Tag Archives: choroba

Dzieje się…

Dzieje się, oj, dzieje… niestety, nie za dobrze się dzieje. Dorwało mnie choróbsko, które na razie jest diagnozowane, ale jeszcze nie leczone. Co się przyplątało? Kto oglądał serial „Dr House”, ten może się domyślić, bo tę chorobę diagnozował u swoich pacjentów najczęściej.

Mam za sobą odwiedziny w dwóch szpitalach (wszystko na pulmunologii) i stertę badań za sobą. Poza standardowymi badaniami krwi i moczu oraz RTG klatki piersiowej uraczono mnie tomografią komputerową, bronchoskopią, gazometrią i EBUSem.

Tomografia komputerowa była przyjemna. Leżało się na leżance, dziwnie bzycząca tuba jeździła w tę i nazad… można się było poczuć, jak w statku kosmicznym. Jak na Nostromo. Czemu? Bo gdy wtłaczali w żyły kontrast, poczułam się, jakby mnie taki Ósmy Pasażer wziął i ukąsił. W żyłach zaczęła mi płynąć lawa – dosłownie tak się czułam. I weź tu człowieku się opanuj i nie ruszaj… i nie wyrwij TEJ ZASRANEJ IGŁY Z RĘKI! kiedy płynne żelazo pali ci żyły. Kobieta obsługująca maszynę na moją uwagę, że ręka mi chyba zaraz odpadnie, bo tak mnie bolało, gdy wlewał się kontrast, beztrosko stwierdziła: „Ojej, zapomniałam powiedzieć, że tak się dzieje, bo my wlewamy ten kontrast pod wysokim ciśnieniem. Ale to przejdzie.” Jasne, że przeszło… po dwóch dobach. Dziękuję.

Bronchoskopia mnie przeraża do dziś. Owszem, są tacy, dla których żadna „-skopia” nie jest problemem, ale ja do takich nie należę. Na czym polega to badanie? Jak każda „-skopia”. Kluczowym słowem jest tu „rurka”. Najpierw, obowiązkowo, podaje się znieczulenie. Miejscowe. Pryskają w gardło takim miętowym w smaku sprajem. Coraz głębiej i głębiej. Oczywiście odruch wymiotny gra tu nie małą rolę. Dlatego nie pozwalają nic jeść i pić przed badaniem, bo by się bałaganu narobiło. Pierwszy problem robi się, gdy endoskop ma przejść przez pierwszą bazę – tchawicę. Wiecie, że skubana się automatycznie zaciska, jakby od tego zależała wygrana w Lotto? I potem trzeba tą cholerę zmusić, żeby dała sobie siana, wzięła się odcisnęła i dała wreszcie zaczerpnąć tchu, bo inaczej obie zejdziemy z tego świata. Przeglądanie wnętrza moich płuc odbywałoby się bardziej spokojnie, gdyby nie wpuszczany w nie płyn, mający na celu znieczulenie kolejnych części mojego wnętrza. Tak, kolejny odruch. Płuca dostały „wody”, więc mózg podjął decyzję: „O cholera! Topimy się!” No i weź tu debilowi wytłumacz, że to żadne topienie, tylko badanie i znieczulenie? No wziął zasiał panikę i kropka. Na szczęście udało się go ugłaskać i przetłumaczyć, że nie jestem pod wodą, nie topię się i mogę swobodnie (naprawdę, serio-serio) oddychać. Pobieranie próbek do badania już nie bolało. Było to dość dziwne uczucie, jakby mały robaczek kąsał skórę. Tyle że od środka… takie chwycenie, lekkie pociągnięcie i ukąszenie – wszystko bezbolesne. No i płukanie na koniec, by szybciej zlazło znieczulenie… I powtórka z rozrywki: „Łomatko! Topimy się! Topimy! Trza to wszystko wyrzucić natychmiast z płuc, bo się utopimy!”. Mam popaprany mózg. I za mocno rozwinięty instynkt samozachowawczy. Wyciąganie endoskopu poszło szybko, wręcz błyskawicznie. Oczyszczanie płuc trwało parę dni. Myślałam, że te płuca po prostu wypluję, wyczyszczę, wytrę do sucha, nawilżę kremem i schowam z powrotem. Aha, i pozaklejam plastrami ranki, żeby już przestały krwawić, bo się zaczynałam czuć, jak gruźlik…

Gazometria w porównaniu z powyższym, to jak wycieczka na Majorkę… grzejesz sobie łapki pod ciepłą wodą, potem pielęgniarka nakłuwa jeden palec (jak przy badaniu w cukrzycy) i zbiera wypływającą krew do rurki, podobnej do słomek do napojów, które były dodawane do oranżady w woreczkach… tylko bardzo cieniutkiej i przezroczystej. I już. Można iść chorować dalej.

EBUS. To taka inna bronchoskopia. Tylko pozwalająca przebić się do węzłów chłonnych, by pobrać z nich próbki. Tak, przebić się przez płuca do węzłów chłonnych znajdujących się za nimi. Pamiętając poprzednią bronchoskopię, myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Okazało się jednak, że środki znieczulające mają tak świetne, że nawet tchawica nie zauważyła, że coś przez nią przechodzi. Poprzednią bronchoskopię wykonywano mi na siedząco. EBUSa robi się w pozycji leżącej. Nie dziwię się, że jest taki wymóg. Po „głupim jasiu” miałam takiego „tripa”, że bym spłynęła z krzesła. Chyba że zostałabym do niego przywiązana. Mogłam spokojnie patrzeć na „pływające” i „pełzające” lampy nade mną i na obraz na ekranie, pokazujący wnętrze moich płuc. Fajne są. Myślałam, że będą bardziej czerwone… a może to już był węzeł chłonny…? Cholera wie… Po badaniu było mi słabo i trudno się oddychało przez pewien czas, ale nie nastąpił wściekły kaszel, którego się spodziewałam, wzorem poprzednich doświadczeń. Jak się okazało, nie taki EBUS straszny, jak bronchoskopia.

Teraz jestem w domu. Nie czuję się zbyt różowo, bo potrafię dostać zadyszki przy ubieraniu spodni i T-shirta, no i raz na jakiś czas mam małą „wirówkę”. Ale da się to jakoś obejść. Na chwilę. Zła jestem na siebie, bo teraz znów stałam się nieproduktywna i bezużyteczna. Najlepiej wychodzi mi oglądanie seriali i plecenie sznurka, bo mogę siedzieć i za bardzo się nie ruszać. Wtedy też stawy mniej bolą. No i nie mogę ziewać. Bo płuca bolą, jak nabiorę w nie więcej powietrza, niż przy normalnym oddychaniu… ale to też idzie przeżyć.

Remont pokoju idzie nam jak po grudzie. Głównie dlatego, że trochę brakuje nam gotówki na części składowe. Bo robimy szafę. Na caaaaałą ścianę. Żeby się w niej pomieścić z większością szpargałów. I się mieścimy. Powoli. Wraz z powoli powstającymi półkami. Już nie trzeba będzie udeptywać mężowskich ubrań, żeby się mieściły w szafie. Każdy kolor sweterka ma swoją własną półeczkę. I każdy kolor T-shirta. Sięgasz i wyciągasz jedną rzecz. Ot tak… nie martwiąc się, że jeśli dobrze nie przytrzymasz reszty ubrań, to masz najbliższe pół godziny wybrane z życiorysu, bo trzeba wszytko powtórnie wepchnąć do szafy, używając umiejętności zdobytych podczas gry w „Tetrisa”…

Pralka stwierdziła, że się popsuje. No bo co? Od 16 lat pracuje w ciężkich, szkodliwych warunkach, to czemu ma się nie zepsuć? Na szczęście tylko grzałka przestała działać. Ciężko orzec, czy ona sama jest winna tej sytuacji, czy może pokrętło termostatu? A może sam programator przestał włączać grzanie wody? Nie wiadomo. Na razie radzę sobie „po staremu”: grzeję wodę w czajniku elektrycznym, który ma możliwość wyboru temperatury, przelewam zagrzaną wodę do miski, a kiedy uzbiera cała micha wody, wlewam do pralki. I włączam pranie. Detergenty wlewam do wody, którą leję do pralki. Dobrze, że mamy taką ładowaną od góry…

To chyba tyle z relacji tego, co się wydarzyło od ostatniego wpisu… idę chorować dalej i plątać sznurek…

2 komentarze

Filed under domowo, życie

Dzień za dniem

W oczekiwaniu na różne rzeczy (zwłaszcza na oficjalne wyniki egzaminu zawodowego) płyną mi dni dość wolno. Głównie przy kołowrotku i z serialami na ekranie komputera.

Gdyby nie przecinające codzienną jednakość zajęcia, nie zauważałabym poszczególnych dni. Jednakże i to się skończyło. Dziś odbył się ostatni egzamin w szkole. Pomachaliśmy sobie na wzajem i rozeszliśmy się do domów… jeszcze się spotkamy na pewno na rozdaniu świadectw. A potem? Potem każda z nas znajdzie swoją ścieżkę. Trochę tak smutno, że się już kończy nasza wspólna ścieżka… choć jeszcze nie tak dawno tęskniłam z tym dniem… a teraz chciałabym, żeby jednak nie nadchodził.

Od jutra trochę trudniej będzie się ze mną skontaktować. W związku z zżerającą mnie chorobą muszę poddać się badaniom w szpitalu. Pewnie, jak zostawią mnie w spokoju, a sił będę miała na tyle, by sobie „posiedzieć w necie”, to i się zaloguję na Facebooku i Messengerze…

Próbuję też przeforsować pomysł budowy grodu średniowiecznego, skansenu archeologicznego w moim mieście, a projekt ma być sfinansowany z budżetu obywatelskiego. Jeśli to się uda, będziemy mieli gdzie ćwiczyć, urządzać turnieje i różnego typu imprezy, a także rozwijać nasze zainteresowania i umiejętności rzemieślnicze. Jeśli tylko się uda…

schemat01

Teraz pozostaje mi tylko uporządkować notatki, podręczniki, powtórzyć jeszcze to i owo i poczekać aż wszystko się we mnie zagoi, wyleczy i odnowi… i zacząć wszystko od nowa…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, nauka, życie

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Pachnąca konfiturami kuchnia…

06-07

Konfitury porzeczkowe się robią. Mimo okrutnego upału, jaki jest na zewnątrz. Wewnątrz mieszkania da się jeszcze wytrzymać. Zwłaszcza, kiedy otworzy się wieczorem wszystkie okna. Nad porzeczkami zerwanymi przez Z. męczyłam się ponad półtorej godziny. Musiałam każdą kuleczkę obejrzeć, żeby sprawdzić, czy nie ma na niej szypułki. A było tego nieco ponad 1,5 kg, czyli naprawdę niewiele, a stania – aż nogi uszami wychodziły. Za to podarowane porzeczki (G. dostał od znajomego całą mniejszą reklamówkę) obrałam w nieco ponad pół godziny. A było tego dwa i pół kilo. Tak to wygląda robota, kiedy ma się nieodpowiednio zerwane porzeczki.

Będę miała dziś chyba zarwaną nockę, bo konfitury trzeba co parę godzin gotować ponownie. A jutro do pracy… oj, będzie ciężko…

08-07

Zapowiada się ciężki weekend. Piątek zabierze mi praca od świtu do nocy, za całe 8 zł za przepracowaną godzinę. Na szczęście będę dzielić trudy i znoje w doborowym towarzystwie. Będzie ciężko, ale wesoło.
Mój rower w końcu po dwóch dekadach otrzymał nową tylną dętkę. Zawsze puszczała powietrze, ale wczoraj już nie dała rady wytrzymać więcej. Rano dojechałam do pracy na dwa razy, bo w połowie drogi musiałam dopompować flaka, bo już jechałam na feldze. Za to po południu już nie dało rady nic zrobić. Wentyl się zapchał, koło puste, bez powietrza. Wracałam pieszo, prowadząc rower. Upał dał się we znaki tak, że kiedy przyszłam do domu, nie mogłam zdjąć koszuli, bo się mi do skóry przykleiła.

Papużki dostają w najgorętsze dni „kompiółkę” z chłodną wodą z czego się cieszą i używają do woli. Pieseł dostaje w ręczniku lód, by się mogła położyć na nim i trochę schłodzić w tych upałach. A my? My sobie wyśmienicie radzimy. Od czasu do czasu wspomagając czymś zimnym. Na przykład prysznicem.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. Zwłaszcza cukinie. Mamy dużo rzodkiewki, którą możemy się podzielić. Póki nie pójdzie do słoików w marynatę. Także proszę się spieszyć z zamówieniami. Na jesień też planujemy je mieć, więc będzie drugi rzut dla tych, co się nie załapali teraz. Nic straconego.

Sałata się też szykuje do zbioru, więc o nią też można prosić. Ile damy radę, tyle się podzielimy.

Wiśnie nam trochę burza obtłukła. Burza przyszła nad ranem: wiatr przyginał drzewa niemal do samej ziemi, targał naszymi oknami, otwartymi na oścież, by się mieszkanie trochę przez noc schłodziło. Chcąc nie chcąc musieliśmy wszystkie pozamykać na głucho. I od razu zrobiło się duszno. Ale przynajmniej nam nie napadało do środka. Cały dzień teraz pada. Z przerwami. Wiśni obrywać w taką pogodę nie pojedziemy, bo nie ma to sensu. Chwila przerwy między deszczem jest zbyt krótka, by oberwać na raz wszystkie owoce. Przy tym zrywane w deszczu będą gnić. I to bardzo szybko.

Teraz czeka mnie jeszcze obrobienie rzodkiewek, czarnych porzeczek i kalarep. Dwóch kalarep jak na razie. Z których jedna waży dokładnie 1,162 kg, a druga 0,801 kg. Maleństwa, prawda?

12-07

Wróciłam. Wykończona, zmęczona i prawie nieprzytomna. Wizyta w rodzinnym domu, odwiedziny chorej mamy w domu opieki, potem powrót niemal prosto do pracy i siedzenie do godziny dwudziestej drugiej. W domu dopiero byłam w okolicy godziny jedenastej w nocy. I najgorsze było to, że nie potrafiłam zasnąć. Byłam tak nakręcona, że nawet nudne „klikacze” nie były w stanie wywołać u mnie senności. Dobrze, że w poniedziałek mam chwilę wytchnienia od pracy zarobkowej. Będę sprzątać i robić kolejne przetwory. Sezon słoikowy w pełni, więc nie ma wybacz…

I tak na koniec mała prośba do czytelników: proszę zerknąć na fejsbukową stronę i pomóc nam przenieść się na wioskę. Rzecz jest już dość paląca, niestety, dlatego zdecydowaliśmy się na taki desperacki krok. Z góry dziękuję za choćby udostępnienie strony, czy zaproszenie do polubienia jej swoich znajomych, którzy mogliby coś wiedzieć nt. domów na wsi przeznaczonych na sprzedaż lub wymianę. Z góry serdecznie dziękuję.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, rolniczo

Lepsze jutro było wczoraj?

08-05

Chwila odpoczynku pomiędzy sprzątaniem, a sprzątaniem. Nic nie robiłam przez długi czas w tym zakresie, to trzeba odrobinkę nadrobić. Jeszcze kark mam sztywny, jeszcze obracanie głową boli przy gwałtowniejszych ruchach, jeszcze zakres ruchu nie jest taki, jaki być powinien, ale już mogę pracować w domu.

Cały tydzień spędziłam w łóżku, niestety. Ale się nie leniłam. Znalazłszy dogodną pozycję dla ciała i laptopa plotłam sznurki na lucecie, oglądając NCIS na iitv.info. Jednakowoż cała reszta leżała i kwiczała i wylewała się z koszy, zlewów i innych pojemników. Cóż, kiedy nie dało rady się swobodnie obrócić, pochylić, sięgnąć po coś, podnieść coś z podłogi? Zrobiłam sobie niespodziewane wakacje.

Z miłą chęcią podzieliłabym się wrażeniami z Jarmarku Cysterskiego w Jemielnicy, ale aparat się schował w czeluście garażowe i na razie nie jestem w stanie go wyciągnąć. Jak tylko dostanę go w łapy, będę pisać wspomnienia na najemnym blogu i po obróbce wrzucę zdjęcia do najemnego albumu. Oczywiście nie omieszkam podrzucić linków do obu miejsc w Internecie 😉

Ufff… posprzątane. Jeszcze w międzyczasie zdążyłam CV zanieść na złom, bo szukają kogoś do ogarnięcia kasy i internetowych portali nie tylko aukcyjnych. Zapewne będzie to kolejny niewypał, ale… zobaczymy, co z tego wyniknie.

Na iitv.info już nie ma po co wchodzić. Dziś zamknęli ten portal z serialami. Bo niby prali pieniądze. Mam nieco inną teorię na ten temat, ale nie będę jej upubliczniać. Można o tym poczytać m. in. w Wyborczej. Tylko gdzie teraz będę mogła sobie oglądać spokojnie seriale podczas prac rzemieślniczych? No bo sznurki najlepiej się plecie, kiedy można zająć czymś wzrok i myśli, bo inaczej można po prostu zasnąć. Ech… nic już nie można. Żadnej rozrywki. Niedługo i Internet nie będzie mi do niczego potrzebny, bo nic w nim ciekawego nie będzie. Z tego powodu zrezygnowaliśmy właśnie z telewizji. Nic to, przynajmniej jakieś oszczędności będą…

09-05

Po wczorajszej wycieczce z CVkiem mam wielkie bąble na palcach u stóp i samych stopach. Dobrze, że na zajęciach z masażu mogłam sobie pochodzić na bosaka lub w klapkach, bo inaczej nie byłabym zadowolona. No i na pewno ciężko byłoby mi się skupić. Na ćwiczeniach. A jest co ćwiczyć, bo na koniec maja mamy już zapowiedziane zajęcia w plenerze, gdzie będziemy pomagać biegaczom zmęczonym biegiem swoimi umiejętnościami. Już się nie mogę doczekać. Serio, serio. Do tej pory nie dostałam od nikogo informacji, że wykonuję swoją pracę źle. Niekiedy zdarzyło mi się trochę za mocno przycisnąć, nadusić, ale po pierwszym syknięciu od razu zmieniałam siłę wykonywanego chwytu. Jeszcze jutro cały dzień w ławce mnie czeka. Nie wiem, jak wytrzymam, bo dziś trochę trudno było wysiedzieć w ławce i skupić się na robieniu notatek. Sztywność karku i „nęcenie” w mięśniach i stawach jest co najmniej irytujące…

10-05

Jakoś przeżyłam zajęcia. Dzięki siedzeniu i słuchaniu, co wykładowcy (bo mieliśmy zajęcia łączone) mają nam do powiedzenia, wieczorem czułam już skutki tego typu aktywności: kark znów zesztywniał, ramiona (tym razem oba) zaczęły znów boleć. Maści już nie działają. Będę musiała uskładać na serię masaży z akupresurą, bo inaczej się wykończę. A nie mogę sobie pozwolić na dalsze siedzenie w domu. Działka sama się nie obrobi, niestety. A i zarobić trochę grosza trzeba przy przerzucaniu worów z ubraniami, więc… w górę serca i do pracy, drodzy rodacy.

Wieczorem spełniłam… spełniliśmy swoje obowiązki obywatelskie i przeszliśmy się zagłosować na nadzieję na lepsze jutro w postaci nowego Prezydenta RP. Na temat wyboru kandydata zmilczę, bo nie chcę robić ze swojego bloga agitacji politycznej. Zobaczymy jutro, kto wygra, czy będzie druga tura, czy sukces jednego z kandydatów będzie miażdżący. Idę spać z nadzieją na lepsze…

2 komentarze

Filed under nauka, prace ręczne, życie

Jak z bicza trzasł

Dni lecą, jak wściekłe przed siebie, nawet nie wiem, jak je ogarnąć na tyle, żeby zrobić wszystko, co muszę i co poplanowałam. Ziemia i rośliny z wolna przygotowują się do zimy, choć za oknem jeszcze temperatura bliższa latu niż jesieni, choć aura niekiedy już jesienią zawiewa.

Pisałam, ze postanawiam pisać co niedzielę? Taaa… ja i moje postanowienia. No, nie potrafię wytrwać w nich i tyle, jeśli nie dotyczą czegoś naprawdę ważnego.

Ostatnio dopadła nas jakaś choroba, ale z pomocą ziół i silnej woli już wychodzimy na prostą. Co prawda mój „ukochany” łeb wyłączył mnie skutecznie na weekend (a miałam go spędzić w „polu” przy robocie). Przespałam całą niemal sobotę i ponad pół niedzieli. Nic nie zrobiłam. Jestem strasznie zła na siebie, ale kiedy ledwo mogę się utrzymać w pozycji wertykalnej, siedząc na tyłku, to jak mogłabym się utrzymać na nogach i jeszcze być aktywną? I żadne zabiegi mające na celu ból ten usunąć nie skutkują. Jak złapie, to nie ma przebacz.

A z przyjemniejszych rzeczy? Cóż… mam pracę. Bardzo dorywczą. I nie ma z niej jakichś strasznych zarobków, ale w obecnej sytuacji nie pogardzę żadnym groszem.

Plony, choć zakusy pomrowów były srogie, jednak się udały. Na półce już brakuje miejsca na nowe słoiki, a jeszcze nie skończyłam z przetworami. Mówiąc oględnie jestem w połowie ogarniania tego tematu. Cieszy mnie to niezmiernie, bo znów będzie co jeść przez zimę i nie tylko. I to z roślin, które nie znają sztucznych nawozów i chemii. Jakoś tak z wolna zaczynam się coraz mocniej odnajdywać w kuchni, choć nadal nie lubię stać przy garach. A jak już o staniu… moja kochana zmywarka dokonała żywota w kłębach śmierdzącego paloną izolacją dymu… dobrze, że byliśmy wtedy w domu, bo jak nic cała kuchnia by się mogła spalić, jeśli nie całe mieszkanie! Szczęściem w nieszczęściu, umarła tylko zmywarka. Zatem mam teraz dodatkową robotę: zmywanie, które „uwielbiam” na równi ze sprzątaniem. Ale cóż mogę na to poradzić? Przecież nie będę układać stosów brudnych naczyń, wyjmując z szafki coraz to nowsze. Aż taką bałaganiarą nie jestem.

W małym pokoju już stoi komplet szaf i szafek. Powolutku zaczynam układać swoje i nie swoje rzeczy warsztatowe, żeby się nie walały po całym domu. Dzięki temu pół przedpokoju wygląda, jak przedpokój, a nie składowisko wszystkiego. W samym małym pokoju już zaczyna wszystko wyglądać bardziej pokojowo i trochę warsztatowo. W sumie nie mogę się doczekać, zeby wreszcie usiąść i zacząć tkać, bo tak mnie do krosien ciągnie, jak nigdy. A jeszcze przecież krosna duże są do ogarnięcia w garażu i chodniczki do utkania! Na te ostatnie zbieram już materiały. Wolniutko, bo i portfel nie zasobny, ale zbieram. I też się nie mogę doczekać możliwości rozpoczęcia pracy na nim.

Ach! Od wczoraj mieszka z nami mały, pierzasty rekonwalescent z uszkodzonym skrzydłem. Mianowicie jaskółka dymówka. Została znaleziona przez mojego znajomego H. w trakcie konnej przejażdżki. Teraz ją podkarmiam tym, co upoluję w domu. Wszak to mięsożerca pełnym dziobem. Cóż, moim marzeniem było posiadać mięsożernego sokoła albo jastrzębia, a stanęło na jaskółce. Cóż zrobić? Jakie fundusze, takie jastrzębie…

Tyle podsumowania na dziś. Postaram się teraz już regularniej wrzucać wpisy na bloga, choć nie obiecuję poprawy. Zdjęć też dziś nie zamieszczę. Nie mam do tego głowy… która nadal boli.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, papużki, prace ręczne