Tag Archives: słonecznik

Rocznicowe świętowanie

Tyle się dzieje, że nie mam czasu na dłużej siąść do komputera, żeby coś naskrobać.

W pracy głupieją, wymyślają niestworzone rzeczy, godzin dodają, roszady robią – ogólnie rozpirzają w drobny mak coś, co działało i dawało pozytywne i pożądane efekty. Ale tak to jest, jak ktoś się nie zna, a jest na kierowniczym stanowisku i próbuje się wykazać. I nie przetłumaczysz, że z gówna bicza nie ukręcisz…

Na działce wszystko rośnie, dojrzewa, więc za chwilę będę znów zakopana w kuchni po uszy w słoikach. A te powoli przestają się mieścić w kredensie w piwnicy. Mam jeszcze zapasy z 2013 roku, czyli pierwszego pełnego sezony na naszym skrawku wsi w mieście. Ale nie ma strachu – w zamrażalce jest jeszcze sporo miejsca.

Pszczoły obsiadły słoneczniki. Będzie pyszny miód i równie smaczne ziarenka :D

Pszczoły obsiadły słoneczniki. Będzie pyszny miód i równie smaczne ziarenka 😀

Pierwsza dynia.

Pierwsza dynia.

I druga dyńka.

I druga dyńka.

Zapasy na zimę.

Zapasy na zimę.

W tym roku stuknęło nam piętnaście lat, jak jesteśmy w sformalizowanym i przyklepanym pieczątką i błogosławieństwem związku. Całe półtorej dekady. Naprawdę nie wiem, kiedy to minęło? Jeszcze tak niedawno nawet nie byłam w żadnym związku, a tu już tyle czasu razem!

W związku z tym postanowiliśmy zrobić małe przyjęcie w restauracji dla najbliższych. Nie wszyscy zaproszeni się zjawili, bowiem choroby pozbawiły ich takiej możliwości. Szkoda, bo mi ich bardzo brakowało. Ale cóż, niektórych spraw nie da się przeskoczyć.

Każdego dnia jestem niezmiernie wdzięczna każdemu, kto pomógł nam w przygotowaniach do ślubu i w jego trakcie. Nie umiem dziękować, nigdy mi to nie wychodziło, ale jestem wdzięczna całym sercem rodzicom po obu stronach, rodzeństwu, kuzynostwu i każdemu członkowi rodziny oraz znajomym, że chcieli być, że chcieli pomóc, że nadal są.

A oto nasz drugi tort „weselny”:

Nie zdążyłam zrobić zdjęcia nim pokroili tort, ale i tak widać, co miało być widoczne :) Komuś kawałeczek? ;)

Nie zdążyłam zrobić zdjęcia nim pokroili tort, ale i tak widać, co miało być widoczne 🙂 Komuś kawałeczek? 😉

Reklamy

2 Komentarze

Filed under domowo, kuchennie, rolniczo, życie

Nie obijamy się, pracujemy…

Aż dziw bierze, że z naszej malutkiej parceli tyle idzie wyciągnąć. Działeczka ma ok. 3,5, może 4 ary, z czego większa część jest zajęta przez Ruderkę i trawnik z drzewami owocowymi oraz tunel. Dwa małe warzywniki, podzielone zostały na malutkie grządki, które rodzą na potęgę! Już mamy słoje z ogórkami nastawionymi do kiszenia, już są słoiki z marynowanymi rzodkiewkami, za chwilę dojrzeją pomidory, śliwki i mirabelki, a ogórki nadal kwitną i rosną… jeszcze w kuchni czeka na przerób 12 kg cukinii, a na grządkach chyba tyle samo będzie, jak te, które właśnie rosną dojrzeją i nie zerwie ich działkowy żulik. Dynia też zwiększa z wolna swój obwód, a kolejne rosną i mają się coraz lepiej, doganiając liderkę. Kalarepy już gotowe do przerobienia… są gigantyczne: najmniejsza ma 1,2 kg, a największa 1,7 kg. Potwory!

Dziś po pracy pojechałam od razu – jak to mam we zwyczaju mówić – w pole. Wczoraj też. Jutro prawdopodobnie będzie tak samo… zajęłam się odchwaszczaniem rabaty pod winogronem, bo sporo zielska tam narosło. Głównie perzu i nawłoci kanadyjskiej. Ograniczyłam też życiową przestrzeń jednej roślince, co się rozkłączyła na potęgę, a służy jedynie za osłonę dla pomrowów. A tych ostatnich nie lubimy za to, co zrobiły w poprzednim sezonie. Oj, nie lubimy… W pracach jestem dopiero w połowie rabaty, ale już widać pozostałe przy życiu kwiaty. Silne są. Skoro przetrwały takie zaniedbanie, przetrwają wszystko. Przy tym nie pasuje mi tam rabata kwiatowa w ogóle. Na ścianie domu porasta winorośl, trzeba się do niej dostać swobodnie, żeby odpowiednio o nią zadbać. Nie pomaga w tym klomb z mnóstwem kwiatów wszelkiej maści. To samo tyczy drugiego jego końca, gdzie kwiaty rosną tuż pod śliwą. Nie dość, że jak owoc tam spadnie, to przepadnie ślimakom na radochę, to jeszcze na drzewo wejść ciężko, bo wszystko w tym przeszkadza, a zadeptać szkoda… z wiśnią sprawa ma się tak samo… dlatego bardzo ograniczyłam ilość kwiatów… a raczej ilość ta sama się ograniczyła, walcząc o przetrwanie z chwastami. Trudno. Działkę kupowałam nie do ozdoby, a do uprawy warzyw i owoców oraz ziół. Ziół w tym roku nie będzie, niestety, nie zdążyłam ich wysiać. Zielnik w konsekwencji zamienił się w chwastnik… ale jak tylko ogarnę to, co ważne na grządkach, zajmę się i nim. Wszystko musi poczekać na swoją kolej, przykro mi. Czas mój nie chce być z gumy. Moje siły też długo się uzupełniają, choć staram się wysypiać porządnie. Z utęsknieniem wypatruję poniedziałku, bo to mój jedyny wolny dzień w tygodniu.

Oto garść fotografii, jak u nas na działce wygląda sprawa i jak się rzeczy mają:

dzialka708 dzialka709 dzialka710 dzialka711 dzialka712 dzialka713 dzialka714 dzialka715 dzialka716 dzialka717 dzialka718 dzialka719 dzialka720 dzialka721 dzialka722 dzialka723 dzialka724 dzialka725 dzialka726 dzialka727 dzialka728 dzialka729 dzialka730

Dodaj komentarz

Filed under rolniczo

Wind of Change

28-05

Odpoczywam między egzaminami. Za chwilę będzie nowy, a potem kolejny. No i sobotni, drugi dzień Wystawy stoi pod znakiem zapytania, bo wsadzili – oczywiście – kolejny egzamin. Wszyscy mi mówili, że po czwartkowym święcie na pewno nie będzie zajęć, a tu – niespodzianka. Nic, jakoś postaram się to tak załatwić, żeby być w dwóch miejscach (prawie) na raz. Bo ani z egzaminu, ani z Wystawy zrezygnować nie chcę i nie mogę.

Zimno nadal. Zmarzłam wczoraj strasznie. W robocie, gdyby nie gorąca herbata, umarłabym z zimna. Do wieczora się rozgrzewałam, siedząc w ciepłych, grubych ciuchach i skarpetkach na nogach. Dzisiejszy dzień też nie wygląda zachęcająco, a wyjść z domu trzeba i pozałatwiać trochę ważnych spraw. Szarówka za oknem nie pomaga w pracach tak domowych, jak i działkowych. Irytuje mnie to, bo na ten przykład wczoraj po robocie chciałam sobie na spokojnie zasiąść do prac rzemieślniczych, a padłam twarzą na pysk. Zasnęłam w dzień, jak nigdy, bo chora nie jestem, a takie rzeczy zdarzają mi się tylko, kiedy podupada moje zdrowie.

29-05

Wróciła słoneczna i ciepła pogoda. Szkoda tylko, że nie mam czasu na roboty „polowe”, bo czas biegnie nieubłaganie i nie chce na nic poczekać. No ale… musiałam odbyć kolejną rozmowę kwalifikacyjną i pójść na popołudniowe zajęcia, a pomiędzy tym wszystkim zdążyłam jeszcze poskładać wysuszone pranie i zrobić wiązadełko. A miałam dziś posprzątać mieszkanie…

Cóż, z rozmowy kwalifikacyjnej wyszło to, że… bendem ochroniarkom! Praca wzięła i znalazła się sama wręcz i bardzo szybko wszystko poszło, bo jeszcze wczoraj rano nie miałam nawet nadziei na jakąkolwiek pracę, niż ta w ciuchach. Wieczorem przeszłam się do znajomej Z., żeby dotrzymać jej nieco towarzystwa, bo się pochorowała niefajnie i potrzebowała rozmowy o wszystkim i niczym, więc nie odmówiłam. Przy okazji, całkowicie przypadkiem dowiedziałam się, że w jednym z marketów potrzebują do roboty w ochronie na wczoraj wręcz. Stwierdziłam – co mi szkodzi spróbować? Podałam swój numer telefonu i zupełnie bez emocji czekałam na odzew. W końcu w takiej pracy nie mam żadnego doświadczenia, więc mogą nie chcieć kogoś takiego, kogo trzeba uczyć od podstaw. I wcale by mnie to nie zdziwiło. Rano dzwonił sobie telefon, a jakże. Po pierwsze głos wyciszony do zera (była psiapsiółka dzwoniąca często o drugiej, trzeciej nad ranem z niebywale „ważną” sprawą mnie tego nauczyła), a po drugie na spacer z piesełem nie zabieram komórki, bo mimo, że staroć, to jej utrata zabolałaby bardzo. Ale jak oddzwoniłam, to się umówiłam na rozmowę. Na rozmowie zostałam przemaglowana z każdej strony i wyszłam obronną ręką, bo w poniedziałek mam jechać podpisywać umowę, a od sobotniego popołudnia zaczynam szkolenie. I znów „pole” będzie stać odłogiem… jedzenia nie będzie na zimę… ech… i tak źle, i tak niedobrze…

30-05

Dzień zaczyna się trochę nieprzyjemnie: głowa chce zacząć boleć. Już podejmuję odpowiednie kroki, żeby do tego nie dopuścić. W końcu dziś długi dzień, jutro zajęcia w terenie, na które tak bardzo czekam od długiego czasu. Nie ma przebacz – trzeba być na nogach.

Za chwilę zaczynam zajęcia. Mózg nie chce się ruszyć i trochę zacząć pracować, mimo tego, że wstałam tuż po szóstej rano. Nadal nie mogę się dobudzić. I tak jest od dłuższego czasu: zasypiam prawie od razu, jak się położę tak pomiędzy dziesiątą a jedenastą wieczorem, a budzę się nadal zmęczona o szóstej rano. I budzę się nie za sprawą budzika, na siłę. Chyba potrzebuję chwilę odpoczynku, a jak na razie na to się nie chce zapowiedzieć. Tak po prawdzie, to bym się z chęcią poturlała na działkę i tam przesiedziała cały dzień. Bo nawet jak robię tam coś fizycznie, zmęczę się, to jakoś tak mi zdecydowanie lżej jest później. Może w tygodniu, po pracy pójdę od razu coś tam podziałać, bo bliżej będę mieć na działkę, niż do domu. Się zobaczy się…

31-05

Dzisiejszy dzień zapowiadał się tragicznie. Nie mogłam się zwlec z łóżka, bo było mi strasznie niedobrze, do tego dochodził ból głowy, problemy z oddychaniem i ogólnie osłabienie. No po prostu zdychałam. Ale się zawzięłam, zebrałam w garść i poszłam na dzisiejsze zajęcia pod chmurką, bo dziś uczestniczyliśmy w charakterze personelu pomocniczego w Biegu im. Powstańców Śląskich. Masażem pomagaliśmy przed wysiłkiem, by rozgrzać mięśnie, a po nim – by nie zrobiły się tzw. zakwasy. Masowaliśmy wszystkich chętnych, a wielu z nich było ozdobionych medalami. Zabawy mieliśmy co niemiara, ale i mnóstwo pracy. Na koniec, po biegu mieliśmy pełne ręce roboty, tyle osób decydowało się oddać w nasze ręce. Skończyliśmy po godzinie piętnastej. Do domu wróciłam naprawdę wykończona, ale zadowolona. Nauczyłam się więcej, dowiedziałam się też nieco o pracy masażysty i zrozumiałam, że się na razie nadaję do masowania osób gruboskórnych.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

Na działce udało się wysadzić i posiać wszystkie warzywa, jakie mieliśmy w planie. Hurra! Mogę teraz zająć się Zielnikiem, a potem zaraz przeskakuję w kwiatki. Dobrze by było jeszcze Ruderkę nieco naprawić: dach położyć, który by nie przeciekał, naprawić ścianę spaloną przez Pana Żula, a załataną na odpiernik, odmalować na zewnątrz, wymienić szybę, co nam kura bażancia rozbiła i wtedy już będzie ładnie i schludnie. A na razie wygląda to tak:

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Malutki jeszcze słonecznik.

Malutki jeszcze słonecznik.

Fasolka już też rośnie.

Fasolka już też rośnie.

I fasolka solo.

I fasolka solo.

Malutki groszek.

Malutki groszek.

I kwiat brokuła.

I kwiat brokuła.

Cukinie też już rosną.

Cukinie też już rosną.

Ogórki nie zostają w tyle.

Ogórki nie zostają w tyle.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

Zagonik kapuściany.

Zagonik kapuściany.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł... znaczy liści.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł… znaczy liści.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

Grządka z selerami.

Grządka z selerami.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

Jeszcze dziś się wybieram na szkolenie, żeby zaliczyć zamknięcie dnia. Tak bardzo już nie mam sił. Zwłaszcza, że jutro zapowiada się dość długi dzień, wypełniony po brzegi załatwianiem spraw przeróżnych.

6 Komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa, rolniczo

Lato! Lato wszędzie!

Już był pierwszy dzień lata. Pogoda iście letnia: w słońcu 40 stopni Celsjusza, niebo prawie bez chmur i od czasu do czasu burza. Trochę za szybko przyszły upały i mój organizm ma pewne obiekcje, gdy chcę pracować na „polu”. A roboty naprawdę jest dużo: głównie to walka z chwastami. Takie moje działkowe syzyfowe prace.

Z wolna upiększamy nasz skrawek wsi w mieście. Powstaje nowe ogrodzenie, a już stoi nowa furtka. Stoi w takim miejscu, że już nikt raczej nie zaskoczy mnie pojawiając się nagle od tyłu. Pan Zbyszek robi to nagminnie, doprowadzając mnie nie raz na skraj zawału serca. Stoją też już słupki, niemal gotowe na przyjęcie nowej siatki, bo stara głównie składa się z rdzy. Niech no tylko beton porządnie stężeje.

Na ugorze dostaliśmy kawałek ziemi. Słupki stoją i czekają na siatkę. Potem ziemia poczeka na rekultywację i oczyszczenie, by móc ja wykorzystać na zagony pod kolejne warzywa. Trochę mnie martwi fakt, że Sąsiad wziął i cały ugór potraktował Roudapem (czy jak się to to pisze), a to cholerstwo jest trujące. Słyszałam, że przez co najmniej 2 lata odradza się hodować jakiekolwiek jadalne rośliny na takiej ziemi. Chyba że na tą „zatrutą” ziemię wysypie się dużo ziemi czystej… nie wiem naprawdę. Zobaczymy, jak to z tym będzie…

Rzodkiewki powoli się kończą. Te łagodne prawie wszystkie już wyrwane, za to odmiana okrągła, ostra niemal w całości poszła w kwiaty. Trochę się mi to nie podoba, bo miały być dwa zagony rzodkiewek, a nie jeden. Chyba w przyszłym roku nie będę w ogóle siać odmiany „Silesia”. A chciałam być regionalna… Rzodkiewki dosiałam jeszcze w puste miejsca. Może coś jeszcze z nich będzie do jedzenia. Jak nie, to się wysieje rzodkiewki na jesienne zbiory. Rzepa już ma solidnie wyglądające nad ziemię korzenie i zastanawiam się, czy już nie zaczynać jej zbierać. W sumie jest to odmiana wczesna, letnia, no a lato właśnie się zaczyna. Nie chciałabym, żeby się korzenie zrobiły drewniane, co się dzieje, kiedy przesadzi się z trzymaniem rzodkwi w ziemi. Ale z drugiej strony nie chce też się pospieszać ze zbiorem. Trzeba zerknąć na opakowanie po nasionach, co tam mądrego o zbiorach napisali. Albo po prostu wziąć i zaryzykować: wyrwać rzepę i zrobić z niej sałatkę do obiadu. Ze śmietaną, szczypiorkiem i nacią pietruszki. Pychota!

Reszta warzyw ma się coraz lepiej. Szczaw dorodnieje i za niedługo będzie mógł służyć, jako główny składnik szczawiowej zupy. Sałata, uwolniona wreszcie od ślimaków (żel ekologiczny do odstraszania naprawdę działa) zaczyna już wyglądać z wolna, jak sałata, a nie żałosne badylki. Pietruszka rośnie coraz szybciej i coraz więcej jej listków przybywa, więc nie da się nie odróżnić jej od chwastów, jak to miało miejsce jeszcze kawałek czasu temu. Por na razie trochę taki mizerny, ale ma wszak dużo czasu do jesieni, by zmężnieć. Najlepiej rośnie się za to naszym rachitycznym sadzonkom własnego chowu: kalarepie, kalafiorom, brokułom i (nawet) kapustom. Myślałam, że naprawdę nic z nich nie będzie, ale ładnieją z dnia na dzień. Groch zaczyna kwitnąć, a bób z wolna przekwita. Ciekawe, jaki będzie miał smak? Kukurydze rosną, ale daleko im do tych, które wysiano na polach. Ale myślę, że do jesieni spokojnie zdążą i zakwitnąć i dać kilka kolb. Choćby tylko ptakom na uciechę. Buraki też się wzięły za siebie i zaczynają wyglądać, jak boćwinka. Są jeszcze puste miejsca, gdzie jakoś mimo dwu prób nic nie wyrosło, to zasiejemy raz jeszcze. Będzie trochę buraków na później. Marchewka na razie idzie w nać. Czekam, kiedy pojawią się pomarańczowe zalążki korzonków. No i ciekawa jestem jej smaku. Czy będzie taka sama, jak u rodziców? Papryczki, seler i pomidory, dla których zabrakło miejsca pod folią zaczynają się dostosowywać do panujących na zewnątrz warunków. Paprykom ciemnieją liście, seler ciągnie się do słońca, a pomidory stoją dumnie wyprostowane, przeciwstawiając się pogodzie. Pomidory w tunelu już zaczynają kwitnąć. Boje się tylko, że poza kwiatami nic więcej nie będzie, bo jedynymi chyba tam przebywającymi owadami są komary. No i kilka much, których jeszcze nie przerobił na potrawkę pająk-krzyżak. Kilka dni temu zaniosłam pod folie dwie pszczoły. Strasznie senne były, niemrawe, ale z zaproszenia skorzystały i trochę się nektaru pomidorowego napiły. Zatem – może coś z tego wyniknie…? Nie wiem, czemu pod folią nie ma ruchu w pszczelo-trzmielim interesie. Wszak wciąż tunel jest otwarty na oścież i dostępny dla owadów wszelakich. Tak w ogóle, to tych owadów mało co widać na naszej działce. Nawet domek zawieszony wśród winogron nie pomaga i nie zachęca do osiedlania.  Zobaczymy… bo co jak co, ale na pomidory liczę i to bardzo. Brakuje mi przecieru, który robiłam z pomidorów otrzymanych od rodziców (z kupowanych się nie odważę robić czegokolwiek). Jest po tysiąckroć razy lepszy od tych wszystkich keczupów serwowanych na sklepowych półkach. Nic, niestety, mi nie zastąpi smaku prawdziwego pomidora i przetworów zeń zrobionych. Cukinie (trzy) wyrosłe z nasion z cukinii otrzymanej od rodziców mają się z dnia na dzień coraz lepiej. Dynia z kupionych nasion też sobie wspaniale radzi. Może dobrze, że tak niewiele ich wyrosło, bo będą miały gdzie się po grządce rozpychać. Ciekawe, jakie dadzą owoce. Niby dynie mają być olbrzymie… cukinie też do mikrusów nie powinny należeć… poczekamy, zobaczymy…

Drzewa mają się w miarę dobrze. Wiśnie tylko nam marnieją, bo się jakiś grzyb do nich przyssał i liście opadają niczym na jesień. Pan Zbyszek użyczył nam miedzianu na oprysk, ale naprawdę zastanawiam się, czy to robić teraz, kiedy dojrzewają owoce, a pod drzewem rosną warzywa niemal gotowe do zbioru. Na razie nie stać mnie na czysto ekologiczne środki (500 g  specyfiku kosztuje -bagatela – ponad 400 zł), więc się biję z myślami, co jest lepsze: czekać na zbiory i dopiero po tym zastosować preparat, czy też zrobić to jak najszybciej. Nie chciałabym, by ogołocone z liści wiśnie całkowicie obumarły. Za to brzoskwinia i orzech są obsypane owocami. Małe i niedorodne owoce zbieram. Dziennie wychodzi garść takich zaschniętych maluszków. Mówią, że to dobre tak wspomagać drzewo w owocowaniu, bo to, co zostanie, będzie miało więcej soków do rozdysponowania między siebie. A ma się co dysponować. Brzoskwinek jest trzy razy (co najmniej) tyle, co na jesieni poprzedniego roku. Może uda się oprócz ciast zrobić z brzoskwiń i jakieś dżemy, czy powidła? Zobaczymy. Jeśli chodzi o orzech, to z tego, co widzę, to nie będzie miał problemów z dociągnięciem  do rekordu 30 kg z poprzedniego roku. Mnóstwo zielonych owoców wisi między liśćmi. gorzej rzecz się ma ze śliwką, która niby owoców na dużo co roku. No cóż, w tym roku chyba odpoczywa, bo tylko pojedyncze śliwki da się wypatrzeć między gałęziami. Lepiej będzie ocenić liczebność, kiedy owoce zaczną przyjmować fioletowy kolor i odznaczać się między liśćmi. Jabłoń i gruszka na razie uczą się jak to jest być drzewem. Może za rok będą uczyły się, jak kwitnąć i może coś tam się z owoców (na tzw. spróbowanie) zawiąże. Na razie poznały, jak to jest mieć mrówki i gąsienice. Oczywiście mrówki już wytrute (nie znam na razie skuteczniejszej metody pozbycia się tych owadów niż słodki proszek), a gąsienice wysiedlone poza teren ogrodu. Nowych nie widać jak na razie. Za to listki i młode gałązki pojawiają się w ilościach hurtowych, jak na takie małe drzewka. Niech rosną. Na owoce przyjdzie czas.

Porzeczki czerwienieją coraz bardziej każdego dnia. Za chwilę będzie można je już zbierać. Nadmiaru nie będzie na pewno, bo co można zebrać z czterech, malutkich, zaniedbanych krzaczków? Ale zawsze starczy na przykład na kompot. Za to czarna porzeczka zadziwia wielkością jagód na kiściach. Toż to porzeczory są, a nie porzeczki! Już udało mi się spróbować jedną, przedwcześnie dojrzałą jagódkę. Pycha! Taka, jak porzeczka powinna być: lekko cierpka, nieco gorzka i delikatnie słodka. Szkoda, że mamy tylko jeden tak dorodny krzew. Reszta (zdobyczna z opuszczonych i porzuconych zupełnie ogródków) musi bardzo podrosnąć, zanim zacznie dawać TAKIE owoce. Winogrona zawiązują owoce i pną się po wszystkim i do wszystkiego przyczepiają wąsami. Wygląda na to, że jeśli wszystkie grona dojrzeją, to będziemy mogli oprócz przekąski i ciast, zrobić także wino. Butla na działce jest. trzeba ją tylko wyciągnąć, sprawdzić, czy jest nieuszkodzona, wyczyścić, dołożyć rurowy układ odpowietrzający i… czekać na rezultaty.

Truskawek zatrzęsienia nie ma i nie będzie, bo już z wolna zaczynają się owoce kończyć. Cóż, to co zebraliśmy, to i tak wiele, biorąc pod uwagę fakt, że owocują krzaczki, które na tą wiosnę zostały posadzone do gruntu, na przydzielone im miejsce. Zatem, moim zdaniem, to, że w ogóle owocowały, jest dość szczególnym osiągnięciem. Z jednego zbioru truskawek starcza na dwie małe miseczki. Obowiązkowo ze śmietaną. W przyszłym roku będzie tylko lepiej. Bo krzaczki już się zaaklimatyzowały na tyle, że zaczynają puszczać wąsy. W sam raz na uzupełnienie miejsc, w których sadzonki się nie przyjęły.

Zioła rosną, jak na drożdżach. Już zostały użyte do przygotowania piersi kurczęcych, które z braku lepszego pomysłu i możliwości wrzuciłam do gara z wodą i sypnęłam nie żałując kolendry, cząbru, mięty i bazylii. Odpuściłam tylko sól, bo z racji schorzenia, z jakim boryka się G. tę akurat przyprawę ograniczamy. Wystarczy, że kasza jaglana była gotowana w lekko osolonej wodzie. Mimo tego mięso wcale nie było niedobre. Inne, niż to, do jakiego się przyzwyczaiłam, ale nie niejadalne. Spróbowałam. Jeszcze na wyrośnięcie majeranku i lubczyku czekam. Bo widzę, ze siewki już się pojawiły, że już się zielenią, ale za maleńkie to to do zrywania. Nagietek tez już wyrasta i nadgania stracony w nasionach czas. Tylko patrzeć, jak będzie kwitł. Czekam jeszcze na jeżówkę i lawendę, ale z tą ostatnią może być problem, bo ciężko kiełkuje bestyjka. Zobaczymy. Ucieszy mnie nawet jedna roślinka. Zawsze mogę pozwolić się jej rozrosnąć…

W tym wpisie zdjęć, niestety, nie będzie, choć są porobione i czekają na wrzutkę. Za to mam kilka ogłoszeń:

  1. Jeśli ktoś posiada gałęzie, cienkie deski i mógłby je pożyczyć celem wsparcia płożących się już z wolna pomidorów, to będę dozgonnie wdzięczna. Wszystkie użyczone drewienka oddam na pewno. Pod folią się nie zepsują.
  2. Do poniedziałkowego popołudnia (jak dobrze pójdzie) jestem podłączona do netu tylko kilka razy dziennie, bo korzystam z internetu limitowanego w komórce, z którego limit już się powoli wyczerpuje. Na GG jestem też, ale sporadycznie. Jeśli nikt nie ma nic pilnego, może pisać, odpowiem, jak się podłączę do sieci.
  3. Jeżeli ktoś chce nas odwiedzić na działce w godzinach wieczornych, polecam natrzeć się octem, wrotyczem lub innym środkiem odstraszającym te mało sympatyczne owady, bowiem po zachodzie słońca robią się dość uciążliwe.

I to by było na tyle tym razem.

Zdjęcia (jak pisałam wyżej) będą, kiedy łącze będzie normalnej szybkości i wielkości.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, prace ręczne, zaokienne życie

Okno na świat…

Nie pisałam tak długo, bo po pierwsze zabrali nam okno na świat (czyt. Internet), a po drugie mało co się chciało robić w deszczowy tydzień, gdzie ulewa bębniła iście jesiennie po oknach i parapetach. Ale i Internet, i słońce wróciło, więc nadrabiam zaległości we wszystkim. Tylko doba trochę za krótka…

Działka nam zarosła przez te deszcze tak, że z zadbanego ogródka stała się istną dżunglą. Cóż, będziemy ją znów doprowadzać do stanu, w którym nie będzie przypominała dzikiej łąki z elementami uprawy. Koszenia i pielenia jest naprawdę multum. Trawa wyrosła po pas w niektórych miejscach. Starczyło tylko te kilka dni deszczu. G. już naostrzył kosiarkę, więc za chwilę nastąpi pogrom naszej łąki. Może zdążę zebrać kłosy traw dla papug? Zdążę…

Plewienia też jest od groma i jeszcze trochę, bo co jak co, ale wszystko rośnie z prędkością światła, tylko nie warzywa. Już część wyskubaliśmy wspólnie z grządek. Został mi jeszcze tunel foliowy do wyskubania i cały zielnik. A potem kwietniki, bo też zarosły na dziko. Pod folią już wyskubałam pół zagonu. Obrałam też pomidory z nadprogramowych odrostów, żeby w tej ciasnocie nie zasłaniały sobie światła, krzewiąc się nadmiernie. Część krzaczków już wypuszcza kwiatostany. Jeśli rojące się przy dziadkowym bobie pszczoły zechcą je zapylić, będzie trochę pomidorów.

Na razie przeżywamy istną „plagę” rzodkiewek. Jest ich tyle, że za jednym zbiorem przynosimy na raz ponad kilogram. A i to wybieram naprawdę największe z nich. Pierwsze dojrzały podłużne rzodkiewki o bardzo łagodnym, aczkolwiek pełnym smaku. Jeden taki korzeń jest dłuższy od mojego palca. Najdłuższego. Objadamy się nimi pod wszelkimi postaciami, a i tak nie nadążamy z ich przerobem. Czy rzodkiewki można jakoś konserwować? A może ktoś chce, by się z nim tym naddatkiem podzielić? Jeśli chce, niech się kontaktuje w taki, czy inny sposób. Będziemy myśleć, jak to dostarczyć.

Brzoskwinia jest obsypana coraz dorodniej wyglądającymi owocami. Jeszcze nie są ujmujące w wielkości, ale – jeśli utrzymają się i dojrzeją wszystkie – będzie co jeść. Może nie będzie ich takie multum, jak ma to się w przypadku rzodkiewek, ale na brak narzekać na pewno nie będziemy. Gorzej rzecz się przedstawia w przypadku wiśni i śliwek. Na nadmiar tych owoców w tym roku chyba nie będziemy narzekać. A plotki głosiły, że one takie plenne, że nie przejemy. No cóż, nie zawsze może być kawior. Młoda gruszka już dostała rdzy na liściach. Mimo dbania i chuchania, podlewania i nawożenia (z głową, z głową) zachorowała. Cóż poradzić, kiedy na parcelach obok rosną sobie thuje, które to są pierwszymi żywicielami tego rdzewiszcza? A Sąsiad zamyśla cały żywopłot z thui zrobić… Bez pryskania się nie obejdzie w tym przypadku. Przyznam, że brzoskwinia dostała solidną porcję chemii zanim puściła pąki, dzięki temu tylko jeden liść się skędzierzawił, za to reszta wygląda porządnie, jak dobrze wyhodowane liście. Śliwka też dostała swoją porcję. Zapobiegawczo. Ale nie wpłynęło to na jej stan. Przynajmniej ja tego nie zauważyłam.

Winogrona się rozrastają i kwitną. Nie ściągają, niestety, zajętych zbieraniem pyłku i nektaru z dziadkowych bobów pszczół. Żaden owad nie chce też zamieszkać w domku, jaki dla tych zwierzaków naszykowaliśmy. Wciąż są wolne miejscówki do zasiedlenia. Jedyny owad, jaki się tam zalągł, to pajączek. Taki maleńki, jak główka od szpilki. Współczesnej, nie średniowiecznej. Jeśli jednak wszystkie kwiatostany przepoczwarzą się w kiście winogron, to będzie tego winogrona naprawdę sporo. Jednak na to nie liczę. Jak pokazały wiśnie – nie warto cieszyć się i obliczać ilość przed dojrzeniem owoców, bo można srogo się zdziwić.

Na krosenku wciąż ten sam wzór: kratka niebiesko-czerwona. Powoli kończy się włóczka i okazuje się, że może być problem z niebieskim kolorem. Jak na razie nie ma go w pasmanterii, w której ostatnio go kupowałam. Inne odcienie nie wchodzą w grę, bo nie będzie to ładnie wyglądać. A jeszcze trochę do utkania zostało… zobaczymy, może się uda znaleźć odpowiedni kolor.

Nic, czas się odkleić na trochę od kompa i przygotować się do wybycia na działkę, bo pracy jest zbyt wiele, by gnuśnieć w czterech ścianach.

I kilka zdjęć, żebyście mogli zobaczyć, o czym piszę 😉

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Łąka trawnikowa

Łąka trawnikowa

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zagony rzodkiewek

Zagony rzodkiewek

I kolejne rzodkiewy

I kolejne rzodkiewy

Pomagam grochom się piąć po linkach

Pomagam grochom się piąć po linkach

Rzodkiewki

Rzodkiewki

Rzut oka na "chodniczek"

Rzut oka na „chodniczek”

Fasolka szparagowa

Fasolka szparagowa

Pomidory

Pomidory

Doglądanie pomidorów

Doglądanie pomidorów

I znów zarośnięty trawnik

I znów zarośnięty trawnik

Piwonia

Piwonia

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Czerwoniutkie truskawki

Czerwoniutkie truskawki

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A tak wyrósł nam bób

A tak wyrósł nam bób

I malutkie słoneczniki.

I malutkie słoneczniki.

1 komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Dzieje się, dzieje!

Choć moje lenistwo zmusza mnie do wylegiwania się na długo po tym, jak zadzwoni budzik i do trwonienia zbyt dużej ilości czasu przy komputerze, to jednak jestem w stanie zrobić to, co sobie planuję na dany dzień. Zwłaszcza to, co planuje się do zrobienia na działce.

Miałam przez chwilę lekkie opory, żeby tam jechać, ale mi przeszło. Przez tę sprawę z ugorem mi się taka niechęć zrobiła. Ot, coraz ciężej mi się godzić z przeciwnościami losu.

A na działce? Oj, dzieje się, dzieje! Groch już wąsy wypuszcza, rzodkiewka w równiutkich rzędach się zieleni, słonecznik już drugie listki wypuszcza, rukola zaczyna wyłazić i sałata też się z wolna pojawia. Tylko cebula i buraki nie chcą się wykluwać. Znaczy buraków doliczyłam się trzech. Słownie: trzech sztuk. Nie wiem, czy dosiewać z innej paczki, czy też zostawić tak, jak jest i poczekać, czy coś jednak z tego wyrośnie?

Irysy i piwonie już maja nabrzmiałe pąki. Jeszcze dzień, może dwa i będę mogła się cieszyć widokiem kolejnych, pięknych kwiatów. Tulipany powoli kończą kwitnięcie tak samo i szafirki. Za to orliki się rozkwieciły w każdym, dostępnym im miejscu działki. Jeszcze jakbym gdzieś kosmoski znalazła, to już byłabym chyba w pełni szczęśliwa.

Na Zielniku kolendra pięknie wyrosła. Cząber się zieleni, len podrasta. Dosiałam jeszcze lubczyku i majeranku. Będzie trochę własnych przypraw w domu. Chrzan rośnie. Każdy z podarowanych korzeni się przyjął. Rabarbar kwitnie na potęgę i widać, że wiosenne przesadzanie zupełnie w niczym mu nie zaszkodziło.  Dostałam też kępę dorodnych fiołków trójbarwnych i też się przyjęły w zdecydowanej większości. Kwitną teraz jak szalone. Czosnek niedźwiedzi też widać, że dochodzi już do siebie, bo nowe liście są mocne i nie płożą się.  Dostał wczoraj sąsiada: szczypiorek czosnkowy. Mam nadzieję, że się dogadają.

Na Warzywnikach prawie wszystkie parcele zajęte. Bób otrzymał do towarzystwa kukurydzę cukrową, bo nasion tego pierwszego starczyło tylko na pół grządki, więc grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Biała i szparagowa fasolka już też wczoraj zostały posiane. Ogórki też znalazły swoje miejsce na ziemi działkowej. Mam nadzieję, że będą rosły lepiej, niż buraki. Do wysiania została jeszcze cukinia i dynia, które chyba wylądują na tej samej grządce. Wszak jeszcze rozsady dojrzewają do wysadzenia na powietrze, a tu się parcele kończą. Myślę, że dziś pomidory przeniosą się do tunelu, zwalniając miejsce na okiennej szafce. Wyrosły już chyba maksymalnie, jak na warunki rozsadowe. Przy tym na okolicznych działkach już pomidory się widuje – znaczy najwyższy na nie czas. I jeszcze od Pana Zbyszka dostaliśmy cztery sadzonki pomidorów z gatunku „bycza krew”. Uwielbiam je, ale nigdzie nie mogłam znaleźć nasion, a rodzice zostawili sobie tylko tyle, by dla nich starczyło. Zapomniałam poprosić o kilka sztuk dla siebie. Teraz, jak już mam swoje (darowane, ale już swoje) będę zostawiać sobie nasiona do kolejnego wysiewu.

Oprócz pomidorów od Pana Zbyszka dostaliśmy też bulwy kwiatowe, którego nazwy ja nie znam, a sam Pan Zbyszek nie pamięta. Zobaczymy, co z tego wyrośnie, poszuka się potem w Internecie i zidentyfikuje.

A co na warsztacie? Ano nadal tkam sobie krateczkę (początki można pooglądać TUTAJ <- klik!) . Mam nadzieję coś z tek krateczki zrobić, ale na razie traktuję to jak eksperyment. Tka się powoli, ale po kilkadziesiąt centymetrów dziennie zawsze się dorobi. Zastanawiam się, czy to, co mi się roi w głowie aktualnie, uda się zrealizować w rzeczywistości? Nic, zobaczymy.

W wolierce spokój i codzienność. Codzienna porcja działkowej zieleniny zaspokaja potrzeby papuziastych w zupełności, bo i ziarna mniej zaczyna schodzić przy codziennym karmieniu. W sumie… mnie to pasuje. Za ziarno trzeba płacić, a zielsko jest za darmo. I nawet samo rośnie! Przy tym ma chyba więcej wartości odżywczych niż proso. no i na razie ptakom się nie przejadło jeszcze nic zielonego. Zawsze chętnie wcinają to, co się pojawia na półeczce. A potem drą dzioby ile sił w płucach i workach powietrznych. A niech się drą. Przynajmniej słychać, że nic im nie dolega.

A teraz niespodzianka! Zdjęcia! Miłego oglądania.

Kwitnące truskawki. Ciekawe ile z nich będzie w tym roku owoców?

Kwitnące truskawki. Ciekawe ile z nich będzie w tym roku owoców?

Domek dla owadów. Tak po prawdzie, to domiszcze. Mam nadzieję, że nie zainteresują się nim szerszenie...

Domek dla owadów. Tak po prawdzie, to domiszcze. Mam nadzieję, że nie zainteresują się nim szerszenie…

Częściowo podlany warzywnik. Dużo się już na nim zieleni.

Częściowo podlany warzywnik. Dużo się już na nim zieleni.

Rosnący groszek.

Rosnący groszek.

Świeżutka rzodkiewka.

Świeżutka rzodkiewka.

Rzodkiew i słonecznik.

Rzodkiew i słonecznik.

Malutki słoneczniczek.

Malutki słoneczniczek.

Zawiązki wisienek. To dopiero początek.

Zawiązki wisienek. To dopiero początek.

Groszek z wąsami.

Groszek z wąsami.

Coś z rodzaju jasnot. Przyciąga trzmiele nie gorzej niż bluszczyk kurdybanek.

Coś z rodzaju jasnot. Przyciąga trzmiele nie gorzej niż bluszczyk kurdybanek.

Wściekle czerwony kwiatek. Matryca mojego aparatu przy intensywnej czerwieni wysiada.

Wściekle czerwony kwiatek. Matryca mojego aparatu przy intensywnej czerwieni wysiada.

Fioletowe orliki.

Fioletowe orliki.

I jeszcze orliki.

I jeszcze orliki.

Kwietnik, który stanie się skalniakiem.

Kwietnik, który stanie się skalniakiem.

Wachlarzyk zielny na Zielniku.

Wachlarzyk zielny na Zielniku.

Fiołek trójbarwny.

Fiołek trójbarwny.

Orliki rosnące pod wiśnią.

Orliki rosnące pod wiśnią.

Kwitnący rabarbar.

Kwitnący rabarbar.

Kwiaty truskawek.

Kwiaty truskawek.

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie

Jak nie urok, to przemarsz wojsk…

Zabrali nam ugór…

Zabrali, bo jest częścią działki Pań Babć, a nowy właściciel nie chce dawać kasy za darmo. I nie dziwię się. Też bym nie chciała. Jednak czuję się zrobiona w balona przez Zarząd RODu, który na moje pytanie: „Czy to na pewno do nikogo nie należy? Czy my się narobimy jak dzikie osły, a ktoś przyjdzie i nam to zabierze?” odpowiedział zgodnie ustami obu Prezesów: „Nie, na pewno nie. To jest niczyje, pozostałość po starej działce przed wybudowaniem obwodnicy.” Żałuję, że nie wymusiłam wtedy otworzenia map geodezyjnych i sprawdzenia tych plotek. No cóż, co się stało, to się nie odstanie.

Jednakowoż pojawiła się pewna nieścisłość… jeszcze w kwietniu z O. (który wtedy gościł u nas) wymierzyliśmy ugór orientacyjnie (nie krokami, a trzymertową miarką), żeby wiedzieć ile musielibyśmy zapłacić specowi od rekultywacji i wyszło nam, że powierzchnia ugoru ma nieco poniżej 4 arów. Nowy sąsiad chce mieć działkę o wielkości 4,9 ara. Z tego, co mówił jego przejęta po Paniach Babciach działka miała około 3 arów. Pomierzył krokami. Wychodzi na to, że nie tylko ja mam problemy z używaniem zdolności matematycznych. Bo mnie tak jakoś wychodzi, że 3+4=7, a nie 4,9. No ale… ja nie jestem matematykiem. Moje obliczenia mogą być błędne. W końcu 2+2 może się równać 5… Będziemy się ładnie uśmiechać o pomierzenie dokładne „babciowej” działki, by Sąsiad nie okazał się być poszkodowanym i musiał płacić za coś, czego nie ma. Ot, troska sąsiedzka, w którą włączy się również i Pan Bezdomny, bo jak mu tę rewelację ogłosiliśmy, wziął i się wkurzył. Powalczymy, zobaczymy. Może pół ugoru ugramy. Sąsiad się pospieszył i posprzątał cały ugór, wycinając kosiarką również wszystko to, co na niej rosło: maliny, topinambur, pokrzywy, chrzan i inne zielsko, które dla niego widać jest chwastem. Jeśli uda nam się przesunąć granice działek, będziemy mieli pół roboty z głowy. Wszelki syf został wyniesiony poza ugór. Choć tyle dobrze.

Wczoraj Pan bezdomny naprawił nam dach. W sam raz na weekendowe ulewy. Bez strachu wszedł na przegniły, uginający się dach Ruderki i pouzupełniał wszystkie braki w okrywie. Przyniósł też własną papę i listwy! Nie wiem, co byśmy bez tego Pana zrobili. Pewnie dalej brodzilibyśmy w kałużach zbierających się na podłodze Ruderki.

Na grządkach powoli pojawiają się kolejne rośliny: widać już słonecznik i groch. Chyba bób też powoli wyłazi, choć pewna nie jestem, czy to na pewno bób. Marchewka też zaczyna się pojawiać na powierzchni. Na Zielniku widać, że kolendra cząber i len już rosną i mają się dobrze. I dobrze, bo wiem już co mogę wyplewić, by nie wyrwać ziół. Czekam jeszcze na szałwię, ale coś opornie jej idzie wschodzenie. Rabarbar zaczyna kwitnąć, za to czosnek niedźwiedzi coś nie może się przyzwyczaić do nowego miejsca pobytu. Strasznie marnie wygląda. Truskawki zostały uzupełnione o sadzonki wykopane spod żywopłotu. Jeszcze 30 sztuk i cała grządka obsadzona po brzegi. Ciekawe ile w tym roku tych truskawek będzie? Pewnie niewiele, bo świeżo posadzone. Ziemia pod tunelem już jest nawodniona, przekopana i nawieziona, i gotowa na przyjęcie rosnących w rozsadach pomidorów. One pójdą na pierwszy rzut, bo są (chyba) na tyle wyrośnięte, że sobie poradzą na „polu”. Potem przyjdzie czas na papryki, jeśli wyrodną odpowiednio wysoko. Na razie są malutkie. W porównaniu z pomidorami. Mam nadzieję, że wszystko mi się pomieści… trochę przesadziłam z ilością… samych sadzonek pomidorów zrobiło mi się ciut ponad 100… może ktoś ma ochotę na sadzonki?

Papugi cieszą się gwiazdnicą, która codziennie ląduje na ich „stole”. Na działce, w lodówce schowane są trzy duże reklamówki zielska. Liście mniszka lekarskiego też. Mam zachomikowane tego tyle, że starczyłoby do wykarmienia stada liczącego i 100 sztuk ptaków. A u mnie lata tylko 20. Jak się nie zepsuje, to starczy do przyszłej wiosny.

Szkoda, że dziś leje… jutro ma być ulewa, może i burza… znów czeka nas weekend spędzony w domu, wśród czterech ścian… może się wezmę za tkanie? Przynajmniej coś zrobię…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie