Tag Archives: nauka

Wszystko nabiera tempa…

Strasznie dużo się zdarzyło od ostatniego wpisu. Tak dużo, że nawet nie wiem, od czego zacząć…

Może zacznę od tego, że choróbsko odpuściło na tyle, że na pół gwizdka mogę pracować zawodowo, więc już wróciłam do pracy i nadal ochraniam jeden z lokalnych marketów wspólnie z koleżanką i kolegami zatrudnionymi w tym samym, co ja celu. Dzięki temu mam znów odrobinę mniej czasu na sprawy poza zarabianiem pieniędzy, ale… nie jest źle.

Część z Was już wie, że nie zdałam egzaminu zawodowego. Tak, to prawda. Wymarzona praca w gabinecie rehabilitacyjnym musi jeszcze chwilę poczekać, bo egzamin poprawkowy pozwolą mi zdawać dopiero w styczniu przyszłego roku. Niestety, wcześniej nie ma na to najmniejszych szans. Z racji tego, że prawie ugadana praca jest na razie przeszłością, staram się mimo wszystko rozwijać w kierunku masaży. Z tego powodu zainwestowałam niemalże ostatnie pieniądze w kurs Terapeuty SPA, który odbywał się w Warszawie. I to były chyba dobrze zainwestowane pieniądze. W Akademii SPA odkryłam nowe możliwości i techniki, dzięki którym będę nadal mogła przynosić pomoc ludziom, niekoniecznie w gabinecie rehabilitacyjnym. Atmosfera była cudna! Naprawdę. Prowadzący oraz dziewczyny, które przyjechały, by uczyć się tak, jak ja byli (i nadal są) wspaniali. Poznałam nowe techniki w masażu relaksacyjnym i do swoich umiejętności mogę dopisać: masaż bambusem, stemplami ziołowymi (co obiecano nam jeszcze w szkole, ale prowadzący zajęcia jakoś nie pociągnął tego tematu dalej), miodem, a także rozwinęłam nieco wiedzę o masażu kamieniami gorącymi. Doprawdy, na poprzednim kursie nauczyłam się układać kamienie na ciele klienta, a teraz wiem, jak zrobić za pomocą rozgrzanego bazaltu naprawdę relaksacyjny masaż. Dodatkowo jeszcze prowadzący zaprezentował nam zabiegi typowe dla SPA, czyli peeling i okłady. Cały czas raczył nas też wiedzą wypływającą z doświadczenia, wypływającego z jego wieloletniej pracy w zawodzie w różnych miejscach i środowiskach, a także tych związanych z prowadzeniem własnej działalności. Wróciłam do domu z głową pełną pomysłów i wiedzy…

Sama podróż też była zaskakująca… Największym zaskoczeniem było kupno biletów na pociągi ekspresowe. Na tydzień przed podróżą wykupiłam ostatnie bilety na podróż do i ze stolicy. Ostatnie. Za ciężkie pieniądze… W piątkowy poranek udało mi się wsiąść do Pendolino.

 

001

Tym razem nie spie… rniczyło, jak przed zdjęciem, które próbowałam mu zrobić na stacji w Gliwicach. Och, jakby mi takiego psikusa zrobiło, to nie miałabym dziś certyfikatu i nowych umiejętności, a tylko stracone pieniądze. Mnóstwo straconych pieniędzy… Ale – udało się. Bez większego trudu odnalazłam swoje zarezerwowane miejsce i już mogłam się cieszyć urokami podróżowania w tak ekskluzywnym środku transportu.

 

002

Nawet poczęstowano mnie herbatką (Lipton, zielona… w smaku nie za cudna, ale przynajmniej nie było mi po niej tak niedobrze, jakbym zażyczyła sobie czarnej).

 

003

Do wyboru była jeszcze kawa, ale tej wolę nie tykać, jeśli nie jest kawą zbożową. Na tym ekskluzywność, niestety, się skończyła. W rozwieszonych wszędzie telewizorkach puszczono jedynie zapętloną, jedną i tę samą reklamę Strażników Galaktyki 2. Owszem, pierwsza część bardzo mi się spodobała i bardzo chcę obejrzeć drugą, ale oglądanie non stop jednej i tej samej reklamy było nużące. I tak, starałam się nie patrzeć na te minitelewizorki, ale nie dało rady. Były tak ustawione, że musiałabym patrzeć się bez przerwy w okno albo na własne stopy, by ich nie widzieć. A widoki za oknem nie zawsze były warte oglądania.

Skoro zatem obsługa tego luksusowego pociągu nie miała zamiaru dostarczyć pasażerom rozrywki wizualnej, stwierdziłam, że trzeba tę rozrywkę samemu sobie zorganizować. Tak więc na półeczce rozstawiłam sobie tablet, po czym rozpoczęłam poszukiwanie Wi-Fi. Jakież było moje rozczarowanie, gdy sieci nie znalazłam. Nawet w zwykłych szynobusach… ba! W naszych miejskich autobusach jest dostęp do darmowego Internetu! Ale nie w Pierdolino… za dobrze by było. Starczy herbatka/kawka wliczona w cenę biletu (i już wiadomo, czemu tak się cenią 😉 ). Podróż umilana rozrywką ciągniętą z własnego, komórkowego Internetu minęła dość spokojnie. Mimo, że wykupiłam ostatni bilet, miejsce koło mnie przez całą podróż pozostawała puste i nietknięte. Tak samo cztery inne, będące w zasięgu mojego wzroku.

 

004

Ludzie zrezygnowali z możliwości podróżowania tym pięknym, włoskim cudem techniki, czy jak? Albo przeczuwali, że będzie to niezbyt miła podróż ze sporym opóźnieniem. Bo pociąg utknął na stacji Warszawa Zachód z powodu jakiegoś szumiącego jegomościa, do którego zawezwano specjalnych gości, którzy mieli go odszumieć.

 

008

I tak, dzięki szumiącemu oraz patrolowi Policji, który docierał na miejsce zdarzenia przez ponad pół godziny, na dworzec Warszawa Wschodnia dotarłam później, niż planowałam. Na szczęście zaczepiony pan na postoju autobusów miejskich raczył wytłumaczyć istotę podróżowania tego typu komunikacją. Jego wiedza wynikała z racji zajmowanego stanowiska pracy. Pan bowiem okazał się być kierowcą autobusu. Niestety, nie tej linii, której potrzebowałam, by dotrzeć na miejsce szkolenia. Z jego wskazówkami dotyczącymi rodzajów biletów, ich ceny oraz techniki kasowania poradziłam sobie bez trudu w autobusie linii 140. Potem tylko trzeba było pilnować się, by wysiąść na właściwym przystanku, a tu już sprawę ułatwiły szczegółowe instrukcje od koleżanki warszawianki.

 

010

Spóźniona i zziajana dotarłam na miejsce, by od razu rzucić się w wir nowych wiadomości.

Pierwszego dnia poznałam współkursantki oraz prowadzącego, którego nazwisko, po zmianie dwóch liter, przekształca się w nazwisko mego lubego. Imienia nie trzeba zmieniać w ogóle. Taka ciekawostka, która wprawiła mnie w wesoły nastrój. Dziewczyny, które zechciały się uczyć razem ze mną mieszkały raczej w okolicach Warszawy. Zaskoczeniem była jedna z nich, która przyleciała z zupełnie innego kontynentu, gdzie wyemigrowała za mężem. Po prezentacji zaczęliśmy uczyć się masażu gorącymi kamieniami, poznając wszelkie jego tajniki… a było czego się uczyć! Naprawdę to był masaż, a nie układanie kamieni na ciele klienta. Doświadczając tego rodzaju przyjemności na własnej skórze czułam wyraźną różnicę, między tym, co wcześniej mnie uczyli, a co przyswajam sobie obecnie. Niebo a ziemia. Naprawdę.

Drugi dzień zaczęliśmy od powtórki z lekcji pierwszej. Znów kamienie bazaltowe poszły w ruch, po czym gładko przeszliśmy do nauki masażu bambusami.

 

011

Cóż za cudowny masaż! Tak od strony masowanego, jak i masującego. Wspaniale rozciąga mięśnie, rozluźnia je i powoduje uczucie odprężenia. Cieszę się, że poznałam ten rodzaj masażu, bo mogę go stosować zamiennie z masażem klasycznym, a zużywam na niego mniej energii, niż przy masażu klasycznym, co obecnie jest sprawą bardzo ważną, gdyż czego, jak czego, ale energii brakuje mi codziennie. Bez przerwy na deficycie… pod koniec zajęć zapoznałyśmy się jeszcze z ruchami wymaganymi podczas masażu miodem. Tak, żebyśmy już wiedziały, jak go wykonać dnia następnego, bo masaż miodem nie lubi powtórek. Czemu? Bo miód może zbytnio podrażnić delikatniejszą skórę.

Trzeciego dnia znów zaczęliśmy powtórką, co mnie niezmiernie ucieszyło, bowiem masować bambusem i być nim masowana zaczęłam uwielbiać. Po odświeżeniu wiadomości z dnia poprzedniego, rozpoczęliśmy naukę masażu miodem. Starczy jedna łyżeczka, by rozpocząć lepiący i klejący masaż.

 

016

I wiecie co? Siłą pokonała niechęć do lepiących się do mojej skóry rzeczy i wcale tego nie żałuję. Po spróbowaniu tego rodzaju terapii na własnej skórze byłam równie mocno zaskoczona jego działaniem, jak w przypadku kinesiotapingu. Gdybym sama nie spróbowała, nie uwierzyłabym, że dziesięć minut szybkiego, energicznego masażu z lepkim „olejkiem” może tak niesamowicie rozluźnić mięśnie grzbietu! Coś niesamowitego. Naprawdę! Masaż miodem, zaraz po masażu bambusem będzie jednym z moich ulubionych zabiegów. Jako masażysta i jako masowany.

 

014

Po tej części rozpoczęłyśmy przygotowywania stempli do masażu Pantai Luar. Trzeba gałganki dobrze powiązać i porządnie wypchać ziołami, żeby nie rozpadały się w trakcie masażu, a powodowały zamierzone (w zależności od rodzaju mieszanki ziół) efekty u masowanego klienta. Po przygotowaniu przez każdą z nas dwóch stempli, rozpoczęłyśmy naukę sekwencji ruchów, jakich wymaga ten rodzaj masażu. Po jego zakończeniu, każda z nas wręcz ociekała olejkiem. A jaka skóra się gładka zrobiła! No, poezja… z racji braku dostępu do pryszniców musiałyśmy cały olej wetrzeć w ręczniki. Głupio byłoby wracać autobusem z „mokrymi” spodniami lub T-shirtem. Na koniec dnia dowiedziałyśmy się jeszcze, jak stosować peelingi i jakie do czego służą ich rodzaje, a także w jaki sposób zastosować okłady. Wiele też otrzymałyśmy wiedzy i sekretów dotyczących pracy w SPA, współpracy z hotelami, jak pracować na własny rachunek i jakie jeszcze zabiegi SPA są popularne. Jak promować się, swoje umiejętności i gabinet i jakie narzędzia do tego najlepiej wykorzystać.

Kiedy się pożegnaliśmy, wykonaliśmy ostatnie zdjęcia na pamiątkę, ruszyłam w drogę powrotną.

 

017

Odprowadzona przez H., która mnie ugościła iście po królewsku w swoim warszawskim mieszkanku,

 

018

za co jej niezmiernie dziękuję, bo w innym przypadku mogłabym nie dać rady uczestniczyć w wyżej opisanym kursie, trafiłam na dworzec Warszawa Wschodnia.

 

019

Pociąg do Katowic przyjechał i odjechał punktualnie. Tym razem wszystkie miejsca były pozajmowane. Nie było to Pendolino, a znany każdemu typowy, „staroświecki” ekspres z kuszetkami. Ale bez Warsu. Podróż minęła szybko. Musiałam walczyć z sennością, by nie zasnąć i nie przespać stacji w Katowicach, a była to realna groźba. Byłam tak wykończona aktywnie spędzonym weekendem, że gdybym pozwoliła sobie na drzemkę, obudziłabym się w Budapeszcie, który był stacją końcową tego pociągu. Na szczęście nie tylko ja wysiadałam w Katowicach, więc ruch w przedziale trochę mnie otrzeźwił. Na dworcu spędziłam – o dziwo – spokojnie prawie godzinę (pociąg zaliczył opóźnienie) w czynnej całodobowo kafejce „So! Coffee” niedaleko kas biletowych przy gorącej, zielonej herbacie, uzupełnionej o świeże owoce: truskawkę, rabarbar i cytrynę.

 

020

Gdy pociąg nadjechał, wsiadłam do niego razem z tłumem innych podróżnych i znalazłszy swoje zarezerwowane miejsce (w pierwszej klasie… nie było już wolnych miejsc w drugiej), zajęłam się walką z wszechogarniającą sennością. Przez chwilę pomagał mi w tym współpodróżny: starszy, bardzo dystyngowany pan, udający się do Wrocławia, lecz po niedługim czasie sen go zmorzył, a mnie pozostało utrzymywać się w półśnie czujnym, by nie przegapić swojej stacji docelowej. Gdy wreszcie dotarłam na miejsce i wróciłam do domu było już mocno po drugiej nad ranem. Szybki prysznic i ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, już zasnęłam… a tego samego dnia musiałam stawić się w pracy…

To był morderczy weekend… rzekłabym, że morderczymi były oba tygodnie okalające owy weekend spędzony na kursie. Na szczęście jakoś odżyłam i pozbierałam resztki energii, by móc stanąć na wysokości zadania.

Podsumowując: był to wyjazd pełen niesamowitych wrażeń. Chciałabym móc powtórzyć podobny w niedalekiej przyszłości. I wiecie co? Aż mnie świerzbi, by na kimś już wypróbować swoją wiedzę i niedoskonałe jeszcze ruchy… Wariatka ze mnie 😉

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, masaż, nauka, podróże, praca zawodowa

Dzień za dniem

W oczekiwaniu na różne rzeczy (zwłaszcza na oficjalne wyniki egzaminu zawodowego) płyną mi dni dość wolno. Głównie przy kołowrotku i z serialami na ekranie komputera.

Gdyby nie przecinające codzienną jednakość zajęcia, nie zauważałabym poszczególnych dni. Jednakże i to się skończyło. Dziś odbył się ostatni egzamin w szkole. Pomachaliśmy sobie na wzajem i rozeszliśmy się do domów… jeszcze się spotkamy na pewno na rozdaniu świadectw. A potem? Potem każda z nas znajdzie swoją ścieżkę. Trochę tak smutno, że się już kończy nasza wspólna ścieżka… choć jeszcze nie tak dawno tęskniłam z tym dniem… a teraz chciałabym, żeby jednak nie nadchodził.

Od jutra trochę trudniej będzie się ze mną skontaktować. W związku z zżerającą mnie chorobą muszę poddać się badaniom w szpitalu. Pewnie, jak zostawią mnie w spokoju, a sił będę miała na tyle, by sobie „posiedzieć w necie”, to i się zaloguję na Facebooku i Messengerze…

Próbuję też przeforsować pomysł budowy grodu średniowiecznego, skansenu archeologicznego w moim mieście, a projekt ma być sfinansowany z budżetu obywatelskiego. Jeśli to się uda, będziemy mieli gdzie ćwiczyć, urządzać turnieje i różnego typu imprezy, a także rozwijać nasze zainteresowania i umiejętności rzemieślnicze. Jeśli tylko się uda…

schemat01

Teraz pozostaje mi tylko uporządkować notatki, podręczniki, powtórzyć jeszcze to i owo i poczekać aż wszystko się we mnie zagoi, wyleczy i odnowi… i zacząć wszystko od nowa…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, nauka, życie

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

Dwa tygodnie praktyk

Dziś minął ostatni dzień drugiego tygodnia praktyk zawodowych. Jeszcze jeden tydzień przede mną. Pięć dni. Dwadzieścia godzin.

Jakie wrażenia? Jest mi tam cudownie! Ja wiem, że praktyki wypaczają nieco światopogląd, że niosą ze sobą pewien rodzaj zakłamania rzeczywistości, bo zwykle pracownicy zakładu traktują praktykanta pobłażliwie, z przymrużeniem oka, machając ręką na pewne niedociągnięcia, bo wszak to tylko praktykant: jest, za chwilę go nie będzie i pewnie nigdy nie wróci. A ja chciałabym wrócić. I nie obchodzi mnie, że dzień pracy jest po brzegi (a nawet ponad nie) wypełniony ciężką, fizyczną pracą, bo pacjentów na NFZ obsługuje się taśmowo: piętnaście minut masażu i kolejny na swój kwadrans już się kładzie na stole. Bez przerwy, bez chwili wytchnienia… chyba że ktoś się spóźni lub nie przyjdzie. Wtedy mamy kwadrans dla siebie. Można coś przekąsić, można wypić wystygłą kawę. I czekać na następną falę ludzi spragnionych pozbycia się bólu i oczekujących ulgi, a nawet wyzdrowienia. Moja opiekunka, niewidoma Pani A. jest świetną nauczycielką. I to ja musiałam się nauczyć z nią rozmawiać, a nie ona ze mną. Cóż, jej było łatwiej, bo codziennie spotyka się z ludźmi, którzy widzą. Mnie spotkanie (nieprzelotne) z niewidomą osobą przypada w udziale drugi raz w życiu. Do tego niewidomą od zawsze. Największym wyzwaniem jest opisywanie obrazów i zdjęć. Ja operuję nie tylko kształtem, ale również kolorem. Pani A. kolorów nie zna tak naprawdę. Jeśli na przykład opisuję zdjęcie czarnych kul na białym tle, w których odbijają się światła i inne kule leżące obok, to właśnie tak je opisuję. I co taka osoba może z takiego opisu wyciągnąć? Tylko to, że są na zdjęciu kule, bo ich kształt zna, jej dłonie go znają doskonale. W ogóle jej dłonie są zaskakująco delikatne i wyczulone. Wyczuwa tak niewielkie napięcie mięśni, że ja się zastanawiam, czy w ogóle są one napięte… i gdzie dokładnie. To mi daje do myślenia, jak wiele muszę jeszcze się nauczyć.

Jednakże po tych dwóch tygodniach czuję zmęczenie. Nie jestem w stanie już zasnąć wcześniej niż o drugiej – trzeciej nad ranem, a o szóstej rano już budzik dzwoni, wyrywając mnie z przykrótkiego snu, by zacząć kolejny pracowity dzień, rozpoczynający się od czterech godzin praktyk, przedzielony przerwą wynoszącą półtorej godziny, w której to muszę zdążyć dotrzeć do domu, na szybko przekąsić coś, co zapełni żołądek na dłużej i dostać się na czas do pracy, gdzie muszę wystać swoje osiem godzin, by z niej wrócić przedostatnim autobusem o 22:15 do domu… Zaczynają się bóle przesilonych mięśni i stawów oraz nerwowy kaszel, od którego zaczyna boleć gardło i płuca. Irytujący, buntujący się organizm. Nie może zrozumieć, że jeszcze nie czas na luz? Nie ma jeszcze możliwości odpoczynku? Przecież jeszcze muszę napisać pracę zaliczeniową i referat na najbliższe zajęcia, a wszystko tak boli, że nawet pisanie bloga jest okrutnie męczące. Za chwilę muszę się wykokosić na zajęcia, zebrać się w sobie, zagryźć zęby i mimo wszystko ruszyć i zachować na tyle wysoką przytomność umysłu, by czas lekcji wykorzystać najefektowniej, jak tylko się da… może się ktoś zapytać: „Po co się tak męczysz? Zrezygnuj z jednej rzeczy, nie łap kilku srok za ogon, odpocznij, odetchnij, wrzuć na luz. Nie trzeba przecież się zajeżdżać w imię wyższych celów.” Odpowiem wtedy: „Właśnie teraz nie mogę zrezygnować z żadnego obowiązku, bo i tak – z braku czasu – nie jestem w stanie podołać wszystkim, które życie na mnie nałożyło, co nieustannie mnie irytuje i frustruje, bo chciałabym móc ogarnąć wszystko i jeszcze mieć czas na sen. Chciałabym móc wypełnić wszystkie obietnice, które złożyłam. Nawet te wypowiedziane lata temu, kiedy jeszcze nawet nie przyszłoby mi do głowy, że będę robić to, co robię obecnie. I zwłaszcza te, które usłyszeli najbliżsi…” Czy ktoś zna sposób (może być magiczny, jak z Harry’ego Pottera) na rozciągnięcie doby? Tak do czterdziestu ośmiu godzin co najmniej?

Co jeszcze przekonuje mnie i daje siłę na kolejny, wypełniony pracą dzień? Wdzięczność pacjentów, którzy wyrażają mi swoje uznanie. Wiem, że to też może być przekłamanie, bo nie chcą zaszkodzić praktykantce, która wygląda, jak faktyczna uczennica technikum, a nie podstarzała kobieta na półmetku życia. Jednak słowa traktujące o tym, że moje ręce komuś uśmierzyły ból, że mój nieudolny jeszcze masaż pomógł komuś się wyprostować, rozruszał mięśnie, stawy i kości, by mógł bez przeszkód wrócić do swoich obowiązków, jest chyba najlepszym podziękowaniem, jakie usłyszałam w swojej króciutkiej karierze masażysty.

A oto prezenty, jakie otrzymałam na Dzień Kobiet od panów, którzy poddali się bez strachu zabiegom moich niewprawnych dłoni:

kwiaty8marca01

3 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Takie tam zawiadomienie

Wszyscy, a przynajmniej większość z Was już wie, że ledwo się trzymam na nogach, ale jeszcze daję radę… Pragnę jednak zawiadomić, że przez najbliższe trzy tygodnie (od 29 lutego do 20 marca br.) będę odbywać praktyki zawodowe, nie zaniedbując pracy i szkoły, co łączy się z tym, iż całe dnie będę poza domem. Jak po siódmej rano wyjdę na praktyki, tak po dwudziestej drugiej wrócę z pracy.

Dlatego zwracam się z prośbą o wyrozumiałość i cierpliwość, bo mogę być marudna, irytująca, nieosiągalna (telefonicznie, mejlowo, fejsbukowo etc.) i w ogóle nie ogarniać rzeczywistości.

Jestem pomiędzy zajęciami właśnie… ręce mnie bolą, mięśnie karku próbują się boleśnie skurczyć, ograniczając mi możliwość ruchu… a tu tyle do zrobienia! Ale zamiast zabrać się za robotę siedzę i piję herbatę, przeglądam fejsika i myślę, że się lenię. I mam z tego powodu wyrzuty sumienia… może jutro uda mi się trochę robotę nadgonić…? W czasie „pomiędzy”…

Nic, nie będę po próżnicy siedzieć przy komputerze, pójdę upleść trochę sznurków…

6 komentarzy

Filed under hobbystycznie, nauka, ogólnie, życie

Nadrabianie zaległości

29-06

Miałam parę tygodni wyjętych z życiorysu: praca po dziesięć godzin dziennie codziennie, od poniedziałku do piątku, zajęcia w szkole, egzaminy końcowe, nauka w każdej wolnej chwili, sen tak krótki, że nie starczyło go na regenerację. Działki na oczy nie widziałam.

Dziś zaniosłam indeks do sekretariatu, uzupełniłam ostatnie w nim wpisy (głównie piątki, trochę czwór) i już oficjalnie mogę zacząć wakacje. Teraz pozostało tylko ogarnąć wszystko, co zostało zostawione „na potem”, a jest tego sporo, bo i sprzątanie traktowałam po łebkach, i działka stoi odłogiem (prawie, bo Z. i G. robią, co mogą, by grządki nie zarosły chwastem).

Na razie nadrabiam zaległości w sprzątaniu, choć zmęczenie ścina mnie z nóg co chwilę. Czuję się opuchnięta, połamana, obolała i ledwo żywa. Dość intensywny był to czas… zbyt intensywny, jak na moje możliwości. Ale myślę, że za niedługo się to wszystko wyrówna i będzie już tylko z górki.

Myślę nad tym, by od lipca zacząć samowolne praktyki zawodowe. Głównie po to, by nie wyjść z wprawy, nie osłabić już wyrobionych na zajęciach mięśni i nie zapomnieć ruchów, które należy wykonywać. Zatem, jeśli ktoś mieszka niedaleko (nie mam sprawnego auta, więc w grę wchodzi dojazd rowerem lub autobusem), miałby potrzebę poddania się masażom oraz nie bałby się zaufać niewykwalifikowanemu masażyście, a także nie przeraża go brak profesjonalnego sprzętu (np. stołu do masażu), to zapraszam do kontaktu. A że są to praktyki, tedy w zamian nie poproszę o zapłatę (bo to nielegalne). Ewentualnie mogę się zgodzić na zwrot kosztów dojazdu. Bardzo ewentualnie.

A tak wyglądały moje dotychczasowe praktyki podczas biegów i maratonów organizowanych w mieście, w którym mieszkam:

Razem z koleżankami z klasy masujemy biegaczy, uczestniczących w Biegu im. Powstańców Śląskich.

Razem z koleżankami z klasy masujemy biegaczy, uczestniczących w Biegu im. Powstańców Śląskich.

Tu się pastwię nad obolałym ścięgnem Achillesa jednego z biegaczy V Biegu Koziołków.

Tu się pastwię nad obolałym ścięgnem Achillesa jednego z biegaczy V Biegu Koziołków.

Nikt nie zgłaszam skarg i zażaleń pod moim adresem, wręcz słyszałam same podziękowania, że jest o wiele lepiej, niż było jeszcze przed chwilą. Po raz pierwszy w życiu chyba jestem zadowolona z tego, że coś potrafię.

10 komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa

Lato…

03-06

Dwa dni pracy za mną. Kończenie szychty o godzinie dwudziestej drugiej, nie będzie moim ulubionym zajęciem. Po południu i wieczorem moja wydajność spada na łeb na szyję, obojętnie jak bardzo mogłabym się wyspać rano. Nie jest to zdecydowanie mój rytm tygodnia. Ale cóż, nie buntuję się, bo nie ma po co. Za chwilę nowy tydzień i będę miała inny system zmian. Na razie wszystko jest dla mnie nowe. Pierwszy raz spotykam się z tego typu zadaniami i muszę sobie wiele przyswoić, ale nie jest to nie do opanowania. Myślę, że za niedługo już będę się bez problemów wywiązywać z nałożonych na mnie obowiązków. Tylko muszę nieco okrzepnąć. To wszystko.

Na działce ponoć wszystko rośnie, ma się dobrze i kiełkuje. Jutro, korzystając z wolnego dnia, się przejdę i popatrzę, ocenię „wytrawnym okiem znawcy”, czy to, co kiełkuje, to nie przypadkiem chwasty. Miejmy nadzieję, że pogoda pozostanie wciąż taka, jak obecnie: słoneczna i gorąca.

Pranie się kotłuje w pralce, zwierzaki napojone i nakarmione. Trzeba zatem te dwie godziny, które zostały do wymarszu do pracy jakoś twórczo spędzić, choć czuję się strasznie senna i opuchnięta. Może by się tak zabrać za książeczki-wisiorki? W sumie siedzieć będę, wiele myśleć nad tym nie trzeba… No nic… coś zrobić trzeba, bo szkoda marnować taki piękny dzień.

05-06

Na Wystawę definitywnie nie jadę. Smutno mi, ale z czegoś trzeba zrezygnować, żeby nie musieć się klonować. Przy tym nie miałabym jak tam dojechać, bo Skody na razie stoją uszkodzone i zbieramy kasę na ich ponowne uruchomienie. To tzw. grosze, ale i te trzeba mieć, żeby mechanikowi móc zapłacić. Po drugie praca. Mimo, że dostałam sobotę wolną, to jednak dziwnie bym się czuła zostawiając współpracowników w jeden z najgorszych dni samych, by pracowali po piętnaście godzin. No i egzamin. Na który jeszcze nic nie umiem.

Wczoraj cały dzień wybyczyliśmy się na działce. Pogoda przyjemna, bo nie było duszno, gorąco i upalnie. W pewnym momencie nawet zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że wparowałam pod tunel, gdzie zawsze jest najgoręcej i zaczęłam plewić i wiązać pomidory do palików, by się zagrzać choć trochę. Jeszcze wytrzebiłam perz z jednego z kwietników (robiąc sobie pęcherze na palcach, bo u nas perz jest pancerny), G. oczyścił malinowy chróśniak, a Z. niszczył chaszcze za płotem, nad rzeczką. A tak po prawdzie, to chaszcze niszczyły żyłkę w podkaszarce. Szkoda, że pan Dziadek już nie żyje, bo byśmy od niego kosę pożyczyli i szłoby to o niebo lepiej. Na zasuwanie po tych zaroślach z sierpem ani sama się nie piszę, ani innych do tego zmuszać nie będę.

W przerwie, gdy głód dał o sobie znać, zrobiliśmy sobie grilla. Było i mięsko, i tosty z żółtym serem, a także szczypior prosto z zagonu. Do smaku. Na drewnie pięknie się wszystko opiekało. Ba! Nawet i przysmędzało na czarno, jeśli tylko odeszłam na chwilę za daleko od grilla. Ale wszystko było zjadliwe i smakowite.

Działkowe grillowanie :) Dla każdego coś dobrego :)

Działkowe grillowanie 🙂 Dla każdego coś dobrego 🙂

Młode rośliny kiełkują i rosną wręcz w oczach. Czekam z nadzieją, że fasolka jeszcze wybije, bo na razie tylko jedno poletko się zazieleniło, a na drugim tylko jeden rządek wzeszedł. Jeśli nic nie wybije w najbliższym czasie, to chyba po prostu dosieję. Nie po to przeznaczałam na fasolę dwa zagonki, by mieć tylko jeden.

A tak wszystko rośnie:

Działkowy, kwietny pająk.

Działkowy, kwietny pająk.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pierwsze truskawki.

Pierwsze truskawki.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Kalarepki się powoli robią.

Kalarepki się powoli robią.

Kwiaty winogronowe.

Kwiaty winogronowe.

Samotny irysek.

Samotny irysek.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Bonus: burek podwórkowy ;)

Bonus: burek podwórkowy 😉

Wróciliśmy po ósmej wieczorem do domu. Jeszcze chciałam się pouczyć, ale byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie nawet czytać, a co dopiero rozumieć, co czytam. Już nie wspomnę o zapamiętywaniu…

Nic, zatem teraz, przed pracą jeszcze posiedzę i się pouczę. A patrząc na plan zaczynam się mocno obawiać ostatniego tygodnia czerwca… cztery egzaminy pod rząd. Jeden z przedmiotu, z którego zajęcia zostały przeprowadzone raz i polegały na zadaniu tematu pracy zaliczeniowej. Ach, alem się dowiedziała z niego! Normalnie mogę być teraz w tym temacie ekspertem…

Ech, odklejam się od monitora i zajmę się trochę nauką…

07-06

Za chwilkę pierwszy tydzień w pracy będzie można uznać za zakończony. No, może nie za taką chwilkę, bo dopiero po dwudziestej drugiej, kiedy już będę się turlać do domu, ale zawsze to prawie koniec. Nie powiem, że mi się w tej pracy nie podoba. Jest ciekawie. Wszystko jest dla mnie zupełnie nowe, a ekipa fajna, wesoła i zgrana. No i praca prawie zupełnie bezstresowa. Jedyne, czym się mogę denerwować, to to, że nie do końca jeszcze wiem co, z czym i jak. I to jedyne źródło stresu.

Egzamin zdałam. Jestem kujonem. I nic tego nie zmieni. Kolejna piątka wędruje na moje konto. Z pracy zaliczeniowej wykładowca chciał mi dać aż szóstkę, ale chyba szkoła nie przewiduje takich wysokich ocen. Jestem kujonem. Teraz tydzień odsapki, a ostatni weekend czerwca będzie strasznie stresujący: cztery egzaminy w trzy dni. Z czego dwa z przedmiotów, które odbyły się raz lub w ogóle. Zupełnie nie rozumiem polityki szkoły w tym zakresie. Gdybym miała zagadnienia do egzaminu, to spokojnie bym postarała się opanować materiał, ale tak bez niczego? Nawet nie wiem, jaką wiedzę muszę posiąść, żeby wszystko pozaliczać, choćby na marną trójkę. Dziwne to trochę.

Wystawa w Prudniku trwa na dobre. W tym roku żal mi, że mnie ominęła, ale myślę, że za rok już spokojnie będę mogła w niej uczestniczyć od początku do końca. Będę też miała więcej rzeczy do pokazania, bo teraz naprawdę, wszystko jest na wariackich papierach: działka, praca, szkoła, dom… wszystko działa, ale chyba tylko siłą rozpędu.

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo, życie