Tag Archives: upał

Upały

Po pracy. Siedzę i popijam zimną zieloną herbatę prosto z lodówki. Jest pyszna i orzeźwiająca. Próbuję przegnać ból głowy, który męczy mnie od wczoraj. Nie jest to taki ból, który nie pozwoliłby mi wstać, ale jest lekko irytujący. Nie wiem, co jest tym razem tego przyczyną, bo kark za mocno nie jest zesztywniały. Jakoś się przebieduję. Oby tylko nie zaczął boleć mocniej.

Nad nowym miejscem do życia myślimy. W wolnych chwilach. Na fejsbukowej stronie wrzuciłam parę linków do ofert znalezionych niedawno na Allegro. Muszę jeszcze przeszukać OLXa. Myślę też, czy by nie pojeździć po okolicznych wioskach i nie poszukać osobiście, ludzi popytać, pozaglądać w puste okna…? Bo nie każdy, kto sprzedaje dom, ma dostęp do internetu albo chce dać zarobić pośrednikom.

Na dworze gorąco, upalnie… miałam wielki plan rano pojechać na działkę, ale… zaspałam. Obudziłam się dopiero przed godziną dziewiątą, co dla mnie już jest naprawdę długim spaniem. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko to, że poprzedniej nocy położyłam się spać dopiero w okolicach godziny drugiej nad ranem i to, że przez cały weekend, od czwartku robię na ostatniej zmianie, czyli do dwudziestej drugiej. Jak wracam do domu, to jest przed jedenastą. No i z planów wyszły nici. A później, to już nie ma poco jechać, bo nie dość, że gorąco i w takim upale nie idzie pracować, to za chwilę trzeba się spieszyć do pracy. Nic to, może jutro uda mi się zwlec swoje zwłoki trochę wcześniej. Na szczęście nic nie umrze na grządkach od upałów, bo dziś padało dość mocno i to kilka razy. Jedynie pod tunelem może być mały deficyt wilgoci.

Piesa dziś pomściła moje pokiereszowane psami nogi i… ugryzła Psa w brzuch. Oczywiście jej zachowanie wywołało oburzenie Człowieków Psa, ale w momencie, kiedy Pies nie rozumie innych znaków i ni wie, kiedy ma sobie dać spokój, to trzeba pokazać dosadniej, że nie ma się ochoty na zabawę w psa i sukę. Mam nadzieję, że Pies przyjmie to do wiadomości i wreszcie będzie spokój. Z bardziej pozytywnych zdarzeń spacerowych można zanotować to, że zabawy z Haszczakiem przybierają na przyjemnościach. Przy tym Haszczak jest jedynym psem, który wie, jak się należy bawić patyczkiem w parze. No i Haszczak uczy się od Piesy, jak się pies powinien zachowywać: podpatrzył, że Piesa idzie przy nodze, kiedy dostała taką komendę i… zaczął ją naśladować. Wpływ naszej dominantki ma w końcu pozytywny wydźwięk. Wczoraj musiałam ją zganić, bo próbowała kłapnąć zębiskami małego szczeniaka ONka, który jej się dobierał do patyka. Dorosłe psy może odganiać, ale szczeniaków – nie ma takiej opcji. Mam nadzieję, że zrozumiała, co jej chciałam przekazać przez reprymendę. Zobaczymy, co jej w łepetynie zostało przy następnej okazji.

Nic, już najwyższy czas się położyć spać… Lekki chłód nocy już wdziera się do pokoju, więc będzie przyjemnie zasnąć.

Dobrej nocy życzę wszystkim.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Turniej w Książu

Pojechaliśmy w piątek wczesnym popołudniem. Słońce grzało niemiłosiernie, ale dotrzymaliśmy do końca. Tak podróży, jak i rozbijania obozu. I zaczęliśmy wspominać, jak to było parę lat temu. W tym samym miejscu. Niby tak samo, a jednak inaczej. Już nie było „iglaków” upchanych za trybunami. Już nie musieliśmy się martwić o nasze puste brzuchy i wyschnięte gardła, bo jadła i napitku było w bród. Wróciliśmy w miejsce, gdzie powstała nasza prywatna religia Świętego  Sucharka, Błogosławionej Siorbatki i Wielkiego Brzdęku. Wróciliśmy tam, gdzie powstało mnóstwo anegdot, które tworzyliśmy z innymi uczestnikami turnieju. Tu zadzieżgnęły się przyjaźnie i znajomości. Tu nas doprowadzał do wściekłości i śmiechu Blondi, szukający swojej rycerki, tu nas rozśmieszali organizatorzy, żądający w pewnym momencie: „Zróbcie coś, bo się ludzie nudzą”.

Teraz było inaczej.

Nie było siąpiącego, wyziębiającego ciało na wylot deszczu, tylko żar lejący się z nieba. Wojownicy uczestniczący w turnieju pieszym nie mieli za wiele sił w tej duchocie i nie pokazali niczego zaskakującego. Nie mam im tego za złe. Sama wolałam się za bardzo nie ruszać, żeby nie ociekać później potem. Turniej łuczniczy, niestety, znów był niemal tak samo nudny, jak kilka lat temu. Bieg dam był… dziwny. Zbyt różnił się od tych, które znam, żeby móc uznać jego walory. I nie, nie twierdzę, że było źle i do kitu. Było troszkę nudno. I duszno. I ludzi niewiele. No bo pogoda była taka, że wysysała wszystkie siły i niemal całą wolę.

Po raz pierwszy mogłam pooglądać zamek Książ od środka. Poprzednim razem tylko zwiedziliśmy część ogrodów – reszta była zamknięta. Dowiedzieliśmy się od przemiłej pani z antykwariatu paru ciekawostek z życia na zamku, kiedy ten jeszcze należał do hrabiowskiej rodziny von Pless. Na przykład, że na dziesięć mieszkających tu osób, przypadało dwieście osób służby. Albo to, że już w latach dwudziestych XX wieku zamontowano na zamku centralny odkurzacz. A ja myślałam, że to współczesny wymysł… Albo to, że jedno z pięter było przygotowane dla Hitlera. Pokoje i specjalnie wydrążona winda, która w razie problemów, miała przetransportować Wodza III Rzeszy do podziemnych tuneli, by go ewakuować poza teren działań wojennych. A i to, że stacjonujące w zimie wojska radzieckie zrobiły z zabytkowych mebli opał. A wojska niemieckie zniszczyły sztukaterię, by wzmocnić stropy żelbetonem.

A jaki był przyjemny chłód we wnętrzu zamku! Niczym w klimatyzowanych pomieszczeniach. Jeden z pokoi był tylko ciepły, jakby własnie wygasł ogień w kominkach, a pozostał żar. Najpierw zdawało się, że ciepło pochodzi od nagrzanego słońcem czarnego marmuru, ale kamienie były zimne… Rozpalone do białości ogrody były suche. Szkoda, że nie włączyli fontann. Dałyby chłód i nieco wilgoci otoczeniu.

Lekko wyschnięci wróciliśmy na teren turnieju, na hipodrom. Pokaz konny przyciągnął nieco gapiów, więcej jednak ludzi przybyło na inscenizację bitwy. Jednak nikt nie miał ochoty tańczyć pod sceną, chociaż wokalistka wychodziła z siebie, by schowanych w cieniu ludzi wyciągnąć na słońce.

Nad ranem w niedzielę obudził mnie wiatr szarpiący namiotem na wszystkie strony. Czekałam na gromu i pierwsze oznaki burzy, ale po kilku godzinach wiatr ucichł i na niebo wróciło słońce. Trochę pokropiło, gdy się pakowaliśmy, ale słońce szybko osuszyło namiot. Wracaliśmy w największy upał, choć obstawałam przy popołudniowym powrocie, by przeczekać na dworze największy skwar. No cóż, nie zawsze mogę postawić na swoim.

Teraz najbliższy turniej będzie w sierpniu. Grunwald w tym roku musi obejść się bez nas…

Dodaj komentarz

Filed under turnieje