Tag Archives: rzodkiewki

Nie obijamy się, pracujemy…

Aż dziw bierze, że z naszej malutkiej parceli tyle idzie wyciągnąć. Działeczka ma ok. 3,5, może 4 ary, z czego większa część jest zajęta przez Ruderkę i trawnik z drzewami owocowymi oraz tunel. Dwa małe warzywniki, podzielone zostały na malutkie grządki, które rodzą na potęgę! Już mamy słoje z ogórkami nastawionymi do kiszenia, już są słoiki z marynowanymi rzodkiewkami, za chwilę dojrzeją pomidory, śliwki i mirabelki, a ogórki nadal kwitną i rosną… jeszcze w kuchni czeka na przerób 12 kg cukinii, a na grządkach chyba tyle samo będzie, jak te, które właśnie rosną dojrzeją i nie zerwie ich działkowy żulik. Dynia też zwiększa z wolna swój obwód, a kolejne rosną i mają się coraz lepiej, doganiając liderkę. Kalarepy już gotowe do przerobienia… są gigantyczne: najmniejsza ma 1,2 kg, a największa 1,7 kg. Potwory!

Dziś po pracy pojechałam od razu – jak to mam we zwyczaju mówić – w pole. Wczoraj też. Jutro prawdopodobnie będzie tak samo… zajęłam się odchwaszczaniem rabaty pod winogronem, bo sporo zielska tam narosło. Głównie perzu i nawłoci kanadyjskiej. Ograniczyłam też życiową przestrzeń jednej roślince, co się rozkłączyła na potęgę, a służy jedynie za osłonę dla pomrowów. A tych ostatnich nie lubimy za to, co zrobiły w poprzednim sezonie. Oj, nie lubimy… W pracach jestem dopiero w połowie rabaty, ale już widać pozostałe przy życiu kwiaty. Silne są. Skoro przetrwały takie zaniedbanie, przetrwają wszystko. Przy tym nie pasuje mi tam rabata kwiatowa w ogóle. Na ścianie domu porasta winorośl, trzeba się do niej dostać swobodnie, żeby odpowiednio o nią zadbać. Nie pomaga w tym klomb z mnóstwem kwiatów wszelkiej maści. To samo tyczy drugiego jego końca, gdzie kwiaty rosną tuż pod śliwą. Nie dość, że jak owoc tam spadnie, to przepadnie ślimakom na radochę, to jeszcze na drzewo wejść ciężko, bo wszystko w tym przeszkadza, a zadeptać szkoda… z wiśnią sprawa ma się tak samo… dlatego bardzo ograniczyłam ilość kwiatów… a raczej ilość ta sama się ograniczyła, walcząc o przetrwanie z chwastami. Trudno. Działkę kupowałam nie do ozdoby, a do uprawy warzyw i owoców oraz ziół. Ziół w tym roku nie będzie, niestety, nie zdążyłam ich wysiać. Zielnik w konsekwencji zamienił się w chwastnik… ale jak tylko ogarnę to, co ważne na grządkach, zajmę się i nim. Wszystko musi poczekać na swoją kolej, przykro mi. Czas mój nie chce być z gumy. Moje siły też długo się uzupełniają, choć staram się wysypiać porządnie. Z utęsknieniem wypatruję poniedziałku, bo to mój jedyny wolny dzień w tygodniu.

Oto garść fotografii, jak u nas na działce wygląda sprawa i jak się rzeczy mają:

dzialka708 dzialka709 dzialka710 dzialka711 dzialka712 dzialka713 dzialka714 dzialka715 dzialka716 dzialka717 dzialka718 dzialka719 dzialka720 dzialka721 dzialka722 dzialka723 dzialka724 dzialka725 dzialka726 dzialka727 dzialka728 dzialka729 dzialka730

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under rolniczo

Pachnąca konfiturami kuchnia…

06-07

Konfitury porzeczkowe się robią. Mimo okrutnego upału, jaki jest na zewnątrz. Wewnątrz mieszkania da się jeszcze wytrzymać. Zwłaszcza, kiedy otworzy się wieczorem wszystkie okna. Nad porzeczkami zerwanymi przez Z. męczyłam się ponad półtorej godziny. Musiałam każdą kuleczkę obejrzeć, żeby sprawdzić, czy nie ma na niej szypułki. A było tego nieco ponad 1,5 kg, czyli naprawdę niewiele, a stania – aż nogi uszami wychodziły. Za to podarowane porzeczki (G. dostał od znajomego całą mniejszą reklamówkę) obrałam w nieco ponad pół godziny. A było tego dwa i pół kilo. Tak to wygląda robota, kiedy ma się nieodpowiednio zerwane porzeczki.

Będę miała dziś chyba zarwaną nockę, bo konfitury trzeba co parę godzin gotować ponownie. A jutro do pracy… oj, będzie ciężko…

08-07

Zapowiada się ciężki weekend. Piątek zabierze mi praca od świtu do nocy, za całe 8 zł za przepracowaną godzinę. Na szczęście będę dzielić trudy i znoje w doborowym towarzystwie. Będzie ciężko, ale wesoło.
Mój rower w końcu po dwóch dekadach otrzymał nową tylną dętkę. Zawsze puszczała powietrze, ale wczoraj już nie dała rady wytrzymać więcej. Rano dojechałam do pracy na dwa razy, bo w połowie drogi musiałam dopompować flaka, bo już jechałam na feldze. Za to po południu już nie dało rady nic zrobić. Wentyl się zapchał, koło puste, bez powietrza. Wracałam pieszo, prowadząc rower. Upał dał się we znaki tak, że kiedy przyszłam do domu, nie mogłam zdjąć koszuli, bo się mi do skóry przykleiła.

Papużki dostają w najgorętsze dni „kompiółkę” z chłodną wodą z czego się cieszą i używają do woli. Pieseł dostaje w ręczniku lód, by się mogła położyć na nim i trochę schłodzić w tych upałach. A my? My sobie wyśmienicie radzimy. Od czasu do czasu wspomagając czymś zimnym. Na przykład prysznicem.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. Zwłaszcza cukinie. Mamy dużo rzodkiewki, którą możemy się podzielić. Póki nie pójdzie do słoików w marynatę. Także proszę się spieszyć z zamówieniami. Na jesień też planujemy je mieć, więc będzie drugi rzut dla tych, co się nie załapali teraz. Nic straconego.

Sałata się też szykuje do zbioru, więc o nią też można prosić. Ile damy radę, tyle się podzielimy.

Wiśnie nam trochę burza obtłukła. Burza przyszła nad ranem: wiatr przyginał drzewa niemal do samej ziemi, targał naszymi oknami, otwartymi na oścież, by się mieszkanie trochę przez noc schłodziło. Chcąc nie chcąc musieliśmy wszystkie pozamykać na głucho. I od razu zrobiło się duszno. Ale przynajmniej nam nie napadało do środka. Cały dzień teraz pada. Z przerwami. Wiśni obrywać w taką pogodę nie pojedziemy, bo nie ma to sensu. Chwila przerwy między deszczem jest zbyt krótka, by oberwać na raz wszystkie owoce. Przy tym zrywane w deszczu będą gnić. I to bardzo szybko.

Teraz czeka mnie jeszcze obrobienie rzodkiewek, czarnych porzeczek i kalarep. Dwóch kalarep jak na razie. Z których jedna waży dokładnie 1,162 kg, a druga 0,801 kg. Maleństwa, prawda?

12-07

Wróciłam. Wykończona, zmęczona i prawie nieprzytomna. Wizyta w rodzinnym domu, odwiedziny chorej mamy w domu opieki, potem powrót niemal prosto do pracy i siedzenie do godziny dwudziestej drugiej. W domu dopiero byłam w okolicy godziny jedenastej w nocy. I najgorsze było to, że nie potrafiłam zasnąć. Byłam tak nakręcona, że nawet nudne „klikacze” nie były w stanie wywołać u mnie senności. Dobrze, że w poniedziałek mam chwilę wytchnienia od pracy zarobkowej. Będę sprzątać i robić kolejne przetwory. Sezon słoikowy w pełni, więc nie ma wybacz…

I tak na koniec mała prośba do czytelników: proszę zerknąć na fejsbukową stronę i pomóc nam przenieść się na wioskę. Rzecz jest już dość paląca, niestety, dlatego zdecydowaliśmy się na taki desperacki krok. Z góry dziękuję za choćby udostępnienie strony, czy zaproszenie do polubienia jej swoich znajomych, którzy mogliby coś wiedzieć nt. domów na wsi przeznaczonych na sprzedaż lub wymianę. Z góry serdecznie dziękuję.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, rolniczo

Prace w polu

Nogi wychodzą mi już uszami. Naprawdę. Od chodzenia. Mam trochę kilometrów do pokonania, by dotrzeć na działkę, to i nogi odpadają. Mają prawo. Zwłaszcza, ze całą zimę tyłek płaszczył się przy krośnie, kołowrotku, wrzecionie, czy innym kompie.

Początek sezonu zaczął się źle. Ksawery rozszarpał nam tunel, a jakiś brzydal zakosił nam wszystkie kable, przedłużacze, gwoździe i śruby oraz nowiutki sierp. Najgorzej ucierpiała nasza nowa, zakupiona w tamtym roku pompa do wody, która straciła cały, wielometrowy kabelek wraz z wtyczką. I lodówka. A dokładnie to, co w niej zostawiłam na zimę, bo w domu nie miałam miejsca na wszystkie warzywa. Przetrwała większość marchewek i czarnych rzodkwi, ale kapusta się rozpłynęła… oj, będzie dużo sprzątania.

Zaliczyłam też „opieprz” od władz RODu, że się opieprzam. Tylko po kij się ścigać w zawodach pt. „komu szybciej wyjdzie”… kiełek z ziemi? I tak w zimnej ziemi nasiono nie skiełkuje, więc po co się spieszyć? Jakieś zawody organizują na tych działkach? Jeśli tak, to poproszę o spis nagród, wtedy się zastanowię, czy warto w nich brać udział. Kupowałam ten skrawek ziemi, żeby móc zaoszczędzić na jedzeniu, a nie po to, żeby się ścigać z kimkolwiek o cokolwiek. I tak w trzy dni zrobiliśmy to, co innym zajęło trzy tygodnie, więc niech się odciptają. O!

Warzywnik już się szczyci równymi grządkami, z których część już jest „zamieszkana”. A rzodkiewki już pokazały pierwsze listki. Reszta czeka na swoją kolej, podzielona równymi (w miarę, ale bez przesady) ścieżkami. Pod tunelem już też połowa ziemi została zagospodarowana. Tak, tak, mamy nową folię na tunelu. Świeżutką, zieloniutką – cudo. Przez najbliższe cztery lata co najmniej będziemy się musieli nie martwić o uprawy pod osłoną. Pomidory już rosną i za jakiś czas przeniosą się na drugą połówkę „szklarenki”. Tym razem siałam z rozwagą, żeby nie narobić sobie takiego kłopotu, jak przy poprzednich przygotowaniach.

Na Zielniczku odżyły mięta, melisa i estragon. Czosnek niedźwiedzi już szykuje się do kwitnięcia, chrzan rozwija listki, len ozdobny się zazielenił, a rabarbar pokazał piękne liście i czerwone łodygi grubsze, niż moje palce. Na razie wyczyściłam ścieżki, które pójdą do poprawki, bo zarastają zielskiem, a miały być piękne, żwirowe i czyste. Niestety, w trakcie realizacji projektu nie wzięliśmy pod uwagę, że zwłaszcza trawa przeciśnie się z łatwością przez kamyczki. Cóż, uczymy się na własnych błędach.

Malinowy chróśniak został oczyszczony z perzu, który jest prawdziwą plagą na naszym skrawku ziemi, ale z wolna eliminuję kolejne kłącza przy każdym kolejnym plewieniu. Wszystkie zasadzone krzewinki malinowe wypuściły listki, więc chyba wszystkie wyrosną na śliczne, dorodne malinowe krzewy i dadzą choć garść owoców na spróbowanie. Wszystkie śliwki, które dostaliśmy, a zostały posadzone na jesieni również się zazieleniły, aczkolwiek pojawiły się im na liściach czerwone kropki. Będę musiała poszukać, co to takiego, czy trzeba się tym przejmować i jak sobie z tym poradzić. Gruszka nas zaskoczyła w tym roku obsypując się gęsto białym kwieciem. Spodziewałam się czegoś takiego najwcześniej na przyszłą wiosnę, bo w końcu ledwo co została posadzona. Oczywiście starsze drzewka zakwitły wszystkie, nie było gradobicia ani ulewnego deszczu, więc chyba będzie więcej owoców niż w zeszłym roku.

Jeszcze mnóstwo pracy zostało, ale póki słońce, póty czas na prace w polu. I już zaczynam się opalać. Czas najwyższy pomyśleć o kremie z filtrem, żeby się nie poparzyć. Normalnie lato się robi!

A oto garść najnowszych zdjęć, żeby nie było, że to, co napisałam powyżej, to wyssane z palca bzdury:

Mój ulubiony krzew wiosenny :)

Mój ulubiony krzew wiosenny 🙂

Pajączek poszedł na pyłek? ;)

Pajączek poszedł na pyłek? 😉

Kępka gruszkowych kwiatków.

Kępka gruszkowych kwiatków.

Malutkie kwiatuszki brzoskwini. Może i kwiatki malutkie, ale za to owoce - niczego sobie :)

Malutkie kwiatuszki brzoskwini. Może i kwiatki malutkie, ale za to owoce – niczego sobie 🙂

Wściekle czerwone (a raczej czerwono-pomarańczowe) kwiaty pigwy/pigwowca...? Nie umiem tego odróżnić :P

Wściekle czerwone (a raczej czerwono-pomarańczowe) kwiaty pigwy/pigwowca…? Nie umiem tego odróżnić 😛

Obsypana kwieciem wiśnia.

Obsypana kwieciem wiśnia.

Kwiecie wiśni :)

Kwiecie wiśni 🙂

Białe tulipanki.

Białe tulipanki.

To moje ulubione kwiatki wiosenne. Zaraz po fiołkach ;) Czy można nimi farbować tkaniny lub przędzę?

To moje ulubione kwiatki wiosenne. Zaraz po fiołkach 😉
Czy można nimi farbować tkaniny lub przędzę?

Jeden jedyny żonkilek. Aż się zdziwiłam, bo w tamtym roku żadnego nie było.

Jeden jedyny żonkilek. Aż się zdziwiłam, bo w tamtym roku żadnego nie było.

Jeszcze czerwony tulipan się uchował. Tutaj w towarzystwie szafirka.

Jeszcze czerwony tulipan się uchował. Tutaj w towarzystwie szafirka.

Czyżby to były fioletowe pierwiosnki?

Czyżby to były fioletowe pierwiosnki?

Nowa, świeżutka folia na odświeżonym stelażu. Prawda, że prezentuje się całkiem, całkiem?

Nowa, świeżutka folia na odświeżonym stelażu. Prawda, że prezentuje się całkiem, całkiem?

Większy warzywnik w całej krasie :)

Większy warzywnik w całej krasie 🙂

Zaraz po deszczu, a raczej jeszcze podczas deszczu.

Zaraz po deszczu, a raczej jeszcze podczas deszczu.

I żółciutki tulipanek. Świeżo wykąpany w deszczu.

I żółciutki tulipanek. Świeżo wykąpany w deszczu.

Kwiatuszek truskawkowy.

Kwiatuszek truskawkowy.

Kolejne kwiaty truskawek. Miejmy nadzieję, że z każdego będzie jeden, dorodny owoc.

Kolejne kwiaty truskawek. Miejmy nadzieję, że z każdego będzie jeden, dorodny owoc.

Maluśka rzodkieweczka. Ledwo ją posiałam, a już pokazała listki.

Maluśka rzodkieweczka. Ledwo ją posiałam, a już pokazała listki.

Warzywnik i wyczyszczone z chwastów krzewy porzeczek i agrestu.

Warzywnik i wyczyszczone z chwastów krzewy porzeczek i agrestu.

Nasz trawnik z mnóstwem jedzenia dla naszych trawożernych zwierzaków.

Nasz trawnik z mnóstwem jedzenia dla naszych trawożernych zwierzaków.

Zagon truskawek.

Zagon truskawek.

Trawnik, wiśnia, kawałek zarośniętego jeszcze Zielnika i nieprzycięty żywopłot. Dzikość :P

Trawnik, wiśnia, kawałek zarośniętego jeszcze Zielnika i nieprzycięty żywopłot. Dzikość 😛

8 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

W przerwie między deszczem

Dziś znów pada… wczoraj tylko kropiło, było (nareszcie!) ciepło i słonecznie, więc koniecznie wyskoczyliśmy na działkę. Wiadomo – chwasty… Naprawdę źle wyglądały grządki, nim się nimi zajęłam. Totalna łąka. Trawnik też zarasta. Ale tu akurat dobrze się dzieje, bo znów kwitną koniczyny, więc przylecą trzmiele.

Z rzodkiewkami już koniec jak na razie. Te, co zostały, ładnie zakwitły i będą nasiona na kolejne wysiewy. Rukola też zakwitła i niby nie nadaje się już do zbioru, ale próbowałam liści i wcale nie są gorzkie. Nadal mają lekko orzechowy smak. Jakby ktoś chciał, to można rwać garściami i wrzucać do sałatek.

Teraz nadszedł czas na porzeczki i rzepę. Porzeczki czerwone. Już zaczynają powoli obsychać na krzaku i opadać, więc wydaje mi się, że to najwyższy na nie czas. Oczywiście najpierw spróbowałam, czy nie są jeszcze kwaśne, bo to, że są czerwone nie znaczy wiele. Z dwu krzewów owoce nadawały się już do zbioru, więc je w większości oskubałam, zostawiając niedojrzałe do końca grona. Wiele tego nie ma, na dżem nie starczy, ale na kompot będzie. Jeszcze szykują się do zbioru czarne porzeczki. Jeszcze w większości są zielone, ale te, które już są dojrzałe, mają niesamowity smak. Uwielbiam je. Krzew jest jeden, ale za to ma tak wielkie owoce, że może na dżem wystarczy.

Groszek już wiąże strąki. Parę już spróbowałam. Lubię smak jeszcze niedojrzałych strąków, które można zjeść w całości. Bób też zaczyna iść w strąki, a wokół pozostałych kwiatów bez ustanku kręcą się pszczoły, trzmiele i muchówki. I dobrze. Jeszcze jakby tak się pokręciły koło pomidorów, na których pojawia się coraz więcej kwiatów. No i rosną już powoli owoce. Naprawdę, pojawiły się pierwsze, zieloniutkie pomidory i rosną. Mam nadzieję, że żadna choroba ich nie dotknie i będę mogła narobić przecieru, żeby starczyło go na bardzo długo.

Z Internetem na razie nic się nie dzieje i mam nadzieję, że tak już zostanie, bo na komórce już mi nic z limitu nie zostało. W sumie może i lepiej by się stało, bo nie siedziałabym przy kompie, tylko siadła do kołowrotka (skoro już działa – o jego uruchomieniu możecie poczytać TUTAJ). Zostało mi jednak bardzo malutko runa, więc będę musiała zająć się worami strzyży: wyczesać i wyprać, żeby móc je sprząść. G. wczoraj zrobił mi motowidło, które już zdążyłam wypróbować. Rezultaty pokażę na rękodzielniczym blogu, którym zajmę się zaraz po zrobieniu wpisu tutaj.

Wczoraj też udało mi się przytargać dwa, stare meble: szafy kuchenne z lat pięćdziesiątych. Planuję je odnowić, ćwicząc się w stylu shaby chic. Jak się uda, to może pójdę dalej z tym projektem. Cóż, na razie czeka na mnie oczyszczenie szafek ze starej farby. Potrwa to bardzo długo, bowiem nie mam maszyn, więc będę się męczyć ręcznie, papierem ściernym. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Albo jedno całe, albo kupa drobnych. Postępami prac na pewno się pochwalę, a Wy ocenicie, czy jest ona coś warta.

A teraz, na koniec, zatrzęsienie zdjęć z działki:

dzialka332

dzialka333

dzialka334

dzialka335

dzialka336

dzialka337

dzialka338

dzialka339

 

dzialka340

dzialka341

dzialka342

dzialka343

dzialka344

dzialka345

dzialka346

dzialka347

dzialka348

dzialka349

dzialka350

dzialka351

dzialka352

dzialka353

dzialka354

dzialka355

dzialka356

dzialka357

dzialka358

dzialka359

dzialka360

dzialka361

dzialka362

dzialka363

dzialka364

dzialka365

dzialka366

dzialka367

dzialka368

dzialka369

dzialka370

dzialka371

dzialka372

dzialka373

dzialka374

dzialka375

dzialka376

dzialka377

dzialka378

dzialka379

dzialka380

dzialka381

dzialka382

dzialka383

dzialka384

dzialka385

dzialka386

dzialka388

dzialka387

dzialka389

dzialka390

dzialka391

dzialka392

dzialka393

dzialka394

dzialka395

dzialka396

dzialka397

dzialka398

dzialka399

dzialka404

dzialka405

dzialka406

dzialka407

dzialka400

dzialka401

dzialka402

dzialka403

dzialka408

dzialka409

dzialka410

dzialka411

dzialka412

dzialka413

dzialka414

dzialka415

dzialka416

dzialka417

dzialka418

dzialka419

 

 

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Okno na świat…

Nie pisałam tak długo, bo po pierwsze zabrali nam okno na świat (czyt. Internet), a po drugie mało co się chciało robić w deszczowy tydzień, gdzie ulewa bębniła iście jesiennie po oknach i parapetach. Ale i Internet, i słońce wróciło, więc nadrabiam zaległości we wszystkim. Tylko doba trochę za krótka…

Działka nam zarosła przez te deszcze tak, że z zadbanego ogródka stała się istną dżunglą. Cóż, będziemy ją znów doprowadzać do stanu, w którym nie będzie przypominała dzikiej łąki z elementami uprawy. Koszenia i pielenia jest naprawdę multum. Trawa wyrosła po pas w niektórych miejscach. Starczyło tylko te kilka dni deszczu. G. już naostrzył kosiarkę, więc za chwilę nastąpi pogrom naszej łąki. Może zdążę zebrać kłosy traw dla papug? Zdążę…

Plewienia też jest od groma i jeszcze trochę, bo co jak co, ale wszystko rośnie z prędkością światła, tylko nie warzywa. Już część wyskubaliśmy wspólnie z grządek. Został mi jeszcze tunel foliowy do wyskubania i cały zielnik. A potem kwietniki, bo też zarosły na dziko. Pod folią już wyskubałam pół zagonu. Obrałam też pomidory z nadprogramowych odrostów, żeby w tej ciasnocie nie zasłaniały sobie światła, krzewiąc się nadmiernie. Część krzaczków już wypuszcza kwiatostany. Jeśli rojące się przy dziadkowym bobie pszczoły zechcą je zapylić, będzie trochę pomidorów.

Na razie przeżywamy istną „plagę” rzodkiewek. Jest ich tyle, że za jednym zbiorem przynosimy na raz ponad kilogram. A i to wybieram naprawdę największe z nich. Pierwsze dojrzały podłużne rzodkiewki o bardzo łagodnym, aczkolwiek pełnym smaku. Jeden taki korzeń jest dłuższy od mojego palca. Najdłuższego. Objadamy się nimi pod wszelkimi postaciami, a i tak nie nadążamy z ich przerobem. Czy rzodkiewki można jakoś konserwować? A może ktoś chce, by się z nim tym naddatkiem podzielić? Jeśli chce, niech się kontaktuje w taki, czy inny sposób. Będziemy myśleć, jak to dostarczyć.

Brzoskwinia jest obsypana coraz dorodniej wyglądającymi owocami. Jeszcze nie są ujmujące w wielkości, ale – jeśli utrzymają się i dojrzeją wszystkie – będzie co jeść. Może nie będzie ich takie multum, jak ma to się w przypadku rzodkiewek, ale na brak narzekać na pewno nie będziemy. Gorzej rzecz się przedstawia w przypadku wiśni i śliwek. Na nadmiar tych owoców w tym roku chyba nie będziemy narzekać. A plotki głosiły, że one takie plenne, że nie przejemy. No cóż, nie zawsze może być kawior. Młoda gruszka już dostała rdzy na liściach. Mimo dbania i chuchania, podlewania i nawożenia (z głową, z głową) zachorowała. Cóż poradzić, kiedy na parcelach obok rosną sobie thuje, które to są pierwszymi żywicielami tego rdzewiszcza? A Sąsiad zamyśla cały żywopłot z thui zrobić… Bez pryskania się nie obejdzie w tym przypadku. Przyznam, że brzoskwinia dostała solidną porcję chemii zanim puściła pąki, dzięki temu tylko jeden liść się skędzierzawił, za to reszta wygląda porządnie, jak dobrze wyhodowane liście. Śliwka też dostała swoją porcję. Zapobiegawczo. Ale nie wpłynęło to na jej stan. Przynajmniej ja tego nie zauważyłam.

Winogrona się rozrastają i kwitną. Nie ściągają, niestety, zajętych zbieraniem pyłku i nektaru z dziadkowych bobów pszczół. Żaden owad nie chce też zamieszkać w domku, jaki dla tych zwierzaków naszykowaliśmy. Wciąż są wolne miejscówki do zasiedlenia. Jedyny owad, jaki się tam zalągł, to pajączek. Taki maleńki, jak główka od szpilki. Współczesnej, nie średniowiecznej. Jeśli jednak wszystkie kwiatostany przepoczwarzą się w kiście winogron, to będzie tego winogrona naprawdę sporo. Jednak na to nie liczę. Jak pokazały wiśnie – nie warto cieszyć się i obliczać ilość przed dojrzeniem owoców, bo można srogo się zdziwić.

Na krosenku wciąż ten sam wzór: kratka niebiesko-czerwona. Powoli kończy się włóczka i okazuje się, że może być problem z niebieskim kolorem. Jak na razie nie ma go w pasmanterii, w której ostatnio go kupowałam. Inne odcienie nie wchodzą w grę, bo nie będzie to ładnie wyglądać. A jeszcze trochę do utkania zostało… zobaczymy, może się uda znaleźć odpowiedni kolor.

Nic, czas się odkleić na trochę od kompa i przygotować się do wybycia na działkę, bo pracy jest zbyt wiele, by gnuśnieć w czterech ścianach.

I kilka zdjęć, żebyście mogli zobaczyć, o czym piszę 😉

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Łąka trawnikowa

Łąka trawnikowa

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zagony rzodkiewek

Zagony rzodkiewek

I kolejne rzodkiewy

I kolejne rzodkiewy

Pomagam grochom się piąć po linkach

Pomagam grochom się piąć po linkach

Rzodkiewki

Rzodkiewki

Rzut oka na "chodniczek"

Rzut oka na „chodniczek”

Fasolka szparagowa

Fasolka szparagowa

Pomidory

Pomidory

Doglądanie pomidorów

Doglądanie pomidorów

I znów zarośnięty trawnik

I znów zarośnięty trawnik

Piwonia

Piwonia

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Czerwoniutkie truskawki

Czerwoniutkie truskawki

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A tak wyrósł nam bób

A tak wyrósł nam bób

I malutkie słoneczniki.

I malutkie słoneczniki.

1 komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Nic nie robi człowiekowi tak dobrze jak…

… jak długa chwila spędzona na kontakcie z naturą.

Przez weekend dużo się zrobiło, oj dużo: a to pomidory wreszcie wyekspediowało pod folię (część wylądowała na Zielniku, tyle się tego naprodukowało), a to kalarepę, kalafior i brokuł wsadziło się w ziemię na grządkach. Obowiązkowo też wyskubałam wszystkie chwasty z warzywnika. Bez pośpiechu, bez niepotrzebnych nerwów – dwa dni i gotowe. Siedząc dwa pełne dni na działce trzeba było też i jakimś obiadem się nasycić, by sił do roboty starczyło. Zakupiłam mrożonek i na „kozie” wszystko się ładnie zagotowało, zasmażyło i zostało spałaszowane w trybie szybszym niż natychmiastowy. Oj, robota na świeżym powietrzu potęguje głód.

Rzodkiewki za niedługo będziemy mogli zbierać i jeść. Już wiążą się czerwone korzonki. Wiecie? Nie mogę się już doczekać. Taką mam ochotę na rzodkiewki z twarogiem, że aż mnie skręca!

Pisałam, że z buraczków nici? No to nie tak do końca. Jak wyskubałam chwasty, to się tego troszkę pojawiło. Co prawda nadal nie jest to wiele, ale zdecydowanie więcej niż trzy. Szału w tym roku z burakami nie będzie… Cóż, tak to jest, jak się bierze nasiona z marketu i na datę przydatności do wysiewu nie spojrzy ani nie zdziwi odmienny stan paczki. Trudno, mam nauczkę na przyszłość. Tak samo, jak z pomidorami i innymi rozsadami, których jest zatrzęsienie, a miejsca wiele nie ma. Cóż, miałam nadzieję na rekultywację ugoru, a tu – sru! – i ugór zabrali.

Bób rośnie w oczach: co przychodzę na działkę (a jesteśmy codziennie, jak tylko pogoda jest bez deszczu), to one są większe. Groch podżerają nam niedobre pomrowy. Listki wyglądają, jak znaczki pocztowe. Będzie trzeba jakiś sposób na nie wymyślić, bo nic nam z grochu nie wyrośnie, jak w takim tempie będą podjadane. W ruch pójdzie albo pułapka, albo sól, albo trutka… zobaczymy. Nie będzie ślimak wpylał nam grochu, o!

Sałata, rukola, pietruszka i por oraz cebula siedmiolatka już wyrastają zauważalnie i widocznie ponad ziemię. Jeszcze chwila i trzeba będzie przehakać ziemię między rzędami, bo ziemia u nas ma tendencję do tworzenia grubej i twardej skorupy. Rośliny przejdą przez nią bez większych problemów, w końcu nie raz widziałam, jak wyrastają wprost z asfaltu, ale dla ich prawidłowego życia i rozwoju potrzeba też napowietrzonej i przepuszczalnej w głąb gleby. A tak, jak się taka skorupa utworzy, to woda zostaje na górze tworząc tylko rozległe kałuże. A to nie sprzyja rozwojowi.

Nasze nowe krzaczki złapały mszycozę i trzeba będzie się tego tałatajstwa pozbyć jak najszybciej, zanim nie rozniesie się gdzieś dalej. Na razie stosuję terapię biedronkową, ale tym kropkowanym stworzeniom coś marnie idzie zjadanie szkodników. Chyba że tak szybko się bestie mnożą, że biedronki nie nadążają z konsumpcją? Jak biedronki nie dadzą sobie z tym rady, trzeba będzie je zebrać i zastosować wywar z tytoniu, który nie raz się sprawdził podczas uprawy parapetowej. Trzeba będzie wydać dyszkę na paczkę papierosów albo na mały zapas tytoniu.

Wiśnie pokazują coraz więcej owoców. Część z wolna się już zaczyna czerwienić. Nie, za mocno powiedziane: raczej zaczynają się zarumieniać delikatnie. Mam nadzieję, że ani się nie zepsują nim dojrzeją, ani szpaki na nie się nie połakomią, mając do dyspozycji wiele niepilnowanych drzew wokół. Brzoskwinia też zaczyna pokazywać na co ją stać. Zawczasu podparliśmy jedną z gałęzi, na której aż się roi od puszystych owoców. Też żywię nadzieję, że niewiele z nich spadnie nim dojrzeje. Ze śliwką sprawa ma się już nieco gorzej, bo trzeba bardzo wnikliwie szukać zawiązków owoców, by dostrzec wśród liści choć jedną, malutką i zieloniutką śliwkę. Za to orzech już wiąże owoce. Znów pewnie obdarzy nas hojnie 30 kilogramami orzechów włoskich. Ja tam nie mam nic przeciwko.

Winogron obsypuje się nie tylko liśćmi, ale i kwiatostanami. Jeśli każdy z nich zostanie zapylony i wyrosną z nich grona, to… trzeba będzie zamrażalkę kupić… jednak nie wierzę, że tak będzie. Nie wszystkie kwiaty wydadzą owoce – to pewne. Za dobrze by nam było. Porzeczki rosną sobie spokojnie. Trochę z nich owoców będzie. Będę musiała chyba troszkę prześwietlić krzaki i je zasilić nawozem, żeby były bardziej plenne. Truskawki zawiązują owoce. Jeszcze są zieloniutkie, ale już widać, że do ułomków należeć nie będą. Co prawda szału z ilością nie będzie, ale do przekąszenia się trochę znajdzie. Tak, na złapanie smaku.

G. zabrał się za naprawę naszej Ruderki, by trochę jeszcze nam posłużyła, jako schowek na narzędzia i schronienie przed deszczem. Poprawiliśmy mocowania papy i linoleum, które zalega na dachu, uszczelniając dziury. Poszedł w ruch młotek i gwoździe z podkładkami, deski, kamienie i teraz już żaden wiatr nie poderwie tych prowizorycznych łat. Dodatkowo poprawiona została rynna, by woda deszczowa spływała do beczki, a nie na trawę, niszcząc ją. Nawet podstawianie wiadra nic nie pomagało i w tamtym miejscu jest łysy placek bez trawy. Półrury z PCV, które udają rynnę, zostały ułożone na nowo, a ich łączenia zasklepione silikonem. Teraz już nic nie powinno przeciekać pomiędzy, ja to się działo do tej pory. Jeden koniec rynny zaślepiliśmy, żeby jeszcze bardziej zmusić wodę do spływania w stronę beczki. Pozostaje jeszcze obić Ruderkę z zewnątrz, naprawić kawał spalonej, połatanej byle jak ściany i zamontować „kozę” na stałe wewnątrz, wyczyścić i odnowić meble, poukładać wszystko na nowo i już można się cieszyć w pełni działką. Na nowy domek trzeba będzie trochę poczekać, bo na raz nie wyłożymy tyle pieniędzy, by zapłacić za materiały i ewentualną pomoc fachowców. A pomysłów kilka już mamy…

Słońca też trochę złapałam, a ono złapało mnie. Nawet mimo kremu z filtrem +50.  Już nie pamiętam, kiedy moja skóra miała okazję do zmiany koloru. Dotąd każde lato było spędzane na turniejach lub w pracy, czy w mieszkaniu, więc z dala od słońca. Jedyne, co dawało radę się opalić na turniejach, to dłonie. Nic więcej. W tym roku będzie ciut inaczej, bo i turniejów wiele mnie nie czeka (finanse w tragicznym stanie), a i działka domaga się codziennej uwagi, więc będę za jakiś czas „skwarką” prosto z naturalnego solarium „Pod Chmurką”.

A na koniec zbiorcze zdjęcia z weekendu. Miłego oglądania.

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha :)

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha 🙂

Konwalie

Konwalie

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Widok na Zielnik

Widok na Zielnik

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Białe gwiazdeczki

Białe gwiazdeczki

Puchate brzoskwinki

Puchate brzoskwinki

Jaskry na trawniku

Jaskry na trawniku

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Zielone truskawki

Zielone truskawki

I kolejna porcja koloru rabatowego

I kolejna porcja koloru rabatowego

Orliki

Orliki

Orliki... strasznie lubię te kwiaty.

Orliki… strasznie lubię te kwiaty.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Orlikowa rabata

Orlikowa rabata

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

A oto i pędy winogronowe.

A oto i pędy winogronowe.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

I konwalie raz jeszcze.

I konwalie raz jeszcze.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie ;)

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie 😉

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Majówka… taaa, majówka

Miała być Irlandia, mamy angielska pogodę. Przez całą tzw. „majówkę” prawie nie wyściubiłam nosa z domu. No bo i po co? Pada, leje, zimno, ciemno. Nic tylko siedzieć przed kompem i pocinać w Skyrim. G. w tym czasie przeszedł BioShocka 3, Crysis 3 i napoczął Crysis 1. A ja nawet nie skończyłam początku Skyrim. No cóż… każdy ma inne gry i inny sposób grania. Lubię się rozsmakować w grze, w jej obrazach (czyli grafice), wykonać każdą, nawet najmniej znaczącą misję. Po prostu tworzyć własną historię… a G. miał po prostu krótsze fabularnie gry, z mniejszymi świtami, bo tez nie oszczędzał sobie odkrywania sekretnych skrytek i zwiedzania każdego dostępnego miejsca na poszczególnych planszach.

A co na działce? Wiśnia straciła kwiaty, niestety. Wszystkie płatki leżą na ziemi i brązowieją z wolna. Mam nadzieję, że mimo okrutnie słabej aktywności owadów, coś jednak wyrośnie i będziemy mogli się choć trochę nacieszyć paroma owocami. To samo tyczy brzoskwini i śliwy, bo naprawdę, kwiaty na nich nie wyglądają zbyt imponująco.

Na warzywniku już widać ruch. Głównie mrówek, których całe stada przechadzają się po grządkach, zakładając na nich i gniazda. a co sobie będą żałować? No cóż… my im też nie żałujemy… trującego cukru. Wiem, że to okrutne i złe, i w ogóle pfe ble niedobre, ale nie mam innego sposobu na to, by mi te owady nie łaziły w tę i nazad rozkopując wszystko wokół. I jeszcze gryząc dotkliwie. Tak, tak… czerwone mrówki też są. Co prawda w mniejszości, ale dają się we znaki mocniej, niż jakiekolwiek inne. Widziałam, jak na skwerze w mieście mrówcze gniazdo ukryte między korzeniami dorodnego klonu doprowadziło do śmierci tego drzewa. Nie chcę, by stało się to samo z roślinami na działce, bo w końcu liczymy na to, że nasza praca pomoże nam zaoszczędzić w przyszłości pieniądze wydawane aktualnie na jedzenie.

A rzodkiewki już widać na grządkach. Rosną, jak na drożdżach. Tak samo widziałam już, że groch wyłazi spod ziemi i len na zielniku. Grządki nowe obsiane kolejnymi warzywami, ziemia w tunelu się przygotowuje na przyjęcie pomidorów, które wyrosły pięknie na oknie w rozsadach. Winorośl pokazuje już listki, więc – mimo moich obaw – spokojnie przetrwała zimę i będzie rosła już pod naszą opieką.

Ruderka nam się powoli rozpada… dach się zwiesza coraz niżej na przegniłych i przeżartych przez korniki belkach. Nie trzeba nawet wytężać słuchu, by usłyszeć działalność tych zwierzaków wewnątrz belek. Nie wiem, ile jeszcze czasu Ruderka da radę stać w zwartej i prostej konstrukcji, ale czas na budowę nowej nam się bardzo skraca. Tylko skąd wziąć fundusze, by zakupić materiały na zbudowanie nowej? Cóż, trzeba będzie łatać to, co mamy, póki nie będzie można zrobić czegoś całkowicie nowego. A tak nie chciałam inwestować w Ruderkę… bo i po co ożywiać trupa? Potem tylko będzie łaził i żebrał o mózg 😉

Kilka fotek wczoraj zrobiłam, ale jakość ich marną jest, bo kiedy skończyłam obsiewanie i podlewanie, zaczęło się już robić ciemno. Może dziś będę w stanie zrobić więcej fotografii za dnia, a dzień – jak na razie – jest bardzo słoneczny. Choć coś tam pogodynka przebąkuje, że zanosi się na deszcz wieczorny. Póki co, za oknem, w pełnym słońcu mamy 34,5 stopnia Celsjusza. Lato, moi drodzy, lato!

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało...

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało…

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Znalazłam kwiat paproci! :P

Znalazłam kwiat paproci! 😛

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie