Tag Archives: prace ogrodnicze

Porażki i wzloty

Marzenia o stałej pracy znów odeszły do sfery marzeń. Cóż, nie byłam dość dobra w tym, co było ważne dla przyszłego pracodawcy. Trudno. Dół już z wolna zaleczony, a że za oknem słońce gania się z chmurami, to i mnie jakoś tak się lżej robi. Zwłaszcza, że nareszcie mogliśmy zaglądnąć na działkę! Wiecie co? Ja chyba uzależniona jestem od tamtego miejsca. Mimo tego, że żal za odebrany ugór mi nie minął i siedzi, jak drzazga pod paznokciem, to jednak dzień bez oglądnięcia działki jest dniem niepełnym, a nawet niekiedy może zaliczyć się do straconych.

Warzywa i zioła rosną. Oczywiście nie wszystko jest tak różowo, jakbyśmy sobie tego życzyli, bo i nie wszystkie pomidory się chcą przyjąć, problemy z przystosowaniem mają też kalafiory, kalarepy i brokuły, buraczków wylazło ledwo 20 sztuk z wysypanej całej paczki, a i cebuli nie chce się rosnąć w ogóle. Szałwia na Zielniku tez się nie raczyła pokazać do tej pory, więc mogę spisać ją na straty…

Na kwietnych rabatach coraz więcej kolorów: irysy zakwitły wreszcie, przełamując róże i fiolety orlików swoją bielą w odcieniu kości słoniowej. Jeszcze trochę trzeba będzie poczekać i rozwiną się piwonie i goździki. Mam zamiar dosiać jeszcze trochę nowych kolorów, innych kwiatów i zastanawiam się, gdzie w tym gąszczu uda mi się znaleźć trochę wolnego miejsca dla nich. Na jesień rabaty wyglądały naprawdę łyso, myślałam zatem, że wiele kwiatów tam nie przetrwało, więc się nakupiło nasion i teraz trzeba mocno się nagłówkować, gdzie to wszystko pomieścić? Co prawda nadal nie podoba mi się układ roślin, bo niby poprzedniczka próbowała ładnie to zaprojektować (co najlepiej widać po równiutkich, ustawionych względem siebie pod skosem rzędach szafirków), ale w pewnym momencie coś się pokiełbasiło i na przykład taka malwa rośnie tuż przy ścieżce, powoli i skutecznie zasłaniając to, co rośnie za nią.

Owoce powoli sobie rosną na gałęziach. Jest ich naprawdę dużo, nie spodziewałam się, że na przykład brzoskwiń tyle się pojawiło: cztery spore gałęzie są gęsto obsypane mechatymi kulkami. Cieszy też, że zdążyliśmy opryskać drzewko przeciw kędzierzawości liści i tylko jeden listek się chorobliwie zwinął. Reszta jest nietknięta chorobą w ogóle.

Na oknie w domu dojrzewają do wyjścia na działkę papryki, kapusta melisa, mięta, estragon, bazylia i seler. Powolutku wszystko może jeszcze w tym tygodniu zajmie swoje docelowe miejsce na „wolności”. Niech tylko się cieplej zrobi, bo przy takim zimnie, to ręce grabieją zbyt szybko, by móc szybko i sprawnie pracować. Prawie czerwiec na kalendarzu, a tu cały czas trzeba się w swetry ubierać i ciepłe skarpetki na nogi naciągać. I w mieszkaniu dogrzewać. Zwariowana ta pogoda.

Przez weekend planowaliśmy bawić się na turnieju, ale okazało się, że mamy tak dużo wydatków i tak mało pieniędzy, że nie mamy za co dojechać na miejsce. Nie wspominając już o powrocie… cóż, w tym roku chyba nie będzie okazji do włożenia strojów i bawienia się w gronie znajomych. Nagród w turniejach łuczniczych tez się nie zdobędzie, bo nie ma za co w nich startować. Straszny ten rok. Typowo trzynasty. Jak nic. Może kolejny będzie bardziej bogaty w możliwości?

Ech, wyżaliłam się, ponarzekałam, czas zasuwać do roboty, bo trochę tego się przez weekend nazbierało. No i trzeba też siąść do krosenka, żeby pas w kratkę dokończyć. Ciekawe, czy wyjdzie mi z tego to, co planuję?

A na zakończenie kilka zdjęć autorstwa Geralta i jego komórki.

Brzoskwinie są coraz większe i coraz bardziej puchate.

Brzoskwinie są coraz większe i coraz bardziej puchate.

Skubanie grządki z siedmiolatką. Ta cebulka dała radę wzejść.

Skubanie grządki z siedmiolatką. Ta cebulka dała radę wzejść.

O, tak właśnie się skubie grządki - na spokojnie i wygodnie. Można tak siedzieć i siedzieć, i skubać.

O, tak właśnie się skubie grządki – na spokojnie i wygodnie. Można tak siedzieć i siedzieć, i skubać.

Coraz bardziej zielono na grządkach. Groch dostał kratkę, na którą może się wspinać do woli.

Coraz bardziej zielono na grządkach. Groch dostał kratkę, na którą może się wspinać do woli.

Reklamy

10 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie, życie

Nic nie robi człowiekowi tak dobrze jak…

… jak długa chwila spędzona na kontakcie z naturą.

Przez weekend dużo się zrobiło, oj dużo: a to pomidory wreszcie wyekspediowało pod folię (część wylądowała na Zielniku, tyle się tego naprodukowało), a to kalarepę, kalafior i brokuł wsadziło się w ziemię na grządkach. Obowiązkowo też wyskubałam wszystkie chwasty z warzywnika. Bez pośpiechu, bez niepotrzebnych nerwów – dwa dni i gotowe. Siedząc dwa pełne dni na działce trzeba było też i jakimś obiadem się nasycić, by sił do roboty starczyło. Zakupiłam mrożonek i na „kozie” wszystko się ładnie zagotowało, zasmażyło i zostało spałaszowane w trybie szybszym niż natychmiastowy. Oj, robota na świeżym powietrzu potęguje głód.

Rzodkiewki za niedługo będziemy mogli zbierać i jeść. Już wiążą się czerwone korzonki. Wiecie? Nie mogę się już doczekać. Taką mam ochotę na rzodkiewki z twarogiem, że aż mnie skręca!

Pisałam, że z buraczków nici? No to nie tak do końca. Jak wyskubałam chwasty, to się tego troszkę pojawiło. Co prawda nadal nie jest to wiele, ale zdecydowanie więcej niż trzy. Szału w tym roku z burakami nie będzie… Cóż, tak to jest, jak się bierze nasiona z marketu i na datę przydatności do wysiewu nie spojrzy ani nie zdziwi odmienny stan paczki. Trudno, mam nauczkę na przyszłość. Tak samo, jak z pomidorami i innymi rozsadami, których jest zatrzęsienie, a miejsca wiele nie ma. Cóż, miałam nadzieję na rekultywację ugoru, a tu – sru! – i ugór zabrali.

Bób rośnie w oczach: co przychodzę na działkę (a jesteśmy codziennie, jak tylko pogoda jest bez deszczu), to one są większe. Groch podżerają nam niedobre pomrowy. Listki wyglądają, jak znaczki pocztowe. Będzie trzeba jakiś sposób na nie wymyślić, bo nic nam z grochu nie wyrośnie, jak w takim tempie będą podjadane. W ruch pójdzie albo pułapka, albo sól, albo trutka… zobaczymy. Nie będzie ślimak wpylał nam grochu, o!

Sałata, rukola, pietruszka i por oraz cebula siedmiolatka już wyrastają zauważalnie i widocznie ponad ziemię. Jeszcze chwila i trzeba będzie przehakać ziemię między rzędami, bo ziemia u nas ma tendencję do tworzenia grubej i twardej skorupy. Rośliny przejdą przez nią bez większych problemów, w końcu nie raz widziałam, jak wyrastają wprost z asfaltu, ale dla ich prawidłowego życia i rozwoju potrzeba też napowietrzonej i przepuszczalnej w głąb gleby. A tak, jak się taka skorupa utworzy, to woda zostaje na górze tworząc tylko rozległe kałuże. A to nie sprzyja rozwojowi.

Nasze nowe krzaczki złapały mszycozę i trzeba będzie się tego tałatajstwa pozbyć jak najszybciej, zanim nie rozniesie się gdzieś dalej. Na razie stosuję terapię biedronkową, ale tym kropkowanym stworzeniom coś marnie idzie zjadanie szkodników. Chyba że tak szybko się bestie mnożą, że biedronki nie nadążają z konsumpcją? Jak biedronki nie dadzą sobie z tym rady, trzeba będzie je zebrać i zastosować wywar z tytoniu, który nie raz się sprawdził podczas uprawy parapetowej. Trzeba będzie wydać dyszkę na paczkę papierosów albo na mały zapas tytoniu.

Wiśnie pokazują coraz więcej owoców. Część z wolna się już zaczyna czerwienić. Nie, za mocno powiedziane: raczej zaczynają się zarumieniać delikatnie. Mam nadzieję, że ani się nie zepsują nim dojrzeją, ani szpaki na nie się nie połakomią, mając do dyspozycji wiele niepilnowanych drzew wokół. Brzoskwinia też zaczyna pokazywać na co ją stać. Zawczasu podparliśmy jedną z gałęzi, na której aż się roi od puszystych owoców. Też żywię nadzieję, że niewiele z nich spadnie nim dojrzeje. Ze śliwką sprawa ma się już nieco gorzej, bo trzeba bardzo wnikliwie szukać zawiązków owoców, by dostrzec wśród liści choć jedną, malutką i zieloniutką śliwkę. Za to orzech już wiąże owoce. Znów pewnie obdarzy nas hojnie 30 kilogramami orzechów włoskich. Ja tam nie mam nic przeciwko.

Winogron obsypuje się nie tylko liśćmi, ale i kwiatostanami. Jeśli każdy z nich zostanie zapylony i wyrosną z nich grona, to… trzeba będzie zamrażalkę kupić… jednak nie wierzę, że tak będzie. Nie wszystkie kwiaty wydadzą owoce – to pewne. Za dobrze by nam było. Porzeczki rosną sobie spokojnie. Trochę z nich owoców będzie. Będę musiała chyba troszkę prześwietlić krzaki i je zasilić nawozem, żeby były bardziej plenne. Truskawki zawiązują owoce. Jeszcze są zieloniutkie, ale już widać, że do ułomków należeć nie będą. Co prawda szału z ilością nie będzie, ale do przekąszenia się trochę znajdzie. Tak, na złapanie smaku.

G. zabrał się za naprawę naszej Ruderki, by trochę jeszcze nam posłużyła, jako schowek na narzędzia i schronienie przed deszczem. Poprawiliśmy mocowania papy i linoleum, które zalega na dachu, uszczelniając dziury. Poszedł w ruch młotek i gwoździe z podkładkami, deski, kamienie i teraz już żaden wiatr nie poderwie tych prowizorycznych łat. Dodatkowo poprawiona została rynna, by woda deszczowa spływała do beczki, a nie na trawę, niszcząc ją. Nawet podstawianie wiadra nic nie pomagało i w tamtym miejscu jest łysy placek bez trawy. Półrury z PCV, które udają rynnę, zostały ułożone na nowo, a ich łączenia zasklepione silikonem. Teraz już nic nie powinno przeciekać pomiędzy, ja to się działo do tej pory. Jeden koniec rynny zaślepiliśmy, żeby jeszcze bardziej zmusić wodę do spływania w stronę beczki. Pozostaje jeszcze obić Ruderkę z zewnątrz, naprawić kawał spalonej, połatanej byle jak ściany i zamontować „kozę” na stałe wewnątrz, wyczyścić i odnowić meble, poukładać wszystko na nowo i już można się cieszyć w pełni działką. Na nowy domek trzeba będzie trochę poczekać, bo na raz nie wyłożymy tyle pieniędzy, by zapłacić za materiały i ewentualną pomoc fachowców. A pomysłów kilka już mamy…

Słońca też trochę złapałam, a ono złapało mnie. Nawet mimo kremu z filtrem +50.  Już nie pamiętam, kiedy moja skóra miała okazję do zmiany koloru. Dotąd każde lato było spędzane na turniejach lub w pracy, czy w mieszkaniu, więc z dala od słońca. Jedyne, co dawało radę się opalić na turniejach, to dłonie. Nic więcej. W tym roku będzie ciut inaczej, bo i turniejów wiele mnie nie czeka (finanse w tragicznym stanie), a i działka domaga się codziennej uwagi, więc będę za jakiś czas „skwarką” prosto z naturalnego solarium „Pod Chmurką”.

A na koniec zbiorcze zdjęcia z weekendu. Miłego oglądania.

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha :)

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha 🙂

Konwalie

Konwalie

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Widok na Zielnik

Widok na Zielnik

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Białe gwiazdeczki

Białe gwiazdeczki

Puchate brzoskwinki

Puchate brzoskwinki

Jaskry na trawniku

Jaskry na trawniku

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Zielone truskawki

Zielone truskawki

I kolejna porcja koloru rabatowego

I kolejna porcja koloru rabatowego

Orliki

Orliki

Orliki... strasznie lubię te kwiaty.

Orliki… strasznie lubię te kwiaty.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Orlikowa rabata

Orlikowa rabata

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

A oto i pędy winogronowe.

A oto i pędy winogronowe.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

I konwalie raz jeszcze.

I konwalie raz jeszcze.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie ;)

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie 😉

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Majówka… taaa, majówka

Miała być Irlandia, mamy angielska pogodę. Przez całą tzw. „majówkę” prawie nie wyściubiłam nosa z domu. No bo i po co? Pada, leje, zimno, ciemno. Nic tylko siedzieć przed kompem i pocinać w Skyrim. G. w tym czasie przeszedł BioShocka 3, Crysis 3 i napoczął Crysis 1. A ja nawet nie skończyłam początku Skyrim. No cóż… każdy ma inne gry i inny sposób grania. Lubię się rozsmakować w grze, w jej obrazach (czyli grafice), wykonać każdą, nawet najmniej znaczącą misję. Po prostu tworzyć własną historię… a G. miał po prostu krótsze fabularnie gry, z mniejszymi świtami, bo tez nie oszczędzał sobie odkrywania sekretnych skrytek i zwiedzania każdego dostępnego miejsca na poszczególnych planszach.

A co na działce? Wiśnia straciła kwiaty, niestety. Wszystkie płatki leżą na ziemi i brązowieją z wolna. Mam nadzieję, że mimo okrutnie słabej aktywności owadów, coś jednak wyrośnie i będziemy mogli się choć trochę nacieszyć paroma owocami. To samo tyczy brzoskwini i śliwy, bo naprawdę, kwiaty na nich nie wyglądają zbyt imponująco.

Na warzywniku już widać ruch. Głównie mrówek, których całe stada przechadzają się po grządkach, zakładając na nich i gniazda. a co sobie będą żałować? No cóż… my im też nie żałujemy… trującego cukru. Wiem, że to okrutne i złe, i w ogóle pfe ble niedobre, ale nie mam innego sposobu na to, by mi te owady nie łaziły w tę i nazad rozkopując wszystko wokół. I jeszcze gryząc dotkliwie. Tak, tak… czerwone mrówki też są. Co prawda w mniejszości, ale dają się we znaki mocniej, niż jakiekolwiek inne. Widziałam, jak na skwerze w mieście mrówcze gniazdo ukryte między korzeniami dorodnego klonu doprowadziło do śmierci tego drzewa. Nie chcę, by stało się to samo z roślinami na działce, bo w końcu liczymy na to, że nasza praca pomoże nam zaoszczędzić w przyszłości pieniądze wydawane aktualnie na jedzenie.

A rzodkiewki już widać na grządkach. Rosną, jak na drożdżach. Tak samo widziałam już, że groch wyłazi spod ziemi i len na zielniku. Grządki nowe obsiane kolejnymi warzywami, ziemia w tunelu się przygotowuje na przyjęcie pomidorów, które wyrosły pięknie na oknie w rozsadach. Winorośl pokazuje już listki, więc – mimo moich obaw – spokojnie przetrwała zimę i będzie rosła już pod naszą opieką.

Ruderka nam się powoli rozpada… dach się zwiesza coraz niżej na przegniłych i przeżartych przez korniki belkach. Nie trzeba nawet wytężać słuchu, by usłyszeć działalność tych zwierzaków wewnątrz belek. Nie wiem, ile jeszcze czasu Ruderka da radę stać w zwartej i prostej konstrukcji, ale czas na budowę nowej nam się bardzo skraca. Tylko skąd wziąć fundusze, by zakupić materiały na zbudowanie nowej? Cóż, trzeba będzie łatać to, co mamy, póki nie będzie można zrobić czegoś całkowicie nowego. A tak nie chciałam inwestować w Ruderkę… bo i po co ożywiać trupa? Potem tylko będzie łaził i żebrał o mózg 😉

Kilka fotek wczoraj zrobiłam, ale jakość ich marną jest, bo kiedy skończyłam obsiewanie i podlewanie, zaczęło się już robić ciemno. Może dziś będę w stanie zrobić więcej fotografii za dnia, a dzień – jak na razie – jest bardzo słoneczny. Choć coś tam pogodynka przebąkuje, że zanosi się na deszcz wieczorny. Póki co, za oknem, w pełnym słońcu mamy 34,5 stopnia Celsjusza. Lato, moi drodzy, lato!

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało...

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało…

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Znalazłam kwiat paproci! :P

Znalazłam kwiat paproci! 😛

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Nie zasypiamy gruszek w popiele

Robota idzie teraz jakoś tak… jak po grudzie. To, co wcześniej robiło się wręcz samo, teraz wymaga większego skupienia, większej ilości sił, a i po robocie mocniej odzywają się mięśnie, nie przywykłe jeszcze do pracy na „roli”. I to nie zmęczenie, czy znudzenie, bo i energia się nie skończyła, a i żadnego rozczarowania pracą na działce nie zaliczyłam, więc i o znudzeniu mowy nie ma. Może dni nie takie? Może pogoda nieodpowiednia? No bo i siąpi, i pada, i chmur pełno…

Pracujemy do zmierzchu. Codziennie. Dlatego, że robota nam obojgu jakoś się nie klei. A może po prostu roboty jest teraz więcej? Bo i drugi warzywnik trzeba przekopać do końca, a już wiele nie zostało: może dzień, może najdalej dwa i będzie można robić kolejne grządki. Na mniejszym warzywniku już wszystko, co można było siać, jest posiane. Została jeszcze jedna parcela i pewnie tam wyrośnie fasolka. Oczywiście, jak się ją posieje. A tak, to już wysialiśmy wszystkie rzodkiewki i rzodkwie, jakie udało nam się znaleźć w sklepach ogrodniczych, cebule, groch i bób. No i słonecznik. Z dedykacją dla Chico. On po prostu na słoneczniku został wychowany (tak, tak, błędy żywieniowe z lat 90. ubiegłego wieku) i uwielbia wydziobywać świeże nasiona wprost z koszyczka kwiatowego. Będzie miał teraz swojski, ekologiczny słonecznik z działki, a nie z jakiegoś sklepu. Kiedy drugi warzywnik zostanie przekopany, grudy ziemi rozbite, a grządki wyznaczone, będzie można przesadzić niedobitki truskawek spod folii i zacząć tam ziemię przygotowywać dla pomidorów i papryk. I może jeszcze dla innych warzyw…? Zależy co i ile się tego zmieści.

Zioła już też są w części posiane i póki co obrasta je trawa, którą wyrywam sukcesywnie i na bieżąco. No i po grządkach łażą mi koty działkowe. Pół biedy, jak łażą, gorzej, jak zaczynają się na tych grządkach załatwiać, rozgrzebując przy okazji świeżo wysiane nasiona. Gdyby nie ta drobna nieścisłość i szkodliwość przebywania kotów na naszym skrawku, byłyby zwierzętami mocno pożądanymi, bo wczoraj przyniosły nam w prezencie nornicę. Martwą oczywiście. Kulek, pies Pana Bezdomnego już się w jej zezwłoku zdążył wytarzać chyba ze trzy razy, coby poprawić swój psi zapach.

Na oknie w rozsadach rosną pięknie pomidory i papryki. Wykiełkowały nawet siewki pomidora, którego nasiona straciły przydatność do użycia już w 2008 roku. Co prawda tylko pięć krzaczków, ale i tak jestem szczerze zdziwiona, bo nie spodziewałam się ani jednego. Kalarepa, brokuły i kalafiory wyglądają już nieco mniej okazale… Cóż, były moimi pierwszymi siewkami i rozsadami i na pewno zrobiłam im dużo złego, bo na nich się uczyłam. Nie tracę jednak nadziei, że coś z nich wyrośnie, bo zielenią się na potęgę. Zobaczymy. Jak nic z tego nie wyjdzie, to będziemy kombinować za rok nieco inaczej i na pewno już będzie lepiej. W tym sezonie robimy więcej rzecz „na czuja”, korzystając z wiedzy zawartej w Internecie lub podpytując się moich rodziców: co z czym i jak. Mimo tego, nadal czuję się, jak dziecko we mgle. Ale u mnie to norma: początki zawsze są takie obce, ostrożne i niepewne. Kiedy już poznam podstawy, będę czuć się zdecydowanie swobodniej i pewniej. A na razie do wyznaczania grządek służy mi prosty patyczek i miarka drewniana, coby dobrze odstępy rzędów zrobić i w dobrej odległości nasiona wysiać. I możecie się z tej mojej nieudolności śmiać, ale wolę być śmieszna i mieć jakieś plony, niż robić z siebie chojraka i nie wiadomo jaką znawczynię uprawy warzyw, kwiatów i ziół i potem patrzeć na puste grządki, bo nic na nich nie wyrosło. Za kilka lat miarka będzie mi zbędna… chyba… A nawet jeśli nie, to cóż… będę siać od linijki już zawsze.

Dostaliśmy wczoraj przesyłkę z czosnkiem niedźwiedzim. Ciekawa roślina. Mam nadzieję, że się przyjmie i będzie nam rósł na potęgę, bo zwykłego czosnku jeść nie mogę, więc może ten nie będzie powodował i mnie nieprzyjemnych sensacji po skonsumowaniu. A do niektórych potraw czosnek jest po prostu niezbędny, nadając im charakterystyczny smak. Miejmy nadzieję, że plany związane z tą rośliną, nie okażą się niewypałem kulinarnym.

Kiedy nie jestem na działce, to sobie siedzę przy krosenku i kończę krajkę. Troszkę mi się nie udała, niestety. Chyba za długo nie tkałam i problem z nierównymi brzegami rozwiązałam dopiero pod koniec tkania. Trochę za późno, no ale… mam nauczkę, że nie wolno dawać sobie wolnego na długi czas, bo potem się tylko traci, a nic nie zyskuje. Zobaczymy, jak mi pójdzie z drugim projektem, który mam na myśli…? Może, skoro już poćwiczyłam na tym, to będzie lepiej?

Do tego wpisu zdjęć nie dołączę, bo – najzwyczajniej w świecie – nie starczyło mi czasu na ich zrobienie za dnia, a wieczorem, z lampą błyskową nie wychodzą już tak ładnie, jakbym chciała.

Nic, trzeba się obudzić do końca i zaplanować prace na dzień dzisiejszy, choć churzyska za oknem nie nastrajają pozytywnie…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Praca wre…

Codziennie odwiedzamy nasz skrawek wsi w mieście. Codziennie widzimy, ile jeszcze pracy zostało, by ten skrawek wyglądał tak, jak w naszych myślach i wyobrażeniach. Codziennie walczymy o to, by choć te malutkie marzenia o własnych warzywach i owocach się spełniły. I codziennie widzimy, że warto się zmuszać do kolejnych prac, choć naprawdę się nie chce niekiedy wyłazić z domu, choć mięśnie bolą, bo nie są nawykłe do tego typu aktywności.

Jako że zielniczek jest już skończony, zajęłam się wysianiem ziół. I tak na pierwszy ogień poszły: cząber, kolendra, len i szałwia. Zapomniany, ugorowy rabarbar też się przeniósł. Będzie miał teraz towarzystwo swoich pobratymców i mam nadzieję, że przenosiny mu posłużą. Zacznę za niedługo też przenosiny zielnych „chwastów” na pozostałe „kubiki”, bo szkoda, by się zmarnowały rośliny, które mogą mi się przysłużyć swoimi właściwościami.

Na warzywniku zrobiliśmy wcześniejsze żniwa. Wiosna się spóźniła? To my przyspieszymy lato, a co! W sumie, to pomysł działkowego sąsiada, który podpowiedział nam, że lepiej będzie się kopać poplon (który nam solidnie wybujał), kiedy się go przystrzyże. I faktycznie – miał rację, jest łatwiej. Ale i tak do przekopania zostało sporo ziemi. I to na wczoraj, bo ziarna już się rwą do wysiania, a czas sobie płynie i nie chce się zatrzymać nawet na chwilę.

Zaskoczyła mnie brzoskwinia, która właśnie zaczyna się obsypywać kwieciem. Jeszcze przecież kilka dni temu miała zamknięte pąki i nawet ciężko było zawyrokować, które są kwiatowe, a które chowają w sobie liście. A tu – piękne, różowe kwiatuszki zdobią bezlistne jeszcze gałązki. Niestety, widać, że wiele gałęzi się nie obudziło po zimie i trzeba będzie je uciąć. Cóż, nie ma pod orzechem najłatwiejszego życia.

Wiśnia już dziś chyba będzie miała kwiaty rozwinięte, bo wczoraj już były tak nabrzmiałe, że tylko patrzeć, jak rozchylą się białe płatki. W ogóle wszystko się budzi, wszystko rozkwita, a owadów, jak na lekarstwo. Trzmieli kilka do nas zagląda, pszczół niemal w ogóle nie widać… jak tak dalej pójdzie, to oprócz warzyw, które zapylania nie potrzebują, nic więcej nie wyda plonu. Mam nadzieję, że się mylę.

Wczoraj po raz pierwszy wyciągnęliśmy pompę i podlaliśmy wszytko, co podlania potrzebowało. Głównie miejsca, w które wysiałam zioła oraz kwiaty, by trochę zagęścić rabaty, a przy okazji mieć takie rośliny, które mi się podobają. Mam nadzieję, że wyrosną szybko i będą ślicznie kwitły.

Moje dłonie, choć zdarza się skórze pęknąć na kłykciach, są w o wiele lepszym stanie, dzięki pomocy A. i jej podarunkowi kremowemu. Och, znaczna ulga po takim przesuszeniu rąk. Dziękuję bardzo za ten nieoceniony prezent. G. też się przydaje.

Ach, nie napisałam o dość ważnej i pozytywnej rzeczy: mianowicie wreszcie skończono remont naszego parkingu. Miejsc jest teraz od zakichania, każdy się zmieści bez trudu. No i wreszcie nie będzie takich jezior, jakie towarzyszyły każdemu deszczowi przed remontem. Kij z tym, że skończyli prace dwa miesiące później, że zrobili to trochę na odwal, bo się spieszyli. Ważne, że wreszcie parking wygląda, jak parking, a nie powierzchnia Księżyca.

Nic to, znikam do prac porządkowych, a Wam zostawiam garstkę wczorajszych zdjęć na pożegnanie.

Żniwa. Żyto wybujało, trzeba mu przyciąć końcówki.

Żniwa. Żyto wybujało, trzeba mu przyciąć końcówki.

Brzoskwiniowe kwiatki

Brzoskwiniowe kwiatki

Wiśniowe pąki, które lada chwila pękną, ukazując białe płatki.

Wiśniowe pąki, które lada chwila pękną, ukazując białe płatki.

Coraz więcej przekopanej ziemi na mniejszym warzywniku. Chwila-moment i będziemy siać.

Coraz więcej przekopanej ziemi na mniejszym warzywniku. Chwila-moment i będziemy siać.

Tulipany tuż po podlaniu. Oplecione brylantami kropel wody.

Tulipany tuż po podlaniu. Oplecione brylantami kropel wody.

Znów szafirki. Wybaczcie, ale kocham te kwiatki.

Znów szafirki. Wybaczcie, ale kocham te kwiatki.

Porzeczka też zaczyna kwitnąć. Ta akurat jest pierwsza w pokazywaniu kwiatów.

Porzeczka też zaczyna kwitnąć. Ta akurat jest pierwsza w pokazywaniu kwiatów.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie