Tag Archives: technik masażysta

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

Reklamy

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

A czas sobie płynie…

Że płynie, to wiadomo. Widać gołym okiem. Ale na pewno nie „wolniutkim tik-tak”. Ledwo się człowiek obróci, a tu już noc i koniec zabawy. A potem uświadamia sobie, że nie zrobił jeszcze tysiąca rzeczy, które sobie założył. I to nie z lenistwa, tylko z braku tytułowego bohatera…

W weekend majowy spotkały mnie dwie niespodzianki: jedna mało przyjemna, druga była osłodą po tej pierwszej. Nieprzyjemną niespodzianką było to, że mój poniedziałkowy zmiennik bardzo wziął sobie do serca świętowanie pierwszomajowe i przyszedł bardzo wczorajszy do pracy. Został wykopany natychmiastowo z marketu, a ja zostałam na posterunku na kolejnych siedem godzin po wyrobionych ustawowo swoich ośmiu. Cała, pełna dniówka piętnastogodzinna, to jednak nie jest szczyt moich marzeń. Na dodatek przepadła mi wizyta u specjalisty, na którą trochę czekałam. Żeby było śmieszniej, Koordynator „zapomniał” zadzwonić do mnie z informacją, że mogę spokojnie opuścić miejsce pracy o godzinie szesnastej, bo już wszystko ugadał z dyrekcją marketu. Och, przecież jestem telepatką i jasnowidzem, więc powinnam była wiedzieć, o czym i z kim rozmawia, prawda? Nic to… było, minęło, niech im ziemia lekką będzie, a korzonki słodko pachną 😉

Przyjemną, a nawet okropnie radosną niespodzianką taką nie do końca było to, że przyjechała w odwiedziny do nas S., której nie widziałam od ostatniego turnieju w Będzinie, na jakim udało mi się być. Hera od razu przyniosła sznurek do zabawy i trykając ją nosem, zachęcała do zabawy – znaczy, że akceptacja nowego „domownika” przebiegła nader pomyślnie. Wybraliśmy się też na działkę (większą grupą, bo na miejscu dołączyli do nas A. i P.), by przetestować możliwości nowego, własnoręcznie przez G. skonstruowanego grilla. Niestety, pogoda stwierdziła, że nie będzie nas rozpieszczać i piknik przebiegł pod znakiem strugi deszczu i przejmującego zimna. Ale za to na grillu smacznie upiekły się pyszności: kiełbaski, karkóweczki, cukinie, ziemniaczki i papryczki – czysta rozkosz! Ze względu jednak na okrutne zimno i wszechobecną wilgoć nasza majówka nie trwała zbyt długo. Zawinęliśmy się do domu i przy ciastkach i jabłeczniku domowej roboty, popijając gorącą, zieloną herbatkę spędziliśmy miło czas aż do wieczora, kiedy to trzeba było z żalem się rozstać…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. starczyło parę ciepłych dni, by nasiona wreszcie zaczęły kiełkować. Na drzewach zawiązują się powoli owoce. Być może będziemy mogli się pochwalić pierwszymi jabłkami z naszej jabłonki? Śliwek węgierek i wiśni, jak zwykle, będzie zatrzęsienie. Mirabelki też dopiszą, co widać po ilości już rumieniących się owoców. Owoce agrestu już rosną, nabierając słodyczy. Porzeczki w wielkich kiściach się zielenią jeszcze i pęcznieją z wolna, ale już widać, że będzie ich więcej, niż w ubiegłym roku. Może nie będzie to klęska urodzaju, ale powinno się dać z nich zrobić trochę konfitur. Przemarznięte pomidory i papryki zostają powoli zastępowane nowymi sadzonkami, a tunel z wolna się zapełnia zielenią i zapachami tak dla niego typowymi. Nawet wyrosła nam w nim jedna truskawka, znaczy jeden krzaczek truskawkowy, który już ma zawiązane owoce. A jedna truskaweczka zaczęła się czerwienić. W każdej wolnej chwili staram się zrobić jak najwięcej. Gdy tylko jest dobra pogoda (nie pada i nie jest zimno), a w szkole nie mam nic zadane, zaraz po pracy idę w „pole” i do wieczora, póki sił starczy staram się wszystko ogarnąć. Perz rośnie jeszcze lepiej, niż wszystkie warzywa i owoce razem wzięte. Jak jednego dnia ogarnę daną część ziemi, to na drugi dzień mogłabym zacząć wszystko od nowa. Taka syzyfowa praca… Póki co nie widać ślimaków. To znaczy są, ale gajowe, z muszelkami. Pomrowów ani widu, ani słychu. Tyle dobrze. Trutka profilaktycznie wysypana została wokół ogrodzenia całej działki, zwłaszcza w miejscu graniczenia z rzeką, żeby nie nalazły stamtąd, bo nie wierzę, że tak po prostu wyginęły, czy też się wyprowadziły. Problemem natomiast są w tym roku mszyce i mrówki. Oba szkodniki nie potrafią bez siebie żyć, a szkód potrafią sporych narobić, więc trzeba je wytępić do nogi. Mrówki są na działce od początku, bo dobrze się czuły na ugorze, ziemi nie ruszanej od wielu lat łopatą, widłami, czy inną glebogryzarką i miały się świetnie. Mamy do wyboru czarne mrówy i czerwone, które gryzą tak wściekle, że nogi puchną, a skóra piecze, jakby ją kto przypiekał. Cóż, pozbyliśmy się pomrowów, pozbędziemy się i mrówek. Innego wyjścia nie ma.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W szkole wciąż to samo: lekcje, prace zaliczeniowe i egzaminy. Raz częściej, raz rzadziej te dwie ostatnie opcje występują, ale dają popalić. Staram się nie mieć zaległości i przygotowywać zlecone zadania, jak najlepiej potrafię, często spędzając noce przed komputerem lub wstaję bladym świtem, nim pierwsza papużka się odezwie i próbuję ogarnąć wszystko, co trzeba. Jak na razie udaje mi się osiągać najlepsze wyniki w grupie. Mam nadzieję, że to samo będzie i na ostatnim, końcowym, państwowym egzaminie, którego bardzo się obawiam. Od niego zależy wszystko: nowy zawód, nowe, szersze możliwości, może nowa praca…? Ale do tego czasu jeszcze muszę skończyć ten i przyszły semestr, a także dokończyć praktyki zawodowe z masażu sportowego i wodnego. Z tym ostatnim podejrzewam, że będzie największy kłopot. Coś się wymyśli. Może przez wakacje uda mi się załapać na praktyki, bo wtedy odejdą zajęcia co weekend i będę mogła ten zyskany czas poświęcić na dalsze kształcenie.

Ostatnio, za namową koleżanki z pracy… albo inaczej: spodobał mi się jej gadżet i nabyłam sobie taki sam. Czemu wydałam ciężko zarobione pieniądze na jakąś popierdółkę? Ano dlatego, żeby zobaczyć wreszcie, ileż to kilometrów w pracy nabijam, łażąc w pracy w tę i nazad, pilnując, czy bramki nie będą piszczeć 😉 Otóż owym gadżetem jest smartwatch. Dość dobrze trzyma się ręki i nie przeszkadza w żadnych codziennych czynnościach, choć swoje gabaryty ma. I ma coś, co zwie się podometr, czyli takie ustrojstwo, co liczy kroki, które się zrobi w jego obecności. Oczywiście nie jest to najdokładniejszy pomiar, ale już daje jako taki pogląd na to, ile się człowiek nachodzi, żeby tę jałmużnę na koniec miesiąca dostać. Dziennie wyrabiam się bez problemu ponad normę 1000 kroków, którą podometr ustawioną „fabrycznie”. Chyba trzeba będzie ustawić inną średnią, bo takie przekraczanie (dosłownie) tej granicy i to bez wkładania większego trudu nie jest zabawą. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć, jak wygląda taki „dzień, jak co dzień” w robocie.

Z przyjemniejszych rzeczy jeszcze dostałam prezent z życzeniem powodzenia w nauce. Znaczy się stół dostałam do masażu z przydatkami do niego: jak wałki i prześcieradła. Na razie nie miałam okazji go porządnie przetestować, ale pierwsze wrażenie po rozłożeniu jest bardzo dobre. Stół jest wygodny dla każdego z uczestników zabiegu: masowanemu wygodnie się leży, a masującemu wygodnie się masuje. Choć w pierwszej chwili wystraszyłam się, że 60 cm szerokości, to jednak za wiele, jak na moje gabaryty, ale jednak szybko okazało się, że to żadna przeszkoda, jeśli dobierze się odpowiednio wysokość stołu. Mogę sięgać wszędzie tam, gdzie trzeba bez jakiejkolwiek specjalnej gimnastyki. Ach, niech no ja tylko będę miała więcej wolnego czasu i sił! Bym już z chęcią wypróbowywała na wszystkich nowy sprzęt 😉

Nie będę Was już dłużej zanudzać, bo i późno już (prawie dwudziesta druga na zegarze), i mózg już zaczyna przysypiać po tym, jak od godziny piątej rano musiał pracować na wysokich obrotach, bym mogła napisać pracę zaliczeniową jeszcze raz, bo poprzednia została odrzucona przez wykładowczynię. Nie miałam pomysłu na zagospodarowanie zadanego tematu, ale już mi się udało na szczęście wszystko ogarnąć w stopniu zadowalającym.

Żegnam się zatem, pisząc dobranoc.

4 Komentarze

Filed under masaż, nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo

Dwa tygodnie praktyk

Dziś minął ostatni dzień drugiego tygodnia praktyk zawodowych. Jeszcze jeden tydzień przede mną. Pięć dni. Dwadzieścia godzin.

Jakie wrażenia? Jest mi tam cudownie! Ja wiem, że praktyki wypaczają nieco światopogląd, że niosą ze sobą pewien rodzaj zakłamania rzeczywistości, bo zwykle pracownicy zakładu traktują praktykanta pobłażliwie, z przymrużeniem oka, machając ręką na pewne niedociągnięcia, bo wszak to tylko praktykant: jest, za chwilę go nie będzie i pewnie nigdy nie wróci. A ja chciałabym wrócić. I nie obchodzi mnie, że dzień pracy jest po brzegi (a nawet ponad nie) wypełniony ciężką, fizyczną pracą, bo pacjentów na NFZ obsługuje się taśmowo: piętnaście minut masażu i kolejny na swój kwadrans już się kładzie na stole. Bez przerwy, bez chwili wytchnienia… chyba że ktoś się spóźni lub nie przyjdzie. Wtedy mamy kwadrans dla siebie. Można coś przekąsić, można wypić wystygłą kawę. I czekać na następną falę ludzi spragnionych pozbycia się bólu i oczekujących ulgi, a nawet wyzdrowienia. Moja opiekunka, niewidoma Pani A. jest świetną nauczycielką. I to ja musiałam się nauczyć z nią rozmawiać, a nie ona ze mną. Cóż, jej było łatwiej, bo codziennie spotyka się z ludźmi, którzy widzą. Mnie spotkanie (nieprzelotne) z niewidomą osobą przypada w udziale drugi raz w życiu. Do tego niewidomą od zawsze. Największym wyzwaniem jest opisywanie obrazów i zdjęć. Ja operuję nie tylko kształtem, ale również kolorem. Pani A. kolorów nie zna tak naprawdę. Jeśli na przykład opisuję zdjęcie czarnych kul na białym tle, w których odbijają się światła i inne kule leżące obok, to właśnie tak je opisuję. I co taka osoba może z takiego opisu wyciągnąć? Tylko to, że są na zdjęciu kule, bo ich kształt zna, jej dłonie go znają doskonale. W ogóle jej dłonie są zaskakująco delikatne i wyczulone. Wyczuwa tak niewielkie napięcie mięśni, że ja się zastanawiam, czy w ogóle są one napięte… i gdzie dokładnie. To mi daje do myślenia, jak wiele muszę jeszcze się nauczyć.

Jednakże po tych dwóch tygodniach czuję zmęczenie. Nie jestem w stanie już zasnąć wcześniej niż o drugiej – trzeciej nad ranem, a o szóstej rano już budzik dzwoni, wyrywając mnie z przykrótkiego snu, by zacząć kolejny pracowity dzień, rozpoczynający się od czterech godzin praktyk, przedzielony przerwą wynoszącą półtorej godziny, w której to muszę zdążyć dotrzeć do domu, na szybko przekąsić coś, co zapełni żołądek na dłużej i dostać się na czas do pracy, gdzie muszę wystać swoje osiem godzin, by z niej wrócić przedostatnim autobusem o 22:15 do domu… Zaczynają się bóle przesilonych mięśni i stawów oraz nerwowy kaszel, od którego zaczyna boleć gardło i płuca. Irytujący, buntujący się organizm. Nie może zrozumieć, że jeszcze nie czas na luz? Nie ma jeszcze możliwości odpoczynku? Przecież jeszcze muszę napisać pracę zaliczeniową i referat na najbliższe zajęcia, a wszystko tak boli, że nawet pisanie bloga jest okrutnie męczące. Za chwilę muszę się wykokosić na zajęcia, zebrać się w sobie, zagryźć zęby i mimo wszystko ruszyć i zachować na tyle wysoką przytomność umysłu, by czas lekcji wykorzystać najefektowniej, jak tylko się da… może się ktoś zapytać: „Po co się tak męczysz? Zrezygnuj z jednej rzeczy, nie łap kilku srok za ogon, odpocznij, odetchnij, wrzuć na luz. Nie trzeba przecież się zajeżdżać w imię wyższych celów.” Odpowiem wtedy: „Właśnie teraz nie mogę zrezygnować z żadnego obowiązku, bo i tak – z braku czasu – nie jestem w stanie podołać wszystkim, które życie na mnie nałożyło, co nieustannie mnie irytuje i frustruje, bo chciałabym móc ogarnąć wszystko i jeszcze mieć czas na sen. Chciałabym móc wypełnić wszystkie obietnice, które złożyłam. Nawet te wypowiedziane lata temu, kiedy jeszcze nawet nie przyszłoby mi do głowy, że będę robić to, co robię obecnie. I zwłaszcza te, które usłyszeli najbliżsi…” Czy ktoś zna sposób (może być magiczny, jak z Harry’ego Pottera) na rozciągnięcie doby? Tak do czterdziestu ośmiu godzin co najmniej?

Co jeszcze przekonuje mnie i daje siłę na kolejny, wypełniony pracą dzień? Wdzięczność pacjentów, którzy wyrażają mi swoje uznanie. Wiem, że to też może być przekłamanie, bo nie chcą zaszkodzić praktykantce, która wygląda, jak faktyczna uczennica technikum, a nie podstarzała kobieta na półmetku życia. Jednak słowa traktujące o tym, że moje ręce komuś uśmierzyły ból, że mój nieudolny jeszcze masaż pomógł komuś się wyprostować, rozruszał mięśnie, stawy i kości, by mógł bez przeszkód wrócić do swoich obowiązków, jest chyba najlepszym podziękowaniem, jakie usłyszałam w swojej króciutkiej karierze masażysty.

A oto prezenty, jakie otrzymałam na Dzień Kobiet od panów, którzy poddali się bez strachu zabiegom moich niewprawnych dłoni:

kwiaty8marca01

3 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Takie tam zawiadomienie

Wszyscy, a przynajmniej większość z Was już wie, że ledwo się trzymam na nogach, ale jeszcze daję radę… Pragnę jednak zawiadomić, że przez najbliższe trzy tygodnie (od 29 lutego do 20 marca br.) będę odbywać praktyki zawodowe, nie zaniedbując pracy i szkoły, co łączy się z tym, iż całe dnie będę poza domem. Jak po siódmej rano wyjdę na praktyki, tak po dwudziestej drugiej wrócę z pracy.

Dlatego zwracam się z prośbą o wyrozumiałość i cierpliwość, bo mogę być marudna, irytująca, nieosiągalna (telefonicznie, mejlowo, fejsbukowo etc.) i w ogóle nie ogarniać rzeczywistości.

Jestem pomiędzy zajęciami właśnie… ręce mnie bolą, mięśnie karku próbują się boleśnie skurczyć, ograniczając mi możliwość ruchu… a tu tyle do zrobienia! Ale zamiast zabrać się za robotę siedzę i piję herbatę, przeglądam fejsika i myślę, że się lenię. I mam z tego powodu wyrzuty sumienia… może jutro uda mi się trochę robotę nadgonić…? W czasie „pomiędzy”…

Nic, nie będę po próżnicy siedzieć przy komputerze, pójdę upleść trochę sznurków…

6 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, nauka, ogólnie, życie

Jak mnie tu dawno nie było!

Aż muszę uprzątnąć pajęczyny na blogu, bo się pająki rozmnożyły.

Praca zabiera mi naprawdę sporo czasu. Dodatkowo nauka w szkole, by przyswoić sobie nowy, całkiem odmienny zawód wysysa ze mnie resztkę energii. Moje dni często wyglądają tak, że zwlekam się rano z łóżka, szykuję na szybko do wyjścia, pełznę na autobus, w którym czytam kilka stron książki, wysiadam na właściwym przystanku, idę do budynku, w którym pracuję, próbuję przez osiem godzin wykonać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafię, nie patrząc na to, jaką jałmużną za to mnie wynagrodzą (zbyt demotywujące), po czym znów wsiadam w autobus, czytam parę stron książki i wracam do domu. Nie mam sił, żeby zrobić porządny obiad, więc jem cokolwiek. Często zasypiam na siedząco, a jeśli nie zasypiam, to nie jestem w stanie zrobić niczego konstruktywnego.

W weekendy jest jeszcze lepiej: w takie piątki zwlekam się z łóżka przed świtem, szykuję do wyjścia (szybkie mycie, minimalny makijaż, długie czesanie, bo i włosy są długie), pełznę na przystanek, wsiadam w autobus, czytam parę stron książki, wysiadam, gdzie powinnam, robię, co powinnam zrobić w pracy i po jej zakończeniu wsiadam w autobus, czytam parę stron, wysiadam przystanek wcześniej (niekiedy zdążam jeszcze wskoczyć do domu, żeby wymienić plecak na torbę z notatkami i książkami) i pełznę na zajęcia, gdzie siedzę do wieczora. W sobotę wstaję trochę później niż zwykle, szykuję się na zajęcia, często jeszcze powtarzam zagadnienia, sprawdzam, czy mam wszystkie prace i referaty potrzebne na dziś i idę się uczyć. Po lekcjach (a niekiedy i w trakcie) idę na autobus i jadę do pracy, gdzie zostaję aż do godziny dwudziestej drugiej. W niedzielę mam powtórkę. A w poniedziałek zaczynam pierwszą zmianę.

Powyższe piszę nie po to, by się skarżyć, ale po to, by wyjaśnić co niektórym, że naprawdę nie mam sił na spotkania, na rozmowy nawet, czy pisanie przez Internet. Tęsknię za czasami, kiedy praca nie zabierała mi wszystkiego (sił, energii, czasu), a była po prostu jednym z obowiązków, które należało wykonać najlepiej, jak się potrafi.

Teraz jest dla mnie najgorszy czas, bo sesja egzaminacyjna ciągnie się już chyba półtorej miesiąca. W każdy weekend kilka egzaminów, z każdego przedmiotu należy napisać pracę zaliczeniową i sporządzić po parę referatów oraz być aktywnym na zajęciach, by zdobyć jak najwięcej ocen. Nie dosypiam i ledwo trzymam się na nogach. Czuję jednak, że poświęcenie da pozytywne skutki, bo póki co w moim indeksię nie ma „trójek”, przeważają natomiast piątki. Na razie. Zobaczymy, jak to będzie dalej, bo przedmioty coraz trudniejsze nam dają, coraz więcej materiału jest do opracowania… mieliśmy mieć wolny nadchodzący weekend, który miał być swoistą przerwą międzysemestralną, takimi pseudo feriami. Niestety, okazało się, że mamy za mało godzin wyrobionych w jednym przedmiocie (i to nie dlatego, że wykładowca, czy my, uczniowie sobie zbagatelizowaliśmy problem, ale szkoła dała ciała i zaczęliśmy jeden z ważniejszych dla nas przedmiotów tuż przed zakończeniem semestru. I teraz ni dość, że trzeba nadrabiać godziny, to jeszcze na szybko przygotowywać się do egzaminu. A tak liczyłam, że będę mogła odpocząć już od „rycia”. A tu nie ma tak lekko…

Muszę się jednak pochwalić Wam czymś jeszcze… Otóż z dumą zawiadamiam, iż zaliczyłam kurs antycelulitowego masażu bańkami chińskimi, otrzymałam certyfikat i mogę taki masaż wykonywać pełnoprawnie. Tylko brakuje mi stołu (muszę uzbierać na niego trochę pieniędzy) i samych baniek (te akurat są dość tanie). Oto rzeczony certyfikat:

Certyfikat01

Wymazałam nazwiska, żeby nie było mowy o kryptoreklamie. No i mamy w końcu ustawę o danych osobowych. Oryginał jest zawsze do wglądu dla każdego, kto chciałby zweryfikować, czy to na pewno moje nazwisko widnieje na rzeczonym dokumencie.

Tak na zakończenie, zmieniając nieco temat, chciałabym zareklamować Wam nasze niekomercyjne radyjko: AROL (Amatorskie Radio On Line), które można posłuchać w internecie w tym miejscu: KLIK. Staramy się tam umieszczać utwory niekomercyjnych i mało znanych wykonawców. Zaskoczyła nas mnogość takich ludzi, którzy tworzą naprawdę świetne kawałki i pozwalają je odtwarzać całkowicie za darmo (jeśli nie czerpie się z odtwarzania korzyści majątkowych). Muzyka jest naprawdę wysokiej jakości i jest tak różnorodna, że można jej słuchać bez przerwy. I nie piszę tego, bo jestem emocjonalnie związana z projektem, ale słucham tych utworów nawet poza czasem antenowym i póki co nie nudzi mi się ona. Nawet przypadła do gustu na zajęciach praktycznych masażu koleżankom i wykładowcy, więc nie jest to tylko moje subiektywne zdanie. W tygodniu nadajemy od 17 do 21, w weekendy – do 22. Króluje w nim muzyka elektro dance, trance, folk, metal, new age, celtic, country, a także muzyka filmowa. I na tym nie przestajemy, bo wciąż szukamy nowych zespołów i nowych stylów muzycznych, by trafić w gusta, jak najszerszej społeczności. Jeśli macie jakieś pomysły, propozycje, czy też chcielibyście się podzielić swoimi utworami, które skomponowaliście i leżą sobie w szufladzie, też możecie do nas podsyłać. Wszystko na pewno będzie wzięte pod uwagę i wyemitowane na antenie.

Uciekam już spać, bo jutro na rano do pracy, a organizm domaga się snu i odpoczynku…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, praca zawodowa, rozrywka, życie

Porzeczkowa puszcza jeziora blask przepuszcza…*

06-07

I znów chwila wolna, w której można nadrobić parę spraw, na które nie było wcześniej czasu. Albo sił. Lub pomysłów.

I tak już zaczynam nadrabiać zaległości działkowe. A jest nad czym pracować, bo chwast rośnie szybko i nie pyta, czy może się rozgościć, zagłuszając wszystko wokół. Ale udaje się go wyprowadzić z miejsc, w których nie jest mile widziany. Z miłą chęcią cały dzisiejszy dzień bym przesiedziała „w polu”, ale przy takim upale bardzo szybko bym poległa. Już raz przerabiałam w tym roku, w piątek, robotę w pełnym słońcu od godziny 14. I mimo że miałam na głowie i chustkę, i kapelusz słomkowy, to i tak słońce mnie pokonało: głowa mi zaczęła pękać jeszcze tego samego dnia wieczorem. A nie mogę sobie teraz pozwolić na wyłączenie z życia nawet na jeden dzień.

Porzeczki zebrane zostały wszystkie: czerwone zebrał Z. i mam nadzieję, że jeszcze coś się da z nich zrobić, a czarne zbierałam własnoręcznie. Nie omieszkałam oczywiście popróbować. Są naprawdę słodkie. Kwintesencja porzeczkości. Będą konfiturki. Tylko niech mi się gary pomyją w zmywarce.

Sałata już jest gotowa do zbiorów, więc kto miałby ochotę, zapraszam serdecznie albo na działkę, albo sobie zamówić i przyturlać się po odbiór zielska. Szpinak też już jest gotowy do zjedzenia. Mam jeszcze rzodkiewki, których jest bardzo dużo, więc się pęczkiem mogę podzielić. Co prawda lekko zaczynają już drewnieć, ale nie przeszkadza to w ich schrupaniu.

Za chwilę będę rwać wiśnie, które już się pięknie czerwienią na drzewie. Będą konfiturek kolejne słoiki. Jeden woreczek zapewne wrzucę do zamrażalki, by było na potem. Na kompot na ten przykład.

Także roboty jest masa, na nudę nie narzekam, jedynie na za krótką dobę i nadal za krótki dzień, by ze wszystkim zdążyć.

* * *

Pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z działki zauważyłam kilku chłopaków biegnących chodnikiem po przeciwnej stronie ulicy. Nie wyglądało to niepokojąco, dopóki ten, który biegł pierwszy, nie krzyknął „Ratunku!”. Goniła za nim trzech blokersów: dobrze odżywieni, widać, że na siłownię nie szczędzili. Biegli za młodym, jak psy myśliwskie za zwierzyną. Oceniwszy swoje możliwości stwierdziłam, że zadzwonię na Policję, gdy coś się zacznie dziać. Sama nie miałam nawet po co stawać przeciwko trzem napakowanym dryblasom. Na szczęście chłopak wykorzystał to, że w jego stronę jechał samochód, więc zaryzykował potrącenie, by tylko blokersi się od niego odczepili. Miał szczęście: auto miało cholernie dobre hamulce, kierowca – świetny refleks. Chłopak zabrał się z zatrzymanymi w ryzykowny sposób ludźmi, a blokersi zniknęli w bocznej uliczce.

Obudził się we mnie bohater, ale został stłamszony przez rozwagę. Zwłaszcza, kiedy przeliczyłam możliwości swoich niewyrobionych mięśni i nikłego wzrostu w stosunku do trzech rosłych byczków. I tego chłopaka, i mnie roznieśliby na markowych Adidasach w try miga. Chyba zacznę ćwiczyć jakieś sztuki walki, bo źle się czuję, kiedy mój superbohater musi się schować w budce telefonicznej, zamiast z niej wyjść z rozwianą peleryną.

Masaże. Jeśli ktoś z moich znajomych z KK i bliskich chciałby się poddać zabiegom pod niewprawnymi jeszcze dłońmi, które ćwiczyłam sumiennie przez ostatnie pół roku (od lutego br.), to proszę o kontakt. Można się wpisać w komentarzach, można napisać e-mail: tatsu@o2.pl lub tatsusachiko@gmail.com. W tygodniu mam wolne popołudnia (od 7-9 lipca), a w ten weekend wyrabiam ostatnie zmiany w pracy, więc w piątek (10 lipca) i niedzielę (12 lipca) mam czas od rana do najdalej godziny 14. W sobotę (11 lipca) popołudnie raczej spędzę „w polu”, bo i tak kończę zmianę o 16, więc to najlepszy czas, by po drodze skoczyć na działkę i popracować nad jedzeniem. Jak wcześniej pisałam: są to moje prywatne praktyki zawodowe, by nie zapomnieć technik i nadal się rozwijać, więc nie mogę za nie brać ani grosza. Będzie mi wystarczył fakt, że mogę komuś pomóc. Zwykłe „dziękuję” też wystarczy. Nie posiadam jeszcze stołu do masażu (powolutku zbieram sobie na niego), więc masaż będę wykonywać na podłodze lub twardej kanapie/sofie/łóżku/innym, płaskim leżadle. Ręczniki/prześcieradła oraz olejek do masażu, a także płytkę z muzyką relaksującą będę mieć zawsze ze sobą, co nie znaczy, że na życzenie masowanego nie będę używać tego, co mi zaproponuje ze swojej „apteczki”. Zatem zapraszam do kontaktu.

Wrzucam garść zdjęć z ostatnich tygodni, byście nie czuli niedosytu, że tak mało i tak rzadko zdarzają się wpisy, a ja idę gotować konfitury.

Młoda brukiew w tym roku obrodziła. Zobaczymy, jakie będzie mieć korzenie.

Młoda brukiew w tym roku obrodziła. Zobaczymy, jakie będzie mieć korzenie.

Niutaki. Działkowe. Dzikie.

Niutaki. Działkowe. Dzikie.

Rzodkieweczki. Mają naprawdę rzodkiewkowy smak.

Rzodkieweczki. Mają naprawdę rzodkiewkowy smak.

Piękne kiście czerwonej porzeczki. Niestety, jakiś żul przylazł i zabrał większość z nich. :(

Piękne kiście czerwonej porzeczki. Niestety, jakiś żul przylazł i zabrał większość z nich. 😦

Patison się nam trafił. A miał być cukinią.

Patison się nam trafił. A miał być cukinią.

Maluteńki zawiązek dyniowy (czerwiec 2015). Ciekawe, jaki będzie, gdy już będzie gotów do zbioru?

Maluteńki zawiązek dyniowy (czerwiec 2015). Ciekawe, jaki będzie, gdy już będzie gotów do zbioru?

Kalarepka nam wreszcie wyrosła. Nie ma ślimaków, są warzywa.

Kalarepka nam wreszcie wyrosła. Nie ma ślimaków, są warzywa.

Sałata jeszcze nie wyrośnięta w czerwcu była, teraz jest już gotowa do zbioru, bo już zaczyna z wolna zakwitać.

Sałata jeszcze nie wyrośnięta w czerwcu była, teraz jest już gotowa do zbioru, bo już zaczyna z wolna zakwitać.

Brokułek. Jak ze sklepu. Ale lepszy, bo smaczniejszy i na naturalnym nawozie, a nie na chemii :P

Brokułek. Jak ze sklepu. Ale lepszy, bo smaczniejszy i na naturalnym nawozie, a nie na chemii 😛

Zielone jeszcze pomidorki. Znów będzie mnóstwo pysznego przecieru :D

Zielone jeszcze pomidorki. Znów będzie mnóstwo pysznego przecieru 😀

Wiśnia się nam obsypała owocami gęsto. Jak co roku. To skarb mieć takie drzewo.

Wiśnia się nam obsypała owocami gęsto. Jak co roku. To skarb mieć takie drzewo.

I w tym roku śliwka nie zawiodła, a podobno miała po poprzednim wysypie sobie odsapnąć z owocami, a jest ich o wiele więcej, niż w ubiegłym roku.

I w tym roku śliwka nie zawiodła, a podobno miała po poprzednim wysypie sobie odsapnąć z owocami, a jest ich o wiele więcej, niż w ubiegłym roku.

Ja i moje trofea :D

Ja i moje trofea 😀

Ogóreczki już rosną. Będą małosolne? ;)

Ogóreczki już rosną. Będą małosolne? 😉

Malutkie jeszcze cukinie. W tym roku wszystkie wyglądają tak samo. Gdzieś się zgubiły te jasnozielone w paski...

Malutkie jeszcze cukinie. W tym roku wszystkie wyglądają tak samo. Gdzieś się zgubiły te jasnozielone w paski…

Patison w drugiej odsłonie.

Patison w drugiej odsłonie.

Dyńki rosną :)

Dyńki rosną 🙂

Kalafior, pierwszy w tym roku. Jest niesamowicie słodki, nie to, co dają w sklepie, czy na targu. Dawno już nie jadłam takiego :)

Kalafior, pierwszy w tym roku. Jest niesamowicie słodki, nie to, co dają w sklepie, czy na targu. Dawno już nie jadłam takiego 🙂

Czereśnie z dzikiego drzewa, rosnącego tuż za płotem. Są przepyszne!

Czereśnie z dzikiego drzewa, rosnącego tuż za płotem. Są przepyszne!

Buraczki rosną, mimo pierwszych problemów z wykiełkowaniem. Ciekawe, czy i w tym roku będą gigantyczne?

Buraczki rosną, mimo pierwszych problemów z wykiełkowaniem. Ciekawe, czy i w tym roku będą gigantyczne?

*) cytat pochodzi z piosenki Jacka Kowalskiego pt. „Powój, perz i mlecz„.

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa, rolniczo, zaokienne życie, złota polska młodzież

Nadrabianie zaległości

29-06

Miałam parę tygodni wyjętych z życiorysu: praca po dziesięć godzin dziennie codziennie, od poniedziałku do piątku, zajęcia w szkole, egzaminy końcowe, nauka w każdej wolnej chwili, sen tak krótki, że nie starczyło go na regenerację. Działki na oczy nie widziałam.

Dziś zaniosłam indeks do sekretariatu, uzupełniłam ostatnie w nim wpisy (głównie piątki, trochę czwór) i już oficjalnie mogę zacząć wakacje. Teraz pozostało tylko ogarnąć wszystko, co zostało zostawione „na potem”, a jest tego sporo, bo i sprzątanie traktowałam po łebkach, i działka stoi odłogiem (prawie, bo Z. i G. robią, co mogą, by grządki nie zarosły chwastem).

Na razie nadrabiam zaległości w sprzątaniu, choć zmęczenie ścina mnie z nóg co chwilę. Czuję się opuchnięta, połamana, obolała i ledwo żywa. Dość intensywny był to czas… zbyt intensywny, jak na moje możliwości. Ale myślę, że za niedługo się to wszystko wyrówna i będzie już tylko z górki.

Myślę nad tym, by od lipca zacząć samowolne praktyki zawodowe. Głównie po to, by nie wyjść z wprawy, nie osłabić już wyrobionych na zajęciach mięśni i nie zapomnieć ruchów, które należy wykonywać. Zatem, jeśli ktoś mieszka niedaleko (nie mam sprawnego auta, więc w grę wchodzi dojazd rowerem lub autobusem), miałby potrzebę poddania się masażom oraz nie bałby się zaufać niewykwalifikowanemu masażyście, a także nie przeraża go brak profesjonalnego sprzętu (np. stołu do masażu), to zapraszam do kontaktu. A że są to praktyki, tedy w zamian nie poproszę o zapłatę (bo to nielegalne). Ewentualnie mogę się zgodzić na zwrot kosztów dojazdu. Bardzo ewentualnie.

A tak wyglądały moje dotychczasowe praktyki podczas biegów i maratonów organizowanych w mieście, w którym mieszkam:

Razem z koleżankami z klasy masujemy biegaczy, uczestniczących w Biegu im. Powstańców Śląskich.

Razem z koleżankami z klasy masujemy biegaczy, uczestniczących w Biegu im. Powstańców Śląskich.

Tu się pastwię nad obolałym ścięgnem Achillesa jednego z biegaczy V Biegu Koziołków.

Tu się pastwię nad obolałym ścięgnem Achillesa jednego z biegaczy V Biegu Koziołków.

Nikt nie zgłaszam skarg i zażaleń pod moim adresem, wręcz słyszałam same podziękowania, że jest o wiele lepiej, niż było jeszcze przed chwilą. Po raz pierwszy w życiu chyba jestem zadowolona z tego, że coś potrafię.

10 Komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa