Tag Archives: truskawki

Odpoczynek? A co to?

Serio. Serio…

Nie wiem już, co robić, żeby wypocząć. Długie spanie nie pomaga, drzemki w ciągu dnia odpadają, bo jak jest jasno, to nie zasnę. Chyba że jestem chora. Albo mocno idzie na deszcz…

Do pracy nie mogę się wykokosić, bo chce mi się spać. W pracy – zasypiam, czy coś się dzieje, czy nie dzieje. Po pracy najchętniej by już nic nie robiła. Jak trafi się wolny dzień, to ledwo mam siłę, żeby ogarnąć, co najpotrzebniejsze. Wkurza mnie to okrutnie, ale nie wiem, jak zamienić chroniczne przemęczenie na odrobinę więcej energii…? Oprócz ostatnio odkrytej we mnie sarkoidozy (ładnie wchodzącej w regres, jak orzekł pan doktor) nic więcej mi nie dolega. Nawet to, że robię sobie przebieżkę do lub z pracy na piechotę, też nic nie daje. Niby marsz ma pobudzić ciało do działania i umysł do lepszej pracy, a u mnie – nic z tego… ani jedno, ani drugie nie chce działać lepiej po takim spacerku. Pozytywem w tym jest to, że taki spacer zajmuje mi już tylko 20 minut, a nie 40 i nie sapię, jak lokomotywa, po postawieniu paru kroków. Także ten… idzie ku lepszemu. Chociaż tyle…

Strasznie po grudzie idzie nam znalezienie nowego miejsca we wszechświecie… nikt się nie chce zamienić na mieszkania, a żeby sprzedać choć jedno, to musimy mieć zaklepany dom, żeby mieć gdzie się przenieść. Sama jeszcze jakoś na działce bym przewegetowała w Ruderce póki nie przyszłaby słota jesienna i zimowe mrozy. Może się by wynajęło garaż, czy inny magazyn do upchnięcia gratów, żeby się ze wszystkiego na już nie wyprzedawać… ale co z papugami? Nie sprzedam ich i nie oddam nikomu, bo nie po to je przygarniałam, żeby teraz komuś innemu podrzucić. Nie są przyzwyczajone do bycia w zimnie, bo to domowe papużki. Przy tym na działce nie wolno mieszkać…

I tak właśnie w tej czarnej studni rozpaczy naszła mnie myśl, że przecież można „pożebrać” o datki na szczytny cel wykupienia siedliska i zamiany go w malutki skansenik, w którym będzie można i zobaczyć zwierzaki i stare maszyny, urządzenia w użyciu, a nie leżące i zbierające kurz na ekspozycji w muzeum. Moglibyśmy uczyć dzieciaki starych zawodów, pokazywać im, jak długo trzeba pracować, by coś zrobić, co nadaje się do użytku. I takie dzieci, jak nadejdzie apokalipsa zombie poradzą sobie śpiewająco w nowej rzeczywistości, gdzie już wszystkiego nie da się kupić w sklepie. I tak sobie myślę, jakby to wszystko zrobić, żeby nie było żadnego potknięcia większego i nikt do niczego się nie doczepił, że coś robię nie tak…

A tak a propos działki… przez zimę, która grasowała jeszcze w maju mamy ubytki w uprawach… nie będzie pietruchy, marchew też jakoś nie bardzo chce rosnąć. Fasoli i grochu wyrosło kilka krzaczków na parę zagonów… owoce? Tylko na spróbowanie. Trudno. Będziemy się w tym roku cieszyć bobem, kukurydzą i kalarepami, które rosną naprawdę pięknie. No i truskawki… narosło tego dość sporo. Już stoją słoiczki z konfiturami i kompotem. No i mamy nowy tunel. Znaczy nową folię na tunelu i już część pomidorów i papryk sobie pod nim rośnie. Na pewno będą z nich plony. Nie wierzę, że nie, bo już się pojawiają zawiązki owoców. A własne pomidorki, potem domowy przecier, to jest coś, co lubię.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Co to był za tydzień…?

Łomatko, co to był za tydzień…? Jeszcze teraz w głowie mi się kręci. Ze zmęczenia. A to jeszcze nie koniec maratonu i zastanawiam się, czy w ogóle dotrwam do jakiegoś wolnego weekendu? Bo praca po 10 – 11 godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu (wolne było w święto, bo market zamknęli) jest jeszcze ponad moje nadwątlone siły…

Wieści z działki – tylko z drugiej ręki. Słabo rośnie. Część warzyw nie wykiełkowała w ogóle, folię na tunel z ledwością udało się zamówić po normalnej cenie, na drzewach owoców ledwo na spróbowanie… przemroziło się wszystko w tym roku okropnie. Truskawki jednak dopisały, mamy już z pierwszych zbiorów prawie 7 kg. Już są zrobione kompoty, konfitury „dochodzą”, sok, ciasto i jeszcze litr napoju mleczno-truskawkowo-bananowego na dokładkę.

W domu…. bajzel… wiecie, jaki problem dostać worki do naszego nowego odkurzacza? Całe miasto zleźliśmy i… nie ma… a bez odkurzacza nie ma jak ogarnąć ptasich i psich resztek. Jak próbuję ogarnąć miotłą, to mam śnieżycę… przy tym i tak nie mam sił, żeby zrobić po pracy coś więcej niż tylko położyć się spać.

Jeśli chodzi o szukanie nowego miejsca we wszechświecie, to znów zaliczyliśmy porażkę… na OLXie znalazłam ogłoszenie o akuratnym domku na małej parceli w wiosce oddalonej od miasta o jedną stację PKP, czyli – rzut beretem. Umówiliśmy się na spotkanie z właścicielami na sobotę. Tak, na wczoraj. Nie pojechaliśmy. Nie było już po co… ktoś nas ubiegł i znów coś, co było na wyciągnięcie ręki poleciało w kosmos… nie wiem, ile takich roznieceń nadziei i kubła wody porażki jeszcze będę w stanie znieść, by jednak zrealizować marzenie o opuszczeniu tego wymierającego miasta, w którym oddycha się czystym, świeżym benzenem. Zwłaszcza nocami.

Powoli przestaję mieć ochotę na walkę z wiatrakami, która i tak niczego nie zmienia… pracy zmienić nie mogę, bo tu tylko monopolowy miałby rację bytu, a nie masażysta z umiejętnościami, czy rękodzielnik z nawet zapierającymi dech w piersiach dziełami. Miejsca zamieszkania zmienić też nie można, bo to takie zajefajne miasto do zamieszkania, że nikt kupować mieszkań tu nie chce. Ewentualnie może z łaski wynajmie… ratunku…?

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Pole, pole… łyse pole…

Może już nie takie łyse, choć skrupulatnie obieram grządki z chwastów, żeby warzywa miały gdzie rosnąć. Za chwilę trzeba będzie siać kolejne rośliny, żeby mieć co jeść przez zimę. Roboty huk, ale cieszę się, że mam co robić. Owszem, ręce mam „zgnojone”, pod paznokciami ziemia, której żadna szczotka (może ryżowa dałaby radę, ale nie próbowałam) nie chce wymieść. Nogi wyłażą uszami od godzinnych (w jedną stronę) spacerów w tę i nazad. Skóra od gliniastej gleby wysusza się, jak rodzynka i pęka. Ale, jak się tak człek popatrzy, jak to wszystko rośnie, jak się pnie ku górze, jakie potem owoce da i ile tych owoców, to aż serce roście…

Grządki są czyste (te, na których już jest posiane i rośnie), Zielnik wreszcie wyczyszczony po zimie, więc można siać zioła na nowo. Część z poprzedniego roku się powysiewała i już rośnie, ale to za mało. Nie będę musiała dosiewać melis, mięty i estragonu, bo przetrwały zimę i już pięknie odbijają, zieleniąc się na potęgę. Rabarbar też odżył. Trzeba będzie narwać i zrobić ciacho. Takie drożdżowe. Z posypką.

Wybaczcie krótką i mało treściwą notatkę, ale naprawdę trochę się wymęczyłam. Głównie spacerami. Rower czeka na naprawę, bo bez hamulca nigdzie nie pojadę.

Zostawiam Was zatem, drodzy czytelnicy z garścią najnowszych fotografii zrobionych na skrawku wsi w mieście…

Filonek bezogonek tunelowy ;)

Filonek bezogonek tunelowy 😉

Takie fafołki się zrobiły na liściach młodych śliwek :(

Takie fafołki się zrobiły na liściach młodych śliwek 😦

Pole kwitnących truskawek :)

Pole kwitnących truskawek 🙂

Pole rzodkiewek

Pole rzodkiewek

Ledwo wyrosły groszek (zdjęcie sprzed tygodnia)

Ledwo wyrosły groszek (zdjęcie sprzed tygodnia)

Malutki bób (zdjęcie sprzed tygodnia)

Malutki bób (zdjęcie sprzed tygodnia)

Czyżby odrastał dziurawiec?

Czyżby odrastał dziurawiec?

Ciężko było złapać skubańca, tak się uwijał przy kwiatach.

Ciężko było złapać skubańca, tak się uwijał przy kwiatach.

Konwalijki działkowe.

Konwalijki działkowe.

Murarki się zamurowały :)

Murarki się zamurowały 🙂

Czosnek nam zakwitł :)

Czosnek nam zakwitł 🙂

Mlecyk :D

Mlecyk 😀

Leśny skrawek przy Ruderce.

Leśny skrawek przy Ruderce.

Jeszcze mało widać, ale - wierzcie mi na słowo - rośnie :D

Jeszcze mało widać, ale – wierzcie mi na słowo – rośnie 😀

Rosną nie tylko chwasty, naprawdę ;)

Rosną nie tylko chwasty, naprawdę 😉

I malutkie buraczki :)

I malutkie buraczki 🙂

Zielone czarne porzeczki ;)

Zielone czarne porzeczki 😉

Już widać pierwszą truskawkę :D

Już widać pierwszą truskawkę 😀

Ale więcej jest na razie kwiatów, niż owoców. Ale wszystko w swoim czasie :)

Ale więcej jest na razie kwiatów, niż owoców. Ale wszystko w swoim czasie 🙂

Ledwo listki wypuścił, już zawiązuje kwiatostany :) i nie przemarzł wcale, a wcale :D

Ledwo listki wypuścił, już zawiązuje kwiatostany 🙂 i nie przemarzł wcale, a wcale 😀

Się zieleni :)

Się zieleni 🙂

Groch już za chwilkę będzie potrzebował tyczek ;)

Groch już za chwilkę będzie potrzebował tyczek 😉

Rośniemy :D

Rośniemy 😀

I rzodkiewki się zaokrąglają :)

I rzodkiewki się zaokrąglają 🙂

Rzodkiew ładnie wybujała.

Rzodkiew ładnie wybujała.

Cebulka szykuje się do kwitnięcia. I nie wiem, czy mam jej pozwolić kwitnąć, czy kwiaty obrywać?

Cebulka szykuje się do kwitnięcia. I nie wiem, czy mam jej pozwolić kwitnąć, czy kwiaty obrywać?

Pięknie kwitnący len. Niestety, chyba nici z niego nie będzie, bo to dwuletni, ozdobny...

Pięknie kwitnący len. Niestety, chyba nici z niego nie będzie, bo to dwuletni, ozdobny…

Melisa, mięta i estragon :)

Melisa, mięta i estragon 🙂

Kwitnie na potęgę :D

Kwitnie na potęgę 😀

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, rolniczo

Prace w polu

Nogi wychodzą mi już uszami. Naprawdę. Od chodzenia. Mam trochę kilometrów do pokonania, by dotrzeć na działkę, to i nogi odpadają. Mają prawo. Zwłaszcza, ze całą zimę tyłek płaszczył się przy krośnie, kołowrotku, wrzecionie, czy innym kompie.

Początek sezonu zaczął się źle. Ksawery rozszarpał nam tunel, a jakiś brzydal zakosił nam wszystkie kable, przedłużacze, gwoździe i śruby oraz nowiutki sierp. Najgorzej ucierpiała nasza nowa, zakupiona w tamtym roku pompa do wody, która straciła cały, wielometrowy kabelek wraz z wtyczką. I lodówka. A dokładnie to, co w niej zostawiłam na zimę, bo w domu nie miałam miejsca na wszystkie warzywa. Przetrwała większość marchewek i czarnych rzodkwi, ale kapusta się rozpłynęła… oj, będzie dużo sprzątania.

Zaliczyłam też „opieprz” od władz RODu, że się opieprzam. Tylko po kij się ścigać w zawodach pt. „komu szybciej wyjdzie”… kiełek z ziemi? I tak w zimnej ziemi nasiono nie skiełkuje, więc po co się spieszyć? Jakieś zawody organizują na tych działkach? Jeśli tak, to poproszę o spis nagród, wtedy się zastanowię, czy warto w nich brać udział. Kupowałam ten skrawek ziemi, żeby móc zaoszczędzić na jedzeniu, a nie po to, żeby się ścigać z kimkolwiek o cokolwiek. I tak w trzy dni zrobiliśmy to, co innym zajęło trzy tygodnie, więc niech się odciptają. O!

Warzywnik już się szczyci równymi grządkami, z których część już jest „zamieszkana”. A rzodkiewki już pokazały pierwsze listki. Reszta czeka na swoją kolej, podzielona równymi (w miarę, ale bez przesady) ścieżkami. Pod tunelem już też połowa ziemi została zagospodarowana. Tak, tak, mamy nową folię na tunelu. Świeżutką, zieloniutką – cudo. Przez najbliższe cztery lata co najmniej będziemy się musieli nie martwić o uprawy pod osłoną. Pomidory już rosną i za jakiś czas przeniosą się na drugą połówkę „szklarenki”. Tym razem siałam z rozwagą, żeby nie narobić sobie takiego kłopotu, jak przy poprzednich przygotowaniach.

Na Zielniczku odżyły mięta, melisa i estragon. Czosnek niedźwiedzi już szykuje się do kwitnięcia, chrzan rozwija listki, len ozdobny się zazielenił, a rabarbar pokazał piękne liście i czerwone łodygi grubsze, niż moje palce. Na razie wyczyściłam ścieżki, które pójdą do poprawki, bo zarastają zielskiem, a miały być piękne, żwirowe i czyste. Niestety, w trakcie realizacji projektu nie wzięliśmy pod uwagę, że zwłaszcza trawa przeciśnie się z łatwością przez kamyczki. Cóż, uczymy się na własnych błędach.

Malinowy chróśniak został oczyszczony z perzu, który jest prawdziwą plagą na naszym skrawku ziemi, ale z wolna eliminuję kolejne kłącza przy każdym kolejnym plewieniu. Wszystkie zasadzone krzewinki malinowe wypuściły listki, więc chyba wszystkie wyrosną na śliczne, dorodne malinowe krzewy i dadzą choć garść owoców na spróbowanie. Wszystkie śliwki, które dostaliśmy, a zostały posadzone na jesieni również się zazieleniły, aczkolwiek pojawiły się im na liściach czerwone kropki. Będę musiała poszukać, co to takiego, czy trzeba się tym przejmować i jak sobie z tym poradzić. Gruszka nas zaskoczyła w tym roku obsypując się gęsto białym kwieciem. Spodziewałam się czegoś takiego najwcześniej na przyszłą wiosnę, bo w końcu ledwo co została posadzona. Oczywiście starsze drzewka zakwitły wszystkie, nie było gradobicia ani ulewnego deszczu, więc chyba będzie więcej owoców niż w zeszłym roku.

Jeszcze mnóstwo pracy zostało, ale póki słońce, póty czas na prace w polu. I już zaczynam się opalać. Czas najwyższy pomyśleć o kremie z filtrem, żeby się nie poparzyć. Normalnie lato się robi!

A oto garść najnowszych zdjęć, żeby nie było, że to, co napisałam powyżej, to wyssane z palca bzdury:

Mój ulubiony krzew wiosenny :)

Mój ulubiony krzew wiosenny 🙂

Pajączek poszedł na pyłek? ;)

Pajączek poszedł na pyłek? 😉

Kępka gruszkowych kwiatków.

Kępka gruszkowych kwiatków.

Malutkie kwiatuszki brzoskwini. Może i kwiatki malutkie, ale za to owoce - niczego sobie :)

Malutkie kwiatuszki brzoskwini. Może i kwiatki malutkie, ale za to owoce – niczego sobie 🙂

Wściekle czerwone (a raczej czerwono-pomarańczowe) kwiaty pigwy/pigwowca...? Nie umiem tego odróżnić :P

Wściekle czerwone (a raczej czerwono-pomarańczowe) kwiaty pigwy/pigwowca…? Nie umiem tego odróżnić 😛

Obsypana kwieciem wiśnia.

Obsypana kwieciem wiśnia.

Kwiecie wiśni :)

Kwiecie wiśni 🙂

Białe tulipanki.

Białe tulipanki.

To moje ulubione kwiatki wiosenne. Zaraz po fiołkach ;) Czy można nimi farbować tkaniny lub przędzę?

To moje ulubione kwiatki wiosenne. Zaraz po fiołkach 😉
Czy można nimi farbować tkaniny lub przędzę?

Jeden jedyny żonkilek. Aż się zdziwiłam, bo w tamtym roku żadnego nie było.

Jeden jedyny żonkilek. Aż się zdziwiłam, bo w tamtym roku żadnego nie było.

Jeszcze czerwony tulipan się uchował. Tutaj w towarzystwie szafirka.

Jeszcze czerwony tulipan się uchował. Tutaj w towarzystwie szafirka.

Czyżby to były fioletowe pierwiosnki?

Czyżby to były fioletowe pierwiosnki?

Nowa, świeżutka folia na odświeżonym stelażu. Prawda, że prezentuje się całkiem, całkiem?

Nowa, świeżutka folia na odświeżonym stelażu. Prawda, że prezentuje się całkiem, całkiem?

Większy warzywnik w całej krasie :)

Większy warzywnik w całej krasie 🙂

Zaraz po deszczu, a raczej jeszcze podczas deszczu.

Zaraz po deszczu, a raczej jeszcze podczas deszczu.

I żółciutki tulipanek. Świeżo wykąpany w deszczu.

I żółciutki tulipanek. Świeżo wykąpany w deszczu.

Kwiatuszek truskawkowy.

Kwiatuszek truskawkowy.

Kolejne kwiaty truskawek. Miejmy nadzieję, że z każdego będzie jeden, dorodny owoc.

Kolejne kwiaty truskawek. Miejmy nadzieję, że z każdego będzie jeden, dorodny owoc.

Maluśka rzodkieweczka. Ledwo ją posiałam, a już pokazała listki.

Maluśka rzodkieweczka. Ledwo ją posiałam, a już pokazała listki.

Warzywnik i wyczyszczone z chwastów krzewy porzeczek i agrestu.

Warzywnik i wyczyszczone z chwastów krzewy porzeczek i agrestu.

Nasz trawnik z mnóstwem jedzenia dla naszych trawożernych zwierzaków.

Nasz trawnik z mnóstwem jedzenia dla naszych trawożernych zwierzaków.

Zagon truskawek.

Zagon truskawek.

Trawnik, wiśnia, kawałek zarośniętego jeszcze Zielnika i nieprzycięty żywopłot. Dzikość :P

Trawnik, wiśnia, kawałek zarośniętego jeszcze Zielnika i nieprzycięty żywopłot. Dzikość 😛

8 komentarzy

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Lato! Lato wszędzie!

Już był pierwszy dzień lata. Pogoda iście letnia: w słońcu 40 stopni Celsjusza, niebo prawie bez chmur i od czasu do czasu burza. Trochę za szybko przyszły upały i mój organizm ma pewne obiekcje, gdy chcę pracować na „polu”. A roboty naprawdę jest dużo: głównie to walka z chwastami. Takie moje działkowe syzyfowe prace.

Z wolna upiększamy nasz skrawek wsi w mieście. Powstaje nowe ogrodzenie, a już stoi nowa furtka. Stoi w takim miejscu, że już nikt raczej nie zaskoczy mnie pojawiając się nagle od tyłu. Pan Zbyszek robi to nagminnie, doprowadzając mnie nie raz na skraj zawału serca. Stoją też już słupki, niemal gotowe na przyjęcie nowej siatki, bo stara głównie składa się z rdzy. Niech no tylko beton porządnie stężeje.

Na ugorze dostaliśmy kawałek ziemi. Słupki stoją i czekają na siatkę. Potem ziemia poczeka na rekultywację i oczyszczenie, by móc ja wykorzystać na zagony pod kolejne warzywa. Trochę mnie martwi fakt, że Sąsiad wziął i cały ugór potraktował Roudapem (czy jak się to to pisze), a to cholerstwo jest trujące. Słyszałam, że przez co najmniej 2 lata odradza się hodować jakiekolwiek jadalne rośliny na takiej ziemi. Chyba że na tą „zatrutą” ziemię wysypie się dużo ziemi czystej… nie wiem naprawdę. Zobaczymy, jak to z tym będzie…

Rzodkiewki powoli się kończą. Te łagodne prawie wszystkie już wyrwane, za to odmiana okrągła, ostra niemal w całości poszła w kwiaty. Trochę się mi to nie podoba, bo miały być dwa zagony rzodkiewek, a nie jeden. Chyba w przyszłym roku nie będę w ogóle siać odmiany „Silesia”. A chciałam być regionalna… Rzodkiewki dosiałam jeszcze w puste miejsca. Może coś jeszcze z nich będzie do jedzenia. Jak nie, to się wysieje rzodkiewki na jesienne zbiory. Rzepa już ma solidnie wyglądające nad ziemię korzenie i zastanawiam się, czy już nie zaczynać jej zbierać. W sumie jest to odmiana wczesna, letnia, no a lato właśnie się zaczyna. Nie chciałabym, żeby się korzenie zrobiły drewniane, co się dzieje, kiedy przesadzi się z trzymaniem rzodkwi w ziemi. Ale z drugiej strony nie chce też się pospieszać ze zbiorem. Trzeba zerknąć na opakowanie po nasionach, co tam mądrego o zbiorach napisali. Albo po prostu wziąć i zaryzykować: wyrwać rzepę i zrobić z niej sałatkę do obiadu. Ze śmietaną, szczypiorkiem i nacią pietruszki. Pychota!

Reszta warzyw ma się coraz lepiej. Szczaw dorodnieje i za niedługo będzie mógł służyć, jako główny składnik szczawiowej zupy. Sałata, uwolniona wreszcie od ślimaków (żel ekologiczny do odstraszania naprawdę działa) zaczyna już wyglądać z wolna, jak sałata, a nie żałosne badylki. Pietruszka rośnie coraz szybciej i coraz więcej jej listków przybywa, więc nie da się nie odróżnić jej od chwastów, jak to miało miejsce jeszcze kawałek czasu temu. Por na razie trochę taki mizerny, ale ma wszak dużo czasu do jesieni, by zmężnieć. Najlepiej rośnie się za to naszym rachitycznym sadzonkom własnego chowu: kalarepie, kalafiorom, brokułom i (nawet) kapustom. Myślałam, że naprawdę nic z nich nie będzie, ale ładnieją z dnia na dzień. Groch zaczyna kwitnąć, a bób z wolna przekwita. Ciekawe, jaki będzie miał smak? Kukurydze rosną, ale daleko im do tych, które wysiano na polach. Ale myślę, że do jesieni spokojnie zdążą i zakwitnąć i dać kilka kolb. Choćby tylko ptakom na uciechę. Buraki też się wzięły za siebie i zaczynają wyglądać, jak boćwinka. Są jeszcze puste miejsca, gdzie jakoś mimo dwu prób nic nie wyrosło, to zasiejemy raz jeszcze. Będzie trochę buraków na później. Marchewka na razie idzie w nać. Czekam, kiedy pojawią się pomarańczowe zalążki korzonków. No i ciekawa jestem jej smaku. Czy będzie taka sama, jak u rodziców? Papryczki, seler i pomidory, dla których zabrakło miejsca pod folią zaczynają się dostosowywać do panujących na zewnątrz warunków. Paprykom ciemnieją liście, seler ciągnie się do słońca, a pomidory stoją dumnie wyprostowane, przeciwstawiając się pogodzie. Pomidory w tunelu już zaczynają kwitnąć. Boje się tylko, że poza kwiatami nic więcej nie będzie, bo jedynymi chyba tam przebywającymi owadami są komary. No i kilka much, których jeszcze nie przerobił na potrawkę pająk-krzyżak. Kilka dni temu zaniosłam pod folie dwie pszczoły. Strasznie senne były, niemrawe, ale z zaproszenia skorzystały i trochę się nektaru pomidorowego napiły. Zatem – może coś z tego wyniknie…? Nie wiem, czemu pod folią nie ma ruchu w pszczelo-trzmielim interesie. Wszak wciąż tunel jest otwarty na oścież i dostępny dla owadów wszelakich. Tak w ogóle, to tych owadów mało co widać na naszej działce. Nawet domek zawieszony wśród winogron nie pomaga i nie zachęca do osiedlania.  Zobaczymy… bo co jak co, ale na pomidory liczę i to bardzo. Brakuje mi przecieru, który robiłam z pomidorów otrzymanych od rodziców (z kupowanych się nie odważę robić czegokolwiek). Jest po tysiąckroć razy lepszy od tych wszystkich keczupów serwowanych na sklepowych półkach. Nic, niestety, mi nie zastąpi smaku prawdziwego pomidora i przetworów zeń zrobionych. Cukinie (trzy) wyrosłe z nasion z cukinii otrzymanej od rodziców mają się z dnia na dzień coraz lepiej. Dynia z kupionych nasion też sobie wspaniale radzi. Może dobrze, że tak niewiele ich wyrosło, bo będą miały gdzie się po grządce rozpychać. Ciekawe, jakie dadzą owoce. Niby dynie mają być olbrzymie… cukinie też do mikrusów nie powinny należeć… poczekamy, zobaczymy…

Drzewa mają się w miarę dobrze. Wiśnie tylko nam marnieją, bo się jakiś grzyb do nich przyssał i liście opadają niczym na jesień. Pan Zbyszek użyczył nam miedzianu na oprysk, ale naprawdę zastanawiam się, czy to robić teraz, kiedy dojrzewają owoce, a pod drzewem rosną warzywa niemal gotowe do zbioru. Na razie nie stać mnie na czysto ekologiczne środki (500 g  specyfiku kosztuje -bagatela – ponad 400 zł), więc się biję z myślami, co jest lepsze: czekać na zbiory i dopiero po tym zastosować preparat, czy też zrobić to jak najszybciej. Nie chciałabym, by ogołocone z liści wiśnie całkowicie obumarły. Za to brzoskwinia i orzech są obsypane owocami. Małe i niedorodne owoce zbieram. Dziennie wychodzi garść takich zaschniętych maluszków. Mówią, że to dobre tak wspomagać drzewo w owocowaniu, bo to, co zostanie, będzie miało więcej soków do rozdysponowania między siebie. A ma się co dysponować. Brzoskwinek jest trzy razy (co najmniej) tyle, co na jesieni poprzedniego roku. Może uda się oprócz ciast zrobić z brzoskwiń i jakieś dżemy, czy powidła? Zobaczymy. Jeśli chodzi o orzech, to z tego, co widzę, to nie będzie miał problemów z dociągnięciem  do rekordu 30 kg z poprzedniego roku. Mnóstwo zielonych owoców wisi między liśćmi. gorzej rzecz się ma ze śliwką, która niby owoców na dużo co roku. No cóż, w tym roku chyba odpoczywa, bo tylko pojedyncze śliwki da się wypatrzeć między gałęziami. Lepiej będzie ocenić liczebność, kiedy owoce zaczną przyjmować fioletowy kolor i odznaczać się między liśćmi. Jabłoń i gruszka na razie uczą się jak to jest być drzewem. Może za rok będą uczyły się, jak kwitnąć i może coś tam się z owoców (na tzw. spróbowanie) zawiąże. Na razie poznały, jak to jest mieć mrówki i gąsienice. Oczywiście mrówki już wytrute (nie znam na razie skuteczniejszej metody pozbycia się tych owadów niż słodki proszek), a gąsienice wysiedlone poza teren ogrodu. Nowych nie widać jak na razie. Za to listki i młode gałązki pojawiają się w ilościach hurtowych, jak na takie małe drzewka. Niech rosną. Na owoce przyjdzie czas.

Porzeczki czerwienieją coraz bardziej każdego dnia. Za chwilę będzie można je już zbierać. Nadmiaru nie będzie na pewno, bo co można zebrać z czterech, malutkich, zaniedbanych krzaczków? Ale zawsze starczy na przykład na kompot. Za to czarna porzeczka zadziwia wielkością jagód na kiściach. Toż to porzeczory są, a nie porzeczki! Już udało mi się spróbować jedną, przedwcześnie dojrzałą jagódkę. Pycha! Taka, jak porzeczka powinna być: lekko cierpka, nieco gorzka i delikatnie słodka. Szkoda, że mamy tylko jeden tak dorodny krzew. Reszta (zdobyczna z opuszczonych i porzuconych zupełnie ogródków) musi bardzo podrosnąć, zanim zacznie dawać TAKIE owoce. Winogrona zawiązują owoce i pną się po wszystkim i do wszystkiego przyczepiają wąsami. Wygląda na to, że jeśli wszystkie grona dojrzeją, to będziemy mogli oprócz przekąski i ciast, zrobić także wino. Butla na działce jest. trzeba ją tylko wyciągnąć, sprawdzić, czy jest nieuszkodzona, wyczyścić, dołożyć rurowy układ odpowietrzający i… czekać na rezultaty.

Truskawek zatrzęsienia nie ma i nie będzie, bo już z wolna zaczynają się owoce kończyć. Cóż, to co zebraliśmy, to i tak wiele, biorąc pod uwagę fakt, że owocują krzaczki, które na tą wiosnę zostały posadzone do gruntu, na przydzielone im miejsce. Zatem, moim zdaniem, to, że w ogóle owocowały, jest dość szczególnym osiągnięciem. Z jednego zbioru truskawek starcza na dwie małe miseczki. Obowiązkowo ze śmietaną. W przyszłym roku będzie tylko lepiej. Bo krzaczki już się zaaklimatyzowały na tyle, że zaczynają puszczać wąsy. W sam raz na uzupełnienie miejsc, w których sadzonki się nie przyjęły.

Zioła rosną, jak na drożdżach. Już zostały użyte do przygotowania piersi kurczęcych, które z braku lepszego pomysłu i możliwości wrzuciłam do gara z wodą i sypnęłam nie żałując kolendry, cząbru, mięty i bazylii. Odpuściłam tylko sól, bo z racji schorzenia, z jakim boryka się G. tę akurat przyprawę ograniczamy. Wystarczy, że kasza jaglana była gotowana w lekko osolonej wodzie. Mimo tego mięso wcale nie było niedobre. Inne, niż to, do jakiego się przyzwyczaiłam, ale nie niejadalne. Spróbowałam. Jeszcze na wyrośnięcie majeranku i lubczyku czekam. Bo widzę, ze siewki już się pojawiły, że już się zielenią, ale za maleńkie to to do zrywania. Nagietek tez już wyrasta i nadgania stracony w nasionach czas. Tylko patrzeć, jak będzie kwitł. Czekam jeszcze na jeżówkę i lawendę, ale z tą ostatnią może być problem, bo ciężko kiełkuje bestyjka. Zobaczymy. Ucieszy mnie nawet jedna roślinka. Zawsze mogę pozwolić się jej rozrosnąć…

W tym wpisie zdjęć, niestety, nie będzie, choć są porobione i czekają na wrzutkę. Za to mam kilka ogłoszeń:

  1. Jeśli ktoś posiada gałęzie, cienkie deski i mógłby je pożyczyć celem wsparcia płożących się już z wolna pomidorów, to będę dozgonnie wdzięczna. Wszystkie użyczone drewienka oddam na pewno. Pod folią się nie zepsują.
  2. Do poniedziałkowego popołudnia (jak dobrze pójdzie) jestem podłączona do netu tylko kilka razy dziennie, bo korzystam z internetu limitowanego w komórce, z którego limit już się powoli wyczerpuje. Na GG jestem też, ale sporadycznie. Jeśli nikt nie ma nic pilnego, może pisać, odpowiem, jak się podłączę do sieci.
  3. Jeżeli ktoś chce nas odwiedzić na działce w godzinach wieczornych, polecam natrzeć się octem, wrotyczem lub innym środkiem odstraszającym te mało sympatyczne owady, bowiem po zachodzie słońca robią się dość uciążliwe.

I to by było na tyle tym razem.

Zdjęcia (jak pisałam wyżej) będą, kiedy łącze będzie normalnej szybkości i wielkości.

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, prace ręczne, zaokienne życie

Okno na świat…

Nie pisałam tak długo, bo po pierwsze zabrali nam okno na świat (czyt. Internet), a po drugie mało co się chciało robić w deszczowy tydzień, gdzie ulewa bębniła iście jesiennie po oknach i parapetach. Ale i Internet, i słońce wróciło, więc nadrabiam zaległości we wszystkim. Tylko doba trochę za krótka…

Działka nam zarosła przez te deszcze tak, że z zadbanego ogródka stała się istną dżunglą. Cóż, będziemy ją znów doprowadzać do stanu, w którym nie będzie przypominała dzikiej łąki z elementami uprawy. Koszenia i pielenia jest naprawdę multum. Trawa wyrosła po pas w niektórych miejscach. Starczyło tylko te kilka dni deszczu. G. już naostrzył kosiarkę, więc za chwilę nastąpi pogrom naszej łąki. Może zdążę zebrać kłosy traw dla papug? Zdążę…

Plewienia też jest od groma i jeszcze trochę, bo co jak co, ale wszystko rośnie z prędkością światła, tylko nie warzywa. Już część wyskubaliśmy wspólnie z grządek. Został mi jeszcze tunel foliowy do wyskubania i cały zielnik. A potem kwietniki, bo też zarosły na dziko. Pod folią już wyskubałam pół zagonu. Obrałam też pomidory z nadprogramowych odrostów, żeby w tej ciasnocie nie zasłaniały sobie światła, krzewiąc się nadmiernie. Część krzaczków już wypuszcza kwiatostany. Jeśli rojące się przy dziadkowym bobie pszczoły zechcą je zapylić, będzie trochę pomidorów.

Na razie przeżywamy istną „plagę” rzodkiewek. Jest ich tyle, że za jednym zbiorem przynosimy na raz ponad kilogram. A i to wybieram naprawdę największe z nich. Pierwsze dojrzały podłużne rzodkiewki o bardzo łagodnym, aczkolwiek pełnym smaku. Jeden taki korzeń jest dłuższy od mojego palca. Najdłuższego. Objadamy się nimi pod wszelkimi postaciami, a i tak nie nadążamy z ich przerobem. Czy rzodkiewki można jakoś konserwować? A może ktoś chce, by się z nim tym naddatkiem podzielić? Jeśli chce, niech się kontaktuje w taki, czy inny sposób. Będziemy myśleć, jak to dostarczyć.

Brzoskwinia jest obsypana coraz dorodniej wyglądającymi owocami. Jeszcze nie są ujmujące w wielkości, ale – jeśli utrzymają się i dojrzeją wszystkie – będzie co jeść. Może nie będzie ich takie multum, jak ma to się w przypadku rzodkiewek, ale na brak narzekać na pewno nie będziemy. Gorzej rzecz się przedstawia w przypadku wiśni i śliwek. Na nadmiar tych owoców w tym roku chyba nie będziemy narzekać. A plotki głosiły, że one takie plenne, że nie przejemy. No cóż, nie zawsze może być kawior. Młoda gruszka już dostała rdzy na liściach. Mimo dbania i chuchania, podlewania i nawożenia (z głową, z głową) zachorowała. Cóż poradzić, kiedy na parcelach obok rosną sobie thuje, które to są pierwszymi żywicielami tego rdzewiszcza? A Sąsiad zamyśla cały żywopłot z thui zrobić… Bez pryskania się nie obejdzie w tym przypadku. Przyznam, że brzoskwinia dostała solidną porcję chemii zanim puściła pąki, dzięki temu tylko jeden liść się skędzierzawił, za to reszta wygląda porządnie, jak dobrze wyhodowane liście. Śliwka też dostała swoją porcję. Zapobiegawczo. Ale nie wpłynęło to na jej stan. Przynajmniej ja tego nie zauważyłam.

Winogrona się rozrastają i kwitną. Nie ściągają, niestety, zajętych zbieraniem pyłku i nektaru z dziadkowych bobów pszczół. Żaden owad nie chce też zamieszkać w domku, jaki dla tych zwierzaków naszykowaliśmy. Wciąż są wolne miejscówki do zasiedlenia. Jedyny owad, jaki się tam zalągł, to pajączek. Taki maleńki, jak główka od szpilki. Współczesnej, nie średniowiecznej. Jeśli jednak wszystkie kwiatostany przepoczwarzą się w kiście winogron, to będzie tego winogrona naprawdę sporo. Jednak na to nie liczę. Jak pokazały wiśnie – nie warto cieszyć się i obliczać ilość przed dojrzeniem owoców, bo można srogo się zdziwić.

Na krosenku wciąż ten sam wzór: kratka niebiesko-czerwona. Powoli kończy się włóczka i okazuje się, że może być problem z niebieskim kolorem. Jak na razie nie ma go w pasmanterii, w której ostatnio go kupowałam. Inne odcienie nie wchodzą w grę, bo nie będzie to ładnie wyglądać. A jeszcze trochę do utkania zostało… zobaczymy, może się uda znaleźć odpowiedni kolor.

Nic, czas się odkleić na trochę od kompa i przygotować się do wybycia na działkę, bo pracy jest zbyt wiele, by gnuśnieć w czterech ścianach.

I kilka zdjęć, żebyście mogli zobaczyć, o czym piszę 😉

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Łąka trawnikowa

Łąka trawnikowa

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zagony rzodkiewek

Zagony rzodkiewek

I kolejne rzodkiewy

I kolejne rzodkiewy

Pomagam grochom się piąć po linkach

Pomagam grochom się piąć po linkach

Rzodkiewki

Rzodkiewki

Rzut oka na "chodniczek"

Rzut oka na „chodniczek”

Fasolka szparagowa

Fasolka szparagowa

Pomidory

Pomidory

Doglądanie pomidorów

Doglądanie pomidorów

I znów zarośnięty trawnik

I znów zarośnięty trawnik

Piwonia

Piwonia

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Czerwoniutkie truskawki

Czerwoniutkie truskawki

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A tak wyrósł nam bób

A tak wyrósł nam bób

I malutkie słoneczniki.

I malutkie słoneczniki.

1 komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Nic nie robi człowiekowi tak dobrze jak…

… jak długa chwila spędzona na kontakcie z naturą.

Przez weekend dużo się zrobiło, oj dużo: a to pomidory wreszcie wyekspediowało pod folię (część wylądowała na Zielniku, tyle się tego naprodukowało), a to kalarepę, kalafior i brokuł wsadziło się w ziemię na grządkach. Obowiązkowo też wyskubałam wszystkie chwasty z warzywnika. Bez pośpiechu, bez niepotrzebnych nerwów – dwa dni i gotowe. Siedząc dwa pełne dni na działce trzeba było też i jakimś obiadem się nasycić, by sił do roboty starczyło. Zakupiłam mrożonek i na „kozie” wszystko się ładnie zagotowało, zasmażyło i zostało spałaszowane w trybie szybszym niż natychmiastowy. Oj, robota na świeżym powietrzu potęguje głód.

Rzodkiewki za niedługo będziemy mogli zbierać i jeść. Już wiążą się czerwone korzonki. Wiecie? Nie mogę się już doczekać. Taką mam ochotę na rzodkiewki z twarogiem, że aż mnie skręca!

Pisałam, że z buraczków nici? No to nie tak do końca. Jak wyskubałam chwasty, to się tego troszkę pojawiło. Co prawda nadal nie jest to wiele, ale zdecydowanie więcej niż trzy. Szału w tym roku z burakami nie będzie… Cóż, tak to jest, jak się bierze nasiona z marketu i na datę przydatności do wysiewu nie spojrzy ani nie zdziwi odmienny stan paczki. Trudno, mam nauczkę na przyszłość. Tak samo, jak z pomidorami i innymi rozsadami, których jest zatrzęsienie, a miejsca wiele nie ma. Cóż, miałam nadzieję na rekultywację ugoru, a tu – sru! – i ugór zabrali.

Bób rośnie w oczach: co przychodzę na działkę (a jesteśmy codziennie, jak tylko pogoda jest bez deszczu), to one są większe. Groch podżerają nam niedobre pomrowy. Listki wyglądają, jak znaczki pocztowe. Będzie trzeba jakiś sposób na nie wymyślić, bo nic nam z grochu nie wyrośnie, jak w takim tempie będą podjadane. W ruch pójdzie albo pułapka, albo sól, albo trutka… zobaczymy. Nie będzie ślimak wpylał nam grochu, o!

Sałata, rukola, pietruszka i por oraz cebula siedmiolatka już wyrastają zauważalnie i widocznie ponad ziemię. Jeszcze chwila i trzeba będzie przehakać ziemię między rzędami, bo ziemia u nas ma tendencję do tworzenia grubej i twardej skorupy. Rośliny przejdą przez nią bez większych problemów, w końcu nie raz widziałam, jak wyrastają wprost z asfaltu, ale dla ich prawidłowego życia i rozwoju potrzeba też napowietrzonej i przepuszczalnej w głąb gleby. A tak, jak się taka skorupa utworzy, to woda zostaje na górze tworząc tylko rozległe kałuże. A to nie sprzyja rozwojowi.

Nasze nowe krzaczki złapały mszycozę i trzeba będzie się tego tałatajstwa pozbyć jak najszybciej, zanim nie rozniesie się gdzieś dalej. Na razie stosuję terapię biedronkową, ale tym kropkowanym stworzeniom coś marnie idzie zjadanie szkodników. Chyba że tak szybko się bestie mnożą, że biedronki nie nadążają z konsumpcją? Jak biedronki nie dadzą sobie z tym rady, trzeba będzie je zebrać i zastosować wywar z tytoniu, który nie raz się sprawdził podczas uprawy parapetowej. Trzeba będzie wydać dyszkę na paczkę papierosów albo na mały zapas tytoniu.

Wiśnie pokazują coraz więcej owoców. Część z wolna się już zaczyna czerwienić. Nie, za mocno powiedziane: raczej zaczynają się zarumieniać delikatnie. Mam nadzieję, że ani się nie zepsują nim dojrzeją, ani szpaki na nie się nie połakomią, mając do dyspozycji wiele niepilnowanych drzew wokół. Brzoskwinia też zaczyna pokazywać na co ją stać. Zawczasu podparliśmy jedną z gałęzi, na której aż się roi od puszystych owoców. Też żywię nadzieję, że niewiele z nich spadnie nim dojrzeje. Ze śliwką sprawa ma się już nieco gorzej, bo trzeba bardzo wnikliwie szukać zawiązków owoców, by dostrzec wśród liści choć jedną, malutką i zieloniutką śliwkę. Za to orzech już wiąże owoce. Znów pewnie obdarzy nas hojnie 30 kilogramami orzechów włoskich. Ja tam nie mam nic przeciwko.

Winogron obsypuje się nie tylko liśćmi, ale i kwiatostanami. Jeśli każdy z nich zostanie zapylony i wyrosną z nich grona, to… trzeba będzie zamrażalkę kupić… jednak nie wierzę, że tak będzie. Nie wszystkie kwiaty wydadzą owoce – to pewne. Za dobrze by nam było. Porzeczki rosną sobie spokojnie. Trochę z nich owoców będzie. Będę musiała chyba troszkę prześwietlić krzaki i je zasilić nawozem, żeby były bardziej plenne. Truskawki zawiązują owoce. Jeszcze są zieloniutkie, ale już widać, że do ułomków należeć nie będą. Co prawda szału z ilością nie będzie, ale do przekąszenia się trochę znajdzie. Tak, na złapanie smaku.

G. zabrał się za naprawę naszej Ruderki, by trochę jeszcze nam posłużyła, jako schowek na narzędzia i schronienie przed deszczem. Poprawiliśmy mocowania papy i linoleum, które zalega na dachu, uszczelniając dziury. Poszedł w ruch młotek i gwoździe z podkładkami, deski, kamienie i teraz już żaden wiatr nie poderwie tych prowizorycznych łat. Dodatkowo poprawiona została rynna, by woda deszczowa spływała do beczki, a nie na trawę, niszcząc ją. Nawet podstawianie wiadra nic nie pomagało i w tamtym miejscu jest łysy placek bez trawy. Półrury z PCV, które udają rynnę, zostały ułożone na nowo, a ich łączenia zasklepione silikonem. Teraz już nic nie powinno przeciekać pomiędzy, ja to się działo do tej pory. Jeden koniec rynny zaślepiliśmy, żeby jeszcze bardziej zmusić wodę do spływania w stronę beczki. Pozostaje jeszcze obić Ruderkę z zewnątrz, naprawić kawał spalonej, połatanej byle jak ściany i zamontować „kozę” na stałe wewnątrz, wyczyścić i odnowić meble, poukładać wszystko na nowo i już można się cieszyć w pełni działką. Na nowy domek trzeba będzie trochę poczekać, bo na raz nie wyłożymy tyle pieniędzy, by zapłacić za materiały i ewentualną pomoc fachowców. A pomysłów kilka już mamy…

Słońca też trochę złapałam, a ono złapało mnie. Nawet mimo kremu z filtrem +50.  Już nie pamiętam, kiedy moja skóra miała okazję do zmiany koloru. Dotąd każde lato było spędzane na turniejach lub w pracy, czy w mieszkaniu, więc z dala od słońca. Jedyne, co dawało radę się opalić na turniejach, to dłonie. Nic więcej. W tym roku będzie ciut inaczej, bo i turniejów wiele mnie nie czeka (finanse w tragicznym stanie), a i działka domaga się codziennej uwagi, więc będę za jakiś czas „skwarką” prosto z naturalnego solarium „Pod Chmurką”.

A na koniec zbiorcze zdjęcia z weekendu. Miłego oglądania.

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha :)

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha 🙂

Konwalie

Konwalie

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Widok na Zielnik

Widok na Zielnik

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Białe gwiazdeczki

Białe gwiazdeczki

Puchate brzoskwinki

Puchate brzoskwinki

Jaskry na trawniku

Jaskry na trawniku

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Zielone truskawki

Zielone truskawki

I kolejna porcja koloru rabatowego

I kolejna porcja koloru rabatowego

Orliki

Orliki

Orliki... strasznie lubię te kwiaty.

Orliki… strasznie lubię te kwiaty.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Orlikowa rabata

Orlikowa rabata

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

A oto i pędy winogronowe.

A oto i pędy winogronowe.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

I konwalie raz jeszcze.

I konwalie raz jeszcze.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie ;)

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie 😉

4 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie