Tag Archives: ulewa

Z(a)lana

Akurat kiedy kończyłam zmianę, wzięło się uwzięło i zaczęło lać. I nie chciało przestać. A miałam dużo rzeczy zaplanowanych po pracy, więc nie mogłam za długo czekać na przejaśnienie. Chciałam pojechać do redakcji Gazety Lokalnej, w której to czekał na mnie bon o wysokości 50 zł do księgarni Matras. Potem trzeba było pojechać na pocztę, by odebrać paczkę od E-Dziewiarki i jeszcze zdążyć przed kurierem, który miał dostarczyć paczkę z firmy Hodowlapapug.pl z ziarenkami dla pierzaków. I to wszystko w godzinę. A do pokonania miałam około 5 km. W ulewnym deszczu, głównymi drogami bez ścieżek rowerowych. Oczywiście inteligentni inaczej kierowcy pomogli mi zmoknąć jeszcze bardziej, chyba specjalnie wjeżdżając w kałuże tak, by mnie ochlapać wielką, brudną falą wody deszczowej. Nie wiem, na co liczyli? Na pokaz mokrego podkoszulka? Może gdybym miała na sobie biały T-shirt, to może, może, ale miałam na sobie czarne dżinsy i czarną koszulkę z grubej bawełny. Przyjechałam do domu, szybko wskoczyłam pod ciepły prysznic, potem zrobiłam sobie gorącą herbatę ziołową i już mi było lepiej.

A tak się prezentuje mój prezencik od lokalnej gazety:

Mój prezencik! Już myślę, jaką książkę (lub książki przy łucie szczęścia) uda mi się za niego kupić. Pierwsze kupione, nowe książki od pięciu lat...

Mój prezencik! Już myślę, jaką książkę (lub książki przy łucie szczęścia) uda mi się za niego kupić. Pierwsze kupione, nowe książki od pięciu lat…

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, życie

Pierwsza, wiosenna burza

Przyszła niespodziewanie… w nocy… zaskoczyła mnie zupełnie, bo wciąż kilka razy na dzień przypatruję się prognozom pogody i najbliższa burza miała u nas zagościć w piątek, a tu – niespodzianka. Wyrwana przemocą ze snu, za sprawą niekończącej się serii błysków i nieustającego grzmotu, czułam się jak obiekt zainteresowania japońskiej wycieczki turystycznej. A potem przyszła nawałnica. Z gradem. Momentalnie zrobiło się strasznie głośno w mieszkaniu. Deszcz i kulki gradowe tłukły o wszystko, jak oszalałe, jakby Natura wyładowywała na wszystkim wokoło swoją wściekłość. Papugi nie zaszczyciły w ogóle prawie burzy zainteresowaniem. Żadnego latania w panice po wolierce, żadnego niepokoju. Tylko Chico przy głośniejszych grzmotach raczył skomentować wszystko cichym „skru”. I to wszystko. Na szczęście nie trwało to bardzo długo, ale i tak obtłukło wszystkie chyba kwiaty z klonów, zażółcając całe chodniki. Ciekawe, czy nasze wiśnie też straciły kwiaty? Jeśli tak, to w tym roku nie ma co liczyć na owoce… Szkoda…

A wczoraj, prawie cały 1 Maja poświęciliśmy pracy, wszak święto odpowiednie, by dokończyć wszystkie prace, jakie jeszcze nam zostały. Większy warzywnik też już został przekopany do samiutkiego końca, grudy rozbite, grządki wyznaczone. Nic, tylko siać i sadzić. A jest co. Tylko trzeba się dostosować do instrukcji na opakowaniach i do kalendarza biodynamicznego, którego nie omieszkam również codziennie sprawdzać, żeby wiedzieć, jakimi roślinami powinnam się aktualnie zająć.

Truskawki już zajęły parcelę nieopodal tunelu. Ocaleńcy i dzikusy mają swoje miejsce na działce. Wreszcie. I już zaczynają kwitnąć! Jako że zostało jeszcze sporo miejsca na grządce, zdecydowaliśmy się dokupić kilka krzaczków, bo cena na internetowej aukcji była okrutnie atrakcyjna: 1 zł za 1 sadzonkę. W jakim sklepie taką cenę zobaczę? Nic tylko brać i sadzić. I mieć nadzieję, że cena nie odzwierciedla jakości truskawek.

Na kwietniku widziałam już siewki maciejki, a na zielniku (oprócz kocich łap… ogon skubańcowi urwę, jak złapię :P) z wolna zaczyna się zielenić kolendra i chyba też widać gdzie nie gdzie szałwię. Zielnik dostał tez nowego lokatora – czosnek niedźwiedzi. Strasznie wymęczony podróżą i długim brakiem dostępu do wody. Mam nadzieję, że się i przyjmie, i podniesie nieco mimo gradu. O ile na działce grad był.

Krzaczki porzeczek zostały zdublowane. Mamy zatem więcej czarnych i dodatkowo jeszcze jeden krzaczek agrestu, żeby ten, co już u nas sobie rośnie, miał towarzystwo. Trawa i inne niepotrzebne rośliny zostały usunięte spod krzewów, by nie zabierały im „jedzenia”. A wszystkie są z „odzysku”, podebrane z działek, które od dawna są opuszczone i nikt za nimi płakać nie będzie. No, może bobry straciły trochę materiału na tamę lub jedzenia.

Urobiliśmy się po ślepia. Dobrze, że miałam składniki na knedle (co prawda mąki pszennej u mnie aktualnie jak na lekarstwo, za to żytniej – cała masa), to było co zjeść na obiad. I takie razowe knedle wcale nie są tak złe, jakby się z początku wydawało. Tylko nie miałam już z czego zrobić sosu i trzeba było zjeść „na sucho”. Dobrze, że herbaty nigdy nam nie brakuje, a że wyciągnęliśmy „kozę”, to i gorąca była cały czas. Mamy z nią dobrze: i ogrzeje, i ugotuje, i podgrzeje…

Chyba dogoniliśmy czas stracony przez przydługą zimę. Jeszcze tylko na spokojnie przygotować ziemię pod tunelem i już mamy nieco spokoju. Nie będziemy musieli aż tak ciężko pracować. Z kopaniem możemy pożegnać się do przyszłej wiosny. Teraz pozostało tylko sianie i patrzenie, jak rośnie. Czyli nadchodzi z wolna czas, kiedy będzie można zabrać się za poprawę wizerunku Ruderki i jej stanu technicznego, bo pozostawia wiele do życzenia. Włącznie z odnowieniem mebli, które dostaliśmy w spadku. Będzie dobrze. Musi być.

Mamy też nowych sąsiadów, bo babcie odsprzedały młodym swoją działkę. Mam dziwne i nieprzyjemne uczucia wobec nich. Mimo, że są grzeczni, bo i „dzień dobry” i „do widzenia” powiedzą, psa przykładnie przy nodze trzymają, nad dziećmi panują i nie są głośni. Jednak jest coś, co powoduje, że nie chcę się z nimi bliżej zapoznawać, a kiedy przebywają u siebie, staję się niespokojna i wciąż zerkam na furtkę łączącą ich działkę z ugorem. Nie mam pojęcia, o co mi chodzi, bo nie mam podstaw, by tak reagować. Jedno wiem: działkowcy z nich nie będą… mam tylko nadzieję, że grillów nie będą robić za często i za głośno. Zwłaszcza za głośno. Nic, pożyjemy, zobaczymy.

A oto garść zdjęć z ostatniego pobytu na naszym skrawku wsi.

Każda z grządek już ma lokatora... no, oprócz jednej

Każda z grządek już ma lokatora… no, oprócz jednej

Pękające pąki na winorośli

Pękające pąki na winorośli

Śliwa z wolna obsypuje się kwiatami

Śliwa z wolna obsypuje się kwiatami

Pełne, piękne kwiaty wiśni

Pełne, piękne kwiaty wiśni

Spojrzenie na kwiaty i grządki warzywne

Spojrzenie na kwiaty i grządki warzywne

Duży warzywnik już ma swoje parcele i jedną już "zasiedliliśmy"

Duży warzywnik już ma swoje parcele i jedną już „zasiedliliśmy”

Truskawki już zaczynają kwitnąć

Truskawki już zaczynają kwitnąć

Tulipany w pełnej krasie

Tulipany w pełnej krasie

Pigwa/pigwowiec już rozchylił płatki kwiatów.

Pigwa/pigwowiec już rozchylił płatki kwiatów.

Malutki krzyżak pośród pereł z kropli wody

Malutki krzyżak pośród pereł z kropli wody

Mniejsza wiśnia również pokazała, na co ją stać

Mniejsza wiśnia również pokazała, na co ją stać

Jeszcze nie widać, ale z wolna naprawdę zioła kiełkują

Jeszcze nie widać, ale z wolna naprawdę zioła kiełkują

Czosnek niedźwiedzi, nowy lokator Zielnika

Czosnek niedźwiedzi, nowy lokator Zielnika

Nasza "koza", która zawsze, gdy zimno, ratuje nam życie...

Nasza „koza”, która zawsze, gdy zimno, ratuje nam życie…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Po burzach, w nocy…

Cały dzień wczorajszy lało. Po południu przyszła jeszcze burza. Przez tak „wesołą” pogodę niewiele zrobiłam. Jestem – jak moje papużki – napędzana światłem słonecznym.

Z tej burzy był jednak pożytek: wyczyściła rynnę po zimowym dokarmianiu zaokiennych ptaszków. Z początku myślałam, że deszcz nie da rady, bo rynny są tak umocowane, że pod naszymi oknami woda stoi, ale wystarczyło, by zmienił się kierunek wiatru. Zacinający, grubokroplisty deszcz wypłukał skutecznie wszystkie niemal łuski i ziarenka, których nie zjadły wróble, tylko porozrzucały dookoła karmnika. Także problem z czyszczeniem rynny został załatwiony przez siły natury. Dziękuję 🙂

W nocy jeszcze zrobiłam chleb, bo przez te burze i ulewę nigdzie nie można było wyjść z domu, a całkiem wypadło mi to wcześniej z głowy. Trzeba było odczekać co najmniej godzinę, by móc wrzucić wyrośnięte ciasto do piekarnika, a że zabrałam się za pracę daleko po 21szej, więc bardzo długo musiałam czekać na rezultat swojej pracy. Jako że o 22giej jestem już zdecydowanie gotowa do zaśnięcia i padam twarzą na pysk, czekanie  na wypieczenie chleba było dla mnie straszną katorgą. Przez pomyłkę kliknęłam w reklamę i zamiast zamknąć otwartą dzięki linkowi stronę, zaczęłam ją czytać. Rzecz dotyczyła pszczół. Należało stworzyć ogród przyjazny dla miododajnych owadów lub taki sam balkon. Wszystko wirtualnie. No i naklikałam kwiatów, drzew i krzewów, a co mi z tego wyszło, prezentuję poniżej:

http://www.pomagamypszczolom.pl/view.aspx?uid=AE621A8A-2A46-449E-A3E5-C3AE83120076

6 Komentarzy

Filed under kuchennie, papużki, życie