Tag Archives: zima

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

Reklamy

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

Pierwszy tydzień nowego roku…

Cóż… Niedawno jeszcze szykowałam się do Świąt, potem do Sylwestra, a tu już mamy dziewiąty dzień nowego roku. Jeszcze chwila i będę umierać z nerwów na egzaminie pisemnym, który ma mi dać uprawnienia do wykonywania zawodu. Boję się go okrutnie… no bo jak nie zdam, to na kolejny rok utknę w pracy, która mi nie pasuje pod wieloma względami i w której zaczynam się męczyć. Nie mam więc opcji innej, niż zdać. Jeśli pytania będą normalne, to choćby i na trói, ale dam radę. Jeżeli jednak będą podchwytliwe lub z działów, których nie było na zajęciach, to polegnę… Zostały jeszcze trzy dni… potem się zobaczy.

Z dobrych wieści: moje oko uczy się współpracować z nową, sztuczną soczewką. Na razie jest to widzenie mocno podwójne, bo przez ponad miesiąc widziałam świat w 2D, a teraz trzeba znów patrzeć w 3D. I wcale nie jest to proste. Dziś już jest o wiele lepiej, bo mogę patrzeć na klawiaturę i widzieć wyraźnie litery, w które uderzają moje palce. Gorzej z czytaniem z ekranu. Zatem jeśli pojawią się jakieś literówki, czy błędy, przepraszam z góry. Po prostu ich nie dostrzegę… Idąc czuję się, jakbym dużo i ostro popiła. Każde obrócenie głowy, mrugnięcie oczami, czy przesunięcie oczami po okolicy, skutkuje rozdwojeniem obrazu. Po chwili skupienia na jednym obiekcie, widzenie się normuje, ale… wystarczy lekki ruch gałkami ocznymi i już wszystko zaczyna się od nowa… jednak jest już lepiej, niż było w czwartek, kiedy to o raz pierwszy mogłam spojrzeć na świat oboma oczyma.

Na dworze mocno ujemne temperatury. Owszem, jest dobrze, nie narzekam. Wymrozić cholerstwo wszelakie musi. Nie ma innej opcji. Najwięcej na minusie odnotowałam -17*C . Dziś rano. Mój organizm też to odnotował. Ledwo dotarłam do pracy, bo szłam piechotą (biletu autobusowego nie miałam) i pod koniec trasy już zamarzałam. Teraz jest już o wiele cieplej, bo jedynie -9*C. Jest mróz, jest śnieg – czyli zima pełną gębą. W końcu.

A tak zima wygląda w „naszym” lesie:

zima-2017-01zima-2017-02zima-2017-03zima-2017-04

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Niech się święci!

Od ostatniego wpisu zdarzyło się tak wiele, że czuję się, jakby przez ledwie miesiąc upłynęło pół mojego życia. Kolejne pół.

Praktyki skończyłam z wynikiem mocno pozytywnym i z satysfakcją, bo wielu pacjentów, którzy wyszli spod moich niewprawnych rąk potwierdzali poprawę ruchomości stawów kończyn i kręgosłupa. Jedna starsza pani sama była zaskoczona, że piątego dnia zabiegów sama, niczym kozica wskoczyła na łóżko do masażu. Wmówić mi chciała, że na pewno obniżyłam stół, żeby jej było łatwiej. Problem w tym, że nie mogę go podnosić z kimś na nim leżącym, bo się zepsuje mechanizm od takich praktyk. Po drugie, jeśli obniżyłabym stół, nie mogłabym wygodnie i skutecznie wykonać masażu. Po trzecie, w ostatnim tygodniu praktyk zostałam sama, więc na mojej głowie było zapisywanie pacjentów, wypytanie o przyczynę odwiedzin i ewentualne problemy współdziałające lub po prostu występujące niekoniecznie przy okazji schorzenia oraz ustalenie godziny zabiegu. Z tego też powodu łóżko nie było ruszane: jak je pod siebie ustawiłam, tak już zostało. Zatem łatwość w skorzystaniu ze stołu musiała wyniknąć z polepszenia sprawności ruchowej. Obie byłyśmy z tego bardzo zadziwione i zadowolone. Nie raz też słyszałam pochwały, że należę do wyselekcjonowanego grona dobrych masażystów (oczywiście w opiniach mocno subiektywnych samych pacjentów).

Jako że zima nie chciała sobie pójść i wrócić dopiero pod koniec listopada, nie pożegnałam się jeszcze z zimowymi ubraniami. Owszem, w dzień, kiedy słońce nagrzeje powietrze, można w krótkim rękawku biegać, ale rano i wieczorem ciągnie chłodem.

Z tego powodu po raz pierwszy doznaliśmy skutków nocnych przymrozków. Do tej pory w naszym tunelu nic, ale to nic nie przymarzło, zamarzło, czy się mrozem nie zwarzyło. W tym roku mróz musiał być solidny, bo wymroził tunelowe pomidory i papryki. Nie tylko nam. Nawet ogacone styropianem tunele nie dały rady. Chyba by musiały być podgrzewane, wtedy zimno nie weszłoby do środka.

Robi się coraz cieplej. Trzeba ruszyć w końcu z sianiem i sadzeniem, bo to już maj, a grządki nadal puste. Bo zimno, bo deszcz, bo parszywie… będziemy nadrabiać, bo dużo siewek już urosło do rangi sadzonek, więc najwyższy czas, by wreszcie trafiły na pole i w spokoju rosły dalej. Drzewa (najpierw mirabelka, teraz śliwka węgierka i wiśnie) obsypały się kwieciem, aż miło. Miejmy nadzieję, że choć część z tego zostanie zapylona, bo przy takim chłodzie, to pszczoły i trzmiele nie „chodzą”. I nie ma się czemu dziwić, bo ja też nie mam ochoty wyłazić z domu, kiedy jest zimno i deszcz pada.

Nie będę Was zanudzać dłużej i zmuszać do czytania. Obejrzyjcie sobie trochę zdjęć. Dla relaksu.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

2 Komentarze

Filed under masaż, nauka, rolniczo

Zima, zima, zima…

Zapadało, zasypało wszystko na biało. Przynajmniej miasto przez jakiś czas będzie wydawało się czyste. Do pierwszych roztopów. Z opadów najbardziej cieszy się Hera. Robi za koparkę do śniegu. Zwłaszcza, jak się bawi z innym psem. Niestety, śnieg działa moczopędnie. I potrzebny jest dodatkowy spacer. A na spacerze wychodzi z Hery Wadera. Wszystkie psy muszą być pod nią. W sensie dosłownym i w przenośni. Cóż, kiedy ma się przed sobą takiego złego i wściekłego psa, to lepiej albo uciekać, albo się położyć, żeby gryzienie nie było zbyt bolesne.

Strasznie wściekły złeseł :P

Strasznie wściekły złeseł 😛

Hera03 Hera04

Tydzień, jak zwykle zleciał na sprzątaniu. Pierwszy etap czyszczenia dużego pokoju już za mną. Łazienka również została wypucowana. W kuchni już działam i robi się powolutku przestronniej. I tu się pojawia pytanie: czy ktoś wie, jak sobie poradzić z białym nalotem na blacie? Nie wiem skąd się wziął, aczkolwiek podejrzewam naszą wodę o to przestępstwo na okleinie. Czy macie jakiś sprawdzony sposób na przebarwienia na meblach? Z góry dziękuję za wszystkie sugestie.

W sobotę, jak zwykle zrobiliśmy sobie LAN Party, bo przecież Aion czekać nie może. Zbyt długo. A poziomy same się nie zrobią, kinahy czarodziejsko się nie pojawią na koncie. Przy tym granie w grupie jest przyjemniejsze niż w pojedynkę. No i można pokonać dzięki temu trudniejsze moby. No i zawsze w grupie jest weselej.

Wygłodniałe kukurydze... to nasze alter ego ;)

Wygłodniałe kukurydze… to nasze alter ego 😉

Dobra walka nie jest zła :)

Dobra walka nie jest zła 🙂

Wygłupy naszej grupy :P

Wygłupy naszej grupy 😛

Zasłużony odpoczynek po dobrym ekspieniu :D

Zasłużony odpoczynek po dobrym ekspieniu 😀

A niedzielny poranek rozpoczęliśmy od skromnego, ale pysznego śniadania. Na stole pojawiły się domowe konfitury ze śliwek, wypieczony w sobotę chleb i marynowane podgrzybki z pobliskiego lasu. I ser z pobliskiego marketu. Oraz czajniczek pełen gorącej, zielonej herbaty.

Niedzielne śniadanko :)

Niedzielne śniadanko 🙂

Konfitury, gdy je pakowałam do słoików, wydawały się być bardziej „spalone”, bo i też przywarły do dna garnka zbyt mocno, jednak, gdy je spróbowałam, okazały się być idealne w smaku. Nie za słodkie, nie za bardzo „przydymione”. Takie w sam raz. Za to grzybki wyszły bardzo łagodne. Nie są niesmaczne, ale inne niż te, do których jestem przyzwyczajona. Chyba będę musiała dać następnym razem nieco więcej octu.

I tak oto rozpoczął się nowy tydzień…

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, pieseł, życie

Święta, święta i po świętach

Jeszcze człek po bożonarodzeniowych piernikach nie zdążył schudnąć, a tu już na stole wylądowały mazurki. Ciasta, nie ptaki z rodziny wróblowatych. Te ostatnie lądują stadnie na i w karmniku za oknem. Cóż, zwlekająca z odejściem zima nie rozpieszcza tych szaro-brązowych maluchów.

Te święta spędziłam (a raczej spędziliśmy) dużą gromadą, bowiem u rodziców pojawiła się też i moja siostra ze swoim mężem, a my zabraliśmy ze sobą Chico (dla jego bezpieczeństwa, bo skrzydła już nie te, a wolierka wysoka). Wstyd przyznać, ale stołu nie odstępowaliśmy na krok. Nie było takiej potrzeby i chęci. Cóż, za oknem istna śnieżyca (padało od niedzielnego poranka, po wczesny ranek poniedziałkowy) nie zachęcała do wychodzenia poza obręb ciepłego mieszkania. Nierealny obraz zimowy podziwialiśmy przez szyby okien i drzwi balkonowych, przegryzając serwowanymi przez telewizję filmami lub występami kabaretów. Przy tym, gdy wyjeżdżaliśmy z naszej dziupli, była prawdziwa, ciepła i słoneczna wiosna, zatem i nasze ubrania wiosennej aurze były przeznaczone, a nie zimowym chłodom. Ponad półmiskami pełnymi pyszności, jakie naszykowała mama toczyły się rozmowy lekkie niczym marzenia i kłótnie, i ciężkie dysputy o stanie dzisiejszego świata. Nie było czasu na samotność, zadumę i depresję, których to mam w nadmiarze dzień po dniu. Dobrze mi było w domu rodzinnym. Może powiększonym odrobinę o naszych (siostry i mojego) partnerów życiowych, ale… to nadal rodzina. Nie powiem, że chciałabym jeszcze to kiedyś powtórzyć…

Sprzątanie zaczyna dawać widoczne rezultaty. Zwłaszcza w kuchni, gdzie do uprzątnięcia było naprawdę sporo rzeczy. Jeszcze odrobina została, ale i tak jest teraz w niej czyściej i więcej miejsca. Jakąś tam satysfakcję z tego stanu rzeczy odczuwam, ale… bez przesady. Został jeszcze przedpokój i mały pokój, nasze składowisko rzeczy przeróżnych, do uporządkowania. Potem postawić nową wolierkę dla ptasząt, kilka niezbędnych w warsztacie mebli i można powiedzieć, że wiosenne porządki stały się ciałem. A potem ten stan rzeczy utrzymywać regularnym porządkowaniem i nieśmieceniem. To chyba będzie najtrudniejszy punkt tego projektu.

Rozsady spokojnie rosną sobie na parapecie. Za chwilę wysieję kolejne nasiona, by spokojnie sobie w cieple kiełkowały i czekały na moment, kiedy będą mogły powędrować na działkę i zacząć rosnąć w pełni, bez ograniczeń i cieszyć się nieprzefiltrowanym przez szybę słońcem. Niestety, wciąż zalega na dworze śnieg. Prognoza pogody nie jest zbyt optymistyczna, choć coraz więcej widać w niej słońca a w drugiej połowie kwietnia temperatura już ma sięgać kilkunastu stopni. I nie będzie opadów śniegu. Mam nadzieję, że tak będzie i nic się na gorsze nie zmieni, bo bardzo mam dość i to serdecznie śniegu, szarówki i zimna. I chcę w końcu pojechać na działkę i nie szczękać tam zębami z zimna.

Dziś wreszcie mogłam wywietrzyć trochę mieszkanie. Słońce nagrzało powietrze do zawrotnej temperatury 5 stopni, a w mieszkaniu czuło się już zaduch. Pozakręcałam więc grzejniki i otworzyłam okno w kuchni, by wpuścić trochę mroźnego powietrza. Naprawdę potrzebowałam tego, jak „jarmużu bełdki”. Dało to namiastkę wiosny. Póki nie spojrzało się w dół przez okno można było wierzyć, że to już wiosna zawitała na dobre.

W piątek, jeszcze przed świętami wreszcie założono nam plombę na wodomierz. W końcu. Po trzech latach łażenia „po prośbie”. Cieszę się okrutnie, bo nareszcie będziemy płacić mniej niż do tej pory. I to nawet bez zbytniego szczypania się ze zużywaniem wody. Za internet też będziemy płacić 30 złotych mniej. Chyba z wolna idzie ku lepszemu. Przynajmniej mam taką nadzieję.

No i dziś mojego G. pognało w strony, w które raczej nie zagląda i wypatrzył ogłoszenie o pracę. Poleciałam i zaniosłam swoje CV, ale nie liczę nawet na telefon o treści: „Dziękujemy, ale nie skorzystamy z pani usług”. Niby tyle pracy na rynku, a nic nie można dostać. Chyba że ma się znajomości… bez tego – ani rusz. Nic to. Do sprzątania się nie nadaję, to może w księgarni mnie będą potrzebować…?

Dodaj komentarz

Filed under ogólnie, podróże, praca zawodowa, życie

Pierwszy atak zimy na działce

Po raz pierwszy nasza działka wystroiła się na zimowo. Znaczy pierwszy raz my ją w takim wystroju mamy okazję oglądać. Obawiałam się, że podfoliowe uprawy podmarzną, że zobaczę wszystko przyklapłe i już nic z nich się nie da zrobić. Ale okazały się być zwarte i gotowe do dalszego wzrostu. Nawet truskawki zaczynają wypuszczać nowe listki.

Okazuje się, że przesadziłam z prędkością okrywania róż. Powinnam poczekać do czasu, aż stracą liście. No nic, mam nadzieję, że nic im nie będzie. W przyszłym roku będę już wiedzieć co i jak. Na wiosnę dowiem się też, co w ogóle rośnie na rabatach, bo na razie nie mam najmniejszego pojęcia, co jeszcze kryje się w ziemi.

Jak tylko śnieg sobie pójdzie i nie będzie tak bardzo zimno, musimy posprzątać trawnik do końca, bo opadłe liście już gnić zaczynają, a szkoda by było trawy. Miejsce na przyszły zielnik zostało zryte przez kreta. Chyba słyszał nasze rozmowy o tym, że będzie trzeba część trawnika przekopać i się zabrał za pomoc. Nie musiał jeszcze dodatkowo wykopywać róż i winobluszcza, ale się chyba rozpędził i aż o wejście na działkę zahaczył. Mam nadzieję, że piszczyki go wygonią. Albo je wszystkie. Włącznie z nornicą. Na razie nie widziałam śladów jej bytności. Może sobie poszła? W sumie pietruszkę wtruszczyła prawie w całości, zostały tylko niedobitki. Rośnie w sumie jeszcze koperek, który ostatnio też wciągnęła sobie pod ziemię. Mam nadzieję, że jej nie smakował i ma po nim ciężką niestrawność. Przynajmniej dla papużek więcej zostanie.

Koty nawiedzają stadnie naszą działkę. Nie wiem, czy mam się z tego cieszyć, czy smucić, ale nie bardzo by mi pasowało, gdyby kocury zaczęły znaczyć u nas teren. Póki co, nie śmierdzi. Może też wyłapią gryzonie, które pewnie stadnie zaszywają się w niewyżętych chaszczach na ugorze. No właśnie… na ugorze trawy położyły się pod ciężarem śniegu i teraz będzie dopiero mordęga, żeby to wyciąć… troszkę za wolno się za to zabrałam, trzeba było narzucić sobie bardziej ostre tempo. No cóż, teraz to już po ptokach… będziemy sobie radzić jakoś z obecną sytuacją.

Dzięki forom ogrodniczym doczytałam, co się dzieje z jabłonią. Ot, trafiła się jej srebrzystość liści i to już jest jej koniec. Grzyb rozrasta się w trybie szybszym niż natychmiastowy, a jeśli rozniesie się na inne drzewa (zwłaszcza śliwy i wiśnie są na niego podatne), to już cały sad będzie do wymiany. Szukamy teraz kogoś, kto byłby w stanie nam wyciąć ten nieszczęsny pień, bo nie ma nawet sensu czekać, aż gałązki podrosną, by je przeszczepić, bo grzyb przejdzie dalej… Jestem naprawdę załamana, bo widzę wielką wolę przeżycia u jabłoni: wypuszcza piękne, zielone i mocne liście. Chyba nie będę mogła patrzeć, jak ją wycinają, bo się rozryczę, a głupio przecież płakać po drzewie. Drzewo, to drzewo – je się tnie, pali lub przerabia na meble albo podłogi… wiem, głupia jestem i niedostosowana… ech…

Jeszcze Wam napiszę, że w miniony weekend przyszli do nas znajomi, żeby pogadać i świętować pierwszą w życiu wypłatę A. Przy okazji zostałam całkiem zaskoczona prezentem urodzinowym od A. i P. Czyli – mam nowe smoczysko w kolekcji! Teraz dzielnie pilnuje mojego e-papierosa, którego G. wygrał dla mnie w konkursie prowadzonym przez jedną z firm zajmującą się dystrybucją tych urządzeń. Bardzo dziękuję – za pamięć i prezent.

A teraz – standardowo – trochę zdjęć ilustrujących powyższy wpis:

         

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie, życie

Dżingle bels, dżingle bels…

Deszcz zaczął padać już w nocy. Stukał w parapet niczym głodny wróbel, domagający się porcji ziaren. Szumiał jednostajnie, to znów stukał, to pluskał w rynnie. Dziś kontynuował swoją działalność. Mżył, siąpił, by zmienić się w ulewę, a ostatecznie w śnieg. Mokry, lepiący się do jeszcze nieopadłych liści, wiszących wciąż na drzewach.

Wczoraj zdążyliśmy okryć prawie wszystkie róże. Na jedną nie starczyło, na tę najmniejszą z pnących. Owszem, dokupiliśmy włókninę z zamiarem okrycia jej dziś, ale padający od nocy deszcz skutecznie działkowanie wybił nam z głowy. Mam nadzieję, że się nie przemrozi i przeżyje tę chwilkę bez osłony.

Nasza „koza” otrzymała kawałek rury, który służy jej za komin. No, teraz dopiero ma prędkość w spalaniu wszelkiej maści śmiecia, który sukcesywnie znika z powierzchni działki w jej żarłocznym wnętrzu. Gdyby tak jeszcze się udało zrobić tak, by można było palić w Ruderce i ją nagrzewać, byłoby cudownie. Zwłaszcza teraz, kiedy zima nadchodzi wielkimi krokami. Tylko bardzo byśmy nie chcieli spalić Ruderki, jak zamieszkujący ją swego czasu bezdomny, który napalił w „kozie” i zamroczony alkoholem zapadł w głęboki sen. Szczęściem ktoś zauważył, ktoś ugasił i Ruderka stoi., trochę połatana, trochę niepełna i przysmędzona, ale stoi. Póki jej korniki nie zjedzą. Zobaczymy, co się uda wymyślić w tym temacie.

W piątek nie mieliśmy prądu na działce. Nie wiadomo czemu sobie poszedł, bo i przepisane już jest wszystko na nas, i zapłaciliśmy za zużytą od zakupu energię. Już widniała przed nami groźba przemarznięcia, ale okazało się, że mamy formę zastępczą. Skoro nie możemy zagotować wody w czajniku elektrycznym, to od czego jest „koza” i zwykły czajnik z gwizdkiem? Zatem rozpaliłam ogień tak, by buzował wręcz i buczał w kominie i szybko nagrzał fajerkę. Po czym postawiłam na nie czajnik. Nie trzeba było bardzo długo czekać na wrzątek. Czas, kiedy woda się podgrzewała, wykorzystaliśmy na oczyszczenie trawnika z liści, napełnienie wiadra i konewki wodą, by pod koniec prac podlać wszystko, co rośnie pod tunelem. Żeby herbata nie stygła za mocno na zimnie, kubki stawiamy na płycie „kozy”. Nawet zimna potrafi w parę chwil zmienić się we wrzątek. I to lubię.

Kiedy już ogrzaliśmy nieco nasze kości i wnętrzności, zabraliśmy się za owijanie włókniną róż pnących. Starczyło, tylko na dwa krzewy. Najmniejsza pozostała bez przykrycia. Mam nadzieję, że nie zamarznie tam teraz przez noc pod tym śniegiem. Zwykłą różę (bo taka też się gnieździ na rabacie, zasłonięta przez mieczykopodobne liście) obłożyłam liśćmi i obsypałam ziemią. Mam nadzieję, że przeżyje, bo dopiero dziś wyczytałam, że liście orzecha włoskiego (a tych właśnie użyłam) nie nadają się do takich zabiegów. Ewentualnie można ją odkopać i owinąć włókniną, która zostanie po osłonięciu małej pnącej. Cóż, następnym razem takiego błędu nie zrobię. Na pewno.

Przed podlaniem roślin podtunelowych zebrałam nieco koperku dla papużek i znalazłam jeden wtruszczony przez nornicę. No tak, nie ma już dobrych pietruszek, to trzeba zmienić jadłospis. Wyrwałam też kilka sałat. Dla nas i dla papużek. Reszta jeszcze może trochę podrośnie jeszcze póki pod folią ciepło i mokro. Standardowo też wyrwałam pęczek rzodkiewek. znów będzie można się delektować pysznymi kanapkami z zieleniną. truskawki odbijają. Widać na wielu z nich (przeważającej większości) nowe, świeże listki. Myślę, że się przyjmą, choć na wiosnę, kiedy będziemy zmieniać folię na tunelu, będziemy je przesadzać na zewnątrz. Powinno im być tam lepiej.

Wciąż zbieram pomysły na działkę: na zielnik, warzywnik, sad, domek i altankę. Mam teraz tak wiele wzorników, że nie wiem, czego się trzymać. Ale nie ma się czym przejmować – finanse zawsze okroją odpowiednio wszystkie pomysły, które nie zdążą się rozbujać za mocno. Będę musiała wreszcie usiąść i przenieść pomysły na papier, zaplanować przestrzeń ogrodu, żeby dobrze wyglądał w każdym calu. I jak wreszcie wszystko zacznie rosnąć, rodzić plony, będziemy mogli być w końcu samowystarczalni choćby tylko pod względem warzyw, owoców i ziół. No i będziemy wiedzieć, co jemy, czym były żywione rośliny, które konsumujemy. I będziemy mieli też kawałek ziemi, na którym będzie można sobie spokojnie odpocząć. Póki co, wszystko jest na poziomie planów…

A za oknem zima… śnieg wciąż sypie i ani myśli przestać. Ale jedno w tym mnie cieszy – koniec z jednośladami, których dosiadają półmózgie „mielone”. Skończy się wycie motocyklowych silników na wysokich obrotach, bo dziecku się spieszy, a obwodnicę traktuje, jak autostradę. Będzie ciszej. Z drugiej strony… ciekawe, ile aut i ciężarówek poślizgnie się na feralnym rondzie. Miejmy nadzieję, że ani jedno.

Przy karmniku zaokiennym ciągły ruch. Jak tylko nie pada, żywi się tam stado wróbli, kilka sikorek i parę mazurków. Za to na działce odwiedził nas rudzik. W pierwszej chwili, jak go zobaczyłam, myślałam, ze to wielki, szaro-rudy motyl. Dopiero, jak pofrunął w krzaki żywopłotu, zobaczyłam, że to malutki ptaszek. Wracał jeszcze parę razy na nasz nieużytek, jakby na coś czekał. Zrobię karmniki, zrobię. Takie z butelek. Zawsze będą miały coś do przekąszenia w te zimowe dni.

A teraz uraczę Was garścią jesiennych jeszcze zdjęć z czwartkowego działkowania:

         

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, papużki, zaokienne życie