Tag Archives: praca na etat

Rocznica

Dziś mija równo rok, jak po czteroletnich poszukiwaniach udało mi się wreszcie, dzięki niespodziewanym koneksjom, wynikającym z czystego przypadku, znaleźć zatrudnienie. Tak oto były bibliotekarz i nauczyciel oraz rzemieślnik stał się ochroniarzem.

ochroniarz2

2 komentarze

Filed under praca zawodowa

Dwa tygodnie praktyk

Dziś minął ostatni dzień drugiego tygodnia praktyk zawodowych. Jeszcze jeden tydzień przede mną. Pięć dni. Dwadzieścia godzin.

Jakie wrażenia? Jest mi tam cudownie! Ja wiem, że praktyki wypaczają nieco światopogląd, że niosą ze sobą pewien rodzaj zakłamania rzeczywistości, bo zwykle pracownicy zakładu traktują praktykanta pobłażliwie, z przymrużeniem oka, machając ręką na pewne niedociągnięcia, bo wszak to tylko praktykant: jest, za chwilę go nie będzie i pewnie nigdy nie wróci. A ja chciałabym wrócić. I nie obchodzi mnie, że dzień pracy jest po brzegi (a nawet ponad nie) wypełniony ciężką, fizyczną pracą, bo pacjentów na NFZ obsługuje się taśmowo: piętnaście minut masażu i kolejny na swój kwadrans już się kładzie na stole. Bez przerwy, bez chwili wytchnienia… chyba że ktoś się spóźni lub nie przyjdzie. Wtedy mamy kwadrans dla siebie. Można coś przekąsić, można wypić wystygłą kawę. I czekać na następną falę ludzi spragnionych pozbycia się bólu i oczekujących ulgi, a nawet wyzdrowienia. Moja opiekunka, niewidoma Pani A. jest świetną nauczycielką. I to ja musiałam się nauczyć z nią rozmawiać, a nie ona ze mną. Cóż, jej było łatwiej, bo codziennie spotyka się z ludźmi, którzy widzą. Mnie spotkanie (nieprzelotne) z niewidomą osobą przypada w udziale drugi raz w życiu. Do tego niewidomą od zawsze. Największym wyzwaniem jest opisywanie obrazów i zdjęć. Ja operuję nie tylko kształtem, ale również kolorem. Pani A. kolorów nie zna tak naprawdę. Jeśli na przykład opisuję zdjęcie czarnych kul na białym tle, w których odbijają się światła i inne kule leżące obok, to właśnie tak je opisuję. I co taka osoba może z takiego opisu wyciągnąć? Tylko to, że są na zdjęciu kule, bo ich kształt zna, jej dłonie go znają doskonale. W ogóle jej dłonie są zaskakująco delikatne i wyczulone. Wyczuwa tak niewielkie napięcie mięśni, że ja się zastanawiam, czy w ogóle są one napięte… i gdzie dokładnie. To mi daje do myślenia, jak wiele muszę jeszcze się nauczyć.

Jednakże po tych dwóch tygodniach czuję zmęczenie. Nie jestem w stanie już zasnąć wcześniej niż o drugiej – trzeciej nad ranem, a o szóstej rano już budzik dzwoni, wyrywając mnie z przykrótkiego snu, by zacząć kolejny pracowity dzień, rozpoczynający się od czterech godzin praktyk, przedzielony przerwą wynoszącą półtorej godziny, w której to muszę zdążyć dotrzeć do domu, na szybko przekąsić coś, co zapełni żołądek na dłużej i dostać się na czas do pracy, gdzie muszę wystać swoje osiem godzin, by z niej wrócić przedostatnim autobusem o 22:15 do domu… Zaczynają się bóle przesilonych mięśni i stawów oraz nerwowy kaszel, od którego zaczyna boleć gardło i płuca. Irytujący, buntujący się organizm. Nie może zrozumieć, że jeszcze nie czas na luz? Nie ma jeszcze możliwości odpoczynku? Przecież jeszcze muszę napisać pracę zaliczeniową i referat na najbliższe zajęcia, a wszystko tak boli, że nawet pisanie bloga jest okrutnie męczące. Za chwilę muszę się wykokosić na zajęcia, zebrać się w sobie, zagryźć zęby i mimo wszystko ruszyć i zachować na tyle wysoką przytomność umysłu, by czas lekcji wykorzystać najefektowniej, jak tylko się da… może się ktoś zapytać: „Po co się tak męczysz? Zrezygnuj z jednej rzeczy, nie łap kilku srok za ogon, odpocznij, odetchnij, wrzuć na luz. Nie trzeba przecież się zajeżdżać w imię wyższych celów.” Odpowiem wtedy: „Właśnie teraz nie mogę zrezygnować z żadnego obowiązku, bo i tak – z braku czasu – nie jestem w stanie podołać wszystkim, które życie na mnie nałożyło, co nieustannie mnie irytuje i frustruje, bo chciałabym móc ogarnąć wszystko i jeszcze mieć czas na sen. Chciałabym móc wypełnić wszystkie obietnice, które złożyłam. Nawet te wypowiedziane lata temu, kiedy jeszcze nawet nie przyszłoby mi do głowy, że będę robić to, co robię obecnie. I zwłaszcza te, które usłyszeli najbliżsi…” Czy ktoś zna sposób (może być magiczny, jak z Harry’ego Pottera) na rozciągnięcie doby? Tak do czterdziestu ośmiu godzin co najmniej?

Co jeszcze przekonuje mnie i daje siłę na kolejny, wypełniony pracą dzień? Wdzięczność pacjentów, którzy wyrażają mi swoje uznanie. Wiem, że to też może być przekłamanie, bo nie chcą zaszkodzić praktykantce, która wygląda, jak faktyczna uczennica technikum, a nie podstarzała kobieta na półmetku życia. Jednak słowa traktujące o tym, że moje ręce komuś uśmierzyły ból, że mój nieudolny jeszcze masaż pomógł komuś się wyprostować, rozruszał mięśnie, stawy i kości, by mógł bez przeszkód wrócić do swoich obowiązków, jest chyba najlepszym podziękowaniem, jakie usłyszałam w swojej króciutkiej karierze masażysty.

A oto prezenty, jakie otrzymałam na Dzień Kobiet od panów, którzy poddali się bez strachu zabiegom moich niewprawnych dłoni:

kwiaty8marca01

3 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Coś mnie dopadło…

Coś mnie dopadło… a mianowicie zmęczenie. Doprawdy, po powrocie z pracy nastawiłam tylko zmywarkę, wrzuciłam ciuchy do pralki, zerknęłam, co tam nowego w Internecie i włączywszy sobie film, zabrałam się za aktywny odpoczynek plotąc przy okazji sznurki. I zasnęłam. Nawet nie wiem kiedy. A miałam chwilkę odsapnąć i zabrać się za dalsze przetwory, a wieczorem się przejechać na działkę, żeby podlać wszystko po upałach. Okazuje się, że nie dam rady…

Na dodatek podczas wyrywania chwastów trafiłam na kolejne gniazdo mrówek, a te mnie pokąsały po nogach tak, że mi popuchły. Męczarnią było dzisiaj stanie w pracy, bo wszystkie ugryzienia tak swędziały, że myślałam, że zaraz sobie stopy odgryzę. A nie mogłam się podrapać, bo w sportowych butach byłam, taki wymóg pracodawcy. I nic nie szkodzi, że są upały. Zobaczymy, jak będzie jutro… mam nadzieję, że opuchlizna zejdzie po zaaplikowaniu sobie wapna (brrrr… fuj! paskudztwo!) i nie będę miała problemów z założeniem butów.

Ptaki, mimo upałów dokazują przez cały dzień. Kuku lata po wolierze, Mońka wszystkie papugi ciągnie za ogon, Jaśko (choć nigdy tego wcześniej nie robił) zaczął ogryzać wolierę, przyspieszając jej upadek. Maurycy na zmianę z Gerwazym ćwierkają, ile siły w dziobach, a Agatka skrzeczy na potęgę, próbując przekrzyczeć cały ten rejwach. Jutro z rana wolierowce dostaną kompiółkę, żeby łatwiej było im przetrwać upały, choć nie widać, żeby je temperatura specjalnie męczyła. Nie oszczędzają się, woliera jest ich pełna.

Mam nadzieję, że dziś wieczorem zacznie padać, bo zapowiadali załamanie pogody. Przydałoby się, bo dziś nie jestem w stanie jechać i pracować na działce… ot, coś mnie dopadło…

Dodaj komentarz

Filed under papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

Pucu, pucu, chlastu, chalstu…

Jako że mam trochę więcej wolnych godzin po pracy, niż do tej pory, stwierdziłam, że najwyższy czas trochę ogarnąć pracownię, bo tam się już dość ciasno zaczęło robić: skrzynki z narzędziami, z gotowymi już przedmiotami, pudła, kartony i inne takie stały sobie na podłodze ustawione w wieżyce i robiły wrażenie siedzenia na walizkach. A przecież jeszcze na nich nie siedzimy. Tak więc nasze stroje średniowieczne powędrowały do worów próżniowych, skrzynie do szaf, narzędzia na półki. I od razu zrobiło się przestronniej.

Miałam w planach się wybrać na działkę po pozostałe na drzewie wiśnie, ale jakoś nie byłam w stanie. Czuję się cały czas zmęczona. Obojętnie ile bym nie spała, i tak czuję niedosyt. Nie mam pojęcia, czy się coś przyplątało (np. anemia – tfu, tfu), czy wszystkie kłopoty nie pozwalają mi na odpoczynek, kotłując się gdzieś tam w „tyle głowy”? Nie mam fioletowego pojęcia. Ale podobno wracają ciepłe dni, więc nie będę musiała się bać, że jeśli zaplanuję sobie dany dzień na działce, to będzie pochmurno, deszczowo i zimno. A myślę się tam wybrać po sobotniej szychcie. I w niedzielę przed ostatnią zmianą. Trzeba też i pod tunelem podlać pomidory i papryczki. Ciekawe, czy któreś się już zaczerwieniły?

Nadal zapraszam chętnych na masaż klasyczny, do umawiania się na spotkania. Dojadę, wymasuję, o nic nie trzeba się martwić. O szczegółach można poczytać na -> TEJ <- stronie.

Proszę też o pomoc w przeprowadzce. Nie trzeba wpłacać żadnych pieniędzy i wspierać finansowo, starczy „cynk” o domu z dużą działką w okolicy, który nadaje się do zamieszkania dla pięciu osób (trzech starszych, w tym jedna niepełnosprawna i dwu młodszych) lub/i udostępnienie fanpejdża na swojej tablicy. A o czym dokładnie myślimy, można poczytać na fejsbukowej stronie, założonej specjalnie na tę okazję. Z góry dziękuję za wszelką pomoc.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Porzeczkowa puszcza jeziora blask przepuszcza…*

06-07

I znów chwila wolna, w której można nadrobić parę spraw, na które nie było wcześniej czasu. Albo sił. Lub pomysłów.

I tak już zaczynam nadrabiać zaległości działkowe. A jest nad czym pracować, bo chwast rośnie szybko i nie pyta, czy może się rozgościć, zagłuszając wszystko wokół. Ale udaje się go wyprowadzić z miejsc, w których nie jest mile widziany. Z miłą chęcią cały dzisiejszy dzień bym przesiedziała „w polu”, ale przy takim upale bardzo szybko bym poległa. Już raz przerabiałam w tym roku, w piątek, robotę w pełnym słońcu od godziny 14. I mimo że miałam na głowie i chustkę, i kapelusz słomkowy, to i tak słońce mnie pokonało: głowa mi zaczęła pękać jeszcze tego samego dnia wieczorem. A nie mogę sobie teraz pozwolić na wyłączenie z życia nawet na jeden dzień.

Porzeczki zebrane zostały wszystkie: czerwone zebrał Z. i mam nadzieję, że jeszcze coś się da z nich zrobić, a czarne zbierałam własnoręcznie. Nie omieszkałam oczywiście popróbować. Są naprawdę słodkie. Kwintesencja porzeczkości. Będą konfiturki. Tylko niech mi się gary pomyją w zmywarce.

Sałata już jest gotowa do zbiorów, więc kto miałby ochotę, zapraszam serdecznie albo na działkę, albo sobie zamówić i przyturlać się po odbiór zielska. Szpinak też już jest gotowy do zjedzenia. Mam jeszcze rzodkiewki, których jest bardzo dużo, więc się pęczkiem mogę podzielić. Co prawda lekko zaczynają już drewnieć, ale nie przeszkadza to w ich schrupaniu.

Za chwilę będę rwać wiśnie, które już się pięknie czerwienią na drzewie. Będą konfiturek kolejne słoiki. Jeden woreczek zapewne wrzucę do zamrażalki, by było na potem. Na kompot na ten przykład.

Także roboty jest masa, na nudę nie narzekam, jedynie na za krótką dobę i nadal za krótki dzień, by ze wszystkim zdążyć.

* * *

Pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z działki zauważyłam kilku chłopaków biegnących chodnikiem po przeciwnej stronie ulicy. Nie wyglądało to niepokojąco, dopóki ten, który biegł pierwszy, nie krzyknął „Ratunku!”. Goniła za nim trzech blokersów: dobrze odżywieni, widać, że na siłownię nie szczędzili. Biegli za młodym, jak psy myśliwskie za zwierzyną. Oceniwszy swoje możliwości stwierdziłam, że zadzwonię na Policję, gdy coś się zacznie dziać. Sama nie miałam nawet po co stawać przeciwko trzem napakowanym dryblasom. Na szczęście chłopak wykorzystał to, że w jego stronę jechał samochód, więc zaryzykował potrącenie, by tylko blokersi się od niego odczepili. Miał szczęście: auto miało cholernie dobre hamulce, kierowca – świetny refleks. Chłopak zabrał się z zatrzymanymi w ryzykowny sposób ludźmi, a blokersi zniknęli w bocznej uliczce.

Obudził się we mnie bohater, ale został stłamszony przez rozwagę. Zwłaszcza, kiedy przeliczyłam możliwości swoich niewyrobionych mięśni i nikłego wzrostu w stosunku do trzech rosłych byczków. I tego chłopaka, i mnie roznieśliby na markowych Adidasach w try miga. Chyba zacznę ćwiczyć jakieś sztuki walki, bo źle się czuję, kiedy mój superbohater musi się schować w budce telefonicznej, zamiast z niej wyjść z rozwianą peleryną.

Masaże. Jeśli ktoś z moich znajomych z KK i bliskich chciałby się poddać zabiegom pod niewprawnymi jeszcze dłońmi, które ćwiczyłam sumiennie przez ostatnie pół roku (od lutego br.), to proszę o kontakt. Można się wpisać w komentarzach, można napisać e-mail: tatsu@o2.pl lub tatsusachiko@gmail.com. W tygodniu mam wolne popołudnia (od 7-9 lipca), a w ten weekend wyrabiam ostatnie zmiany w pracy, więc w piątek (10 lipca) i niedzielę (12 lipca) mam czas od rana do najdalej godziny 14. W sobotę (11 lipca) popołudnie raczej spędzę „w polu”, bo i tak kończę zmianę o 16, więc to najlepszy czas, by po drodze skoczyć na działkę i popracować nad jedzeniem. Jak wcześniej pisałam: są to moje prywatne praktyki zawodowe, by nie zapomnieć technik i nadal się rozwijać, więc nie mogę za nie brać ani grosza. Będzie mi wystarczył fakt, że mogę komuś pomóc. Zwykłe „dziękuję” też wystarczy. Nie posiadam jeszcze stołu do masażu (powolutku zbieram sobie na niego), więc masaż będę wykonywać na podłodze lub twardej kanapie/sofie/łóżku/innym, płaskim leżadle. Ręczniki/prześcieradła oraz olejek do masażu, a także płytkę z muzyką relaksującą będę mieć zawsze ze sobą, co nie znaczy, że na życzenie masowanego nie będę używać tego, co mi zaproponuje ze swojej „apteczki”. Zatem zapraszam do kontaktu.

Wrzucam garść zdjęć z ostatnich tygodni, byście nie czuli niedosytu, że tak mało i tak rzadko zdarzają się wpisy, a ja idę gotować konfitury.

Młoda brukiew w tym roku obrodziła. Zobaczymy, jakie będzie mieć korzenie.

Młoda brukiew w tym roku obrodziła. Zobaczymy, jakie będzie mieć korzenie.

Niutaki. Działkowe. Dzikie.

Niutaki. Działkowe. Dzikie.

Rzodkieweczki. Mają naprawdę rzodkiewkowy smak.

Rzodkieweczki. Mają naprawdę rzodkiewkowy smak.

Piękne kiście czerwonej porzeczki. Niestety, jakiś żul przylazł i zabrał większość z nich. :(

Piękne kiście czerwonej porzeczki. Niestety, jakiś żul przylazł i zabrał większość z nich. 😦

Patison się nam trafił. A miał być cukinią.

Patison się nam trafił. A miał być cukinią.

Maluteńki zawiązek dyniowy (czerwiec 2015). Ciekawe, jaki będzie, gdy już będzie gotów do zbioru?

Maluteńki zawiązek dyniowy (czerwiec 2015). Ciekawe, jaki będzie, gdy już będzie gotów do zbioru?

Kalarepka nam wreszcie wyrosła. Nie ma ślimaków, są warzywa.

Kalarepka nam wreszcie wyrosła. Nie ma ślimaków, są warzywa.

Sałata jeszcze nie wyrośnięta w czerwcu była, teraz jest już gotowa do zbioru, bo już zaczyna z wolna zakwitać.

Sałata jeszcze nie wyrośnięta w czerwcu była, teraz jest już gotowa do zbioru, bo już zaczyna z wolna zakwitać.

Brokułek. Jak ze sklepu. Ale lepszy, bo smaczniejszy i na naturalnym nawozie, a nie na chemii :P

Brokułek. Jak ze sklepu. Ale lepszy, bo smaczniejszy i na naturalnym nawozie, a nie na chemii 😛

Zielone jeszcze pomidorki. Znów będzie mnóstwo pysznego przecieru :D

Zielone jeszcze pomidorki. Znów będzie mnóstwo pysznego przecieru 😀

Wiśnia się nam obsypała owocami gęsto. Jak co roku. To skarb mieć takie drzewo.

Wiśnia się nam obsypała owocami gęsto. Jak co roku. To skarb mieć takie drzewo.

I w tym roku śliwka nie zawiodła, a podobno miała po poprzednim wysypie sobie odsapnąć z owocami, a jest ich o wiele więcej, niż w ubiegłym roku.

I w tym roku śliwka nie zawiodła, a podobno miała po poprzednim wysypie sobie odsapnąć z owocami, a jest ich o wiele więcej, niż w ubiegłym roku.

Ja i moje trofea :D

Ja i moje trofea 😀

Ogóreczki już rosną. Będą małosolne? ;)

Ogóreczki już rosną. Będą małosolne? 😉

Malutkie jeszcze cukinie. W tym roku wszystkie wyglądają tak samo. Gdzieś się zgubiły te jasnozielone w paski...

Malutkie jeszcze cukinie. W tym roku wszystkie wyglądają tak samo. Gdzieś się zgubiły te jasnozielone w paski…

Patison w drugiej odsłonie.

Patison w drugiej odsłonie.

Dyńki rosną :)

Dyńki rosną 🙂

Kalafior, pierwszy w tym roku. Jest niesamowicie słodki, nie to, co dają w sklepie, czy na targu. Dawno już nie jadłam takiego :)

Kalafior, pierwszy w tym roku. Jest niesamowicie słodki, nie to, co dają w sklepie, czy na targu. Dawno już nie jadłam takiego 🙂

Czereśnie z dzikiego drzewa, rosnącego tuż za płotem. Są przepyszne!

Czereśnie z dzikiego drzewa, rosnącego tuż za płotem. Są przepyszne!

Buraczki rosną, mimo pierwszych problemów z wykiełkowaniem. Ciekawe, czy i w tym roku będą gigantyczne?

Buraczki rosną, mimo pierwszych problemów z wykiełkowaniem. Ciekawe, czy i w tym roku będą gigantyczne?

*) cytat pochodzi z piosenki Jacka Kowalskiego pt. „Powój, perz i mlecz„.

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa, rolniczo, zaokienne życie, złota polska młodzież

Nadrabianie zaległości

29-06

Miałam parę tygodni wyjętych z życiorysu: praca po dziesięć godzin dziennie codziennie, od poniedziałku do piątku, zajęcia w szkole, egzaminy końcowe, nauka w każdej wolnej chwili, sen tak krótki, że nie starczyło go na regenerację. Działki na oczy nie widziałam.

Dziś zaniosłam indeks do sekretariatu, uzupełniłam ostatnie w nim wpisy (głównie piątki, trochę czwór) i już oficjalnie mogę zacząć wakacje. Teraz pozostało tylko ogarnąć wszystko, co zostało zostawione „na potem”, a jest tego sporo, bo i sprzątanie traktowałam po łebkach, i działka stoi odłogiem (prawie, bo Z. i G. robią, co mogą, by grządki nie zarosły chwastem).

Na razie nadrabiam zaległości w sprzątaniu, choć zmęczenie ścina mnie z nóg co chwilę. Czuję się opuchnięta, połamana, obolała i ledwo żywa. Dość intensywny był to czas… zbyt intensywny, jak na moje możliwości. Ale myślę, że za niedługo się to wszystko wyrówna i będzie już tylko z górki.

Myślę nad tym, by od lipca zacząć samowolne praktyki zawodowe. Głównie po to, by nie wyjść z wprawy, nie osłabić już wyrobionych na zajęciach mięśni i nie zapomnieć ruchów, które należy wykonywać. Zatem, jeśli ktoś mieszka niedaleko (nie mam sprawnego auta, więc w grę wchodzi dojazd rowerem lub autobusem), miałby potrzebę poddania się masażom oraz nie bałby się zaufać niewykwalifikowanemu masażyście, a także nie przeraża go brak profesjonalnego sprzętu (np. stołu do masażu), to zapraszam do kontaktu. A że są to praktyki, tedy w zamian nie poproszę o zapłatę (bo to nielegalne). Ewentualnie mogę się zgodzić na zwrot kosztów dojazdu. Bardzo ewentualnie.

A tak wyglądały moje dotychczasowe praktyki podczas biegów i maratonów organizowanych w mieście, w którym mieszkam:

Razem z koleżankami z klasy masujemy biegaczy, uczestniczących w Biegu im. Powstańców Śląskich.

Razem z koleżankami z klasy masujemy biegaczy, uczestniczących w Biegu im. Powstańców Śląskich.

Tu się pastwię nad obolałym ścięgnem Achillesa jednego z biegaczy V Biegu Koziołków.

Tu się pastwię nad obolałym ścięgnem Achillesa jednego z biegaczy V Biegu Koziołków.

Nikt nie zgłaszam skarg i zażaleń pod moim adresem, wręcz słyszałam same podziękowania, że jest o wiele lepiej, niż było jeszcze przed chwilą. Po raz pierwszy w życiu chyba jestem zadowolona z tego, że coś potrafię.

10 komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa

Szaro-buro i ponuro

Pogoda w kratkę (zwłaszcza, kiedy jest deszczowo i szaro za oknem) trochę mnie dołuje. Nie umiem się zebrać w sobie i coś zrobić szybko i sprawnie. Wszystko mi się ślimaczy, wypada z rąk. Z chęcią bym po prostu siedziała i patrzyła w ekran komputera. I to całkowicie bezmyślnie, bo myśleć też ciężko. Nie lubię takiego stanu. Wolę, kiedy jest słońce, bo wtedy wszystko mi wychodzi, wszystko mi się chce i potrafię szybko uwinąć się z zadaną sobie robotą.

Krajkę w serduszka dziś już na pewno skończę, bo został mi do wytkania tylko maleńki skrawek. Ot, najdalej godzinka posiedzenia przy krosenku. Planuję na szybko utkać jeszcze jedną krajkę. Też z myślą o przerobieniu jej na pasek, więc chyba znów nie będzie osnuwana wełna, a anilana. Mrocznie, ale przynajmniej „gryźć” nie będzie. Zastanawiam się, gdzie ja wcisnęłam sakiewki z monogramem? Przydałoby się je zszyć, wykończyć ładnie i może komuś się spodobają…? Tylko gdzie ja je wsadziłam…? hmmmm…

Jak co niektórzy zauważyli na wczorajszym opisie z komunikatora, mam za sobą dwa dni testowania, czy nadaję się do pracy w księgarni. Co prawda krótki epizod z księgarnią mam w swoim dorobku zawodowym. Nawet z dwoma księgarniami. Niestety, nie wiem, czy to właśnie wystarczy do tego, by wygrać konkurs na pracownika. Pożyjemy, poczekamy, może kiedyś zadzwoni telefon z informacją, że mogę zaczynać od jutra. Na przykład. Może…

Póki co, na razie skupiam się na planach warsztatowych, które bardzo chciałabym wprowadzić w życie. Nawet jeśli mnie przyjmą do pracy, to i tak będę w stanie takie warsztaty z powodzeniem prowadzić. Kuzynka I. pomogła mi przy wymyślaniu haseł, które nadadzą się na tytuł tych zajęć, by były chwytliwe i przyciągały wzrok i zaciekawiały. Tak po prawdzie, to ona wymyśliła te lepsze i ciekawsze. Moje są płaskie i mało ujmujące. Jeszcze tylko muszę z nich wszystkich wybrać ten najciekawszy slogan i… rozsyłać ofertę po domach kultury i ewentualnie szkołach. Może coś się uda złapać… oprócz kataru.

Nic, za chwilkę będzie godzina ósma, czyli czas na rozpoczęcie zaplanowanych na dziś prac wszelakich. To ja się z wolna odklejam od komputera, życząc wszystkim miłego dnia.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, praca zawodowa, prace ręczne, życie