Tag Archives: warsztaty

Odpoczynek? A co to?

Serio. Serio…

Nie wiem już, co robić, żeby wypocząć. Długie spanie nie pomaga, drzemki w ciągu dnia odpadają, bo jak jest jasno, to nie zasnę. Chyba że jestem chora. Albo mocno idzie na deszcz…

Do pracy nie mogę się wykokosić, bo chce mi się spać. W pracy – zasypiam, czy coś się dzieje, czy nie dzieje. Po pracy najchętniej by już nic nie robiła. Jak trafi się wolny dzień, to ledwo mam siłę, żeby ogarnąć, co najpotrzebniejsze. Wkurza mnie to okrutnie, ale nie wiem, jak zamienić chroniczne przemęczenie na odrobinę więcej energii…? Oprócz ostatnio odkrytej we mnie sarkoidozy (ładnie wchodzącej w regres, jak orzekł pan doktor) nic więcej mi nie dolega. Nawet to, że robię sobie przebieżkę do lub z pracy na piechotę, też nic nie daje. Niby marsz ma pobudzić ciało do działania i umysł do lepszej pracy, a u mnie – nic z tego… ani jedno, ani drugie nie chce działać lepiej po takim spacerku. Pozytywem w tym jest to, że taki spacer zajmuje mi już tylko 20 minut, a nie 40 i nie sapię, jak lokomotywa, po postawieniu paru kroków. Także ten… idzie ku lepszemu. Chociaż tyle…

Strasznie po grudzie idzie nam znalezienie nowego miejsca we wszechświecie… nikt się nie chce zamienić na mieszkania, a żeby sprzedać choć jedno, to musimy mieć zaklepany dom, żeby mieć gdzie się przenieść. Sama jeszcze jakoś na działce bym przewegetowała w Ruderce póki nie przyszłaby słota jesienna i zimowe mrozy. Może się by wynajęło garaż, czy inny magazyn do upchnięcia gratów, żeby się ze wszystkiego na już nie wyprzedawać… ale co z papugami? Nie sprzedam ich i nie oddam nikomu, bo nie po to je przygarniałam, żeby teraz komuś innemu podrzucić. Nie są przyzwyczajone do bycia w zimnie, bo to domowe papużki. Przy tym na działce nie wolno mieszkać…

I tak właśnie w tej czarnej studni rozpaczy naszła mnie myśl, że przecież można „pożebrać” o datki na szczytny cel wykupienia siedliska i zamiany go w malutki skansenik, w którym będzie można i zobaczyć zwierzaki i stare maszyny, urządzenia w użyciu, a nie leżące i zbierające kurz na ekspozycji w muzeum. Moglibyśmy uczyć dzieciaki starych zawodów, pokazywać im, jak długo trzeba pracować, by coś zrobić, co nadaje się do użytku. I takie dzieci, jak nadejdzie apokalipsa zombie poradzą sobie śpiewająco w nowej rzeczywistości, gdzie już wszystkiego nie da się kupić w sklepie. I tak sobie myślę, jakby to wszystko zrobić, żeby nie było żadnego potknięcia większego i nikt do niczego się nie doczepił, że coś robię nie tak…

A tak a propos działki… przez zimę, która grasowała jeszcze w maju mamy ubytki w uprawach… nie będzie pietruchy, marchew też jakoś nie bardzo chce rosnąć. Fasoli i grochu wyrosło kilka krzaczków na parę zagonów… owoce? Tylko na spróbowanie. Trudno. Będziemy się w tym roku cieszyć bobem, kukurydzą i kalarepami, które rosną naprawdę pięknie. No i truskawki… narosło tego dość sporo. Już stoją słoiczki z konfiturami i kompotem. No i mamy nowy tunel. Znaczy nową folię na tunelu i już część pomidorów i papryk sobie pod nim rośnie. Na pewno będą z nich plony. Nie wierzę, że nie, bo już się pojawiają zawiązki owoców. A własne pomidorki, potem domowy przecier, to jest coś, co lubię.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Szaro-buro i ponuro

Pogoda w kratkę (zwłaszcza, kiedy jest deszczowo i szaro za oknem) trochę mnie dołuje. Nie umiem się zebrać w sobie i coś zrobić szybko i sprawnie. Wszystko mi się ślimaczy, wypada z rąk. Z chęcią bym po prostu siedziała i patrzyła w ekran komputera. I to całkowicie bezmyślnie, bo myśleć też ciężko. Nie lubię takiego stanu. Wolę, kiedy jest słońce, bo wtedy wszystko mi wychodzi, wszystko mi się chce i potrafię szybko uwinąć się z zadaną sobie robotą.

Krajkę w serduszka dziś już na pewno skończę, bo został mi do wytkania tylko maleńki skrawek. Ot, najdalej godzinka posiedzenia przy krosenku. Planuję na szybko utkać jeszcze jedną krajkę. Też z myślą o przerobieniu jej na pasek, więc chyba znów nie będzie osnuwana wełna, a anilana. Mrocznie, ale przynajmniej „gryźć” nie będzie. Zastanawiam się, gdzie ja wcisnęłam sakiewki z monogramem? Przydałoby się je zszyć, wykończyć ładnie i może komuś się spodobają…? Tylko gdzie ja je wsadziłam…? hmmmm…

Jak co niektórzy zauważyli na wczorajszym opisie z komunikatora, mam za sobą dwa dni testowania, czy nadaję się do pracy w księgarni. Co prawda krótki epizod z księgarnią mam w swoim dorobku zawodowym. Nawet z dwoma księgarniami. Niestety, nie wiem, czy to właśnie wystarczy do tego, by wygrać konkurs na pracownika. Pożyjemy, poczekamy, może kiedyś zadzwoni telefon z informacją, że mogę zaczynać od jutra. Na przykład. Może…

Póki co, na razie skupiam się na planach warsztatowych, które bardzo chciałabym wprowadzić w życie. Nawet jeśli mnie przyjmą do pracy, to i tak będę w stanie takie warsztaty z powodzeniem prowadzić. Kuzynka I. pomogła mi przy wymyślaniu haseł, które nadadzą się na tytuł tych zajęć, by były chwytliwe i przyciągały wzrok i zaciekawiały. Tak po prawdzie, to ona wymyśliła te lepsze i ciekawsze. Moje są płaskie i mało ujmujące. Jeszcze tylko muszę z nich wszystkich wybrać ten najciekawszy slogan i… rozsyłać ofertę po domach kultury i ewentualnie szkołach. Może coś się uda złapać… oprócz kataru.

Nic, za chwilkę będzie godzina ósma, czyli czas na rozpoczęcie zaplanowanych na dziś prac wszelakich. To ja się z wolna odklejam od komputera, życząc wszystkim miłego dnia.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, praca zawodowa, prace ręczne, życie