Tag Archives: zielnik

Prace w polu

Nogi wychodzą mi już uszami. Naprawdę. Od chodzenia. Mam trochę kilometrów do pokonania, by dotrzeć na działkę, to i nogi odpadają. Mają prawo. Zwłaszcza, ze całą zimę tyłek płaszczył się przy krośnie, kołowrotku, wrzecionie, czy innym kompie.

Początek sezonu zaczął się źle. Ksawery rozszarpał nam tunel, a jakiś brzydal zakosił nam wszystkie kable, przedłużacze, gwoździe i śruby oraz nowiutki sierp. Najgorzej ucierpiała nasza nowa, zakupiona w tamtym roku pompa do wody, która straciła cały, wielometrowy kabelek wraz z wtyczką. I lodówka. A dokładnie to, co w niej zostawiłam na zimę, bo w domu nie miałam miejsca na wszystkie warzywa. Przetrwała większość marchewek i czarnych rzodkwi, ale kapusta się rozpłynęła… oj, będzie dużo sprzątania.

Zaliczyłam też „opieprz” od władz RODu, że się opieprzam. Tylko po kij się ścigać w zawodach pt. „komu szybciej wyjdzie”… kiełek z ziemi? I tak w zimnej ziemi nasiono nie skiełkuje, więc po co się spieszyć? Jakieś zawody organizują na tych działkach? Jeśli tak, to poproszę o spis nagród, wtedy się zastanowię, czy warto w nich brać udział. Kupowałam ten skrawek ziemi, żeby móc zaoszczędzić na jedzeniu, a nie po to, żeby się ścigać z kimkolwiek o cokolwiek. I tak w trzy dni zrobiliśmy to, co innym zajęło trzy tygodnie, więc niech się odciptają. O!

Warzywnik już się szczyci równymi grządkami, z których część już jest „zamieszkana”. A rzodkiewki już pokazały pierwsze listki. Reszta czeka na swoją kolej, podzielona równymi (w miarę, ale bez przesady) ścieżkami. Pod tunelem już też połowa ziemi została zagospodarowana. Tak, tak, mamy nową folię na tunelu. Świeżutką, zieloniutką – cudo. Przez najbliższe cztery lata co najmniej będziemy się musieli nie martwić o uprawy pod osłoną. Pomidory już rosną i za jakiś czas przeniosą się na drugą połówkę „szklarenki”. Tym razem siałam z rozwagą, żeby nie narobić sobie takiego kłopotu, jak przy poprzednich przygotowaniach.

Na Zielniczku odżyły mięta, melisa i estragon. Czosnek niedźwiedzi już szykuje się do kwitnięcia, chrzan rozwija listki, len ozdobny się zazielenił, a rabarbar pokazał piękne liście i czerwone łodygi grubsze, niż moje palce. Na razie wyczyściłam ścieżki, które pójdą do poprawki, bo zarastają zielskiem, a miały być piękne, żwirowe i czyste. Niestety, w trakcie realizacji projektu nie wzięliśmy pod uwagę, że zwłaszcza trawa przeciśnie się z łatwością przez kamyczki. Cóż, uczymy się na własnych błędach.

Malinowy chróśniak został oczyszczony z perzu, który jest prawdziwą plagą na naszym skrawku ziemi, ale z wolna eliminuję kolejne kłącza przy każdym kolejnym plewieniu. Wszystkie zasadzone krzewinki malinowe wypuściły listki, więc chyba wszystkie wyrosną na śliczne, dorodne malinowe krzewy i dadzą choć garść owoców na spróbowanie. Wszystkie śliwki, które dostaliśmy, a zostały posadzone na jesieni również się zazieleniły, aczkolwiek pojawiły się im na liściach czerwone kropki. Będę musiała poszukać, co to takiego, czy trzeba się tym przejmować i jak sobie z tym poradzić. Gruszka nas zaskoczyła w tym roku obsypując się gęsto białym kwieciem. Spodziewałam się czegoś takiego najwcześniej na przyszłą wiosnę, bo w końcu ledwo co została posadzona. Oczywiście starsze drzewka zakwitły wszystkie, nie było gradobicia ani ulewnego deszczu, więc chyba będzie więcej owoców niż w zeszłym roku.

Jeszcze mnóstwo pracy zostało, ale póki słońce, póty czas na prace w polu. I już zaczynam się opalać. Czas najwyższy pomyśleć o kremie z filtrem, żeby się nie poparzyć. Normalnie lato się robi!

A oto garść najnowszych zdjęć, żeby nie było, że to, co napisałam powyżej, to wyssane z palca bzdury:

Mój ulubiony krzew wiosenny :)

Mój ulubiony krzew wiosenny 🙂

Pajączek poszedł na pyłek? ;)

Pajączek poszedł na pyłek? 😉

Kępka gruszkowych kwiatków.

Kępka gruszkowych kwiatków.

Malutkie kwiatuszki brzoskwini. Może i kwiatki malutkie, ale za to owoce - niczego sobie :)

Malutkie kwiatuszki brzoskwini. Może i kwiatki malutkie, ale za to owoce – niczego sobie 🙂

Wściekle czerwone (a raczej czerwono-pomarańczowe) kwiaty pigwy/pigwowca...? Nie umiem tego odróżnić :P

Wściekle czerwone (a raczej czerwono-pomarańczowe) kwiaty pigwy/pigwowca…? Nie umiem tego odróżnić 😛

Obsypana kwieciem wiśnia.

Obsypana kwieciem wiśnia.

Kwiecie wiśni :)

Kwiecie wiśni 🙂

Białe tulipanki.

Białe tulipanki.

To moje ulubione kwiatki wiosenne. Zaraz po fiołkach ;) Czy można nimi farbować tkaniny lub przędzę?

To moje ulubione kwiatki wiosenne. Zaraz po fiołkach 😉
Czy można nimi farbować tkaniny lub przędzę?

Jeden jedyny żonkilek. Aż się zdziwiłam, bo w tamtym roku żadnego nie było.

Jeden jedyny żonkilek. Aż się zdziwiłam, bo w tamtym roku żadnego nie było.

Jeszcze czerwony tulipan się uchował. Tutaj w towarzystwie szafirka.

Jeszcze czerwony tulipan się uchował. Tutaj w towarzystwie szafirka.

Czyżby to były fioletowe pierwiosnki?

Czyżby to były fioletowe pierwiosnki?

Nowa, świeżutka folia na odświeżonym stelażu. Prawda, że prezentuje się całkiem, całkiem?

Nowa, świeżutka folia na odświeżonym stelażu. Prawda, że prezentuje się całkiem, całkiem?

Większy warzywnik w całej krasie :)

Większy warzywnik w całej krasie 🙂

Zaraz po deszczu, a raczej jeszcze podczas deszczu.

Zaraz po deszczu, a raczej jeszcze podczas deszczu.

I żółciutki tulipanek. Świeżo wykąpany w deszczu.

I żółciutki tulipanek. Świeżo wykąpany w deszczu.

Kwiatuszek truskawkowy.

Kwiatuszek truskawkowy.

Kolejne kwiaty truskawek. Miejmy nadzieję, że z każdego będzie jeden, dorodny owoc.

Kolejne kwiaty truskawek. Miejmy nadzieję, że z każdego będzie jeden, dorodny owoc.

Maluśka rzodkieweczka. Ledwo ją posiałam, a już pokazała listki.

Maluśka rzodkieweczka. Ledwo ją posiałam, a już pokazała listki.

Warzywnik i wyczyszczone z chwastów krzewy porzeczek i agrestu.

Warzywnik i wyczyszczone z chwastów krzewy porzeczek i agrestu.

Nasz trawnik z mnóstwem jedzenia dla naszych trawożernych zwierzaków.

Nasz trawnik z mnóstwem jedzenia dla naszych trawożernych zwierzaków.

Zagon truskawek.

Zagon truskawek.

Trawnik, wiśnia, kawałek zarośniętego jeszcze Zielnika i nieprzycięty żywopłot. Dzikość :P

Trawnik, wiśnia, kawałek zarośniętego jeszcze Zielnika i nieprzycięty żywopłot. Dzikość 😛

Reklamy

8 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Lato! Lato wszędzie!

Już był pierwszy dzień lata. Pogoda iście letnia: w słońcu 40 stopni Celsjusza, niebo prawie bez chmur i od czasu do czasu burza. Trochę za szybko przyszły upały i mój organizm ma pewne obiekcje, gdy chcę pracować na „polu”. A roboty naprawdę jest dużo: głównie to walka z chwastami. Takie moje działkowe syzyfowe prace.

Z wolna upiększamy nasz skrawek wsi w mieście. Powstaje nowe ogrodzenie, a już stoi nowa furtka. Stoi w takim miejscu, że już nikt raczej nie zaskoczy mnie pojawiając się nagle od tyłu. Pan Zbyszek robi to nagminnie, doprowadzając mnie nie raz na skraj zawału serca. Stoją też już słupki, niemal gotowe na przyjęcie nowej siatki, bo stara głównie składa się z rdzy. Niech no tylko beton porządnie stężeje.

Na ugorze dostaliśmy kawałek ziemi. Słupki stoją i czekają na siatkę. Potem ziemia poczeka na rekultywację i oczyszczenie, by móc ja wykorzystać na zagony pod kolejne warzywa. Trochę mnie martwi fakt, że Sąsiad wziął i cały ugór potraktował Roudapem (czy jak się to to pisze), a to cholerstwo jest trujące. Słyszałam, że przez co najmniej 2 lata odradza się hodować jakiekolwiek jadalne rośliny na takiej ziemi. Chyba że na tą „zatrutą” ziemię wysypie się dużo ziemi czystej… nie wiem naprawdę. Zobaczymy, jak to z tym będzie…

Rzodkiewki powoli się kończą. Te łagodne prawie wszystkie już wyrwane, za to odmiana okrągła, ostra niemal w całości poszła w kwiaty. Trochę się mi to nie podoba, bo miały być dwa zagony rzodkiewek, a nie jeden. Chyba w przyszłym roku nie będę w ogóle siać odmiany „Silesia”. A chciałam być regionalna… Rzodkiewki dosiałam jeszcze w puste miejsca. Może coś jeszcze z nich będzie do jedzenia. Jak nie, to się wysieje rzodkiewki na jesienne zbiory. Rzepa już ma solidnie wyglądające nad ziemię korzenie i zastanawiam się, czy już nie zaczynać jej zbierać. W sumie jest to odmiana wczesna, letnia, no a lato właśnie się zaczyna. Nie chciałabym, żeby się korzenie zrobiły drewniane, co się dzieje, kiedy przesadzi się z trzymaniem rzodkwi w ziemi. Ale z drugiej strony nie chce też się pospieszać ze zbiorem. Trzeba zerknąć na opakowanie po nasionach, co tam mądrego o zbiorach napisali. Albo po prostu wziąć i zaryzykować: wyrwać rzepę i zrobić z niej sałatkę do obiadu. Ze śmietaną, szczypiorkiem i nacią pietruszki. Pychota!

Reszta warzyw ma się coraz lepiej. Szczaw dorodnieje i za niedługo będzie mógł służyć, jako główny składnik szczawiowej zupy. Sałata, uwolniona wreszcie od ślimaków (żel ekologiczny do odstraszania naprawdę działa) zaczyna już wyglądać z wolna, jak sałata, a nie żałosne badylki. Pietruszka rośnie coraz szybciej i coraz więcej jej listków przybywa, więc nie da się nie odróżnić jej od chwastów, jak to miało miejsce jeszcze kawałek czasu temu. Por na razie trochę taki mizerny, ale ma wszak dużo czasu do jesieni, by zmężnieć. Najlepiej rośnie się za to naszym rachitycznym sadzonkom własnego chowu: kalarepie, kalafiorom, brokułom i (nawet) kapustom. Myślałam, że naprawdę nic z nich nie będzie, ale ładnieją z dnia na dzień. Groch zaczyna kwitnąć, a bób z wolna przekwita. Ciekawe, jaki będzie miał smak? Kukurydze rosną, ale daleko im do tych, które wysiano na polach. Ale myślę, że do jesieni spokojnie zdążą i zakwitnąć i dać kilka kolb. Choćby tylko ptakom na uciechę. Buraki też się wzięły za siebie i zaczynają wyglądać, jak boćwinka. Są jeszcze puste miejsca, gdzie jakoś mimo dwu prób nic nie wyrosło, to zasiejemy raz jeszcze. Będzie trochę buraków na później. Marchewka na razie idzie w nać. Czekam, kiedy pojawią się pomarańczowe zalążki korzonków. No i ciekawa jestem jej smaku. Czy będzie taka sama, jak u rodziców? Papryczki, seler i pomidory, dla których zabrakło miejsca pod folią zaczynają się dostosowywać do panujących na zewnątrz warunków. Paprykom ciemnieją liście, seler ciągnie się do słońca, a pomidory stoją dumnie wyprostowane, przeciwstawiając się pogodzie. Pomidory w tunelu już zaczynają kwitnąć. Boje się tylko, że poza kwiatami nic więcej nie będzie, bo jedynymi chyba tam przebywającymi owadami są komary. No i kilka much, których jeszcze nie przerobił na potrawkę pająk-krzyżak. Kilka dni temu zaniosłam pod folie dwie pszczoły. Strasznie senne były, niemrawe, ale z zaproszenia skorzystały i trochę się nektaru pomidorowego napiły. Zatem – może coś z tego wyniknie…? Nie wiem, czemu pod folią nie ma ruchu w pszczelo-trzmielim interesie. Wszak wciąż tunel jest otwarty na oścież i dostępny dla owadów wszelakich. Tak w ogóle, to tych owadów mało co widać na naszej działce. Nawet domek zawieszony wśród winogron nie pomaga i nie zachęca do osiedlania.  Zobaczymy… bo co jak co, ale na pomidory liczę i to bardzo. Brakuje mi przecieru, który robiłam z pomidorów otrzymanych od rodziców (z kupowanych się nie odważę robić czegokolwiek). Jest po tysiąckroć razy lepszy od tych wszystkich keczupów serwowanych na sklepowych półkach. Nic, niestety, mi nie zastąpi smaku prawdziwego pomidora i przetworów zeń zrobionych. Cukinie (trzy) wyrosłe z nasion z cukinii otrzymanej od rodziców mają się z dnia na dzień coraz lepiej. Dynia z kupionych nasion też sobie wspaniale radzi. Może dobrze, że tak niewiele ich wyrosło, bo będą miały gdzie się po grządce rozpychać. Ciekawe, jakie dadzą owoce. Niby dynie mają być olbrzymie… cukinie też do mikrusów nie powinny należeć… poczekamy, zobaczymy…

Drzewa mają się w miarę dobrze. Wiśnie tylko nam marnieją, bo się jakiś grzyb do nich przyssał i liście opadają niczym na jesień. Pan Zbyszek użyczył nam miedzianu na oprysk, ale naprawdę zastanawiam się, czy to robić teraz, kiedy dojrzewają owoce, a pod drzewem rosną warzywa niemal gotowe do zbioru. Na razie nie stać mnie na czysto ekologiczne środki (500 g  specyfiku kosztuje -bagatela – ponad 400 zł), więc się biję z myślami, co jest lepsze: czekać na zbiory i dopiero po tym zastosować preparat, czy też zrobić to jak najszybciej. Nie chciałabym, by ogołocone z liści wiśnie całkowicie obumarły. Za to brzoskwinia i orzech są obsypane owocami. Małe i niedorodne owoce zbieram. Dziennie wychodzi garść takich zaschniętych maluszków. Mówią, że to dobre tak wspomagać drzewo w owocowaniu, bo to, co zostanie, będzie miało więcej soków do rozdysponowania między siebie. A ma się co dysponować. Brzoskwinek jest trzy razy (co najmniej) tyle, co na jesieni poprzedniego roku. Może uda się oprócz ciast zrobić z brzoskwiń i jakieś dżemy, czy powidła? Zobaczymy. Jeśli chodzi o orzech, to z tego, co widzę, to nie będzie miał problemów z dociągnięciem  do rekordu 30 kg z poprzedniego roku. Mnóstwo zielonych owoców wisi między liśćmi. gorzej rzecz się ma ze śliwką, która niby owoców na dużo co roku. No cóż, w tym roku chyba odpoczywa, bo tylko pojedyncze śliwki da się wypatrzeć między gałęziami. Lepiej będzie ocenić liczebność, kiedy owoce zaczną przyjmować fioletowy kolor i odznaczać się między liśćmi. Jabłoń i gruszka na razie uczą się jak to jest być drzewem. Może za rok będą uczyły się, jak kwitnąć i może coś tam się z owoców (na tzw. spróbowanie) zawiąże. Na razie poznały, jak to jest mieć mrówki i gąsienice. Oczywiście mrówki już wytrute (nie znam na razie skuteczniejszej metody pozbycia się tych owadów niż słodki proszek), a gąsienice wysiedlone poza teren ogrodu. Nowych nie widać jak na razie. Za to listki i młode gałązki pojawiają się w ilościach hurtowych, jak na takie małe drzewka. Niech rosną. Na owoce przyjdzie czas.

Porzeczki czerwienieją coraz bardziej każdego dnia. Za chwilę będzie można je już zbierać. Nadmiaru nie będzie na pewno, bo co można zebrać z czterech, malutkich, zaniedbanych krzaczków? Ale zawsze starczy na przykład na kompot. Za to czarna porzeczka zadziwia wielkością jagód na kiściach. Toż to porzeczory są, a nie porzeczki! Już udało mi się spróbować jedną, przedwcześnie dojrzałą jagódkę. Pycha! Taka, jak porzeczka powinna być: lekko cierpka, nieco gorzka i delikatnie słodka. Szkoda, że mamy tylko jeden tak dorodny krzew. Reszta (zdobyczna z opuszczonych i porzuconych zupełnie ogródków) musi bardzo podrosnąć, zanim zacznie dawać TAKIE owoce. Winogrona zawiązują owoce i pną się po wszystkim i do wszystkiego przyczepiają wąsami. Wygląda na to, że jeśli wszystkie grona dojrzeją, to będziemy mogli oprócz przekąski i ciast, zrobić także wino. Butla na działce jest. trzeba ją tylko wyciągnąć, sprawdzić, czy jest nieuszkodzona, wyczyścić, dołożyć rurowy układ odpowietrzający i… czekać na rezultaty.

Truskawek zatrzęsienia nie ma i nie będzie, bo już z wolna zaczynają się owoce kończyć. Cóż, to co zebraliśmy, to i tak wiele, biorąc pod uwagę fakt, że owocują krzaczki, które na tą wiosnę zostały posadzone do gruntu, na przydzielone im miejsce. Zatem, moim zdaniem, to, że w ogóle owocowały, jest dość szczególnym osiągnięciem. Z jednego zbioru truskawek starcza na dwie małe miseczki. Obowiązkowo ze śmietaną. W przyszłym roku będzie tylko lepiej. Bo krzaczki już się zaaklimatyzowały na tyle, że zaczynają puszczać wąsy. W sam raz na uzupełnienie miejsc, w których sadzonki się nie przyjęły.

Zioła rosną, jak na drożdżach. Już zostały użyte do przygotowania piersi kurczęcych, które z braku lepszego pomysłu i możliwości wrzuciłam do gara z wodą i sypnęłam nie żałując kolendry, cząbru, mięty i bazylii. Odpuściłam tylko sól, bo z racji schorzenia, z jakim boryka się G. tę akurat przyprawę ograniczamy. Wystarczy, że kasza jaglana była gotowana w lekko osolonej wodzie. Mimo tego mięso wcale nie było niedobre. Inne, niż to, do jakiego się przyzwyczaiłam, ale nie niejadalne. Spróbowałam. Jeszcze na wyrośnięcie majeranku i lubczyku czekam. Bo widzę, ze siewki już się pojawiły, że już się zielenią, ale za maleńkie to to do zrywania. Nagietek tez już wyrasta i nadgania stracony w nasionach czas. Tylko patrzeć, jak będzie kwitł. Czekam jeszcze na jeżówkę i lawendę, ale z tą ostatnią może być problem, bo ciężko kiełkuje bestyjka. Zobaczymy. Ucieszy mnie nawet jedna roślinka. Zawsze mogę pozwolić się jej rozrosnąć…

W tym wpisie zdjęć, niestety, nie będzie, choć są porobione i czekają na wrzutkę. Za to mam kilka ogłoszeń:

  1. Jeśli ktoś posiada gałęzie, cienkie deski i mógłby je pożyczyć celem wsparcia płożących się już z wolna pomidorów, to będę dozgonnie wdzięczna. Wszystkie użyczone drewienka oddam na pewno. Pod folią się nie zepsują.
  2. Do poniedziałkowego popołudnia (jak dobrze pójdzie) jestem podłączona do netu tylko kilka razy dziennie, bo korzystam z internetu limitowanego w komórce, z którego limit już się powoli wyczerpuje. Na GG jestem też, ale sporadycznie. Jeśli nikt nie ma nic pilnego, może pisać, odpowiem, jak się podłączę do sieci.
  3. Jeżeli ktoś chce nas odwiedzić na działce w godzinach wieczornych, polecam natrzeć się octem, wrotyczem lub innym środkiem odstraszającym te mało sympatyczne owady, bowiem po zachodzie słońca robią się dość uciążliwe.

I to by było na tyle tym razem.

Zdjęcia (jak pisałam wyżej) będą, kiedy łącze będzie normalnej szybkości i wielkości.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, prace ręczne, zaokienne życie

Nic nie robi człowiekowi tak dobrze jak…

… jak długa chwila spędzona na kontakcie z naturą.

Przez weekend dużo się zrobiło, oj dużo: a to pomidory wreszcie wyekspediowało pod folię (część wylądowała na Zielniku, tyle się tego naprodukowało), a to kalarepę, kalafior i brokuł wsadziło się w ziemię na grządkach. Obowiązkowo też wyskubałam wszystkie chwasty z warzywnika. Bez pośpiechu, bez niepotrzebnych nerwów – dwa dni i gotowe. Siedząc dwa pełne dni na działce trzeba było też i jakimś obiadem się nasycić, by sił do roboty starczyło. Zakupiłam mrożonek i na „kozie” wszystko się ładnie zagotowało, zasmażyło i zostało spałaszowane w trybie szybszym niż natychmiastowy. Oj, robota na świeżym powietrzu potęguje głód.

Rzodkiewki za niedługo będziemy mogli zbierać i jeść. Już wiążą się czerwone korzonki. Wiecie? Nie mogę się już doczekać. Taką mam ochotę na rzodkiewki z twarogiem, że aż mnie skręca!

Pisałam, że z buraczków nici? No to nie tak do końca. Jak wyskubałam chwasty, to się tego troszkę pojawiło. Co prawda nadal nie jest to wiele, ale zdecydowanie więcej niż trzy. Szału w tym roku z burakami nie będzie… Cóż, tak to jest, jak się bierze nasiona z marketu i na datę przydatności do wysiewu nie spojrzy ani nie zdziwi odmienny stan paczki. Trudno, mam nauczkę na przyszłość. Tak samo, jak z pomidorami i innymi rozsadami, których jest zatrzęsienie, a miejsca wiele nie ma. Cóż, miałam nadzieję na rekultywację ugoru, a tu – sru! – i ugór zabrali.

Bób rośnie w oczach: co przychodzę na działkę (a jesteśmy codziennie, jak tylko pogoda jest bez deszczu), to one są większe. Groch podżerają nam niedobre pomrowy. Listki wyglądają, jak znaczki pocztowe. Będzie trzeba jakiś sposób na nie wymyślić, bo nic nam z grochu nie wyrośnie, jak w takim tempie będą podjadane. W ruch pójdzie albo pułapka, albo sól, albo trutka… zobaczymy. Nie będzie ślimak wpylał nam grochu, o!

Sałata, rukola, pietruszka i por oraz cebula siedmiolatka już wyrastają zauważalnie i widocznie ponad ziemię. Jeszcze chwila i trzeba będzie przehakać ziemię między rzędami, bo ziemia u nas ma tendencję do tworzenia grubej i twardej skorupy. Rośliny przejdą przez nią bez większych problemów, w końcu nie raz widziałam, jak wyrastają wprost z asfaltu, ale dla ich prawidłowego życia i rozwoju potrzeba też napowietrzonej i przepuszczalnej w głąb gleby. A tak, jak się taka skorupa utworzy, to woda zostaje na górze tworząc tylko rozległe kałuże. A to nie sprzyja rozwojowi.

Nasze nowe krzaczki złapały mszycozę i trzeba będzie się tego tałatajstwa pozbyć jak najszybciej, zanim nie rozniesie się gdzieś dalej. Na razie stosuję terapię biedronkową, ale tym kropkowanym stworzeniom coś marnie idzie zjadanie szkodników. Chyba że tak szybko się bestie mnożą, że biedronki nie nadążają z konsumpcją? Jak biedronki nie dadzą sobie z tym rady, trzeba będzie je zebrać i zastosować wywar z tytoniu, który nie raz się sprawdził podczas uprawy parapetowej. Trzeba będzie wydać dyszkę na paczkę papierosów albo na mały zapas tytoniu.

Wiśnie pokazują coraz więcej owoców. Część z wolna się już zaczyna czerwienić. Nie, za mocno powiedziane: raczej zaczynają się zarumieniać delikatnie. Mam nadzieję, że ani się nie zepsują nim dojrzeją, ani szpaki na nie się nie połakomią, mając do dyspozycji wiele niepilnowanych drzew wokół. Brzoskwinia też zaczyna pokazywać na co ją stać. Zawczasu podparliśmy jedną z gałęzi, na której aż się roi od puszystych owoców. Też żywię nadzieję, że niewiele z nich spadnie nim dojrzeje. Ze śliwką sprawa ma się już nieco gorzej, bo trzeba bardzo wnikliwie szukać zawiązków owoców, by dostrzec wśród liści choć jedną, malutką i zieloniutką śliwkę. Za to orzech już wiąże owoce. Znów pewnie obdarzy nas hojnie 30 kilogramami orzechów włoskich. Ja tam nie mam nic przeciwko.

Winogron obsypuje się nie tylko liśćmi, ale i kwiatostanami. Jeśli każdy z nich zostanie zapylony i wyrosną z nich grona, to… trzeba będzie zamrażalkę kupić… jednak nie wierzę, że tak będzie. Nie wszystkie kwiaty wydadzą owoce – to pewne. Za dobrze by nam było. Porzeczki rosną sobie spokojnie. Trochę z nich owoców będzie. Będę musiała chyba troszkę prześwietlić krzaki i je zasilić nawozem, żeby były bardziej plenne. Truskawki zawiązują owoce. Jeszcze są zieloniutkie, ale już widać, że do ułomków należeć nie będą. Co prawda szału z ilością nie będzie, ale do przekąszenia się trochę znajdzie. Tak, na złapanie smaku.

G. zabrał się za naprawę naszej Ruderki, by trochę jeszcze nam posłużyła, jako schowek na narzędzia i schronienie przed deszczem. Poprawiliśmy mocowania papy i linoleum, które zalega na dachu, uszczelniając dziury. Poszedł w ruch młotek i gwoździe z podkładkami, deski, kamienie i teraz już żaden wiatr nie poderwie tych prowizorycznych łat. Dodatkowo poprawiona została rynna, by woda deszczowa spływała do beczki, a nie na trawę, niszcząc ją. Nawet podstawianie wiadra nic nie pomagało i w tamtym miejscu jest łysy placek bez trawy. Półrury z PCV, które udają rynnę, zostały ułożone na nowo, a ich łączenia zasklepione silikonem. Teraz już nic nie powinno przeciekać pomiędzy, ja to się działo do tej pory. Jeden koniec rynny zaślepiliśmy, żeby jeszcze bardziej zmusić wodę do spływania w stronę beczki. Pozostaje jeszcze obić Ruderkę z zewnątrz, naprawić kawał spalonej, połatanej byle jak ściany i zamontować „kozę” na stałe wewnątrz, wyczyścić i odnowić meble, poukładać wszystko na nowo i już można się cieszyć w pełni działką. Na nowy domek trzeba będzie trochę poczekać, bo na raz nie wyłożymy tyle pieniędzy, by zapłacić za materiały i ewentualną pomoc fachowców. A pomysłów kilka już mamy…

Słońca też trochę złapałam, a ono złapało mnie. Nawet mimo kremu z filtrem +50.  Już nie pamiętam, kiedy moja skóra miała okazję do zmiany koloru. Dotąd każde lato było spędzane na turniejach lub w pracy, czy w mieszkaniu, więc z dala od słońca. Jedyne, co dawało radę się opalić na turniejach, to dłonie. Nic więcej. W tym roku będzie ciut inaczej, bo i turniejów wiele mnie nie czeka (finanse w tragicznym stanie), a i działka domaga się codziennej uwagi, więc będę za jakiś czas „skwarką” prosto z naturalnego solarium „Pod Chmurką”.

A na koniec zbiorcze zdjęcia z weekendu. Miłego oglądania.

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha :)

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha 🙂

Konwalie

Konwalie

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Widok na Zielnik

Widok na Zielnik

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Białe gwiazdeczki

Białe gwiazdeczki

Puchate brzoskwinki

Puchate brzoskwinki

Jaskry na trawniku

Jaskry na trawniku

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Zielone truskawki

Zielone truskawki

I kolejna porcja koloru rabatowego

I kolejna porcja koloru rabatowego

Orliki

Orliki

Orliki... strasznie lubię te kwiaty.

Orliki… strasznie lubię te kwiaty.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Orlikowa rabata

Orlikowa rabata

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

A oto i pędy winogronowe.

A oto i pędy winogronowe.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

I konwalie raz jeszcze.

I konwalie raz jeszcze.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie ;)

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie 😉

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Majówka… taaa, majówka

Miała być Irlandia, mamy angielska pogodę. Przez całą tzw. „majówkę” prawie nie wyściubiłam nosa z domu. No bo i po co? Pada, leje, zimno, ciemno. Nic tylko siedzieć przed kompem i pocinać w Skyrim. G. w tym czasie przeszedł BioShocka 3, Crysis 3 i napoczął Crysis 1. A ja nawet nie skończyłam początku Skyrim. No cóż… każdy ma inne gry i inny sposób grania. Lubię się rozsmakować w grze, w jej obrazach (czyli grafice), wykonać każdą, nawet najmniej znaczącą misję. Po prostu tworzyć własną historię… a G. miał po prostu krótsze fabularnie gry, z mniejszymi świtami, bo tez nie oszczędzał sobie odkrywania sekretnych skrytek i zwiedzania każdego dostępnego miejsca na poszczególnych planszach.

A co na działce? Wiśnia straciła kwiaty, niestety. Wszystkie płatki leżą na ziemi i brązowieją z wolna. Mam nadzieję, że mimo okrutnie słabej aktywności owadów, coś jednak wyrośnie i będziemy mogli się choć trochę nacieszyć paroma owocami. To samo tyczy brzoskwini i śliwy, bo naprawdę, kwiaty na nich nie wyglądają zbyt imponująco.

Na warzywniku już widać ruch. Głównie mrówek, których całe stada przechadzają się po grządkach, zakładając na nich i gniazda. a co sobie będą żałować? No cóż… my im też nie żałujemy… trującego cukru. Wiem, że to okrutne i złe, i w ogóle pfe ble niedobre, ale nie mam innego sposobu na to, by mi te owady nie łaziły w tę i nazad rozkopując wszystko wokół. I jeszcze gryząc dotkliwie. Tak, tak… czerwone mrówki też są. Co prawda w mniejszości, ale dają się we znaki mocniej, niż jakiekolwiek inne. Widziałam, jak na skwerze w mieście mrówcze gniazdo ukryte między korzeniami dorodnego klonu doprowadziło do śmierci tego drzewa. Nie chcę, by stało się to samo z roślinami na działce, bo w końcu liczymy na to, że nasza praca pomoże nam zaoszczędzić w przyszłości pieniądze wydawane aktualnie na jedzenie.

A rzodkiewki już widać na grządkach. Rosną, jak na drożdżach. Tak samo widziałam już, że groch wyłazi spod ziemi i len na zielniku. Grządki nowe obsiane kolejnymi warzywami, ziemia w tunelu się przygotowuje na przyjęcie pomidorów, które wyrosły pięknie na oknie w rozsadach. Winorośl pokazuje już listki, więc – mimo moich obaw – spokojnie przetrwała zimę i będzie rosła już pod naszą opieką.

Ruderka nam się powoli rozpada… dach się zwiesza coraz niżej na przegniłych i przeżartych przez korniki belkach. Nie trzeba nawet wytężać słuchu, by usłyszeć działalność tych zwierzaków wewnątrz belek. Nie wiem, ile jeszcze czasu Ruderka da radę stać w zwartej i prostej konstrukcji, ale czas na budowę nowej nam się bardzo skraca. Tylko skąd wziąć fundusze, by zakupić materiały na zbudowanie nowej? Cóż, trzeba będzie łatać to, co mamy, póki nie będzie można zrobić czegoś całkowicie nowego. A tak nie chciałam inwestować w Ruderkę… bo i po co ożywiać trupa? Potem tylko będzie łaził i żebrał o mózg 😉

Kilka fotek wczoraj zrobiłam, ale jakość ich marną jest, bo kiedy skończyłam obsiewanie i podlewanie, zaczęło się już robić ciemno. Może dziś będę w stanie zrobić więcej fotografii za dnia, a dzień – jak na razie – jest bardzo słoneczny. Choć coś tam pogodynka przebąkuje, że zanosi się na deszcz wieczorny. Póki co, za oknem, w pełnym słońcu mamy 34,5 stopnia Celsjusza. Lato, moi drodzy, lato!

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało...

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało…

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Znalazłam kwiat paproci! :P

Znalazłam kwiat paproci! 😛

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Pierwsza, wiosenna burza

Przyszła niespodziewanie… w nocy… zaskoczyła mnie zupełnie, bo wciąż kilka razy na dzień przypatruję się prognozom pogody i najbliższa burza miała u nas zagościć w piątek, a tu – niespodzianka. Wyrwana przemocą ze snu, za sprawą niekończącej się serii błysków i nieustającego grzmotu, czułam się jak obiekt zainteresowania japońskiej wycieczki turystycznej. A potem przyszła nawałnica. Z gradem. Momentalnie zrobiło się strasznie głośno w mieszkaniu. Deszcz i kulki gradowe tłukły o wszystko, jak oszalałe, jakby Natura wyładowywała na wszystkim wokoło swoją wściekłość. Papugi nie zaszczyciły w ogóle prawie burzy zainteresowaniem. Żadnego latania w panice po wolierce, żadnego niepokoju. Tylko Chico przy głośniejszych grzmotach raczył skomentować wszystko cichym „skru”. I to wszystko. Na szczęście nie trwało to bardzo długo, ale i tak obtłukło wszystkie chyba kwiaty z klonów, zażółcając całe chodniki. Ciekawe, czy nasze wiśnie też straciły kwiaty? Jeśli tak, to w tym roku nie ma co liczyć na owoce… Szkoda…

A wczoraj, prawie cały 1 Maja poświęciliśmy pracy, wszak święto odpowiednie, by dokończyć wszystkie prace, jakie jeszcze nam zostały. Większy warzywnik też już został przekopany do samiutkiego końca, grudy rozbite, grządki wyznaczone. Nic, tylko siać i sadzić. A jest co. Tylko trzeba się dostosować do instrukcji na opakowaniach i do kalendarza biodynamicznego, którego nie omieszkam również codziennie sprawdzać, żeby wiedzieć, jakimi roślinami powinnam się aktualnie zająć.

Truskawki już zajęły parcelę nieopodal tunelu. Ocaleńcy i dzikusy mają swoje miejsce na działce. Wreszcie. I już zaczynają kwitnąć! Jako że zostało jeszcze sporo miejsca na grządce, zdecydowaliśmy się dokupić kilka krzaczków, bo cena na internetowej aukcji była okrutnie atrakcyjna: 1 zł za 1 sadzonkę. W jakim sklepie taką cenę zobaczę? Nic tylko brać i sadzić. I mieć nadzieję, że cena nie odzwierciedla jakości truskawek.

Na kwietniku widziałam już siewki maciejki, a na zielniku (oprócz kocich łap… ogon skubańcowi urwę, jak złapię :P) z wolna zaczyna się zielenić kolendra i chyba też widać gdzie nie gdzie szałwię. Zielnik dostał tez nowego lokatora – czosnek niedźwiedzi. Strasznie wymęczony podróżą i długim brakiem dostępu do wody. Mam nadzieję, że się i przyjmie, i podniesie nieco mimo gradu. O ile na działce grad był.

Krzaczki porzeczek zostały zdublowane. Mamy zatem więcej czarnych i dodatkowo jeszcze jeden krzaczek agrestu, żeby ten, co już u nas sobie rośnie, miał towarzystwo. Trawa i inne niepotrzebne rośliny zostały usunięte spod krzewów, by nie zabierały im „jedzenia”. A wszystkie są z „odzysku”, podebrane z działek, które od dawna są opuszczone i nikt za nimi płakać nie będzie. No, może bobry straciły trochę materiału na tamę lub jedzenia.

Urobiliśmy się po ślepia. Dobrze, że miałam składniki na knedle (co prawda mąki pszennej u mnie aktualnie jak na lekarstwo, za to żytniej – cała masa), to było co zjeść na obiad. I takie razowe knedle wcale nie są tak złe, jakby się z początku wydawało. Tylko nie miałam już z czego zrobić sosu i trzeba było zjeść „na sucho”. Dobrze, że herbaty nigdy nam nie brakuje, a że wyciągnęliśmy „kozę”, to i gorąca była cały czas. Mamy z nią dobrze: i ogrzeje, i ugotuje, i podgrzeje…

Chyba dogoniliśmy czas stracony przez przydługą zimę. Jeszcze tylko na spokojnie przygotować ziemię pod tunelem i już mamy nieco spokoju. Nie będziemy musieli aż tak ciężko pracować. Z kopaniem możemy pożegnać się do przyszłej wiosny. Teraz pozostało tylko sianie i patrzenie, jak rośnie. Czyli nadchodzi z wolna czas, kiedy będzie można zabrać się za poprawę wizerunku Ruderki i jej stanu technicznego, bo pozostawia wiele do życzenia. Włącznie z odnowieniem mebli, które dostaliśmy w spadku. Będzie dobrze. Musi być.

Mamy też nowych sąsiadów, bo babcie odsprzedały młodym swoją działkę. Mam dziwne i nieprzyjemne uczucia wobec nich. Mimo, że są grzeczni, bo i „dzień dobry” i „do widzenia” powiedzą, psa przykładnie przy nodze trzymają, nad dziećmi panują i nie są głośni. Jednak jest coś, co powoduje, że nie chcę się z nimi bliżej zapoznawać, a kiedy przebywają u siebie, staję się niespokojna i wciąż zerkam na furtkę łączącą ich działkę z ugorem. Nie mam pojęcia, o co mi chodzi, bo nie mam podstaw, by tak reagować. Jedno wiem: działkowcy z nich nie będą… mam tylko nadzieję, że grillów nie będą robić za często i za głośno. Zwłaszcza za głośno. Nic, pożyjemy, zobaczymy.

A oto garść zdjęć z ostatniego pobytu na naszym skrawku wsi.

Każda z grządek już ma lokatora... no, oprócz jednej

Każda z grządek już ma lokatora… no, oprócz jednej

Pękające pąki na winorośli

Pękające pąki na winorośli

Śliwa z wolna obsypuje się kwiatami

Śliwa z wolna obsypuje się kwiatami

Pełne, piękne kwiaty wiśni

Pełne, piękne kwiaty wiśni

Spojrzenie na kwiaty i grządki warzywne

Spojrzenie na kwiaty i grządki warzywne

Duży warzywnik już ma swoje parcele i jedną już "zasiedliliśmy"

Duży warzywnik już ma swoje parcele i jedną już „zasiedliliśmy”

Truskawki już zaczynają kwitnąć

Truskawki już zaczynają kwitnąć

Tulipany w pełnej krasie

Tulipany w pełnej krasie

Pigwa/pigwowiec już rozchylił płatki kwiatów.

Pigwa/pigwowiec już rozchylił płatki kwiatów.

Malutki krzyżak pośród pereł z kropli wody

Malutki krzyżak pośród pereł z kropli wody

Mniejsza wiśnia również pokazała, na co ją stać

Mniejsza wiśnia również pokazała, na co ją stać

Jeszcze nie widać, ale z wolna naprawdę zioła kiełkują

Jeszcze nie widać, ale z wolna naprawdę zioła kiełkują

Czosnek niedźwiedzi, nowy lokator Zielnika

Czosnek niedźwiedzi, nowy lokator Zielnika

Nasza "koza", która zawsze, gdy zimno, ratuje nam życie...

Nasza „koza”, która zawsze, gdy zimno, ratuje nam życie…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Praca wre…

Codziennie odwiedzamy nasz skrawek wsi w mieście. Codziennie widzimy, ile jeszcze pracy zostało, by ten skrawek wyglądał tak, jak w naszych myślach i wyobrażeniach. Codziennie walczymy o to, by choć te malutkie marzenia o własnych warzywach i owocach się spełniły. I codziennie widzimy, że warto się zmuszać do kolejnych prac, choć naprawdę się nie chce niekiedy wyłazić z domu, choć mięśnie bolą, bo nie są nawykłe do tego typu aktywności.

Jako że zielniczek jest już skończony, zajęłam się wysianiem ziół. I tak na pierwszy ogień poszły: cząber, kolendra, len i szałwia. Zapomniany, ugorowy rabarbar też się przeniósł. Będzie miał teraz towarzystwo swoich pobratymców i mam nadzieję, że przenosiny mu posłużą. Zacznę za niedługo też przenosiny zielnych „chwastów” na pozostałe „kubiki”, bo szkoda, by się zmarnowały rośliny, które mogą mi się przysłużyć swoimi właściwościami.

Na warzywniku zrobiliśmy wcześniejsze żniwa. Wiosna się spóźniła? To my przyspieszymy lato, a co! W sumie, to pomysł działkowego sąsiada, który podpowiedział nam, że lepiej będzie się kopać poplon (który nam solidnie wybujał), kiedy się go przystrzyże. I faktycznie – miał rację, jest łatwiej. Ale i tak do przekopania zostało sporo ziemi. I to na wczoraj, bo ziarna już się rwą do wysiania, a czas sobie płynie i nie chce się zatrzymać nawet na chwilę.

Zaskoczyła mnie brzoskwinia, która właśnie zaczyna się obsypywać kwieciem. Jeszcze przecież kilka dni temu miała zamknięte pąki i nawet ciężko było zawyrokować, które są kwiatowe, a które chowają w sobie liście. A tu – piękne, różowe kwiatuszki zdobią bezlistne jeszcze gałązki. Niestety, widać, że wiele gałęzi się nie obudziło po zimie i trzeba będzie je uciąć. Cóż, nie ma pod orzechem najłatwiejszego życia.

Wiśnia już dziś chyba będzie miała kwiaty rozwinięte, bo wczoraj już były tak nabrzmiałe, że tylko patrzeć, jak rozchylą się białe płatki. W ogóle wszystko się budzi, wszystko rozkwita, a owadów, jak na lekarstwo. Trzmieli kilka do nas zagląda, pszczół niemal w ogóle nie widać… jak tak dalej pójdzie, to oprócz warzyw, które zapylania nie potrzebują, nic więcej nie wyda plonu. Mam nadzieję, że się mylę.

Wczoraj po raz pierwszy wyciągnęliśmy pompę i podlaliśmy wszytko, co podlania potrzebowało. Głównie miejsca, w które wysiałam zioła oraz kwiaty, by trochę zagęścić rabaty, a przy okazji mieć takie rośliny, które mi się podobają. Mam nadzieję, że wyrosną szybko i będą ślicznie kwitły.

Moje dłonie, choć zdarza się skórze pęknąć na kłykciach, są w o wiele lepszym stanie, dzięki pomocy A. i jej podarunkowi kremowemu. Och, znaczna ulga po takim przesuszeniu rąk. Dziękuję bardzo za ten nieoceniony prezent. G. też się przydaje.

Ach, nie napisałam o dość ważnej i pozytywnej rzeczy: mianowicie wreszcie skończono remont naszego parkingu. Miejsc jest teraz od zakichania, każdy się zmieści bez trudu. No i wreszcie nie będzie takich jezior, jakie towarzyszyły każdemu deszczowi przed remontem. Kij z tym, że skończyli prace dwa miesiące później, że zrobili to trochę na odwal, bo się spieszyli. Ważne, że wreszcie parking wygląda, jak parking, a nie powierzchnia Księżyca.

Nic to, znikam do prac porządkowych, a Wam zostawiam garstkę wczorajszych zdjęć na pożegnanie.

Żniwa. Żyto wybujało, trzeba mu przyciąć końcówki.

Żniwa. Żyto wybujało, trzeba mu przyciąć końcówki.

Brzoskwiniowe kwiatki

Brzoskwiniowe kwiatki

Wiśniowe pąki, które lada chwila pękną, ukazując białe płatki.

Wiśniowe pąki, które lada chwila pękną, ukazując białe płatki.

Coraz więcej przekopanej ziemi na mniejszym warzywniku. Chwila-moment i będziemy siać.

Coraz więcej przekopanej ziemi na mniejszym warzywniku. Chwila-moment i będziemy siać.

Tulipany tuż po podlaniu. Oplecione brylantami kropel wody.

Tulipany tuż po podlaniu. Oplecione brylantami kropel wody.

Znów szafirki. Wybaczcie, ale kocham te kwiatki.

Znów szafirki. Wybaczcie, ale kocham te kwiatki.

Porzeczka też zaczyna kwitnąć. Ta akurat jest pierwsza w pokazywaniu kwiatów.

Porzeczka też zaczyna kwitnąć. Ta akurat jest pierwsza w pokazywaniu kwiatów.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Zielono mi

Za oknem klon już się zieleni. Jeszcze chwila, a za oknem nie będzie nic więcej widać, tylko ścianę soczystej zieleni. Uwielbiam ten czas. W ogóle to wszystko nadrabia tę przydługą zimę, bo w uszach aż piszczy od godowych nawoływań okolicznych ptaków, a w oczach się mieni od barw i odcieni wszystkich kolorów, jakie wymyśliła Matka Natura.

Na działce zmiany za zmianami. Miał być pleciony płotek wokół zielnika. Miał, ale nie będzie. Po przeliczeniu wszystkich kosztów, stwierdziliśmy, że nas na takie rzeczy nie stać, więc postawiliśmy płotek z gotowca. Myślę, że tragicznie się nie prezentuje? W sumie, jak zdobędę gdzieś tanio wiklinę, lub brzozowe, czy wierzbowe gałązki (w okolicy mało tego rośnie, by się wybierać na wycinkę), to takie płotki okolą warzywniki i kwietniki. I będzie ładnie wyglądało od frontu. Bo zielnik, to widać dopiero, jak się wejdzie głębiej na działkę albo z sąsiadujących parceli. No, takie niereprezentatywne miejsce mu się dostało. Do „kubików” dosypaliśmy torfu i ziemi ogrodowej, żeby trochę rozluźnić gliniaste podłoże, jakie mamy na całej działce. Bardzo w tym miejscu chcę podziękować Pani Wiceprezesowej, że zgodziła się nam pożyczyć taczkę, bo bez niej, to do jutra byśmy te wory targali z parkingu na działkę, a to dość spory dystans. Niestety, ceny taczek nas przyginają do ziemi i chyba prędzej sklecę wózek drabiniasty, niż dorobię się taczki sklepowej. A podobno mimo tej wykopanej w kosmos ceny są zupełnie do kitu, bo jak się za dużo nakładzie, to się rączki wyginają. No po prostu masakra i totalny „szajs” za 200 zł.

Jak się już ten torf i tą ziemię rozsypało, to trzeba było trochę to ze sobą wymieszać. Cóż, wzięło się tę motykę w dłoń i się mieszało, wyciągając przy okazji perzowe kłącza, z których raźno wyrastały źdźbła. Narobiłam się, ale przynajmniej wszystko wygląda, jak powinno. Mam nadzieję, że teraz będzie tam wygodnie roślinom zielnym. Już znalazłam miejsce, gdzie rosną fiołki trójbarwne w ilościach hurtowych, więc się je stamtąd zabierze i przesadzi na zielnik. Mam nadzieję, że się przyjmą. Mniszek lekarski rośnie sobie na rabatach i też czeka na przesadzenie w miejsce docelowe. Inne zioła dorastają z wolna do bycia prawdziwymi ziołami i jeszcze trochę potrzymam je w domu, zanim wypuszczę w szeroki świat. Za to już mamy w zielniku pierwszych lokatorów. I to takich z tych bardzo stałych: rabarbar i chrzan. Ten pierwszy jest w połowie z odzysku, bo już rósł sobie tam, gdyśmy przejmowali opiekę nad działką, a po części z zakupu. Dwie gałązki z pięciu trafiły do nas, reszta powędrowała do Majstra geraltowego. W zamian otrzymaliśmy chyba z pięć, czy sześć korzeni chrzanu, który – mam nadzieję – zadomowi się w zielniku.

Warzywnik na razie bez zmian. Zielnik zajął nam cały dzień (prawie), bo roboty przy nim było dość sporo. W przerwie w kopaniu zielnika, jeszcze raz przeplewiłam „skalniaczek”, który jeszcze nie jest skalniaczkiem, bo trochę trawska się na nim pojawiło. Kolejną sprawą, jaką będę się zajmować w najbliższym czasie, to trawnik. Trzeba go trochę odświeżyć po zimie i po braku opieki nad nim poprzednich właścicieli. Worek nasion jest zakupiony, więc starczy trochę oczyścić plac, dopowietrzyć ziemię i można już dosypywać nowej trawy.

Śliwa dostała swoją porcję chemii. Niestety. Wolałam to zrobić zapobiegawczo, bo nikt z niej nie zrywał owoców. Od jak dawna – nie mam pojęcia. Dzięki temu grzyb mógł się przyplątać i to bez jakichś szczególnych działań zmierzających ku zagrzybieniu drzewa. Ubaw musieli mieć ci, co przejeżdżali obok drogą, widząc mnie, siedzącą na drzewie z dyszą w jednej dłoni, pniem w drugiej i starającą się znaleźć dojście pomiędzy mrowiem gałęzi do każdego pąka. Nie mam pojęcia, czy mi się to udało. Mam nadzieję, że wszystkim (niczym za socjalizmu) dostało się po równo. Cóż, tak to jest, jak drzewo wysokie, a drabiny brak. Jakoś radzić sobie trzeba. W sumie teraz wiem, że i po owoce mogę się wspiąć na śliwę i drabina – póki co – jest zbędna. No bo na pochyłe drzewo i koza… pardon – smok – skacze.

Po przejrzeniu stanu ugoru, stwierdziliśmy, że tam roboty jest niebotycznie wiele. Zeschła trawa się położyła i jej żęcie będzie nastręczało wiele trudności, za to nowe źdźbła już wybujały wysoko w górę, czyli zaczyna się zaraz robota na nowo. Byle tylko nie dopuścić do zawiązania kłosów, bo to wszystko się znów porozsiewa dokoła i doprowadzone do czystości działki okoliczne (bo nie tylko nasza) znów będą oazami traw wszelakich. Przy okazji znaleźliśmy nowy, solidny kawał rabarbaru. Chyba przeniesiemy go na zielnik. Niech sobie rośnie z resztą swoich ziomków, bo co będzie tak sam, na takim ugorze siedział?

Na kwietnikach coraz więcej kwiatów prezentuje swoje płatki: a to żagwin ogrodowy fioleszczy (no bo nie niebieszczy) się coraz mocniej, tulipany pokazują swoje kwiaty, zaskakując kolorami. Pigwowiec lada chwila otworzy pąki tak samo, jak wiśnie. Ugorowa wierzba już pokazuje kwiatostany, a krzewy forsycji zdobią każda niemal działkę w okolicy.

Po prostu – wiosna pełną gębą. Zobaczcie sami:

Nasz zielniczek już prawie prawie skończony. Jeszcze tylko jedna ścieżka potrzebuje kamyczków.

Nasz zielniczek już prawie prawie skończony. Jeszcze tylko jedna ścieżka potrzebuje kamyczków.

Chrzan od Pana Majstra.

Chrzan od Pana Majstra.

Rabarbary: ten duży, to swojak, a te dwa małe, to ludność napływowa.

Rabarbary: ten duży, to swojak, a te dwa małe, to ludność napływowa.

Żagwin ogrodowy obsypujący się z wolna kwieciem.

Żagwin ogrodowy obsypujący się z wolna kwieciem.

Drugi tulipan pokazał kwiat. Inny, bo pomarańczowy.

Drugi tulipan pokazał kwiat. Inny, bo pomarańczowy.

Biało-żółte tulipany. Miałam rację, pisząc, że już na drugi dzień pokażą pełne kwiaty.

Biało-żółte tulipany. Miałam rację, pisząc, że już na drugi dzień pokażą pełne kwiaty.

Czy ktoś może wie, co to za roślina? Za nic nie mogę jej znaleźć w Internecie...

Czy ktoś może wie, co to za roślina? Za nic nie mogę jej znaleźć w Internecie…

Kwiaty pigwy tylko czekają na impuls.

Kwiaty pigwy tylko czekają na impuls.

Jakiś kwiat, którego nazwy jeszcze nie znam, chyba za niedługo pokaże płatki.

Jakiś kwiat, którego nazwy jeszcze nie znam, chyba za niedługo pokaże płatki.

Widok na ugór z ujęciem wszystkich krzewów forsycji.

Widok na ugór z ujęciem wszystkich krzewów forsycji.

Wierzbowe kiście kwiatowe.

Wierzbowe kiście kwiatowe.

Czerwone buławy na kwietniku.

Czerwone buławy na kwietniku.

Skrawek przyruderkowego kwietnika.

Skrawek przyruderkowego kwietnika.

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie