Tag Archives: nauka

Dzień za dniem

W oczekiwaniu na różne rzeczy (zwłaszcza na oficjalne wyniki egzaminu zawodowego) płyną mi dni dość wolno. Głównie przy kołowrotku i z serialami na ekranie komputera.

Gdyby nie przecinające codzienną jednakość zajęcia, nie zauważałabym poszczególnych dni. Jednakże i to się skończyło. Dziś odbył się ostatni egzamin w szkole. Pomachaliśmy sobie na wzajem i rozeszliśmy się do domów… jeszcze się spotkamy na pewno na rozdaniu świadectw. A potem? Potem każda z nas znajdzie swoją ścieżkę. Trochę tak smutno, że się już kończy nasza wspólna ścieżka… choć jeszcze nie tak dawno tęskniłam z tym dniem… a teraz chciałabym, żeby jednak nie nadchodził.

Od jutra trochę trudniej będzie się ze mną skontaktować. W związku z zżerającą mnie chorobą muszę poddać się badaniom w szpitalu. Pewnie, jak zostawią mnie w spokoju, a sił będę miała na tyle, by sobie „posiedzieć w necie”, to i się zaloguję na Facebooku i Messengerze…

Próbuję też przeforsować pomysł budowy grodu średniowiecznego, skansenu archeologicznego w moim mieście, a projekt ma być sfinansowany z budżetu obywatelskiego. Jeśli to się uda, będziemy mieli gdzie ćwiczyć, urządzać turnieje i różnego typu imprezy, a także rozwijać nasze zainteresowania i umiejętności rzemieślnicze. Jeśli tylko się uda…

schemat01

Teraz pozostaje mi tylko uporządkować notatki, podręczniki, powtórzyć jeszcze to i owo i poczekać aż wszystko się we mnie zagoi, wyleczy i odnowi… i zacząć wszystko od nowa…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, nauka, życie

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

Dwa tygodnie praktyk

Dziś minął ostatni dzień drugiego tygodnia praktyk zawodowych. Jeszcze jeden tydzień przede mną. Pięć dni. Dwadzieścia godzin.

Jakie wrażenia? Jest mi tam cudownie! Ja wiem, że praktyki wypaczają nieco światopogląd, że niosą ze sobą pewien rodzaj zakłamania rzeczywistości, bo zwykle pracownicy zakładu traktują praktykanta pobłażliwie, z przymrużeniem oka, machając ręką na pewne niedociągnięcia, bo wszak to tylko praktykant: jest, za chwilę go nie będzie i pewnie nigdy nie wróci. A ja chciałabym wrócić. I nie obchodzi mnie, że dzień pracy jest po brzegi (a nawet ponad nie) wypełniony ciężką, fizyczną pracą, bo pacjentów na NFZ obsługuje się taśmowo: piętnaście minut masażu i kolejny na swój kwadrans już się kładzie na stole. Bez przerwy, bez chwili wytchnienia… chyba że ktoś się spóźni lub nie przyjdzie. Wtedy mamy kwadrans dla siebie. Można coś przekąsić, można wypić wystygłą kawę. I czekać na następną falę ludzi spragnionych pozbycia się bólu i oczekujących ulgi, a nawet wyzdrowienia. Moja opiekunka, niewidoma Pani A. jest świetną nauczycielką. I to ja musiałam się nauczyć z nią rozmawiać, a nie ona ze mną. Cóż, jej było łatwiej, bo codziennie spotyka się z ludźmi, którzy widzą. Mnie spotkanie (nieprzelotne) z niewidomą osobą przypada w udziale drugi raz w życiu. Do tego niewidomą od zawsze. Największym wyzwaniem jest opisywanie obrazów i zdjęć. Ja operuję nie tylko kształtem, ale również kolorem. Pani A. kolorów nie zna tak naprawdę. Jeśli na przykład opisuję zdjęcie czarnych kul na białym tle, w których odbijają się światła i inne kule leżące obok, to właśnie tak je opisuję. I co taka osoba może z takiego opisu wyciągnąć? Tylko to, że są na zdjęciu kule, bo ich kształt zna, jej dłonie go znają doskonale. W ogóle jej dłonie są zaskakująco delikatne i wyczulone. Wyczuwa tak niewielkie napięcie mięśni, że ja się zastanawiam, czy w ogóle są one napięte… i gdzie dokładnie. To mi daje do myślenia, jak wiele muszę jeszcze się nauczyć.

Jednakże po tych dwóch tygodniach czuję zmęczenie. Nie jestem w stanie już zasnąć wcześniej niż o drugiej – trzeciej nad ranem, a o szóstej rano już budzik dzwoni, wyrywając mnie z przykrótkiego snu, by zacząć kolejny pracowity dzień, rozpoczynający się od czterech godzin praktyk, przedzielony przerwą wynoszącą półtorej godziny, w której to muszę zdążyć dotrzeć do domu, na szybko przekąsić coś, co zapełni żołądek na dłużej i dostać się na czas do pracy, gdzie muszę wystać swoje osiem godzin, by z niej wrócić przedostatnim autobusem o 22:15 do domu… Zaczynają się bóle przesilonych mięśni i stawów oraz nerwowy kaszel, od którego zaczyna boleć gardło i płuca. Irytujący, buntujący się organizm. Nie może zrozumieć, że jeszcze nie czas na luz? Nie ma jeszcze możliwości odpoczynku? Przecież jeszcze muszę napisać pracę zaliczeniową i referat na najbliższe zajęcia, a wszystko tak boli, że nawet pisanie bloga jest okrutnie męczące. Za chwilę muszę się wykokosić na zajęcia, zebrać się w sobie, zagryźć zęby i mimo wszystko ruszyć i zachować na tyle wysoką przytomność umysłu, by czas lekcji wykorzystać najefektowniej, jak tylko się da… może się ktoś zapytać: „Po co się tak męczysz? Zrezygnuj z jednej rzeczy, nie łap kilku srok za ogon, odpocznij, odetchnij, wrzuć na luz. Nie trzeba przecież się zajeżdżać w imię wyższych celów.” Odpowiem wtedy: „Właśnie teraz nie mogę zrezygnować z żadnego obowiązku, bo i tak – z braku czasu – nie jestem w stanie podołać wszystkim, które życie na mnie nałożyło, co nieustannie mnie irytuje i frustruje, bo chciałabym móc ogarnąć wszystko i jeszcze mieć czas na sen. Chciałabym móc wypełnić wszystkie obietnice, które złożyłam. Nawet te wypowiedziane lata temu, kiedy jeszcze nawet nie przyszłoby mi do głowy, że będę robić to, co robię obecnie. I zwłaszcza te, które usłyszeli najbliżsi…” Czy ktoś zna sposób (może być magiczny, jak z Harry’ego Pottera) na rozciągnięcie doby? Tak do czterdziestu ośmiu godzin co najmniej?

Co jeszcze przekonuje mnie i daje siłę na kolejny, wypełniony pracą dzień? Wdzięczność pacjentów, którzy wyrażają mi swoje uznanie. Wiem, że to też może być przekłamanie, bo nie chcą zaszkodzić praktykantce, która wygląda, jak faktyczna uczennica technikum, a nie podstarzała kobieta na półmetku życia. Jednak słowa traktujące o tym, że moje ręce komuś uśmierzyły ból, że mój nieudolny jeszcze masaż pomógł komuś się wyprostować, rozruszał mięśnie, stawy i kości, by mógł bez przeszkód wrócić do swoich obowiązków, jest chyba najlepszym podziękowaniem, jakie usłyszałam w swojej króciutkiej karierze masażysty.

A oto prezenty, jakie otrzymałam na Dzień Kobiet od panów, którzy poddali się bez strachu zabiegom moich niewprawnych dłoni:

kwiaty8marca01

3 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Takie tam zawiadomienie

Wszyscy, a przynajmniej większość z Was już wie, że ledwo się trzymam na nogach, ale jeszcze daję radę… Pragnę jednak zawiadomić, że przez najbliższe trzy tygodnie (od 29 lutego do 20 marca br.) będę odbywać praktyki zawodowe, nie zaniedbując pracy i szkoły, co łączy się z tym, iż całe dnie będę poza domem. Jak po siódmej rano wyjdę na praktyki, tak po dwudziestej drugiej wrócę z pracy.

Dlatego zwracam się z prośbą o wyrozumiałość i cierpliwość, bo mogę być marudna, irytująca, nieosiągalna (telefonicznie, mejlowo, fejsbukowo etc.) i w ogóle nie ogarniać rzeczywistości.

Jestem pomiędzy zajęciami właśnie… ręce mnie bolą, mięśnie karku próbują się boleśnie skurczyć, ograniczając mi możliwość ruchu… a tu tyle do zrobienia! Ale zamiast zabrać się za robotę siedzę i piję herbatę, przeglądam fejsika i myślę, że się lenię. I mam z tego powodu wyrzuty sumienia… może jutro uda mi się trochę robotę nadgonić…? W czasie „pomiędzy”…

Nic, nie będę po próżnicy siedzieć przy komputerze, pójdę upleść trochę sznurków…

6 komentarzy

Filed under hobbystycznie, nauka, ogólnie, życie

Nadrabianie zaległości

29-06

Miałam parę tygodni wyjętych z życiorysu: praca po dziesięć godzin dziennie codziennie, od poniedziałku do piątku, zajęcia w szkole, egzaminy końcowe, nauka w każdej wolnej chwili, sen tak krótki, że nie starczyło go na regenerację. Działki na oczy nie widziałam.

Dziś zaniosłam indeks do sekretariatu, uzupełniłam ostatnie w nim wpisy (głównie piątki, trochę czwór) i już oficjalnie mogę zacząć wakacje. Teraz pozostało tylko ogarnąć wszystko, co zostało zostawione „na potem”, a jest tego sporo, bo i sprzątanie traktowałam po łebkach, i działka stoi odłogiem (prawie, bo Z. i G. robią, co mogą, by grządki nie zarosły chwastem).

Na razie nadrabiam zaległości w sprzątaniu, choć zmęczenie ścina mnie z nóg co chwilę. Czuję się opuchnięta, połamana, obolała i ledwo żywa. Dość intensywny był to czas… zbyt intensywny, jak na moje możliwości. Ale myślę, że za niedługo się to wszystko wyrówna i będzie już tylko z górki.

Myślę nad tym, by od lipca zacząć samowolne praktyki zawodowe. Głównie po to, by nie wyjść z wprawy, nie osłabić już wyrobionych na zajęciach mięśni i nie zapomnieć ruchów, które należy wykonywać. Zatem, jeśli ktoś mieszka niedaleko (nie mam sprawnego auta, więc w grę wchodzi dojazd rowerem lub autobusem), miałby potrzebę poddania się masażom oraz nie bałby się zaufać niewykwalifikowanemu masażyście, a także nie przeraża go brak profesjonalnego sprzętu (np. stołu do masażu), to zapraszam do kontaktu. A że są to praktyki, tedy w zamian nie poproszę o zapłatę (bo to nielegalne). Ewentualnie mogę się zgodzić na zwrot kosztów dojazdu. Bardzo ewentualnie.

A tak wyglądały moje dotychczasowe praktyki podczas biegów i maratonów organizowanych w mieście, w którym mieszkam:

Razem z koleżankami z klasy masujemy biegaczy, uczestniczących w Biegu im. Powstańców Śląskich.

Razem z koleżankami z klasy masujemy biegaczy, uczestniczących w Biegu im. Powstańców Śląskich.

Tu się pastwię nad obolałym ścięgnem Achillesa jednego z biegaczy V Biegu Koziołków.

Tu się pastwię nad obolałym ścięgnem Achillesa jednego z biegaczy V Biegu Koziołków.

Nikt nie zgłaszam skarg i zażaleń pod moim adresem, wręcz słyszałam same podziękowania, że jest o wiele lepiej, niż było jeszcze przed chwilą. Po raz pierwszy w życiu chyba jestem zadowolona z tego, że coś potrafię.

10 komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa

Lato…

03-06

Dwa dni pracy za mną. Kończenie szychty o godzinie dwudziestej drugiej, nie będzie moim ulubionym zajęciem. Po południu i wieczorem moja wydajność spada na łeb na szyję, obojętnie jak bardzo mogłabym się wyspać rano. Nie jest to zdecydowanie mój rytm tygodnia. Ale cóż, nie buntuję się, bo nie ma po co. Za chwilę nowy tydzień i będę miała inny system zmian. Na razie wszystko jest dla mnie nowe. Pierwszy raz spotykam się z tego typu zadaniami i muszę sobie wiele przyswoić, ale nie jest to nie do opanowania. Myślę, że za niedługo już będę się bez problemów wywiązywać z nałożonych na mnie obowiązków. Tylko muszę nieco okrzepnąć. To wszystko.

Na działce ponoć wszystko rośnie, ma się dobrze i kiełkuje. Jutro, korzystając z wolnego dnia, się przejdę i popatrzę, ocenię „wytrawnym okiem znawcy”, czy to, co kiełkuje, to nie przypadkiem chwasty. Miejmy nadzieję, że pogoda pozostanie wciąż taka, jak obecnie: słoneczna i gorąca.

Pranie się kotłuje w pralce, zwierzaki napojone i nakarmione. Trzeba zatem te dwie godziny, które zostały do wymarszu do pracy jakoś twórczo spędzić, choć czuję się strasznie senna i opuchnięta. Może by się tak zabrać za książeczki-wisiorki? W sumie siedzieć będę, wiele myśleć nad tym nie trzeba… No nic… coś zrobić trzeba, bo szkoda marnować taki piękny dzień.

05-06

Na Wystawę definitywnie nie jadę. Smutno mi, ale z czegoś trzeba zrezygnować, żeby nie musieć się klonować. Przy tym nie miałabym jak tam dojechać, bo Skody na razie stoją uszkodzone i zbieramy kasę na ich ponowne uruchomienie. To tzw. grosze, ale i te trzeba mieć, żeby mechanikowi móc zapłacić. Po drugie praca. Mimo, że dostałam sobotę wolną, to jednak dziwnie bym się czuła zostawiając współpracowników w jeden z najgorszych dni samych, by pracowali po piętnaście godzin. No i egzamin. Na który jeszcze nic nie umiem.

Wczoraj cały dzień wybyczyliśmy się na działce. Pogoda przyjemna, bo nie było duszno, gorąco i upalnie. W pewnym momencie nawet zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że wparowałam pod tunel, gdzie zawsze jest najgoręcej i zaczęłam plewić i wiązać pomidory do palików, by się zagrzać choć trochę. Jeszcze wytrzebiłam perz z jednego z kwietników (robiąc sobie pęcherze na palcach, bo u nas perz jest pancerny), G. oczyścił malinowy chróśniak, a Z. niszczył chaszcze za płotem, nad rzeczką. A tak po prawdzie, to chaszcze niszczyły żyłkę w podkaszarce. Szkoda, że pan Dziadek już nie żyje, bo byśmy od niego kosę pożyczyli i szłoby to o niebo lepiej. Na zasuwanie po tych zaroślach z sierpem ani sama się nie piszę, ani innych do tego zmuszać nie będę.

W przerwie, gdy głód dał o sobie znać, zrobiliśmy sobie grilla. Było i mięsko, i tosty z żółtym serem, a także szczypior prosto z zagonu. Do smaku. Na drewnie pięknie się wszystko opiekało. Ba! Nawet i przysmędzało na czarno, jeśli tylko odeszłam na chwilę za daleko od grilla. Ale wszystko było zjadliwe i smakowite.

Działkowe grillowanie :) Dla każdego coś dobrego :)

Działkowe grillowanie 🙂 Dla każdego coś dobrego 🙂

Młode rośliny kiełkują i rosną wręcz w oczach. Czekam z nadzieją, że fasolka jeszcze wybije, bo na razie tylko jedno poletko się zazieleniło, a na drugim tylko jeden rządek wzeszedł. Jeśli nic nie wybije w najbliższym czasie, to chyba po prostu dosieję. Nie po to przeznaczałam na fasolę dwa zagonki, by mieć tylko jeden.

A tak wszystko rośnie:

Działkowy, kwietny pająk.

Działkowy, kwietny pająk.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pierwsze truskawki.

Pierwsze truskawki.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Kalarepki się powoli robią.

Kalarepki się powoli robią.

Kwiaty winogronowe.

Kwiaty winogronowe.

Samotny irysek.

Samotny irysek.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Bonus: burek podwórkowy ;)

Bonus: burek podwórkowy 😉

Wróciliśmy po ósmej wieczorem do domu. Jeszcze chciałam się pouczyć, ale byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie nawet czytać, a co dopiero rozumieć, co czytam. Już nie wspomnę o zapamiętywaniu…

Nic, zatem teraz, przed pracą jeszcze posiedzę i się pouczę. A patrząc na plan zaczynam się mocno obawiać ostatniego tygodnia czerwca… cztery egzaminy pod rząd. Jeden z przedmiotu, z którego zajęcia zostały przeprowadzone raz i polegały na zadaniu tematu pracy zaliczeniowej. Ach, alem się dowiedziała z niego! Normalnie mogę być teraz w tym temacie ekspertem…

Ech, odklejam się od monitora i zajmę się trochę nauką…

07-06

Za chwilkę pierwszy tydzień w pracy będzie można uznać za zakończony. No, może nie za taką chwilkę, bo dopiero po dwudziestej drugiej, kiedy już będę się turlać do domu, ale zawsze to prawie koniec. Nie powiem, że mi się w tej pracy nie podoba. Jest ciekawie. Wszystko jest dla mnie zupełnie nowe, a ekipa fajna, wesoła i zgrana. No i praca prawie zupełnie bezstresowa. Jedyne, czym się mogę denerwować, to to, że nie do końca jeszcze wiem co, z czym i jak. I to jedyne źródło stresu.

Egzamin zdałam. Jestem kujonem. I nic tego nie zmieni. Kolejna piątka wędruje na moje konto. Z pracy zaliczeniowej wykładowca chciał mi dać aż szóstkę, ale chyba szkoła nie przewiduje takich wysokich ocen. Jestem kujonem. Teraz tydzień odsapki, a ostatni weekend czerwca będzie strasznie stresujący: cztery egzaminy w trzy dni. Z czego dwa z przedmiotów, które odbyły się raz lub w ogóle. Zupełnie nie rozumiem polityki szkoły w tym zakresie. Gdybym miała zagadnienia do egzaminu, to spokojnie bym postarała się opanować materiał, ale tak bez niczego? Nawet nie wiem, jaką wiedzę muszę posiąść, żeby wszystko pozaliczać, choćby na marną trójkę. Dziwne to trochę.

Wystawa w Prudniku trwa na dobre. W tym roku żal mi, że mnie ominęła, ale myślę, że za rok już spokojnie będę mogła w niej uczestniczyć od początku do końca. Będę też miała więcej rzeczy do pokazania, bo teraz naprawdę, wszystko jest na wariackich papierach: działka, praca, szkoła, dom… wszystko działa, ale chyba tylko siłą rozpędu.

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo, życie

Wind of Change

28-05

Odpoczywam między egzaminami. Za chwilę będzie nowy, a potem kolejny. No i sobotni, drugi dzień Wystawy stoi pod znakiem zapytania, bo wsadzili – oczywiście – kolejny egzamin. Wszyscy mi mówili, że po czwartkowym święcie na pewno nie będzie zajęć, a tu – niespodzianka. Nic, jakoś postaram się to tak załatwić, żeby być w dwóch miejscach (prawie) na raz. Bo ani z egzaminu, ani z Wystawy zrezygnować nie chcę i nie mogę.

Zimno nadal. Zmarzłam wczoraj strasznie. W robocie, gdyby nie gorąca herbata, umarłabym z zimna. Do wieczora się rozgrzewałam, siedząc w ciepłych, grubych ciuchach i skarpetkach na nogach. Dzisiejszy dzień też nie wygląda zachęcająco, a wyjść z domu trzeba i pozałatwiać trochę ważnych spraw. Szarówka za oknem nie pomaga w pracach tak domowych, jak i działkowych. Irytuje mnie to, bo na ten przykład wczoraj po robocie chciałam sobie na spokojnie zasiąść do prac rzemieślniczych, a padłam twarzą na pysk. Zasnęłam w dzień, jak nigdy, bo chora nie jestem, a takie rzeczy zdarzają mi się tylko, kiedy podupada moje zdrowie.

29-05

Wróciła słoneczna i ciepła pogoda. Szkoda tylko, że nie mam czasu na roboty „polowe”, bo czas biegnie nieubłaganie i nie chce na nic poczekać. No ale… musiałam odbyć kolejną rozmowę kwalifikacyjną i pójść na popołudniowe zajęcia, a pomiędzy tym wszystkim zdążyłam jeszcze poskładać wysuszone pranie i zrobić wiązadełko. A miałam dziś posprzątać mieszkanie…

Cóż, z rozmowy kwalifikacyjnej wyszło to, że… bendem ochroniarkom! Praca wzięła i znalazła się sama wręcz i bardzo szybko wszystko poszło, bo jeszcze wczoraj rano nie miałam nawet nadziei na jakąkolwiek pracę, niż ta w ciuchach. Wieczorem przeszłam się do znajomej Z., żeby dotrzymać jej nieco towarzystwa, bo się pochorowała niefajnie i potrzebowała rozmowy o wszystkim i niczym, więc nie odmówiłam. Przy okazji, całkowicie przypadkiem dowiedziałam się, że w jednym z marketów potrzebują do roboty w ochronie na wczoraj wręcz. Stwierdziłam – co mi szkodzi spróbować? Podałam swój numer telefonu i zupełnie bez emocji czekałam na odzew. W końcu w takiej pracy nie mam żadnego doświadczenia, więc mogą nie chcieć kogoś takiego, kogo trzeba uczyć od podstaw. I wcale by mnie to nie zdziwiło. Rano dzwonił sobie telefon, a jakże. Po pierwsze głos wyciszony do zera (była psiapsiółka dzwoniąca często o drugiej, trzeciej nad ranem z niebywale „ważną” sprawą mnie tego nauczyła), a po drugie na spacer z piesełem nie zabieram komórki, bo mimo, że staroć, to jej utrata zabolałaby bardzo. Ale jak oddzwoniłam, to się umówiłam na rozmowę. Na rozmowie zostałam przemaglowana z każdej strony i wyszłam obronną ręką, bo w poniedziałek mam jechać podpisywać umowę, a od sobotniego popołudnia zaczynam szkolenie. I znów „pole” będzie stać odłogiem… jedzenia nie będzie na zimę… ech… i tak źle, i tak niedobrze…

30-05

Dzień zaczyna się trochę nieprzyjemnie: głowa chce zacząć boleć. Już podejmuję odpowiednie kroki, żeby do tego nie dopuścić. W końcu dziś długi dzień, jutro zajęcia w terenie, na które tak bardzo czekam od długiego czasu. Nie ma przebacz – trzeba być na nogach.

Za chwilę zaczynam zajęcia. Mózg nie chce się ruszyć i trochę zacząć pracować, mimo tego, że wstałam tuż po szóstej rano. Nadal nie mogę się dobudzić. I tak jest od dłuższego czasu: zasypiam prawie od razu, jak się położę tak pomiędzy dziesiątą a jedenastą wieczorem, a budzę się nadal zmęczona o szóstej rano. I budzę się nie za sprawą budzika, na siłę. Chyba potrzebuję chwilę odpoczynku, a jak na razie na to się nie chce zapowiedzieć. Tak po prawdzie, to bym się z chęcią poturlała na działkę i tam przesiedziała cały dzień. Bo nawet jak robię tam coś fizycznie, zmęczę się, to jakoś tak mi zdecydowanie lżej jest później. Może w tygodniu, po pracy pójdę od razu coś tam podziałać, bo bliżej będę mieć na działkę, niż do domu. Się zobaczy się…

31-05

Dzisiejszy dzień zapowiadał się tragicznie. Nie mogłam się zwlec z łóżka, bo było mi strasznie niedobrze, do tego dochodził ból głowy, problemy z oddychaniem i ogólnie osłabienie. No po prostu zdychałam. Ale się zawzięłam, zebrałam w garść i poszłam na dzisiejsze zajęcia pod chmurką, bo dziś uczestniczyliśmy w charakterze personelu pomocniczego w Biegu im. Powstańców Śląskich. Masażem pomagaliśmy przed wysiłkiem, by rozgrzać mięśnie, a po nim – by nie zrobiły się tzw. zakwasy. Masowaliśmy wszystkich chętnych, a wielu z nich było ozdobionych medalami. Zabawy mieliśmy co niemiara, ale i mnóstwo pracy. Na koniec, po biegu mieliśmy pełne ręce roboty, tyle osób decydowało się oddać w nasze ręce. Skończyliśmy po godzinie piętnastej. Do domu wróciłam naprawdę wykończona, ale zadowolona. Nauczyłam się więcej, dowiedziałam się też nieco o pracy masażysty i zrozumiałam, że się na razie nadaję do masowania osób gruboskórnych.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

Na działce udało się wysadzić i posiać wszystkie warzywa, jakie mieliśmy w planie. Hurra! Mogę teraz zająć się Zielnikiem, a potem zaraz przeskakuję w kwiatki. Dobrze by było jeszcze Ruderkę nieco naprawić: dach położyć, który by nie przeciekał, naprawić ścianę spaloną przez Pana Żula, a załataną na odpiernik, odmalować na zewnątrz, wymienić szybę, co nam kura bażancia rozbiła i wtedy już będzie ładnie i schludnie. A na razie wygląda to tak:

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Malutki jeszcze słonecznik.

Malutki jeszcze słonecznik.

Fasolka już też rośnie.

Fasolka już też rośnie.

I fasolka solo.

I fasolka solo.

Malutki groszek.

Malutki groszek.

I kwiat brokuła.

I kwiat brokuła.

Cukinie też już rosną.

Cukinie też już rosną.

Ogórki nie zostają w tyle.

Ogórki nie zostają w tyle.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

Zagonik kapuściany.

Zagonik kapuściany.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł... znaczy liści.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł… znaczy liści.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

Grządka z selerami.

Grządka z selerami.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

Jeszcze dziś się wybieram na szkolenie, żeby zaliczyć zamknięcie dnia. Tak bardzo już nie mam sił. Zwłaszcza, że jutro zapowiada się dość długi dzień, wypełniony po brzegi załatwianiem spraw przeróżnych.

6 komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa, rolniczo