Tag Archives: wspomnienia

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Ukradziony A. Sapkowskiemu tytuł nadaje się na tytuł tego wpisu jak ulał. Stwierdziłam, że skoro wszyscy robią podsumowania, to i ja też sobie przeanalizuję miniony rok. Może wyjdzie, że wcale nie okaże się on być takim tragicznym, jak mi się obecnie wydaje?

Styczeń

01

Był miesiącem, w którym już brakowało mi czasu i sił, by podołać wszystkiemu, co zaserwowało mi życie. Podejrzewam, że z przemęczenia dorwało mnie zapalenie krtani, z którym i tak musiałam pracować. O tęsknocie za wsią wspominać nie muszę, bo towarzyszy ona moim wpisom od dłuższego czasu.

Pozytywnym elementem w tym miesiącu był AROL, nasze małe, amatorskie radio, które z wolna zyskiwało nowych słuchaczy. Naprawdę dawało „kopa” i napędzało do dalszego wysiłku i działania.

Oczywiście szkoła nadal absorbowała mnóstwo wolnego czasu po pracy. Referaty, egzaminy, zaliczenia – mnóstwo nauki. I coraz bliżej egzaminów końcowych.

Luty

02

Na początek – egzaminy. Końcówka. Poszło wszystko dobrze, na wysokich ocenach. Nauka jednak przysparzała coraz więcej trudności. Coraz trudniej było zapamiętać ważne rzeczy, nauczyć się ich do egzaminów… czyżby symptomy przemęczenia?

Oczywiście AROL wciąż na „tapecie”, bo dzięki niemu można było odetchnąć, podładować się nieco, by znów wykorzystać zapas energii w pracy. I tylko w pracy.

Otrzymałam w tym miesiącu też certyfikat ukończenia kursu masażu bańką chińską. Kolejny dodatek do przyszłego fachu. Zawsze to dodatkowe uprawnienia i umiejętności, które się przydadzą w przyszłej pracy.

No i Turkawka, czyli mój pierwszy, działający (jako-tako) kołowrotek zawsze służąca swoim wrzecionkiem, bym mogła się nieco mocniej zestresować pękającą i nierówno przędzoną nicią. W tym jest ona niezawodna. Ale i tak jej nikomu nie oddam, bo mimo, że ma swoje humory, to na wrzecionie tak szybko nici nie uprzędę, a niekiedy prędkość bardzo się liczy.

Marzec

03

To miesiąc pod znakiem praktyk w gabinecie rehabilitacji. Naprawdę było ciężko: rankiem od 8 do 12 praktyki, a już od 14 musiałam być w pracy i zostać tam aż do 22. Cały dzień poza domem. Na praktykach nie było luzu i opierniczania się, ale robota na wysokich obrotach, że aż pot ciekł po plecach. Dałam radę jednak. Ale od tamtego czasu cierpię na jeszcze większe chroniczne zmęczenie, którego niczym nie jestem w stanie usunąć.

Takie tempo i styl życia, jakie musiałam sobie narzucić (pogodzenie pracy z praktykami i szkołą) nie pozwolił mi na przyjemności w postaci poturkotania na Turkawce, czy poplątania nici na krosnach. AROL pozostał radiem tylko do słuchania.

Kwiecień

04

Żart w Prima Aprilis wyszedł mi, jak nigdy. Zdecydowana większość znajomych uwierzyła, że wyprowadzamy się wreszcie na wymarzoną wieś. Dziękuję Wam jeszcze raz za tyle pozytywnych wpisów pod postem.

Większość miesiąca, to jednak nauka, kolejne egzaminy i praca.

No i zdarzenie, o którym nie wspominałam na forum. Długo też się zastanawiałam, czy teraz w tym podsumowaniu je ująć… cóż…  kwietnia zostałam półsierotą, tracąc mamę, która nie wykaraskała się po drugim udarze. Przez długi czas pomagały mi tabletki uspokajające, które jakoś pozwalały mi utrzymać się na powierzchni i nie zrezygnować z pracy i szkoły, choć miałam takie plany. Wszystko, czego pragnęłam, to zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić, z nikim nie utrzymywać kontaktu, zniknąć i więcej się nie pojawić. Niestety, nadal (mimo, że uspokajacze odstawiłam) mam ochotę na zniknięcie…

Maj

05

„Weekend” pierwszomajowy upłynął naprawdę wspaniale: na działce zrobiliśmy grilla (co prawda w strugach deszczu, ale mamy przy Ruderce zadaszony „taras”, więc deszcz nam nie straszny. Tylko zimno było. Jedzenia za to sporo naszykowaliśmy i w małym, ale wspaniałym gronie sobie wesoło pomarzliśmy. Najbardziej ucieszyły mnie odwiedziny S., której nie widziałam mnóstwo czasu, a mimo kontaktu przez Internet, strasznie się za nią stęskniłam.

W pracy – stare-nowe problemy, które są nierozwiązywalne, bo system na to nie zezwala i koniec. Wyżej biurokracji nie podskoczysz i tyle. Ludziom też coraz częściej brak piątej klepki i rozsądku albo chociażby zwykłego pomyślunku na „chłopski” rozum.

W szkole – znów referaty, zaliczenia, egzaminy. Znów borykam się z niemożnością wykrzesania z siebie energii do pracy umysłowej, a tu trzeba ją z siebie wykrzesać, bo nie można osiąść na laurach i odpuścić. Jeszcze nie. Najbardziej chyba lubię zajęcia praktyczne w terenie: podczas różnych imprez sportowych nasz wykładowca z masażu zabiera nas i sprzęt i oddajemy swoje umiejętności do darmowej dyspozycji wszystkim chętnym, którzy mają na to chęć. Można poznać naprawdę świetnych ludzi z pasją, porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji nabyć doświadczenia w masażu sportowym.

No i chyba największe szczęście: mój własny, prywatny i pierwszy stół do masażu! Nie z najwyższej półki, ale najlepszy z dostępnych w tej cenie, na jaką mogłam sobie pozwolić.

Czerwiec

06

Rocznica podjęcia pracy w ochronie. Nawet teraz ciężko mi ocenić, czy to była dobra, czy zła decyzja. Na pewno dobra w aspekcie finansowym, bowiem dodatkowy grosz pozwolił nam wyjść z zapaści finansowej, w którą wpadliśmy, gdy przez cztery lata nie mogłam znaleźć żadnego zarobku.

Oczywiście, kiedy lato w pełni, kłania się praca w „polu”. Mocno zredukowana ze względu na brak czasu i sił, by wszystkim zadaniom w pełni podołać. Aczkolwiek ile byłam w stanie, tyle starałam się ogarniać.

W szkole? Cóż, wpadł mi w ręce kolejny certyfikat z kinesiotapingu. Bardzo pomocna rzecz takie plastrowanie, naprawdę. Przetestowałam sama, przetestowali G. i G. i trzeba przyznać, że jeśli chodzi o szybkie usunięcie bólu bez środków farmaceutycznych, to to jest najwłaściwsze rozwiązanie.

I po raz pierwszy na Wystawie w Prudniku zaprezentowaliśmy się jako rzemieślnicy średniowieczni. Oczywiście w odpowiednich ubraniach i z właściwym sprzętem. I po raz pierwszy wygraliśmy główną nagrodę właśnie za przebrania i aranżację stoiska. W sumie mocno się nie napracowaliśmy, bo tylko robiliśmy to, co zwykle się robi na turniejach… w przyszłym roku tez pojedziemy, a co!

Lipiec

07

W lipcu za wesoło nie było. Nad częścią miasta przeszła wichura wyrządzając wiele szkód, zostawiając ludzi (dosłownie) bez dachu nad głową.

Druga smutna rzecz, to koniec sklepu z rękodziełem, prowadzonego przez moją dobrą znajomą. Nie byłam w nim za częstym gościem, czego bardzo żałuję. Niestety, chroniczny brak czasu, sił i dodatkowo wolnych zaskórniaków pieniężnych nie pozwalał na odpowiednie wspieranie rodzimego biznesu.

Ze swoimi krosnami gościłam w MOKu, gdzie w ramach akcji „Ginące zawody”, okazywałam dzieciom uczestniczącym w półkoloniach, jak się tka. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania i zaangażowania w warsztaty. Naprawdę. To było coś niesamowitego, że tak duża i zróżnicowana wiekowo grupa miejskich dzieciaków wkręciła się tak mocno w żmudne przecież tkanie.

Sierpień

08

Mogę odnotować sukces na polu rzemieślniczym, bowiem udało mi się w tym miesiącu zakończyć pracę nad bardzo historycznymi sznurówkami. Robiłam je od podstaw: najpierw uprzędłam wełnę, ustabilizowałam ją w singlu (jednonitkowa przędza) i ręcznie, metodą fingerloop uplotłam dwadzieścia sztuk. Na każdej końcówce zamocowałam skuwki z mosiądzu. Wymagało to ode mnie naprawdę wiele pracy, bowiem nie jestem jeszcze wytrawną prządką, a sznurki plotę na lucecie, co jest o niebo łatwiejsze od plecenia na palcach. Ale udało się.

W sierpniu zaczęliśmy też odnawiać duży pokój, który już się tego domagał po piętnastu latach używania. W pierwszej kolejności poszła na śmietnik szafka ozdobna. Nikt nie chciał jej przygarnąć, więc trzeba się było w drastyczny sposób pozbyć mebla, który do niczego się już by nie przydał.

Dostałam prezent, dość niespodziewany, aczkolwiek mocno przydatny: drugi kołowrotek (nazwany Marianem) z towarzyszącą mu nawijarką. Wszystko naprawdę bardzo przydatne. Zwłaszcza Marian, bo w porównaniu z Turkawką jest kołowrotkowym aniołem. Dzięki niemu poczułam naprawdę prawdziwą radość z przędzenia.

Wrzesień

09

Czas zbiorów. Działka, jak zwykle nam nie poskąpiła. Piwnica zapełnia się przetworami, w kuchni ruszyć się nie można, bo wszędzie skrzynki, wiadra i słoiki.

Marian niemal przez cały czas w używaniu, bo wreszcie mam radochę, że przędę i że tak sprawnie i łatwo mi to idzie.

Odwiedziłam też pierwszy (i – niestety – ostatni) turniej rycerski w tym roku. Bawiłam się setnie, bo w takim towarzystwie nie bawić się dobrze, to grzech. Niestety, choć był to turniej łuczniczy, nie brałam w nim czynnie udziału, gdyż niedomagające oko uniemożliwiało mi używanie łuku. Zrekompensowałam sobie to siedząc, rozmawiając i przędąc na wrzecionie lub plotąc sznurki na lucecie. Nasza Hera robiła furorę, bo każdemu się nasze wilczysko niesamowicie podobało.

Podczas Dni Twierdzy zorganizowałam Dni Przędzenia w Miejscach Publicznych, pokazując, jak się przędzie oraz pozwalając spróbować swoich sił innym. Marian został rozdeptany, Turkawka się buntowała przeciw pracy, a deszcz lał w najlepsze. Mimo to i tak byłam zadowolona, bo mogłam się wbić w średniowieczne ciuchy i posiedzieć przy kołowrotku, prezentując innym, jak to kiedyś robota była żmudna i długotrwała.

Po wakacyjnej przerwie trzeba było też wrócić do szkolnej ławy. Rozpoczęłam w ten sposób ostatni semestr nauki. Do egzaminu zawodowego coraz bliżej…

Do grona papug w tym miesiącu dołączyła Tosia, która nie spodobała się innej samicy i musiała opuścić swój domek. Mam nadzieję, że – jak inne ptaszory – dożyje niczym nie niepokojona i w dobrym zdrowiu do późnej starości.

Październik

10

Minął na nauce i pracy. Znów pogoda deszczowa, nie poprawiająca ani nastroju, ani nie wspomagająca pozbycia się „nicmisięniechcieizmu”.

Przez kilka dni gościłam świnkę morską, którą ktoś podrzucił znajomej D. do wózka dziecięcego na klatce. Przeczekała chwilę i została zabrana przez A. do domu docelowego, gdzie ma stadko towarzyszek do zabawy i zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie.

Udało się też przypadkiem spotkać z dawnymi znajomymi z bractwa rycerskiego, do którego kiedyś należałam. Włączyliśmy się do ich pokazów i prezentacji, by dobogacić nieco ich pokaz o kilka rzeczy, których oni nie mieli, a my mogliśmy użyczyć swych umiejętności. A to wszystko na betonowej płycie rynku.

Skończyłam też pewien etap w życiu, a mianowicie stuknęła mi czterdziestka. I chyba dopada mnie kryzys wieku średniego… chociaż kryzys, to mnie zawsze dopadał po każdych „okrągłych” urodzinach. Tym razem jednak kopnęło mocniej, bo marzyłam sobie o takich urodzinach na cały weekend: jednego dnia dla rodziny (zaprosić mi się marzyło jak najwięcej ludzi z rodzinki), a drugiego – dla znajomych. I to wszystko w naszym domu na wsi, który pomieściłby wszystkich bez większych problemów. Ale na marzeniach się skończyło…

10a

Listopad

11

Święto Zmarłych obowiązkowo u mamy. Zaczynam tęsknić i uświadamiać sobie nieuniknioność. Trudne święta. I chyba już łatwiejsze nie będą.

Kolejny rok, w którym odpuściłam uczestniczenie  w NaNoWriMo. Nie mogłabym poświęcić każdej wolnej chwili na pisanie, kiedy muszę się uczyć do głównego egzaminu zawodowego. Może gdybym nie musiała być w pracy…?

Szkoła znów pod znakiem prac zaliczeniowych, egzaminów i praktyk. Szkoda, że tak mało czasu dostaliśmy na język migowy, bo bardzo bym się chciała nauczyć go w takim stopniu, by móc spokojnie (choć kulawo i powoli) prowadzić konwersacje z osobami niesłyszącymi lub niedosłyszącymi. Cóż, szkoła ma odmienne od moich poglądy na przydatność niektórych przedmiotów. Dzięki naszemu wykładowcy z masażu mogliśmy znów dać pokaz swoich umiejętności przy okazji maratonu, który przebiegał ulicami naszego miasta. Zmachałam się, ale było warto! Naprawdę móc doszlifować „na żywo” swoje umiejętności, przypomnieć sobie nieco zakurzone (bo dawno nie odświeżane na zajęciach) tematy, to jest to, co lubię. No i praca z ludźmi, która przynosi efekty.

W tym miesiącu też naprawili mi oko. Znaczy starali się je naprawić, bo się zaćmiło. Niczym słońce, czy księżyc raz na jakiś czas. Wiem, że to za wcześnie, jak na takie schorzenie, ale na genetykę nie poradzisz. Operacja przebiegła niezbyt sprawnie z racji strasznie jaskrawego światła, jakim poczęstowali moje nadwrażliwe na światło oko. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że wszystko wróci do szeroko pojętej normy, a wada z -16 dioptrii zmniejszy się do jakichś sensownych wymiarów. Niestety, wolnego udało mi się wyprosić jedynie tydzień: od dnia operacji, do końca miesiąca.

Grudzień

12

Mimo wciąż niezagojonego po operacji oka, trzeba było wrócić do pracy. I przy okazji na prawie „dzień dobry” zaliczyć nockę. Trzeba było przypilnować panów od instalacji CCTV, żeby zamontowali wszystko, jak trzeba i gdzie trzeba, a przy okazji nie wyszli ze sklepu z prezentami. Nie pomogło mi to w dojściu do siebie, bo zaraz po pracy musiałam się poturlać do szkoły, a wcześniej jeszcze dokończyć pracę zaliczeniową.

Przez jeden dzień udało się zobaczyć śnieg. Poprawka – nie dzień, a noc i kawałek dnia dopóki nie wylazło słońce, które wszystko stopiło.

Zirytowała mnie też Administracja Osiedla, która wymyśliła sobie zakaz dokarmiania ptaków zimą. Po długim namyśle (grożą sankcjami i grzywną) stwierdziłam, że sikorki, wróble, mazurki,. dzwońce i kowaliki oraz cała drobnica okoliczna nie zasługują na powolną śmierć głodową. Kiedy jest zimno, a temperatura spada poniżej zera, karmnik jest pełny smacznych ziarenek słonecznika, owsa, konopi i pszenicy, a z boku podwieszona jest kulka z tłuszczem i ziarnami, którą z uwielbieniem obsiadają i dziobią sikory i dzwońce.

Oprócz nauki i pracy rozpoczęłam przygotowania do Świąt. Narobiłam kapusty z grzybami, bigosu, pierożków do barszczu, krokiecików do kapusty, a czego nie zdążyłam zrobić, kupiłam. W Wigilię przyjechał po nas ojciec i pojechaliśmy we czwórkę do rodzinnego domu, dziwnie pustego. Stół był suto zastawiony w święta. Cały czas dbałam o to, by nikomu niczego nie brakowało. I tak jakoś brakowało mamy… wróciliśmy w drugi dzień świąt. Czułam się mocno zmęczona. Ale to nic nowego. Cały czas się czuję zmęczona i nic nie jest w stanie uzupełnić mi energii. Chyba taka moja uroda…

W prezencie noworocznym dostałam wolną sobotę. Gdyby koleżanka, która rozliczała mi przepracowane godziny nie zapomniała policzyć dniówki z ostatniego dnia roku, musiałabym być w pracy przez bite dziewięć godzin. Cóż, dzięki wolnej sobocie nadrobiłam ciut zaległości i przygotowałam dla nas noworoczną kolację.

Podsumowanie

Chyba jednak ten rok nie był bardzo zły. Zabrał mi dużo, bo zostałam osierocona, bo nie mam sił na nic, bo powoli przestaję wierzyć w spełnienie marzeń… mimo tego miał dobre chwile, bo mogłam spotkać się z dawno niewidzianą S. i dostałam w prezencie nowy kołowrotek, podołałam wyzwaniu rzemieślniczemu i zdobyłam dobre stopnie na egzaminach w szkole.

Mam nadzieję, że rok 2017 przyniesie mi spełnienie największego marzenia. A nawet dwóch… 😉

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, masaż, nauka, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, turnieje, zaokienne życie, życie

Po 10 latach na starych śmieciach… czyli turniej w Bierkowicach :)

Turniej w Opolu-Bierkowicach był jak powrót do przeszłości. Spotkałam tam wielu znajomych, z którymi nie widziałam się od wielu lat, a z którymi stawiałam pierwsze kroki w odtwórstwie. Doprawdy, wieczory spędzone przy gorącej herbacie pod wiatą chroniącą przed uciążliwym deszczem, czy przy pseudo-ognisku z kuflem piwa w dłoni są moim najmilszym wspomnieniem z tego festynu. Reszta, to deszcz.

Było naprawdę zimno tak w dzień, jak i w nocy. zwłaszcza pierwszej nocy, gdzie deszcz uznał za stosowne, by nas podtopić. Szczęściem w dzień zdarzało się kilka przejaśnień, dzięki którym mogłam się ogrzać choć na chwilę. A G. zajął drugie miejsce w turnieju łuczniczym! I zgarnął nagrodę! Sama chciałam też pójść do turnieju, ale okazało się, że cięciwa mojego łuku jest niekompatybilna z osadami w strzałach, a w takim wypadku, to można sobie (lub innym) tylko krzywdę zrobić, a nie wstrzelić się w wyznaczony cel. Trochę szkoda, bo chciałam zobaczyć, czy bez treningu uda mi się coś z siebie wykrzesać. Ale w przyszłym roku staniemy co najmniej we trójkę do zawodów. A może nawet i w piątkę…? 😉 Czas głównie spędziłam na kramie, pilnując, by deszcz nie zniszczył sakw i innych naszych dóbr. W większości mi się to udało 😛

Tak podsumowując turniej i porównując go ze wspomnieniami, to – niestety – wychodzi na minus. Dobrze pamiętam pierwszy turniej w Bierkowicach, kiedy miałam na głowie swoją cześć organizacji imprezy, przy okazji pomagając innym w ogarnięciu ich obowiązków. Trzeba było się uwijać, jak w ukropie. No i było multum atrakcji, oprócz standardowych konkurencji turniejowych. Teraz czuć coś na kształt wypalenia w OBRze, a szkoda, bo zawsze było mnóstwo zabawy i śmiechu, a teraz… jakoś tak… czerstwo… szkoda…

Nie mniej jednak powrót do Skansenu w strojach (teraz już o wiele lepszych niż  dziesięć lat temu) wywołał lawinę przyjemnych skojarzeń i wspomnień. No i zobaczenie starych kumpli i kumpel, z którymi zaczynałam moją przygodę ze średniowieczem. Już nie było ubranek z zasłonki, namiotów „igloo” i współczesnych wynalazków typu glanowijacze, ale i tak było strasznie sympatycznie. I po raz kolejny okazało się, że to nie miejsce tworzy klimat, a ludzie, którzy tam przebywają.

Dziękuję za poranne i wieczorne posiedzenie pod wiatą, za anegdoty o Elfach i Elficach, za śmiech do łez i za to, że wtedy, dzięki Wam nie zwracałam najmniejszej uwagi na deszcz i fatalną pogodę.

Dziękuję i z utęsknieniem czekam na nasze kolejne spotkania.

A zdjęcia możecie pooglądać w galerii Najemnej Kompanii Grodu Koźle. Zapraszam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, turnieje

Śpiew skowronka o świcie

Wciągnęłam się w kolejną grę.

Internetową.
Online.
Jakbym nie miała ich już nadmiar.
No, ale cóż poradzić, kiedy uwielbiam grę The Settlers od pierwszego jej wydania po dzień dzisiejszy? Dlatego nie oponowałam, gdy G. znalazł ją w sieci, w wersji online i się w niej zarejestrował, ciągnąc mnie za sobą. Tak więc utknęłam w świecie The Settlers Online i wcale się z tego powodu nie martwię. Jest na tyle niewymagająca stałego pilnowania, że mogę w czasie gry zrobić obiad, pranie, posprzątać tu i ówdzie, nakarmić wolierowce i jeszcze starcza mi czasu na pohaftowanie, czy obejrzenie filmu albo poczytanie książki. Surowce bardzo wolno zbierają się w magazynach, więc nawet na pierwszych poziomach nie trzeba ślęczeć przy grze non stop.

A czemu skowronek w tytule?
Bo w tle gry słychać ptasie trele, nad którymi wybitnie wzbija się skowronek. I jego śpiew utkwił mi mocno w myślach, mózgu, uszach tak, że w ciszy nocnej wciąż go słyszałam. I zaczęły mi się przypominać letnie i wiosenne dni spędzane w niemal dziewiczym świecie podmokłych łąk przy działkach ogrodowych na peryferiach miasta. Tam, gdzie brodziłam w skrzypie wyrosłym, niczym miniatura prehistorycznych lasów, gdzie chowałam się przed rzeczywistością wśród wybujałych traw i ziół. Gdzie budowałam tamy, walcząc o teren z pijawkami, gdzie poznawałam cykl życia żab i ropuch, gdzie po raz pierwszy i jedyny zobaczyłam na wolności traszki. Gdzie poznałam gorzki smak krwawnika i ostre kolce ostów. Tam też i tylko tam zrywałam i dołączałam do bukietu źdźbła trawy o kłosach w kształcie serc.
Zamykam oczy i widzę te łąki rozgrzane letnim słońcem, rowy melioracyjne porośnięte kołyszącą się na wietrze trzciną, gdzie w konkury uderzał ze skowronkiem trzciniak i staw okolony niczym koroną puchem tatarakowych pałek.
To stamtąd przecież przybyła do mnie najpierwsza papużka falista (wtedy, nie wiadomo czemu, mówiono o nich „nierozłączki”) – Perełka, która zgubiwszy się w ogromnym, zewnętrznym świecie, przycupnęła na dachu Trabanta, należącego do mojego ojca. To tam nauczyłam się Natury – jej działania, cykliczności i nieokiełznanego piękna.
Chciałabym tam wrócić.
Tylko nie ma już do czego.
Teren został poddany przemianom, postawiono tam fabrykę. Staw wysechł, łąki też, zwierzęta się wyniosły lub zginęły, nie mogąc uciec przed zniszczeniem, jakie przyniósł ze sobą rozwój miasta.
Mój Eden już nie istnieje nigdzie indziej, jak tylko w moich wytartych i spłowiałych wspomnieniach. Gdybym mogła malować myślami… bo talentów plastycznych u mnie zbyt mało, bym mogła porwać się na zobrazowanie tego, co tłucze się pod czaszką.
Mojego Edenu już nie ma, ale nieodmiennie śpiew zawieszonego gdzieś w przestworzach skowronka przypomina mi o nim i o szczęściu, jakie wtedy mnie wypełniało, gdy nieskrępowana zakazami i nakazami odkrywałam samodzielnie świat. Swój świat.
I tego nikt nie może mi odebrać, nie obierając mi jednocześnie życia…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, rozrywka

Genesis

Wszystko opiera się na domysłach, na plotkach, wspomnieniach wygrzebanych gdzieś z głębin niemłodej pamięci, wyblakłe, jak stare fotografie zbyt długo wystawione na działanie słońca.
O swojej rodzinie wiem niewiele. Ciężko mi też spamiętać wszystkie powiązania rodzinne. Podziwiam ojca, że potrafi z taką gracją się wśród nich poruszać i nigdy nie popełni błędu. Strzępki informacji zrywa wiatr codziennych zdarzeń i unosi gdzieś poza granice pamięci.
Kiedy oglądam, jak to ludziom pomagają odnaleźć korzenie, włącznie z podróżami do miejsc, gdzie żyli przodkowie. Czasem to naprawdę egzotyczne podróże. Nie, nie marzę o takich wycieczkach, ale chciałabym móc poznać swoje korzenie, ale tak dogłębnie. Poznać niedostępne aktualnie detale. Niestety, nie mam na zbyciu paru tysięcy, by zapłacić detektywowi za prześledzenie rodzinnej przeszłości. Ani sama nie mam czasu i „wejść”, by zrobić to własnoręcznie.
Zatem pozostaje mi czekać na strzępki albo znaleźć bardzo dobrze płatną pracę lub dużo wolnego czasu, by odszukać wszystkie części genealogicznej układanki…

8 Komentarzy

Filed under życie

Wspomienie

Rok już minął…

Minął taki szmat czasu, a ja nie potrafię sobie tego przyswoić, przyjąć do wiadomości.

Na turniejach widzę jej sukienki. Niestety, nie ONA jest już ich właścicielką. Złoty błysk na bladoróżoweym lnie. Nie, to nie ONA biegnie, to nie ONA tańczy, nie ONA się śmieje. Nie tu. Nie teraz. Nie w tym wymiarze.

Gdy staję przed lustrem i na wpół śpiąc jeszcze wcieram w twarz cud-kremy, słyszę, jak ONA mówi: „To tak, żeby się nie zestarzeć.” I przed oczami staje Kraków, Nowa Huta, deski sceny… i nawet nogi bolą tak samo, jak wtedy…

Tak trudno jest się pozbierać…

Dodaj komentarz

Filed under życie

Nasza-klasa…

Portal Nasza-Klasa.
Dla jednych przekleństwo, dla innych zesłanie niebios.
Przekleństwo dla tych, co nierozważnie chwaląc się stanem posiadania, popadli w tarapaty.
Zesłanie niebios dla tych, którzy spotkali dzięki portalowi tych, którzych nie mieli nadziei już ujrzeć.
Czym dla mnie jest NK?
Tym drugim.
Odnalazłam tylu dawnych znajomych, iż nigdy nie podejrzewałam, że mi się to uda. Tylu znajomych mnie odnalazło, że jestem pełna podziwu.
W ostatni łikend udało się też spotkać z klasą ze szkoły podstawowej. Nie całą, co prawda, ale z połową.
Jakież zaskoczenie mnie spotkało, kiedy jako pierwsza i jedyna wstała od stołu i podeszła się przywitać dziewczyna, z którą nie byłam w zbyt świetnej komitywie podczas nauki w szkole. Doprawdy – przyjemne zaskoczenie. Takich zaskoczeń chcę przeżywać jak najwięcej, bowiem dzięki nim odzyskuję wiarę w ludzi. Że można zapomnieć to, co było złe na rzecz budowania tego, co dobre i zgodne.
Nie mogło zabraknąć na spotkaniu naszej wychowawczyni. Doprawdy, wspaniała ta nauczycielka potrafiła z nas, ancymonów okrutnych, zrobić ananasy. I to nie wrzaskiem, terrorem, kijem. Ot, odpowiednio spreparowana marchewka uczyniła cuda. No i lekcje, które może i były niekiedy nudne, długie, ale zwykle prowadzone tak, byśmy chcieli pracować. I to się udawało. Nie wiem jak. Do tej pory tego nie rozgryzłam.

W niesamowitej atmosferze jednej z miejskich knajpek szybko płynęły minuty zmieniając się w godziny, aż wreszcie lokal zamknęli. Szkoda, iż na dworze było tak mroźno, bo pewnie stojąc w kółku wciąż rozmawialibyśmy bez przerwy. Jak nigdy wcześniej.
Co z tego, że dnia następnego ciężko było myśleć, oczy same się jakoś tak zamykały, mózg nie chciał pracować tak, jak zwykle? To nic, że pociąg zwiał sprzed nosa nim jeszcze człek załapał, że powinien był do niego wsiąść. Nic to.

Wspaniale się było tak spotkać po tylu latach.
Doprawdy, nie mogę doczekać się kolejnego spotkania.

1 komentarz

Filed under hobbystycznie, życie

Wspomnienia

Coraz mniej nas… co chwilę ktoś się wykrusza… nie przyjeżdża, umiera, zapomina… a życie nadal toczy się zwykły kołem… od wiosny po zimę…
Tylko tak jakoś coraz zimniej i ciemniej się robi na duszy, kiedy każdy dzień odliczany jest kolejną kroplą krwi kapiącą z rozciętego serca…

Dodaj komentarz

Filed under życie