Tag Archives: tkactwo

Jak z bicza trzasł

Dni lecą, jak wściekłe przed siebie, nawet nie wiem, jak je ogarnąć na tyle, żeby zrobić wszystko, co muszę i co poplanowałam. Ziemia i rośliny z wolna przygotowują się do zimy, choć za oknem jeszcze temperatura bliższa latu niż jesieni, choć aura niekiedy już jesienią zawiewa.

Pisałam, ze postanawiam pisać co niedzielę? Taaa… ja i moje postanowienia. No, nie potrafię wytrwać w nich i tyle, jeśli nie dotyczą czegoś naprawdę ważnego.

Ostatnio dopadła nas jakaś choroba, ale z pomocą ziół i silnej woli już wychodzimy na prostą. Co prawda mój „ukochany” łeb wyłączył mnie skutecznie na weekend (a miałam go spędzić w „polu” przy robocie). Przespałam całą niemal sobotę i ponad pół niedzieli. Nic nie zrobiłam. Jestem strasznie zła na siebie, ale kiedy ledwo mogę się utrzymać w pozycji wertykalnej, siedząc na tyłku, to jak mogłabym się utrzymać na nogach i jeszcze być aktywną? I żadne zabiegi mające na celu ból ten usunąć nie skutkują. Jak złapie, to nie ma przebacz.

A z przyjemniejszych rzeczy? Cóż… mam pracę. Bardzo dorywczą. I nie ma z niej jakichś strasznych zarobków, ale w obecnej sytuacji nie pogardzę żadnym groszem.

Plony, choć zakusy pomrowów były srogie, jednak się udały. Na półce już brakuje miejsca na nowe słoiki, a jeszcze nie skończyłam z przetworami. Mówiąc oględnie jestem w połowie ogarniania tego tematu. Cieszy mnie to niezmiernie, bo znów będzie co jeść przez zimę i nie tylko. I to z roślin, które nie znają sztucznych nawozów i chemii. Jakoś tak z wolna zaczynam się coraz mocniej odnajdywać w kuchni, choć nadal nie lubię stać przy garach. A jak już o staniu… moja kochana zmywarka dokonała żywota w kłębach śmierdzącego paloną izolacją dymu… dobrze, że byliśmy wtedy w domu, bo jak nic cała kuchnia by się mogła spalić, jeśli nie całe mieszkanie! Szczęściem w nieszczęściu, umarła tylko zmywarka. Zatem mam teraz dodatkową robotę: zmywanie, które „uwielbiam” na równi ze sprzątaniem. Ale cóż mogę na to poradzić? Przecież nie będę układać stosów brudnych naczyń, wyjmując z szafki coraz to nowsze. Aż taką bałaganiarą nie jestem.

W małym pokoju już stoi komplet szaf i szafek. Powolutku zaczynam układać swoje i nie swoje rzeczy warsztatowe, żeby się nie walały po całym domu. Dzięki temu pół przedpokoju wygląda, jak przedpokój, a nie składowisko wszystkiego. W samym małym pokoju już zaczyna wszystko wyglądać bardziej pokojowo i trochę warsztatowo. W sumie nie mogę się doczekać, zeby wreszcie usiąść i zacząć tkać, bo tak mnie do krosien ciągnie, jak nigdy. A jeszcze przecież krosna duże są do ogarnięcia w garażu i chodniczki do utkania! Na te ostatnie zbieram już materiały. Wolniutko, bo i portfel nie zasobny, ale zbieram. I też się nie mogę doczekać możliwości rozpoczęcia pracy na nim.

Ach! Od wczoraj mieszka z nami mały, pierzasty rekonwalescent z uszkodzonym skrzydłem. Mianowicie jaskółka dymówka. Została znaleziona przez mojego znajomego H. w trakcie konnej przejażdżki. Teraz ją podkarmiam tym, co upoluję w domu. Wszak to mięsożerca pełnym dziobem. Cóż, moim marzeniem było posiadać mięsożernego sokoła albo jastrzębia, a stanęło na jaskółce. Cóż zrobić? Jakie fundusze, takie jastrzębie…

Tyle podsumowania na dziś. Postaram się teraz już regularniej wrzucać wpisy na bloga, choć nie obiecuję poprawy. Zdjęć też dziś nie zamieszczę. Nie mam do tego głowy… która nadal boli.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, papużki, prace ręczne

Wiosna w lutym

O temperaturze na tzw. „minusie” na razie można zapomnieć. O śniegu – tym bardziej. Na razie mamy słońce, trochę chmur i iście wiosenne ciepełko. Od niedzieli ma być mniej przyjemnie, bo zaczną się deszcze.

Skoro aura robi sobie takie „anomalie”, a kolano nadal nie domaga, postanowiłam to wykorzystać. Wyciągnęłam z piwnicy rower, Herę ubrałam w szelki (a raczej uprząż) i hajda w las! Z tego wynikł dwojaki pożytek, bo nogi się nie męczą, jak podczas marszu, czy biegu, a psisko się wylata, a i jeszcze rower od czasu do czasu pociągnie, więc dla mnie to już w ogóle frajda. Oczywiście nie biję Hery batem, nie zmuszam do wyścigów i pracy ponad siły: pod górkę pedałuję; jak widzę, że na chwilę obecną ma dość, to też jej pomogę i nieco odciążę. Bardziej traktuję to jako zabawę, a nie faktyczne przygotowanie do zawodów psich zaprzęgów. Na drobnicę ptasio- gryzoniową już mało co reaguje, na szczęście, więc jazda rowerem nie prowadzi do gwałtownych skrętów na boki. Przy tym rower też nie bardzo dobrze znosi takie psie wyprawy. Wczoraj stracił jeden z hamulców. Dobrze, że mam jeszcze ten drugi z tyłu, bo serwis rowerowy czynny jest co drugi dzień, więc będę musiała poczekać do piątku albo i dłużej (kwestia finansowa), by tą usterkę naprawić. Póki jeszcze działa drugi hamulec, można jeździć. Wolniej, bez wariactw i szaleństw.

Niestety, filmów i zdjęć na chwilę obecną nie będzie, bo aparatu, telefonu, czy kamery ze sobą nie zabieram.

A po lesie fruwa, skacze i biega cała masa żyjątek: ptasia drobnica, wiewiórki itp. stwory, które są, a za chwilę znikają gdzieś w poszyciu, na drzewach, między stertami suchych konarów. Przyszły i dziki, sarny i inne jelenie, nęcąc zapachem i swoją obecnością. W sobotę dwa psy już puściły się w gon. Dlatego też Herę prowadzamy na specjalnie na tę okazję wyciągniętej długiej smyczy. Bieganie i ciąganie roweru to też w sumie pomysł z potrzeby chwili. Wolę, by się wyszalała i zmęczyła w taki sposób, niżby miała zagonić jakieś zwierzę, bo jej nie upilnuję i nie odwołam, jak poprzednim razem, kiedy poszła – jedynie! – za tropem.

A pomiędzy spacerami i wycieczkami po lesie rowerem? Ano, krosno cały czas osnute: jak skończę tkać jedno, zaraz zaczynam drugie. Będę się chwalić na swoim rzemieślniczym blogu, to macie, jak w banku!

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, pieseł, prace ręczne

Nie zasypiamy gruszek w popiele

Robota idzie teraz jakoś tak… jak po grudzie. To, co wcześniej robiło się wręcz samo, teraz wymaga większego skupienia, większej ilości sił, a i po robocie mocniej odzywają się mięśnie, nie przywykłe jeszcze do pracy na „roli”. I to nie zmęczenie, czy znudzenie, bo i energia się nie skończyła, a i żadnego rozczarowania pracą na działce nie zaliczyłam, więc i o znudzeniu mowy nie ma. Może dni nie takie? Może pogoda nieodpowiednia? No bo i siąpi, i pada, i chmur pełno…

Pracujemy do zmierzchu. Codziennie. Dlatego, że robota nam obojgu jakoś się nie klei. A może po prostu roboty jest teraz więcej? Bo i drugi warzywnik trzeba przekopać do końca, a już wiele nie zostało: może dzień, może najdalej dwa i będzie można robić kolejne grządki. Na mniejszym warzywniku już wszystko, co można było siać, jest posiane. Została jeszcze jedna parcela i pewnie tam wyrośnie fasolka. Oczywiście, jak się ją posieje. A tak, to już wysialiśmy wszystkie rzodkiewki i rzodkwie, jakie udało nam się znaleźć w sklepach ogrodniczych, cebule, groch i bób. No i słonecznik. Z dedykacją dla Chico. On po prostu na słoneczniku został wychowany (tak, tak, błędy żywieniowe z lat 90. ubiegłego wieku) i uwielbia wydziobywać świeże nasiona wprost z koszyczka kwiatowego. Będzie miał teraz swojski, ekologiczny słonecznik z działki, a nie z jakiegoś sklepu. Kiedy drugi warzywnik zostanie przekopany, grudy ziemi rozbite, a grządki wyznaczone, będzie można przesadzić niedobitki truskawek spod folii i zacząć tam ziemię przygotowywać dla pomidorów i papryk. I może jeszcze dla innych warzyw…? Zależy co i ile się tego zmieści.

Zioła już też są w części posiane i póki co obrasta je trawa, którą wyrywam sukcesywnie i na bieżąco. No i po grządkach łażą mi koty działkowe. Pół biedy, jak łażą, gorzej, jak zaczynają się na tych grządkach załatwiać, rozgrzebując przy okazji świeżo wysiane nasiona. Gdyby nie ta drobna nieścisłość i szkodliwość przebywania kotów na naszym skrawku, byłyby zwierzętami mocno pożądanymi, bo wczoraj przyniosły nam w prezencie nornicę. Martwą oczywiście. Kulek, pies Pana Bezdomnego już się w jej zezwłoku zdążył wytarzać chyba ze trzy razy, coby poprawić swój psi zapach.

Na oknie w rozsadach rosną pięknie pomidory i papryki. Wykiełkowały nawet siewki pomidora, którego nasiona straciły przydatność do użycia już w 2008 roku. Co prawda tylko pięć krzaczków, ale i tak jestem szczerze zdziwiona, bo nie spodziewałam się ani jednego. Kalarepa, brokuły i kalafiory wyglądają już nieco mniej okazale… Cóż, były moimi pierwszymi siewkami i rozsadami i na pewno zrobiłam im dużo złego, bo na nich się uczyłam. Nie tracę jednak nadziei, że coś z nich wyrośnie, bo zielenią się na potęgę. Zobaczymy. Jak nic z tego nie wyjdzie, to będziemy kombinować za rok nieco inaczej i na pewno już będzie lepiej. W tym sezonie robimy więcej rzecz „na czuja”, korzystając z wiedzy zawartej w Internecie lub podpytując się moich rodziców: co z czym i jak. Mimo tego, nadal czuję się, jak dziecko we mgle. Ale u mnie to norma: początki zawsze są takie obce, ostrożne i niepewne. Kiedy już poznam podstawy, będę czuć się zdecydowanie swobodniej i pewniej. A na razie do wyznaczania grządek służy mi prosty patyczek i miarka drewniana, coby dobrze odstępy rzędów zrobić i w dobrej odległości nasiona wysiać. I możecie się z tej mojej nieudolności śmiać, ale wolę być śmieszna i mieć jakieś plony, niż robić z siebie chojraka i nie wiadomo jaką znawczynię uprawy warzyw, kwiatów i ziół i potem patrzeć na puste grządki, bo nic na nich nie wyrosło. Za kilka lat miarka będzie mi zbędna… chyba… A nawet jeśli nie, to cóż… będę siać od linijki już zawsze.

Dostaliśmy wczoraj przesyłkę z czosnkiem niedźwiedzim. Ciekawa roślina. Mam nadzieję, że się przyjmie i będzie nam rósł na potęgę, bo zwykłego czosnku jeść nie mogę, więc może ten nie będzie powodował i mnie nieprzyjemnych sensacji po skonsumowaniu. A do niektórych potraw czosnek jest po prostu niezbędny, nadając im charakterystyczny smak. Miejmy nadzieję, że plany związane z tą rośliną, nie okażą się niewypałem kulinarnym.

Kiedy nie jestem na działce, to sobie siedzę przy krosenku i kończę krajkę. Troszkę mi się nie udała, niestety. Chyba za długo nie tkałam i problem z nierównymi brzegami rozwiązałam dopiero pod koniec tkania. Trochę za późno, no ale… mam nauczkę, że nie wolno dawać sobie wolnego na długi czas, bo potem się tylko traci, a nic nie zyskuje. Zobaczymy, jak mi pójdzie z drugim projektem, który mam na myśli…? Może, skoro już poćwiczyłam na tym, to będzie lepiej?

Do tego wpisu zdjęć nie dołączę, bo – najzwyczajniej w świecie – nie starczyło mi czasu na ich zrobienie za dnia, a wieczorem, z lampą błyskową nie wychodzą już tak ładnie, jakbym chciała.

Nic, trzeba się obudzić do końca i zaplanować prace na dzień dzisiejszy, choć churzyska za oknem nie nastrajają pozytywnie…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Szaro-buro i ponuro

Pogoda w kratkę (zwłaszcza, kiedy jest deszczowo i szaro za oknem) trochę mnie dołuje. Nie umiem się zebrać w sobie i coś zrobić szybko i sprawnie. Wszystko mi się ślimaczy, wypada z rąk. Z chęcią bym po prostu siedziała i patrzyła w ekran komputera. I to całkowicie bezmyślnie, bo myśleć też ciężko. Nie lubię takiego stanu. Wolę, kiedy jest słońce, bo wtedy wszystko mi wychodzi, wszystko mi się chce i potrafię szybko uwinąć się z zadaną sobie robotą.

Krajkę w serduszka dziś już na pewno skończę, bo został mi do wytkania tylko maleńki skrawek. Ot, najdalej godzinka posiedzenia przy krosenku. Planuję na szybko utkać jeszcze jedną krajkę. Też z myślą o przerobieniu jej na pasek, więc chyba znów nie będzie osnuwana wełna, a anilana. Mrocznie, ale przynajmniej „gryźć” nie będzie. Zastanawiam się, gdzie ja wcisnęłam sakiewki z monogramem? Przydałoby się je zszyć, wykończyć ładnie i może komuś się spodobają…? Tylko gdzie ja je wsadziłam…? hmmmm…

Jak co niektórzy zauważyli na wczorajszym opisie z komunikatora, mam za sobą dwa dni testowania, czy nadaję się do pracy w księgarni. Co prawda krótki epizod z księgarnią mam w swoim dorobku zawodowym. Nawet z dwoma księgarniami. Niestety, nie wiem, czy to właśnie wystarczy do tego, by wygrać konkurs na pracownika. Pożyjemy, poczekamy, może kiedyś zadzwoni telefon z informacją, że mogę zaczynać od jutra. Na przykład. Może…

Póki co, na razie skupiam się na planach warsztatowych, które bardzo chciałabym wprowadzić w życie. Nawet jeśli mnie przyjmą do pracy, to i tak będę w stanie takie warsztaty z powodzeniem prowadzić. Kuzynka I. pomogła mi przy wymyślaniu haseł, które nadadzą się na tytuł tych zajęć, by były chwytliwe i przyciągały wzrok i zaciekawiały. Tak po prawdzie, to ona wymyśliła te lepsze i ciekawsze. Moje są płaskie i mało ujmujące. Jeszcze tylko muszę z nich wszystkich wybrać ten najciekawszy slogan i… rozsyłać ofertę po domach kultury i ewentualnie szkołach. Może coś się uda złapać… oprócz kataru.

Nic, za chwilkę będzie godzina ósma, czyli czas na rozpoczęcie zaplanowanych na dziś prac wszelakich. To ja się z wolna odklejam od komputera, życząc wszystkim miłego dnia.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Kwiecień – plecień…

… bo przeplata trochę zimy, trochę lata. Przysłowia mądrością narodu. Jak jeszcze w poniedziałek człek mógł się cieszyć słońcem i ciepłem, tak we wtorek wszyscy mogli podziwiać iście jesienną aurę: deszcz, deszcz ze śniegiem, a nawet i solidne płaty śniegu spadające z szarych, nisko zawieszonych chmur. Cóż, taki czas, kiedy pogoda zdradliwą jest i – owszem – jest to uciążliwe, ale przecież było tak zawsze, że przedwiośnie zasypywało nas całą gamą przeróżnych warunków pogodowych. Nawet długa zima, jak w tym roku nie jest jakąś dziwną nowością i anomalią, bo nie raz się to zdarzało. Na ten przykład jakieś ponad 30 lat temu w Wielkanoc można też było sobie na sankach pojeździć. Na Saharze tez od czasu do czasu spadnie śnieg. Wielkie mecyje. Lato będzie, wiosna też już zaraz się pojawi, a że szarówka i zima zmęczyła wszystkich, to nie ma o czym już pisać. Teraz zaraz już tylko słońce, ciepełko i multum narzekań: czemu tak gorąco?

A ja sobie spokojnie kończę krajeczkę w serduszka. Potem planuję utkać jeszcze jedną krajkę, ale chyba już bez „wodotrysków”. Obie pójdą na przerobienie i staną się zgrabnymi paskami do współczesnych spodni. Kilka jest już testowanych i testy wypadają pomyślnie, więc wróżę pewien (na pewno nie oszałamiający) sukces tym wyrobom. A potem… potem zabiorę się za ćwiczenie kratek. Znaczy będę ćwiczyć tkanie kraciastej tkaniny, żeby zobaczyć, jak się to w ogóle robi i czy w ogóle wyjdzie. Jak będzie ładnie, to się pochwalę. W innym przypadku – nic nie zobaczycie. Brzydkich rzeczy nie powinno się pokazywać ludziom, bo to tak nie ładnie.

Za 10 dni jedziemy (o ile nic nie pokrzyżuje nam planów) na pierwszy w tym sezonie turniej. Muszę wyciągnąć z szaf ciuchy, poprzeglądać je, pocerować, ponaprawiać (zwłaszcza swoją kiecę z brązowego, grubego płótna, bo już wygląda naprawdę źle. Ba! Wręcz tragicznie). Tak po prawdzie już się nie mogę doczekać. Po poprzednim sezonie czuję niedosyt, bo wyjazdów mało, a i na Grunwaldzie nie byliśmy. W tym roku również nie będziemy. Szkoda. Mimo całego mrokokoko i cyrku wokół Inscenizacji, lubię tam jeździć. Po prostu ciągnie mnie klimat wytworzony w Chorągwi Tczewskiej i rubaszny humor artylerzystów. Tęskno mi do nich, bo to naprawdę równe chłopaki są. Tak myślę, że może by się udało zrobić obóz taki tylko dla nas…? Gdzieś w okolicy…? Pomyślimy, zobaczymy. Na razie nie mogę planować tak daleko, bo być może szykują się dość drastyczne zmiany w moim życiu i jeśli się pojawią, dopiero będę mogła decydować, co dalej. Póki co, można myśleć i planować na papierze i w marzeniach.

No i panowie od parkingu wrócili wreszcie do pracy. Według tablicy informacyjnej parking miał zostać oddany do użytku w lutym tego roku. Szczęśliwie mamy już kwiecień. No cóż, Polska. Ciekawe tylko, czy starczy im kostek brukowych, czy będą ich musieli dokupić parę palet, bo ludziska powybierali dość sporo tego z pozostawionych bez nadzoru paczek. Nie wyrobili się na czas, to teraz będą mieli koszty. Przy tym, kto widział, żeby prace modernizacyjne odkrytych placów robić w zimie?

Nic, trza się trochę za robotę wziąć, a nie siedzieć całymi dniami przy kompie.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, prace ręczne, turnieje, zaokienne życie, życie

Wiosna! Ach, to ty!

Od dwóch dni wiosna wreszcie zdecydowała się przyjść w nasze progi. Słońce nagrzewa powietrze i ładuje mi akumulatory tak, że chce mi się chcieć. Wczoraj cały dzień sobie tkałam krajeczkę w serduszka oglądając przy okazji serię programów o wypadkach lotniczych. Ot, chyba żeby zrównoważyć euforię, którą rozbudziło we mnie słońce. Utkana krajka wygląda naprawdę imponująco, kiedy tak patrzę się na część utkaną, nawiniętą na „bęben”. Dużo jej. Chcę ją przerobić na paski. takie współczesne. Może się uda? Może komuś się spodobają?

Z racji tego, że jest coraz cieplej, ruszyłam znów z sianiem warzyw i ziół, by potem przenieść je w rozsady, a w końcowej fazie na warzywne grządki i do zielnika, który z wolna powstaje na działce tuż przy tunelu foliowym. Miałam kilka zeszłorocznych papryczek ostrych (chyba chili). Okazało się, że były dość zasobne w nasiona, więc jeśli wszystkie warunki okażą się sprzyjające, będzie dużo ostrych papryczek do wykorzystania. Rozkruszane skorupki wysuszonych owoców chyba lekko pyliły, bo zaczęło mnie kręcić w nosie i drapać w gardle. Cóż, pierwszym odruchem było przytkanie paluchów do nosa. Tak, tak… chili jest zdecydowanie lepsze do oczyszczania nosa od mentholu. Gdyby tylko jeszcze nie rozgrzewało skóry do czerwoności, to pewnie byłby dobry środek na katar. Zatoki też mi przy okazji wyczyściło. Ale przez dobre 10 minut ciężko było nawet oczy otworzyć. I ciesze się, że mnie oczy nie zaswędziały podczas babrania się z papryczkami… szczypanie w nosie jeszcze jakoś ścierpię, ale oczu…? Aż strach pomyśleć. W każdym bądź razie nasionka zostały posiane, szczodrze poczęstowane wodą i zafoliowane, żeby wilgoć nie uciekła za szybko. Mam nadzieję, że większość z nich urośnie, bo terminy przydatności do wysiania były naprawdę różne. A zdecydowaną większość nasion kupowałam w tym roku. Chyba tylko dwa opakowania były dość leciwe, jak na nasiona. Miejmy nadzieję, że za niedługo będzie zielono w siewnikach.

Trzeba będzie na działce zacząć prace porządkowe: folię na tunelu posklejać, warzywniak przekopać, opryskać brzoskwinię, żeby kędzierzawki nie miała i śliwę, by torbielowatości nie nabyła, bo w tamtym roku nikt nie zbierał owoców, więc wisiały sobie i gniły, grzybiejąc z wolna, co wcale nie jest takie zdrowe dla drzewa. Zatem dostanie porcję odgrzybiacza, żeby nic jej nie było. A brzoskwinka już miała kędzierzawe liście w tamtym roku, więc na pewno będzie miała i w tym. Trzeba by też poprzycinać i poprześwietlać trochę drzewa, bo nieco zdziczały wygląd mają. Zwłaszcza śliwka. No i trochę Ruderkę ponaprawiać, bo musi nam służyć, póki nie nazbieramy na ładniejszą altankę. Roboty naprawdę mnóstwo. I już na pewno bylibyśmy w połowie robót, gdyby zima nie trwała tak długo. No cóż, będzie trzeba przyspieszyć, żeby zdążyć z tym, co wymaga określonych ram czasowych.

Papużki dostały drugą w tym roku kąpiółkę, ale tylko Draśka skorzystał z niej tak, jak się winno korzystać: wlazła cała do talerza i się wytomkała w wodzie. Reszta zrobiła to, jak francuska dama: odrobinkę na dziobek i rozchlapać, napuszyć piórka… o, tyle starczy. Ciptuszki. Nawet się porządnie umyć nie potrafią. Teraz, oczywiście, mają czas na wymianę garderoby, a ja zbieram ich prześliczne pióra wręcz garściami. Myślę, co z nich zrobić i już parę pomysłów mam na zagospodarowanie papuziego pierza. Nie tylko na poduszki.

Nic, chwila na herbatę się skończyła, trzeba trochę ogarnąć mieszkanie i zrobić coś do przekąszenia na obiad.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie

Nie no… tak być nie może…

No, nie może tak być, że mi się krosno pokrywa kurzem razem z osnową i napoczętą krajką. Sprzątanie mi naprawdę zbrzydło i na razie muszę  ale to muszę zrobić coś innego, bo mnie jakaś deprecha zaczyna kąsać coraz mocniej. No i zrobienie czegoś przyjemnego, odwróci uwagę od śnieżycy i szarości za oknem. Zatem siedzę sobie i dłubię krajkę w serduszka, którą miałam plan wydłubać na Walentynki… no i nie wydłubałam. Jak ją skończę, to spróbuję znów oswoić swój kołowrotek. Może – dzięki poradom internetowych Prząśniczek – uda mi się wreszcie uprząść runo, które zalega mi w piwnicy?

Póki co, zjem sobie na śniadanie wczorajszy obiad (krokiety z farszem cebulowo-imbirowym – pyyycha, mówię Wam), dopiję jedną herbatę, zrobię sobie drugą i wrócę do dłubania krajki.

Miłego dnia życzę wszystkim 🙂

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie