Tag Archives: sprzątanie

Z zimnej zimy prosto w wiosnę

03-03

Imieniny miesiąca. A ja mam powoli dość wszystkiego. Bo wszystko mnie boli. Nie, nie złapałam grypy. Jedynie cały wczorajszy dzień tapetowaliśmy mały pokój. Coś jednak poszło nie tak, bo mamy dziś kilka kawałków do poprawki. Z jednej ściany tapeta zlazła prawie całkiem, choć i zagruntowanie było porządne, i tapeta tak napuszczona klejem, że aż rwała się w palcach. Cóż, będziemy myśleć, jak to naprawić. Kleju jeszcze spory słoik został, a i tapety w dość dużych kawałkach też jeszcze są do dyspozycji.

Choć planowałam zacząć odrabiać zadania domowe do szkoły, to jednak nie miałam takiej możliwości: jak zaczęliśmy się bawić z tapetowaniem o 9 rano, tak skończyliśmy o 22:30. Jeszcze dziś nogi wychodzą mi uszami.

A pogodowo? Zima o sobie przypomniała. Trochę sypnęła mokrym, topiącym się śniegiem. Tylko dzięki temu jest więcej błota w lesie. A że ścieżki zostały rozjeżdżone przez sprzęt do wycinki i transportu drzew, to się chodzi często po kostki w błocie.

04-03

Dziś chyba wreszcie skończymy bój z tapetami. Po wczorajszych poprawkach wszystko się trzyma ścian i nie wykazuje chęci odczepienia się od nich. Tyle dobrze. Jeszcze tylko pasek ozdobny u góry przykleić i można przestawiać meble na miejsca. Nareszcie będzie normalnie! Będę mogła w końcu coś zrobić tak w „warsztacie”, jak i w kuchni, bo wszystko jest znów wywrócone do góry nogami.

08-03

Pogoda pieści, lecz mój „kochany” łeb nie chce rozpieszczać i znów się zdecydował, że będzie boleć. I jak tu przeżyć zajęcia, gdzie trzeba myśleć i zapamiętywać? A przynajmniej uważać, żeby nie walnąć gafy.
Jak sobotnią teorię psychologiczno-socjalną przeżyłam w miarę, tak niedzielną praktykę masażu mogłam już nie dać rady. Ale od czego są praktyki masażu? Od praktykowania masowania czyichś skostniałych mięśni i pokrzywionych gnatów, prawda? Zatem zostałam dopieszczona ponad dwoma godzinami na kozetce. Najpierw wprawionymi palcami i dłońmi wykładowcy, a potem wprawiającymi się rękami koleżanki z grupy. Pod koniec miałam już naprawdę dość. Już mi się nie chciało leżeć, bo głowa nie chciała przestać boleć mimo wszystko, a podparta na dłoniach jeszcze bardziej miała chęć boleć. Mimo tego mogłam spokojnie przejść do zadań praktycznych i sama nauczyć się technik, których jeszcze nie znałam, a także poprawić te, które dotychczas stosowałam. A potem jeszcze wysiedzieć godzinę na podsumowującej teorii.

Teraz widzę, że czeka mnie naprawdę mnóstwo pracy. Zwłaszcza nad usuwaniem „narowów”, które się nagromadziły przez długi czas, kiedy to okazyjnie bawiłam się w masażystę, wykorzystując to, co pamiętałam z własnych doświadczeń, jako osoba rehabilitowana masażem. No i notatki muszę na czysto przepisać, bo z bazgrołów uczyć się ciężko.

Mały pokój, czyli nasza pracownia i miejsce odpoczynku sierściuchów jest już prawie gotowe do użytku. Zostało tylko zanieść tam krosno, ustawić je w wyznaczonym miejscu i już. Ach, no i dokleić malutki pasek bodera, bo nam zabrakło. Okazało się, że pokój ma w obwodzie (i tak zmniejszonym dzięki zabudowanej szafie) więcej niż 10m. Ma 12m i trochę… Resztę bodera spróbuję wykorzystać w inny sposób, niż dla niego zaplanowany.

Jeszcze G. chce pomalować sufity w dużym pokoju, czyli naszej salono-sypialni i w przedpokoju. Szafka do kuchni powolutku się robi: na razie stelaż i szkielet koszyków, które później trafią w moje ręce, by zostać oplecione konopną taśmą. A mieszkanie z wolna odzyskuje świeżość i blask.

Nic, idę umierać dalej, a jutro (jeśli łeb da sobie siana) zacznę znów porządkowanie.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, nauka

Zima, zima, zima…

Zapadało, zasypało wszystko na biało. Przynajmniej miasto przez jakiś czas będzie wydawało się czyste. Do pierwszych roztopów. Z opadów najbardziej cieszy się Hera. Robi za koparkę do śniegu. Zwłaszcza, jak się bawi z innym psem. Niestety, śnieg działa moczopędnie. I potrzebny jest dodatkowy spacer. A na spacerze wychodzi z Hery Wadera. Wszystkie psy muszą być pod nią. W sensie dosłownym i w przenośni. Cóż, kiedy ma się przed sobą takiego złego i wściekłego psa, to lepiej albo uciekać, albo się położyć, żeby gryzienie nie było zbyt bolesne.

Strasznie wściekły złeseł :P

Strasznie wściekły złeseł 😛

Hera03 Hera04

Tydzień, jak zwykle zleciał na sprzątaniu. Pierwszy etap czyszczenia dużego pokoju już za mną. Łazienka również została wypucowana. W kuchni już działam i robi się powolutku przestronniej. I tu się pojawia pytanie: czy ktoś wie, jak sobie poradzić z białym nalotem na blacie? Nie wiem skąd się wziął, aczkolwiek podejrzewam naszą wodę o to przestępstwo na okleinie. Czy macie jakiś sprawdzony sposób na przebarwienia na meblach? Z góry dziękuję za wszystkie sugestie.

W sobotę, jak zwykle zrobiliśmy sobie LAN Party, bo przecież Aion czekać nie może. Zbyt długo. A poziomy same się nie zrobią, kinahy czarodziejsko się nie pojawią na koncie. Przy tym granie w grupie jest przyjemniejsze niż w pojedynkę. No i można pokonać dzięki temu trudniejsze moby. No i zawsze w grupie jest weselej.

Wygłodniałe kukurydze... to nasze alter ego ;)

Wygłodniałe kukurydze… to nasze alter ego 😉

Dobra walka nie jest zła :)

Dobra walka nie jest zła 🙂

Wygłupy naszej grupy :P

Wygłupy naszej grupy 😛

Zasłużony odpoczynek po dobrym ekspieniu :D

Zasłużony odpoczynek po dobrym ekspieniu 😀

A niedzielny poranek rozpoczęliśmy od skromnego, ale pysznego śniadania. Na stole pojawiły się domowe konfitury ze śliwek, wypieczony w sobotę chleb i marynowane podgrzybki z pobliskiego lasu. I ser z pobliskiego marketu. Oraz czajniczek pełen gorącej, zielonej herbaty.

Niedzielne śniadanko :)

Niedzielne śniadanko 🙂

Konfitury, gdy je pakowałam do słoików, wydawały się być bardziej „spalone”, bo i też przywarły do dna garnka zbyt mocno, jednak, gdy je spróbowałam, okazały się być idealne w smaku. Nie za słodkie, nie za bardzo „przydymione”. Takie w sam raz. Za to grzybki wyszły bardzo łagodne. Nie są niesmaczne, ale inne niż te, do których jestem przyzwyczajona. Chyba będę musiała dać następnym razem nieco więcej octu.

I tak oto rozpoczął się nowy tydzień…

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, pieseł, życie

Wiosenne porządki

Pękłam. Po prostu pękłam. No, już strzymać nie mogłam i pękłam. Pękłam i posprzątałam. I jak to zrobiłam, to się przyzwyczaić nie mogę do tego, że jest tak dużo miejsca, że nie trzeba przeskakiwać przez leżące na podłodze szpargały, że nie trzeba uważać i patrzeć od nogi, żeby się nie potknąć. Nawet mam ładnie udekorowaną szafkę w przedpokoju. Jak nigdy jeszcze! No szok po prostu.

Tydzień roboty od rana niemal do wieczora, ale – mówię Wam – opłacało się. Jeszcze może nie do końca jest tak, jakbym chciała, jeszcze trochę szpargałów stoi na widoku (ale nie pod nogami), jednak brak na nie miejsca w szafach, a do piwnicy są za dobre i za potrzebne tak o, pod ręką. Chyba zainwestuję w dodatkowe szafki wiszące. Miejsca na ścianach jeszcze trochę jest, więc czemu nie?

Teraz łapiemy się na tym, że wchodząc do mieszkania, drzwi otwieramy powoli i delikatnie – jak zwykle, kiedy za nimi przy ścianie stały rzeczy, które przy uderzeniu mogły się przewrócić – głównie wielki karton, w którym przysłano mi kołowrotek. Potem w przedpokoju uważamy na to, gdzie stawiamy stopy, by nie nadepnąć na coś, co leżało sobie kiedyś, a czego już nie ma. W kuchni też stajemy z dala od szaf i lodówki, sięgając i wyciągając się do szuflad i blatów – z przyzwyczajenia. Mamy z tego niezły ubaw.

Cóż, perfekcyjną Panią Domu, to ja nigdy nie byłam i nie będę. Ale się staram. 😉

4 Komentarze

Filed under ogólnie, życie

Zwykły poranek

Tak sobie siedzę i klikam porannie… Trzeba przeklikać parę gier, które szkoda mi zostawić na zatracenie, choćby Hodowlę moich wirtualnych koni, bo tylko takie mogę posiadać…

Popijam sobie kawę zbożową i powoli się dobudzam, planując sobie zajęcia na dzisiejszy dzień. Skończyłam wczoraj omiatać wszystkie kąty w dużym pokoju, więc kurzyki zostały zdecydowanie poskromione i wygonione (miejmy nadzieję) na zawsze. Wypadałoby się dziś zająć kuchnią, bo łazienka jest co tydzień dogłębnie czyszczona.

Niechcący wczoraj pogoniłam pająka. Znaczy, pajęczaka, bo to chyba kosarz był… co prawda był tak opasły, że ledwo się na nogach trzymał i mało był podobny do standardowego kosarza. Mam nadzieję, że to nie będzie mu przeszkadzało w dalszym polowaniu na zjawiające się w domu insekty.

Tęsknie wyglądam dnia, kiedy już będę miała wszystko posprzątane, gotowe i czyste, bo wtedy wreszcie będę mogła usiąść do krosna, do haftu, czy innych rzeczy, za którymi tęsknię i chciałabym do nich wrócić, jak najszybciej.

Przeraża mnie jedynie przekopanie się przez mały pokój, który z powodzeniem służy za składzik wszelkich różności, jakie przydadzą się kiedyś… Trzeba będzie je wynieść do piwnicy. Wcześniej jednakże tę piwnicę również posprzątać… ech… roboty zatrzęsienie, a chęci do sprzątania malutko. Po prostu nie lubię sprzątać i koniec.

W Aionie życie płynie zdecydowanie szybciej. Oprócz zabijania potworków trzeba zbierać rośliny, które umożliwiają wykonanie mikstur, czy jedzenia lub ubrania, a potem to wszystko – po odpowiednim połączeniu z innymi składnikami – przerobić. No i pozostają już tylko dwie drogi: użyć samemu lub sprzedać innym do użytku. Wieczory są na to wszystko za krótkie, a po nocach jakoś nie za bardzo chce się siedzieć. Chyba przez pogodę, bo od kilku dni jest ciemno, pochmurno i śnieży… przez to tez mi trudno się zabrać do roboty, bo bardziej mi się spać chce, niż robić cokolwiek… ta zima jest wyjątkowo pochmurna i szara… bardzo przydałoby się więcej słońca… a może nawet i wiosna… muszę zrobić porządek na parapecie w kuchni i powoli zacząć wysiewać ziarna, bo wszak za chwilę trzeba będzie zacząć działkowanie i to już tak na poważnie. W sumie… już nie mogę się tego doczekać…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, prace ręczne, życie

Długaśna przerwa

Nie było mnie tu chyba z dwa miesiące…

Ten czas tak szybko leci, że człek ani się obejrzy, a tu już nowy dzień, tydzień, miesiąc i rok…

Przeżyłam koniec świata. Kolejny zresztą. Następny zapowiadają na 14-15 lutego, bo do Ziemi leci sobie asteroida, która najpierw miała ok. 4 km średnicy, a ostatnio rozrosła się do 40 km. Przeleci pomiędzy Księżycem a Ziemią i nikt nie wie, co się może stać. A mnie już powoli słabi to życie od końca świata do końca świata. Nic, tylko straszą ludzi, żeby wyciągnąć kasę na bunkry, specjalne racje żywnościowe, które mają być zdatne do spożycia do końca świata i jeden dzień dłużej.

A życie codzienne? No, jakoś się kręci. Od wypłaty do opłacenia czynszów i rachunków. Potem zostaje wegetacja. Tak, nadal nie mam pracy. W najlepszym wypadku rzecz kończy się na rozmowie kwalifikacyjnej i dalej ni hu hu… Zatem doprowadzam nasze mieszkanko do stanu prawie „na błysk”, bo jakoś trzeba żyć, a lepiej się żyje w czystym, niż zasyfionym. Ale tęsknię już za krosnem, czy za lucetem, nawet za igłami i nićmi i stosem materiałowych ścinków. Ale najpierw sprzątanie, którego nie lubię, potem nagroda…

Odizolowałam się od świata, bo miałam po prostu serdecznie wszystkiego dość. W domu też nie było najciekawiej, bo było duże prawdopodobieństwo, że zostanę sama… z kolejnym nagrobkiem. Jeśli zatem ktoś poczuł się dotknięty brakiem kontaktu ze mną, to najmocniej przepraszam, ale inaczej nie umiem radzić sobie z niedospanymi nocami, stresem i strachem o życie i zdrowie osoby, na której mi zależy.

NaNoWriMo też poszło się kochać, bo w szpitalnej poczekalni raczej niezbyt działa natchnienie, a myśli błądzą zupełnie po innych tematach, niż jakieś tam opowiadanie na konkurs. Kolejna szansa zaprzepaszczona, no ale… może jeszcze kiedyś zostanę słynną pisarką, jak Andre Norton, czy J.K. Rowling… kiedyś…

Powoli zaczynam tęsknić za działką. Zastanawiam się, jak truskawki się mają i czy w ogóle jeszcze żyją? Czy nikt nam w Ruderkę nie wparował i nie powyciągał z niej rzeczy, na które na pewno nie byłoby nas teraz stać: od łopat poczynając, na lodówce kończąc. Tak, stoi sobie tam stara lodówa, która mam zamiar zreaktywować, kiedy już zaczną się zbiory. Kozę też trzeba zamontować we wnętrzu Ruderki, by wraz z pierwszymi roztopami, mimo chłodu móc zacząć tam prace porządkowe. Ciekawe, czy woda z rzeczki podejdzie aż do nas? Ach, no i czekam z wytęsknieniem na bardziej słoneczny dzień, by pojechać jeszcze w tym miesiącu i pobielić drzewka, by nie popękały od słońca na wiosnę… tylko, jak na złość wciąż pada śnieg, jest pochmurno i zimno, a ja w takich warunkach długo nie popracuję…

A że jest zimno, to widać po mazurkowym stadku za oknem. Przylatują już o świcie do karmnika pełnego resztek z wolierkowego stołu całym, rozćwierkanym stadem. Tak na moje oko, to liczy sobie ono spokojnie 20 sztuk szaroburych, skrzydlatych stworków. Wróble pojawiają się rzadko. Częściej już można dopatrzeć się sikorek. A ja nadal nie mogę się nadziwić, że mazurki przylatują tutaj, do miasta, kiedy w podręczniku do biologii, którego używałam w podstawówce (nie pomnę już w której z klas) było wyraźnie napisane, że ten kuzyn wróbla domowego nigdy, ale to przenigdy nie pojawia się w miejscach zamieszkałych przez ludzi, kurczowo trzymając się leśnych zakątków. A tu – proszę – całe stado wróblich komandosów żywi się na resztkach popapuzich. I naprawdę robią przy tym tyle hałasu, że potrafią przekrzyczeć wolierowce. I to przez szybę. O bajzlu, jaki robią już nie wspomnę. Będzie dużo sprzątania na dachu i w rynnie.

Podsumowując zatem: żyję, wegetuję… z czasem zacznę wracać do kontaktów ze światem rzeczywistym… a jakby ktoś chciał mnie spotka w nierzeczywistym, to popołudniami jestem w Atreii, gdzie wcieliwszy się w postać Asmodianki

pomagam ocalić świat przed totalną zagładą. Tak naprawdę to biegam i wypełniam powierzone mi zadania, próbując dorobić się fortuny. Jakby zatem ktoś miał ochotę na grę, to zapraszam do AION. Bliższe informacje, gdzie dokładnie można mnie znaleźć, prześlę zainteresowanym na pocztę e-mail. Tylko ostrzegam – gra jest naprawdę duuuuża. Tak pojemnościowo (30 GB wolnego miejsca na dysku), jak i pod względem lokacji (wielkość i ilość jest niesamowita).

Zatem do zobaczenia. Tu lub tam.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, papużki, pisarstwo, rozrywka, zaokienne życie, życie

Prace porządkowe i nie tylko

Definitywnie odmówił współpracy nasz cieknący czajnik bezprzewodowy. Zaśmierdział spalonym plastikiem, kapiszonem i przegrzaną instalacją i się skończył. Cóż, póki nie przytargamy z garażu czajnika, który jeździł z nami w trasy, będziemy musieli zadowolić się gotowaniem wody na gazie.

Niby dziś można zobaczyć niebieski księżyc. No to se zobaczyłam… niebo od rana jest zaciągnięte chmurami i co chwilę pokapuje z nich deszcz. Rzecz nie zmieniła się do teraz. Obawiam się o jutrzejszy trening 😦 Ja chcę sobie w końcu postrzelać i wypróbować nowe strzały, no! Chamska pogoda: cały tydzień napierniczało słońce, jak głupie, a teraz stwierdziło, że ma wolny weekend… kolejny pod rząd :/ Mnie się to w ogóle nie podoba 😦

Dziś znów posiedziałam trochę nad haftem i mogę powiedzieć, że za niedługo będę wypełniać obrys kolorami. To jeszcze nie koniec mojej zabawy w tworzenie nowej jałmużniczki, bo w tamborku mieści mi się tylko połowa wymaganej długości. Można powiedzieć, że jestem w niemal w 1/4 prac.

Popołudnie – oczywiście, bo jakże by nie – spędziliśmy na działce. Kropiło, więc zamiast żąć, zabrałam się za porządkowanie Ruderki. Wygoniłam większość pająków (z dużą pomocą G.) i wyczyściłam wszystkie szafki z zewnątrz. Przemyłam delikatnie jedno z „okien”, a raczej świetlików, uważając, by nie wypchnąć go z framugi. Podłoga też dostała swoją porcję wody, dzięki czemu nie pyli się tak strasznie, jak wcześniej, bo się kurz nie podnosi, gdy się chodzi po Ruderce. Naczynia i sztućce pozostawione nam w spadku zostały umyte dogłębnie (dwa razy puściłam zmywarkę na pełny cykl), więc będzie można sobie coś przekąsić, gdy będziemy się działkować.

G. w tym czasie położył płytki chodnikowe przy wejściu na działkę. Są o niebo lepsze niż ten kawał gumy, który podczas deszczu zbierał całą wodę i ją radośnie zatrzymywał, przez co wejście na działkę przypominało Wielką Pardubicką. Bo gumiaków jeszcze nie mamy na stanie 😉

Pod folią siewki ślicznie kiełkują, aż serce rośnie. Wiem, że rzodkiew będę musiała nieco przerzedzić w niektórych miejscach, gdzie rośliny rosną „w kupie”. Aż mi żal je przerywać 😦

Na jabłonce chciała zamieszkać gąsiennica. Zawinęła się w listek, okokoniła i myślała, że nikt jej nie zauważy. Cóż, trafiła nieszczęśliwie, że na jabłonkę, to mam nadzwyczajne baczenie. No i została wyeksmitowana w siną dal. A przy wyciąganiu kolejnych płyt chodnikowych, nachomikowanych przez poprzednią właścicielkę działki (chwała jej za to), odkryliśmy, że kątniki wcale takie malutkie nie są, jak to w mieszkaniu je widać. Poznawanie rozmiarów następowało stopniowo: od mniejszego, po giganta. Gigant miał około 10 cm długości. Odwłoka. Dla mnie to ponad siły. Poziom adrenaliny osiągnął maksymalne stężenie w mojej krwi. Brrr…

Jeszcze jutro podskoczymy z odkurzaczem i przejadę trochę tapicerowane meble, żeby nie brudziły, jak się ktoś zechce na nich usadzić. No i trzeba grilla przygotować na wieczór, bowiem ze znajomymi z NKGK umówiliśmy się na „Pożegnanie lata”.

Dziś zdjęć niewiele, bo skończyłam pracę dopiero po zapadnięciu zmroku. Owszem, aparat ma zamontowaną lampę błyskową, ale ja jakoś nie lubię robić fotografii z jej użyciem. Nie podoba mi się efekt, jaki powstaje przy rozbłysku. No, koniec pisania, oto zdjęcia:

 

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie

Powolutku, pomalutku…

… kroczek za kroczkiem porządek wkracza do smoczej jaskini. W czeluściach niszczarki nikną stare, niepotrzebne od lat papierzyska, pod szmatką znikają kurzyki, wszystko z wolna odzyskuje swoje miejsce i kolory. Takie późnoletnie porządki… zamiast wiosennych 😉

2 Komentarze

Filed under życie