapomnieć. O śniegu – tym bardziej. Na razie mamy słońce, trochę chmur i iście wiosenne ciepełko. Od niedzieli ma być mniej przyjemnie, bo zaczną się deszcze.

Skoro aura robi sobie takie „anomalie”, a kolano nadal nie domaga, postanowiłam to wykorzystać. Wyciągnęłam z piwnicy rower, Herę ubrałam w szelki (a raczej uprząż) i hajda w las! Z tego wynikł dwojaki pożytek, bo nogi się nie męczą, jak podczas marszu, czy biegu, a psisko się wylata, a i jeszcze rower od czasu do czasu pociągnie, więc dla mnie to już w ogóle frajda. Oczywiście nie biję Hery batem, nie zmuszam do wyścigów i pracy ponad siły: pod górkę pedałuję; jak widzę, że na chwilę obecną ma dość, to też jej pomogę i nieco odciążę. Bardziej traktuję to jako zabawę, a nie faktyczne przygotowanie do zawodów psich zaprzęgów. Na drobnicę ptasio- gryzoniową już mało co reaguje, na szczęście, więc jazda rowerem nie prowadzi do gwałtownych skrętów na boki. Przy tym rower też nie bardzo dobrze znosi takie psie wyprawy. Wczoraj stracił jeden z hamulców. Dobrze, że mam jeszcze ten drugi z tyłu, bo serwis rowerowy czynny jest co drugi dzień, więc będę musiała poczekać do piątku albo i dłużej (kwestia finansowa), by tą usterkę naprawić. Póki jeszcze działa drugi hamulec, można jeździć. Wolniej, bez wariactw i szaleństw.

Niestety, filmów i zdjęć na chwilę obecną nie będzie, bo aparatu, telefonu, czy kamery ze sobą nie zabieram.

A po lesie fruwa, skacze i biega cała masa żyjątek: ptasia drobnica, wiewiórki itp. stwory, które są, a za chwilę znikają gdzieś w poszyciu, na drzewach, między stertami suchych konarów. Przyszły i dziki, sarny i inne jelenie, nęcąc zapachem i swoją obecnością. W sobotę dwa psy już puściły się w gon. Dlatego też Herę prowadzamy na specjalnie na tę okazję wyciągniętej długiej smyczy. Bieganie i ciąganie roweru to też w sumie pomysł z potrzeby chwili. Wolę, by się wyszalała i zmęczyła w taki sposób, niżby miała zagonić jakieś zwierzę, bo jej nie upilnuję i nie odwołam, jak poprzednim razem, kiedy poszła – jedynie! – za tropem.

A pomiędzy spacerami i wycieczkami po lesie rowerem? Ano, krosno cały czas osnute: jak skończę tkać jedno, zaraz zaczynam drugie. Będę się chwalić na swoim rzemieślniczym blogu, to macie, jak w banku!

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, pieseł, prace ręczne

Jak to w lesie bywa…

Kiedyś tu był las. Duży, stary las. Teraz, po lasach ciągnących się tu, gdzie teraz mieszkamy, gdzie biegną ulice, gdzie po ścieżkach leśnych ludzie podążają z osiedla na osiedle w wielce przyjemnej aurze, jaką las nad owymi ścieżkami rozciąga, został jego skrawek. A jak jest las (*choćby i tylko w kawałku), to i cała menażeria w nim musi być również, prawda? Tak więc do karmnika na oknie przylatują nie tylko wróble i sikory, ale i mazurki, dzwońce, szczygły i grubodzioby. Czasem przyleci pozerkać na karmnik i do karmnika kowalik. Na teren osiedla zagonią się czasem lisy, kuny i inna zwierzyna drobniejsza, co ma więcej odwagi, niż pomyślunku. Z samego lasu nie wyściubiają za często nosa sarny i dziki. Te ostatnie trzymają się tak mocno swoich leśnych ostępów, że nie można ich zobaczyć za dnia, ale za to widać codziennie nowe miejsca żerowania: dziki doły głębokie nieraz kopią, że mogą konkurować z lejami po bombach, którymi las jest usiany od II Wojny Światowej.

I w takim to lesie codziennie odbywamy z Herą spacery, często spotykając innych właścicieli psów po drodze.

Jeszcze w pełni jesienne zdjęcie, kiedy zima kalendarzowa już u nas gościła.

Wiadomo, że ptactwa, zwierzyny mnóstwo się po takim terenie szwęda, przeto ciężko niekiedy Herę przywołać, kiedy się na jakimś tropie zafiksuje. W 99% się słucha i grzecznie wraca, pozostawiając nie pogonioną „zdobycz” za sobą. Bo ona najpierw patrzy, słucha i się zastanawia. Jeśli się w tym momencie ją przywoła – nie ma najmniejszego problemu. Zdarza się jednak, że człek się zamyśli… na chwilkę… za ptakiem spojrzy, na listki popatrzy…

Tropienie śladów, od których roi się w lesie.

Jeden raz pogoniła gdzieś za tropem, gdy była z G. na spacerze. Wróciła w pół drogi. Dziś pogoniła w las, bo znów złapała trop. Przy mnie. Czekałam na nią jakąś minutę. Gwiżdżąc, wołając jej imię. Coraz bardziej tracąc nadzieję, że wróci. Coraz bardziej obawiając się powrotu do domu dzierżąc w ręce pustą, smętnie zwisającą w ręku smycz. Wróciła. Cała szczęśliwa i radosna. Aż nie miałam siły jej opierniczyć, za ucieczkę. Za chwilę znów wypatrywała „towarzysza zabaw”. Tym razem zobaczyła dzięcioła, który przelatywał dość nisko od drzewa do drzewa. Przywołałam ją i grzecznie porzuciła plany gonienia za ptakiem. Zdecydowałam, że dziś koniec z bieganiem luzem i zapięłam ją na smycz, by kontynuować spacer już powoli, przy nodze.

Miałam bardzo duże opory, by ją prowadzić tak blisko (Hera, jak na mieszankę wilczaka i husky’ego przystało, jest wulkanem energii i w miejscu nie usiedzi, bo musi, ale to bardzo musi biegać), na krótkiej smyczy (innej nie mam), ale zdecydowałam tak, a nie inaczej. Wiele razy myśl mi się pojawiała, by odpiąć smycz, a za chwilę głuszyła ją inna, że jeszcze nie, że za wcześnie. Za wcześnie? Na co? I po chwili zrozumiałam, czemu za wcześnie. Oto usłyszałam szelest liści w oddali. Hera po chwili zaraz też nastawiła uszu. Wtedy już widziałam, co to za stwór czyni taki hałas: w naszą stronę od lewej ręki biegł dzik. O ciemnej sierści, łyskających nie za długich kłach, z uniesionym wysoko ogonem. Przeciął nam drogę jakieś pięć metrów dalej, niż stałyśmy. Hera, oczywiście, włączyła opcję „gonitwa!”, ale bez szczekania, jeżenia sierści na karku, czy warczenia – ot, czysta chęć zabawy z nowym „psem”. Trochę pracy jeszcze przed nami nad posłuszeństwem.

Dzik nawet na nas nie spojrzał. Ja stałam, trzymając chętną do zabawy z dzikiem Herę i patrzyłam, jak ten znika w oddali, między drzewami. Pierwszy raz widziałam dzika na żywo i z tak bliska! I bardzo cieszę się, że on po prostu biegł przed siebie. Na sosny raczej nie umiem się wspinać. Hera tym bardziej.

Kiedy spacer już się miał ku końcowi, spotkałyśmy P., jego córkę J. i labradora Adara. A że Adar jest najlepsiejszym kumplem Hery, tedy nie odmówiłam jej przyjemności wyszalenia się w jego towarzystwie. Do szaleństw należą: gonitwa cwałem po wykrotach, gryzienie się po karkach i łapach, wyrywanie sobie patyków. W tym ostatnim Adar jest zawsze po stronie wygrywającej, a Hera oddaje mu patyki bez warknięcia, a potem nie odważy się mu ich zabrać. Ot, widać, kto jest górą w tym „związku”.

I jak zaczyna się zabawa z patyczkami, to Hera nie weźmie pierwszego lepszego, o nie. To MUSI być największy i najdłuższy konar w okolicy. Innej opcji nie ma.

To akurat jest jeden z najkrótszych patyków, jakie zwykła targać za sobą.

I takim długim, ciężkim i grubym drągiem dostałam (wczoraj) w zewnętrzną stronę lewego kolana. Oczywiście kolano opuchło, posiniało i boli. Cóż, trochę pojęczę, pokuleję, ale przejdzie. Następnym razem nie pozwolę sobie już na najmniejszą nawet chwilę nieuwagi.

Wszystkie zdjęcia użyte w niniejszym wpisie są własnością G. i można je obejrzeć w jego galerii na Picassie.

2 komentarze

Filed under pieseł, zaokienne życie

Wyjezdnie

Przez cały weekend ptaki miały wolną chatę. Zostały szczodrze zaopatrzone w ziarno i dwa poidła pełne świeżej wody. A my? My zapakowaliśmy się w Kalarepę i ruszyliśmy w odwiedziny do Wielkopolski.

W sobotę spotkałam się z T., której nie widziałam od przeprowadzki na „swoje”, czyli jakieś 10 – 12 lat. Obawiałam, się tego spotkania, bo przez taki szmat czasu każdy się zmienił. I ona, i ja. Czy zostało nam zatem coś ze wspólnych tematów? Czy to spotkanie nie okaże się porażką? A może jednak tęsknota ma swoje podstawy i wcale nie będzie źle, tylko fantastycznie? Pełna obaw ruszyłam na starówkę w L. I nie smażąc się zbyt długo na słońcu, wypatrzyłam T. w jednej z bocznych uliczek. Powitanie było szczere i radosne. Od razu wzięło nas na wspominki i żarty z czasów, kiedy mroczyłyśmy mocno na polach Grunwaldu. W sumie, mało kto tam wtedy nie mroczył 😉

Po dłuższych poszukiwaniach odnalazłyśmy polecany przez kuzynkę lokal: Zieloną Antresolę. Wsiąkłyśmy w niesamowitą atmosferę gaiku w centrum miasta. Wokół nas zielone krzewy, brzozy, girlandy pnączy i kwiatów, wśród tej wybujałej zieleni czas zleciał nam, jak z bicza trzasnął. Tematy rozmów się przeplatały, kończyły, zaczynały, powracały niczym bumerang… osiem godzin nam się usta nie zamykały… ale nawet i to było za mało, by opowiedzieć, co się działo przez ostatnie 10 lat. Byłyśmy najgorszymi klientkami tego dnia w tym lokalu. Zupełnie nie dałyśmy zarobić na sobie 😛 Zamówiłyśmy tylko duży imbryk jaśminowej herbaty, po jednej sałatce (nota bene – przepyszne i dość okazałe, jak na swoją cenę) i po mrożonym soku. Dodatkowo T. zamówiła kawę, a ja imbryczek mięty. Zatem, jak na osiem godzin zajmowania miejsc, było to o wiele za mało. 😛

Potem pozostało tylko odprowadzić T. na pociąg, by mogła wrócić do domu, a mnie spod dworca zgarnął G. z kuzynką I.

Niedziela mijała nijako, póki nie wybraliśmy się z G. na spacer po pobliskim lesie. A w nim natknęliśmy się na zatrzęsienie ptaków i pełną gamę ziół, krzewów, drzew, zapachów… i na pełne jagód połacie krzewinek. Najpierw najedliśmy się prosto z krzaczka, a po niedługim czasie wróciliśmy ze słoiczkiem, by nazbierać trochę dla reszty rodziny. Uwinęliśmy się z tym dość szybko i na kolację podałam rogaliki z jagodami, a pozostałe owoce zjadła córka kuzynki, która do tej pory kręciła nosem na jagody, jakie jej podsuwali. No cóż, co z lasu, to z lasu. Sklepowe się nie umywa.

Nie rozumiem, jak – mając pod nosem tyle dobra – nie korzystać z tego i pozostawać tylko przy kupowanym syfie? Ja bym się skręciła w domu, wiedząc, że tuż obok mam w zasięgu ręki tyle pyszności – tylko brać i zbierać. Będę musiała poszukać w „naszym” lesie, czy coś takiego nie rośnie gdzieś w dalszych partiach, bo obok tych ścieżek, które znam, nie ma jagód, czy borówek. Jedyne na co się natykałam, to śmieci. No, są jeszcze duże połacie wonnych konwalii, ale z ich jagód raczej nie skorzystam 😉

Dziś już jesteśmy w domu. Powitał nas chór nimf i falistych. Wystarczyło przekręcić klucz w zamku i już się uruchomiła papuzia „syrena alarmowa”. Naprawdę, nie szło ich uspokoić przez długi czas. Teraz już spokojnie sobie gaworzą do siebie.

Spaliłam się na ramionach i zupełnie nie wiem kiedy, bo siedziałam zwykle w cieniu. Przyciągnęłam dwa kleszcze, które – owszem – wbiły się pod skórę, ale momentalnie zapomniały po co to zrobiły. Nie wiem, co takiego w sobie mam, że komary mnie omijają szerokim łukiem, a kleszcze umierają lub „zasypiają”, po wkłuciu się 😛 Trująca jestem chyba XD

A jutro zwykły dzień „pracy”. Może wreszcie sprzączki dopełzną?

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, papużki, podróże, życie