Tag Archives: winogrona

Nie obijamy się, pracujemy…

Aż dziw bierze, że z naszej malutkiej parceli tyle idzie wyciągnąć. Działeczka ma ok. 3,5, może 4 ary, z czego większa część jest zajęta przez Ruderkę i trawnik z drzewami owocowymi oraz tunel. Dwa małe warzywniki, podzielone zostały na malutkie grządki, które rodzą na potęgę! Już mamy słoje z ogórkami nastawionymi do kiszenia, już są słoiki z marynowanymi rzodkiewkami, za chwilę dojrzeją pomidory, śliwki i mirabelki, a ogórki nadal kwitną i rosną… jeszcze w kuchni czeka na przerób 12 kg cukinii, a na grządkach chyba tyle samo będzie, jak te, które właśnie rosną dojrzeją i nie zerwie ich działkowy żulik. Dynia też zwiększa z wolna swój obwód, a kolejne rosną i mają się coraz lepiej, doganiając liderkę. Kalarepy już gotowe do przerobienia… są gigantyczne: najmniejsza ma 1,2 kg, a największa 1,7 kg. Potwory!

Dziś po pracy pojechałam od razu – jak to mam we zwyczaju mówić – w pole. Wczoraj też. Jutro prawdopodobnie będzie tak samo… zajęłam się odchwaszczaniem rabaty pod winogronem, bo sporo zielska tam narosło. Głównie perzu i nawłoci kanadyjskiej. Ograniczyłam też życiową przestrzeń jednej roślince, co się rozkłączyła na potęgę, a służy jedynie za osłonę dla pomrowów. A tych ostatnich nie lubimy za to, co zrobiły w poprzednim sezonie. Oj, nie lubimy… W pracach jestem dopiero w połowie rabaty, ale już widać pozostałe przy życiu kwiaty. Silne są. Skoro przetrwały takie zaniedbanie, przetrwają wszystko. Przy tym nie pasuje mi tam rabata kwiatowa w ogóle. Na ścianie domu porasta winorośl, trzeba się do niej dostać swobodnie, żeby odpowiednio o nią zadbać. Nie pomaga w tym klomb z mnóstwem kwiatów wszelkiej maści. To samo tyczy drugiego jego końca, gdzie kwiaty rosną tuż pod śliwą. Nie dość, że jak owoc tam spadnie, to przepadnie ślimakom na radochę, to jeszcze na drzewo wejść ciężko, bo wszystko w tym przeszkadza, a zadeptać szkoda… z wiśnią sprawa ma się tak samo… dlatego bardzo ograniczyłam ilość kwiatów… a raczej ilość ta sama się ograniczyła, walcząc o przetrwanie z chwastami. Trudno. Działkę kupowałam nie do ozdoby, a do uprawy warzyw i owoców oraz ziół. Ziół w tym roku nie będzie, niestety, nie zdążyłam ich wysiać. Zielnik w konsekwencji zamienił się w chwastnik… ale jak tylko ogarnę to, co ważne na grządkach, zajmę się i nim. Wszystko musi poczekać na swoją kolej, przykro mi. Czas mój nie chce być z gumy. Moje siły też długo się uzupełniają, choć staram się wysypiać porządnie. Z utęsknieniem wypatruję poniedziałku, bo to mój jedyny wolny dzień w tygodniu.

Oto garść fotografii, jak u nas na działce wygląda sprawa i jak się rzeczy mają:

dzialka708 dzialka709 dzialka710 dzialka711 dzialka712 dzialka713 dzialka714 dzialka715 dzialka716 dzialka717 dzialka718 dzialka719 dzialka720 dzialka721 dzialka722 dzialka723 dzialka724 dzialka725 dzialka726 dzialka727 dzialka728 dzialka729 dzialka730

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under rolniczo

(Nie) Leniwy poniedziałek

Wiśnie się przerabiają na konfitury. Przy okazji, całkiem przypadkiem wyszły trzy średnie słoiki syropu wiśniowego. Pralka pierze, zmywarka zmywa, a ja się zastanawiam, na co mam czas…? Bo za niedługo jedziemy oglądać kolejny dom. A że będziemy się wlec środkami transportu masowego, toteż trzeba nam na podróż poświęcić więcej czasu, niż jakbyśmy jechali własnym samochodem. Wezmę aparat i porobię zdjęcia z „natury”. Na pewno relację zdam na naszej stronie na fejsbuku. Tylko musimy stamtąd wrócić. Ale PKSy jeżdżą dość często, więc nie będzie to dużym kłopotem przewieźć się w tę i z powrotem. Trochę się denerwuję tym, co tam zobaczę…

A miałam się dziś zadziałkować, wiśnie zebrać do końca, cukinie i ogórki też. I wyplewić chaszcze. I przyciąć winogron… cóż, jutro też jest dzień i mam nadzieję, że nie będzie miał pogody w kratkę, jak ten dzisiejszy: raz słońce, raz deszcz. Pomidory zaczynają się już czerwienić, więc za niedługo będzie jeszcze więcej jedzenia i warzyw do przerobienia na przetwory na zimę. Szkoda, że mam tylko dwa wielkie gary, bo by się jeszcze dwa przydały. Bym wtedy „jechała” na cztery „fajerki”. No ale… idzie trochę wolniej, jednak zawsze do przodu.

A na działce takie cuda (część z nich, zdecydowanie mniejsza):

Pomidor Ogórek gruntowy Cukinia Winogrona

Papużki dostały działkowej rzodkiewki i posmakowała im. Długo mymlały kawałki warzywa w dziobach. I żaden jeszcze nie trafił na podłogę. Zabawa w „spadło” dotyczy tylko tych niedobrych rzeczy, które niekiedy się pojawiają na tacce. Ogólnie, to są dość ospałe, więc za niedługo należy się spodziewać kolejnego deszczu. Agatka też nie wrzeszczy teraz, choć wcześniej i skrzeczała, i nawoływała stado, ile tylko miała sił w dziobku. Teraz przysypiają wszystkie i tylko coś tam któraś pobzyczy pod woskówką.

Idę się przygotować do podróży, bo za chwilę należałoby wyjść i przeturlać się autobusami na miejsce spotkania.

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, papużki, podróże, rolniczo

Winogronowe marzenia

Ciężki, pracowity tydzień mi się trafił. Nie, nie narzekam. W końcu nie jestem stworzona do codziennego rozpłaszczania tyłka przed monitorem komputera, nuży mnie to na dłuższą metę. Owszem, mam takie dni, w których nic więcej nie chce mi się robić niż tylko siedzieć, ale wolę siedzieć i coś zrobić konstruktywnego, a nie tylko siedzieć i klikać.

I tak oto w pracy moje przydzielone dwa dni upłynęły pod znakiem wzmożonej pracy: mnóstwo noszenia, przerzucania, sortowania, przesuwania, biegania, chodzenia w tę i nazad. Wszystko to sprawiło, że moje siły zostały poważnie uszczuplone. Naprawdę miałam ochotę tylko siedzieć. No i z tego siedzenia i tak wyszło coś konstruktywnego, bo i sznurek się uplótł, i komin zrobił (o taki: klik). No, po prostu nie mogę siedzieć całymi dniami i klikać. Zła bym była na siebie za zmarnowanie czasu.

Winogrona z wolna przerabiam na soki i konfitury, a G. jeden gąsior znów nastawi na wino. Cztery wiadra… gdybym miała większe gary, albo po prostu więcej takich dużych saganów, to by to szło szybciej, a tak – 3 kg dziennie jestem w stanie przerobić na raz… W każdym bądź razie pierwsza tura konfitur liczy sobie siedem słoi, a soki zmieściłu się chyba w dwóch litrach. Chyba, bo ciężko mi przelitrażować odpowiednie butelki, które udało mi się znaleźć. Dobrze, że nie wyrzucałam ich do śmieci. Teraz się przydały. Może te dwa litry wydaje się mało, ale jest tak gęsty i skondensowany, że i tak, żeby go wypić w większej ilości, potrzeba będzie rozcieńczyć go nieco wodą. Spróbowałam sobie, kiedy przepuszczałam winogrona przez sokowirówkę – pycha! Kwaśny, słodki i lekko pestkowy. Bo pestki też zmielone zostały. Cóż, jakoś nie wyobrażam sobie z takich malutkich gronek wyciągać pestki i tak już swoje odstałam przy zlewie, gdy je czyściłam i sortowałam. Konfitury też zrobiłam na leniwca: z pestkami i skórkami. Samo zdrowie!

I tak sobie stojąc nad tymi winogronami w zlewie lub mieszając konfitury rozmyślam sobie, jak to by było pięknie i cudownie, gdybym za oknem miała własny ogród i sad, za drzwiami sień, a za sienią podwórze. I na tym podwórzu parę kurek w zagrodzie, pies (nie na łańcuchu) i króliki na trawie, a w pięknej, wielkiej wolierze – papużki. A na pastwisku być może koń, kozy lub owieczka. I tak móc wyjść na powietrze, posłuchać ciszy przeplecionej ze zwykłymi, wiejskimi odgłosami i czuć, że się żyje, że jest dobrze, że praca daje wymierne korzyści, że dzięki niej ma się wikt i opierunek, że naprawdę się opłaca. Nie w sensie finansowym, ale takim wewnętrznym. I tak myślę i kombinuję, jak dokonać tego cudu i się wynieść z miasta na zupełne odludzie, kiedy pracy sensownej nie ma, portfel zwykle świeci pustkami, a za wszystko żądają pieniędzy. I to wysokich kwot. Na wygraną w Lotto nie liczę, bo szczęście mam w miłości, a nie w forsie, co widać na pierwszy rzut oka. Kredyty? Nie, dziękuję. Kradzież? Owrzodziłoby mi się po tym tak sumienie, że sama bym poszła na najbliższy posterunek Policji i jak na spowiedzi wyznałabym wszystko, co do ostatniego szczegółu. Chyba pozostało tylko trwać w sferze marzeń albo pójść na żebry… Ech, móc cofnąć się o te 13-14 lat…

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, ogólnie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Nie ma już nic

Zaliczam znów nawrót totalnego zdołowania i tumiwisizmu. Czemu? Bo ponownie moje marzenia o własnej przyszłości mogę odłożyć na półkę. Chciałam się kształcić na masażystę, łącząc z tym swoją zawodową przyszłość, bo jako bibliotekarz, czy nauczyciel informatyk, to daleko nie zajdę. Podjęłam zatem decyzję o przebranżowieniu. Nadarzyła się okazja, na początku wakacji zapisałam się do szkoły. Całe lato czekałam na rozpoczęcie zajęć i… dowiaduję się, że nie ma odpowiedniej ilości chętnych. Na „mój” kierunek zgłosiły się raptem 2 osoby (łącznie ze mną), a do otworzenia kierunku potrzeba 12. Cudnie. Do tego pierwsze zajęcia miały być organizacyjnymi, zamiast tego uraczono nas (bo z takich „niedobitków” zrobili na prędce klasę, żeby ludzie stratni niby nie byli) lekcją języka angielskiego z tak nieposkładanym lektorem, że mi się słabo zrobiło. Przez ponad połowę czasu trzeba było wysłuchiwać, jaki to on biedny jest, bo ma firmę i dwa etaty, a tu mu nie chcą zwrócić za dojazdy. No, chamstwo i wyzysk normalnie. Kiedy wreszcie zaczął prowadzić zajęcia pieprzył tak bardzo, że i mnie, choć z angielskim mi po drodze, ciężko było nadążyć – słowotok, chaos i brak przemyślenia co do toku lekcji… dziękuję, ale temu panu wolałabym serdecznie podziękować i więcej się z nim nie spotykać. Ach! Jeśli ktoś ma skończoną anglistykę, a nie ma pracy, to się w tej szkole może załapać, bo szukają trzech takich do pracy. Jakby ktoś chciał coś więcej, to szczegóły podam w wiadomości prywatnej. Nie chce mi się reklamować tu nikogo i niczego.

Nasz drapieżca skrzydlaty jest głodomorem. Żre za trzech i jeszcze mu mało. Cieszę się, że ma apetyt, bo znaczy to, że nie jest poważnie chory. Mam nadzieję, że skrzydło się zrasta dobrze i na wiosnę będzie mógł się cieszyć wolnością i długimi lotami za komarami.

Reszta zwierzaków zdrowa: ptasiory wrzeszczą całymi dniami ile sił w płucach i workach powietrznych, Motek zarasta wełną, a Hera zrzuca sierść.

Na działce z wolna szykuję ziemię do zimowego snu. Drzewa przygotowują się same: wiśnie pozrzucały już liście i zawiązały pączki. Śliwa jeszcze chce pozorować lato, a orzech rzuca orzechami. Dziś zebraliśmy tylko winogrona. Nie, nie wynikło to z naszego lenistwa, zmęczenia, czy tez innych, zależych od nas samych czynników. Ot, powód prozaiczny: zabrakło wiader i miejsca na wózku / dwókółce, by wszystko, co już jest do zebrania przywieźć do domu. Teraz będę musiała poszukać przepisów na na przykład konfitury z winogron. Na razie mam tylko przepis na ciasto winogronowe. I wiem, jak zrobić rodzynki. A G. wie, jak zrobić wino. Tylko na to starczy ułamek tej ilości owoców, któreśmy dziś zebrali. Czetry solidne wiadra. Z górką. Niestety, nie wzięłam ze sobą aparatu i zdjęć nie było czym zrobić. Niestety, brzoskwinia nie dożyła zimy. Nie dała żadnych owocw, choć miała dużo zawiązków, to pozrzucała większość, a to, co zostało, pogniło wprost na gałęziach. Dziś została wykarczowana. Okazało się, że korzenie też miała słabe, obumarłe. Cóż, dała nam nieco owoców, którymi mogliśmy wzbogacić przez chwilę naszą dietę i jestem jej za to wdzięczna. Mimo choroby, która ją toczyła, dała nam tyle, ile mogła.

To już wszsytko na dziś w tym tygodniu. Dobrej nocy życzę.

2 Komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Pole, pole… łyse pole…

Może już nie takie łyse, choć skrupulatnie obieram grządki z chwastów, żeby warzywa miały gdzie rosnąć. Za chwilę trzeba będzie siać kolejne rośliny, żeby mieć co jeść przez zimę. Roboty huk, ale cieszę się, że mam co robić. Owszem, ręce mam „zgnojone”, pod paznokciami ziemia, której żadna szczotka (może ryżowa dałaby radę, ale nie próbowałam) nie chce wymieść. Nogi wyłażą uszami od godzinnych (w jedną stronę) spacerów w tę i nazad. Skóra od gliniastej gleby wysusza się, jak rodzynka i pęka. Ale, jak się tak człek popatrzy, jak to wszystko rośnie, jak się pnie ku górze, jakie potem owoce da i ile tych owoców, to aż serce roście…

Grządki są czyste (te, na których już jest posiane i rośnie), Zielnik wreszcie wyczyszczony po zimie, więc można siać zioła na nowo. Część z poprzedniego roku się powysiewała i już rośnie, ale to za mało. Nie będę musiała dosiewać melis, mięty i estragonu, bo przetrwały zimę i już pięknie odbijają, zieleniąc się na potęgę. Rabarbar też odżył. Trzeba będzie narwać i zrobić ciacho. Takie drożdżowe. Z posypką.

Wybaczcie krótką i mało treściwą notatkę, ale naprawdę trochę się wymęczyłam. Głównie spacerami. Rower czeka na naprawę, bo bez hamulca nigdzie nie pojadę.

Zostawiam Was zatem, drodzy czytelnicy z garścią najnowszych fotografii zrobionych na skrawku wsi w mieście…

Filonek bezogonek tunelowy ;)

Filonek bezogonek tunelowy 😉

Takie fafołki się zrobiły na liściach młodych śliwek :(

Takie fafołki się zrobiły na liściach młodych śliwek 😦

Pole kwitnących truskawek :)

Pole kwitnących truskawek 🙂

Pole rzodkiewek

Pole rzodkiewek

Ledwo wyrosły groszek (zdjęcie sprzed tygodnia)

Ledwo wyrosły groszek (zdjęcie sprzed tygodnia)

Malutki bób (zdjęcie sprzed tygodnia)

Malutki bób (zdjęcie sprzed tygodnia)

Czyżby odrastał dziurawiec?

Czyżby odrastał dziurawiec?

Ciężko było złapać skubańca, tak się uwijał przy kwiatach.

Ciężko było złapać skubańca, tak się uwijał przy kwiatach.

Konwalijki działkowe.

Konwalijki działkowe.

Murarki się zamurowały :)

Murarki się zamurowały 🙂

Czosnek nam zakwitł :)

Czosnek nam zakwitł 🙂

Mlecyk :D

Mlecyk 😀

Leśny skrawek przy Ruderce.

Leśny skrawek przy Ruderce.

Jeszcze mało widać, ale - wierzcie mi na słowo - rośnie :D

Jeszcze mało widać, ale – wierzcie mi na słowo – rośnie 😀

Rosną nie tylko chwasty, naprawdę ;)

Rosną nie tylko chwasty, naprawdę 😉

I malutkie buraczki :)

I malutkie buraczki 🙂

Zielone czarne porzeczki ;)

Zielone czarne porzeczki 😉

Już widać pierwszą truskawkę :D

Już widać pierwszą truskawkę 😀

Ale więcej jest na razie kwiatów, niż owoców. Ale wszystko w swoim czasie :)

Ale więcej jest na razie kwiatów, niż owoców. Ale wszystko w swoim czasie 🙂

Ledwo listki wypuścił, już zawiązuje kwiatostany :) i nie przemarzł wcale, a wcale :D

Ledwo listki wypuścił, już zawiązuje kwiatostany 🙂 i nie przemarzł wcale, a wcale 😀

Się zieleni :)

Się zieleni 🙂

Groch już za chwilkę będzie potrzebował tyczek ;)

Groch już za chwilkę będzie potrzebował tyczek 😉

Rośniemy :D

Rośniemy 😀

I rzodkiewki się zaokrąglają :)

I rzodkiewki się zaokrąglają 🙂

Rzodkiew ładnie wybujała.

Rzodkiew ładnie wybujała.

Cebulka szykuje się do kwitnięcia. I nie wiem, czy mam jej pozwolić kwitnąć, czy kwiaty obrywać?

Cebulka szykuje się do kwitnięcia. I nie wiem, czy mam jej pozwolić kwitnąć, czy kwiaty obrywać?

Pięknie kwitnący len. Niestety, chyba nici z niego nie będzie, bo to dwuletni, ozdobny...

Pięknie kwitnący len. Niestety, chyba nici z niego nie będzie, bo to dwuletni, ozdobny…

Melisa, mięta i estragon :)

Melisa, mięta i estragon 🙂

Kwitnie na potęgę :D

Kwitnie na potęgę 😀

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, rolniczo

Bożole nuwią

I nadejszła wielkopomna chwila, kiedy to po raz przedostatni wino z naszych własnych, działkowych winogron zostało przelane z jednego baniaka do drugiego, żeby sobie jeszcze popracowało na wolnych obrotach. Oczywiście nie omieszkaliśmy odlać nieco na spróbowanie. I wiecie co? Nie będę już kupować win w sklepie. Nie potrzebuję. Swojskie jest o niebo lepsze.

Wyraźnie czuć w smaku winogronowe pestki. Ale nie, nie przyprawia to goryczy, a dodaje wytrawności. Ma głęboki, czerwony kolor, wręcz bordowy. I teraz naprawdę parę łyków daje w czub i to w trybie natychmiastowym. Rozgrzewa i nieco osłabia zdolności motoryczne.

Aktualnie wygląda tak:

Wiem, powinno być w kieliszku, aleśmy się takowych nie dorobili ;) Za to smak, zapach i kolor eksponuje się równie dobrze w szklanym kubeczku :D

Wiem, powinno być w kieliszku, aleśmy się takowych nie dorobili 😉 Za to smak, zapach i kolor eksponuje się równie dobrze w szklanym kubeczku 😀

Za niedługo przyjdzie czas na przelanie jabłkowego, które też już zwalnia w produkcji gazów.

No to… kampai! 😉

2 Komentarze

Filed under kuchennie

Winobranie

I nadszedł czas na zebranie kiści winogron z winorośli. Stałam przy pędach przez całe popołudnie aż do pierwszej szarówki z sekatorem w ręku i drabiną na podorędziu, bo choć Ruderka nie jest wysoka, to przy moim wzroście do najwyższych kiści nawet stając na palcach nie dosięgałam. Kiście może nie takie, jak w sklepach, bo i jagód na nich mniej, a i same owoce mniejsze, okrągłe, ale za to – pyszne! Wewnątrz słodziutkie, na zewnątrz lekko kwaskawe. Dwa i pół wiadra zebrałam.

Winogrona: zebrało się tego sporo...

Winogrona: zebrało się tego sporo…

Na 99% pójdą na wino. Gąsior już przytachaliśmy z działki do domu, teraz tylko muszę go porządnie wyczyścić, zrobić moszcz i nastawić do fermentacji. Może część zostawię na ciasto lub/i wrzucę do zamrażalki na potem? Się zobaczy. Na razie trochę nie  wyrabiam z tymi przetworami, bo nie umiem pracować na akord. Przy tym stanie w kuchni mnie męczy. Może nie tyle mnie samą, co moje stawy i kręgosłup. Owszem, zacisnę zęby i zrobię, co zaplanowałam, ale potem muszę trochę to odchorować. Niestety… starość – nie radość, a młodość – nie wieczność 😉

Ze smutnych wiadomości: jeżyk umarł. Kiedy otworzyłam drzwi Ruderki, wyczułam nieprzyjemny zapach, ale miałam nadzieję, że to mysz wreszcie przeniosła się na drugą stronę tęczy i trzeba będzie jakoś odnaleźć jej truchło. Niestety, gdy – gnana ciekawością – uchyliłam lekko koszulkę, w którą był owinięty nasz kolczasty lokator, „zaatakowały” mnie tłuste, zielone muchy, a zapach gnijącego mięsa stał się nieco silniejszy. Po spojrzeniu na mordkę od razu wiedziałam, że uszło z niego życie na pewno. Zbyt wiele razy miałam okazję widzieć martwe papużki, by nie rozpoznać symptomów. Kolczatek spoczął nad brzegiem rzeczki… Kocie chrupki wtruszczyła mysz.

Tak dla ogólnej wiadomości – wpis miał być napisany 8 października, ale do tej pory nie miałam zbytnio czasu, by nad nim siąść…

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie