Tag Archives: rośliny

No i tydzień minął…

21-04

Dopiero się tydzień zaczął, a ja już czuję się zmęczona wszystkim wokół. Muszę szybko znaleźć sposób na podładowanie baterii na full, bo na pół gwizdka nie da się dużo zrobić. A mam co robić. I jeszcze zaległości mi rosną. Prawie lawinowo. No, nie ogarniam tego świata i wszystkiego wokół. Jak ktoś ma jakieś sposoby na szybki dopływ energii (prócz nielegalnych i zagrażających zdrowiu i życiu), to bardzo prosiłabym o podzielenie się pomysłami. Za co z góry bardzo dziękuję.

Dzisiejszy dzień zapowiada się ciężki i długi. Tak naprawdę wolna będę dopiero ok. 20. A miałam nadzieję, że w tym tygodniu będę miała trochę luzu przy przerzucaniu worów z ciuchami.

Ach, ta praca, co pisałam o rozmowie jakiś czas temu, nie wyszła. Tylko dlatego, że soboty i niekiedy piątki muszę poświęcić na zajęcia, by się przekwalifikować i zdobyć nowy zawód. Smutno mi i przykro, ale rozumiem niedoszłego pracodawcę. Na jego miejscu pewnie zadecydowałabym tak samo, mając bardziej dyspozycyjne osoby pod ręką. Nic to. Szukam dalej.

 23 – 04

Mam już dość tego życia. Mam go dość. I mam też żal do siebie, że nie potrafię go zmienić. Bo gdy już się wydaje, że zrobiłam co najmniej krok na przód, że jestem bliżej sukcesu, jestem uświadamiana, że jednak mi się wydawało. Zero postępów, wręcz zacofanie. Znów spełnienie marzenia było w zasięgu ręki, już niemalże czułam je w dłoniach… została mi tylko garść piór z ogona. Kolejna szansa na zamieszkanie na wsi przeszła koło nosa. Cóż, jak się nie ma gotówki ani szans na kredyt, to się nie powinno napalać, jak szczerbaty na suchary. Ale ja się napaliłam. Staraliśmy się, jak tylko mogliśmy, by doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Niestety, trwało to zbyt długo i ktoś, kogo stać na spełnianie marzeń już powoli je spełnia. W domu, który miał być nasz. W cudnej, czystej okolicy. Dom stary, ale wyremontowany – tylko wchodzić i mieszkać. Woda w kranach, ścieki w rurociągach, gaz w butli, ciepło w piecu. Na podłogach panele, na ścianach gładzie lub kafelki. Dom przeogromny: 180m2, gdzie znalazłoby się miejsce dla każdego mieszkańca i gościa bez wchodzenia sobie w drogę. I jeszcze wielki, przestronny strych, który można by wykorzystać na kolejne pomieszczenia. Dach nowiutki, błyszczący, niecieknący, komin naprawiony i uszczelniony. Do tego pół hektara czarnej, zdrowej i płodnej ziemi, na której rosły już drzewa stare i nowe oraz krzewy tak ozdobne, jak i owocujące. Wokół cisza, spokój, tylko lasy i pola. I konie za miedzą. Tylko wchodzić i mieszkać. Niestety, z racji, że kredytu nie było jak wziąć (a potrzeba było prawie 200 tys. złotych), umówiliśmy się, że dom kupimy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży mieszkań: naszego i teścia. Niestety, nim zainteresowanie przerodziło się w chęć kupna naszych „em-dwa”, znalazł się ktoś, kto od razu może pozwolić sobie na zakup domu, bez zbędnego kombinowania i ceregieli. I tak oto znów realizacja marzeń nie wyszła.

Gdy się o tym dowiedziałam, przeżyłam burzę emocjonalną. Wczoraj cały dzień byłam nieżywa wręcz. Mimo, że czułam się wykończona (spałam tylko niecałe dwie godziny), ledwo trzymałam się na nogach, a ból głowy okrutnie dokuczał, to jednak wybraliśmy się na działkę, żeby jednak zadbać o przyszłość. W wymiarze kulinarnym tylko, ale zawsze to jakaś przyszłość. Dałam radę przekopać motyką (w celu rozdrobnienia grud i brył) tylko połówkę mniejszego warzywnika, zrobić grządki i posadzić kilka warzyw z rozsad. Po takiej lekkiej pracy musiałam się położyć, bo tak mi było słabo. Po powrocie do domu, położyłam się spać i obudziłam się dopiero dziś rano. Już mi lepiej.

Staram się ułożyć wszystko na nowo w głowie. Od początku zaplanować czas, kolejność działań i przestawić priorytety. Niestety, wszystko potrzebuje czasu. A im dłużej będę się grzebać w tym, co było, co się nie udało, tym dłużej nie wypełznę z dołu, z tego zamulonego dna, w którym (w moim odczuciu) się znajduję.

A póki co, rośliny na działce, na naszym skrawku wsi w mieście rozkwitają radośnie, jak co roku:

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Początek życia na warzywniku.

Początek życia na warzywniku.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

Nowe krzewy w naszej "kolekcji". To aronia.

Nowe krzewy w naszej „kolekcji”. To aronia.

A tu drugi krzew: borówka.

A tu drugi krzew: borówka.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

 24-04

Miałam sprzątać mieszkanie, wykorzystując fakt, że G. pojechał na działkę spawać urwany zawias furtki, ale za długo babrałam się z przesadzaniem siewek. Chciałam najpierw nabrudzić ziemią, a potem wszystko kompleksowo posprzątać. Niby dzień się jeszcze nie skończył, ale za niedługo muszę iść na zajęcia i chcę się do nich choć trochę przygotować. Niby praktyczne zajęcia nie są trudne, ale trzeba sobie przypomnieć kolejność technik masażu i jakie można stosować na poszczególnych częściach ciała, żeby się nie zastanawiać co chwilę, co teraz trzeba zrobić? No i atlas anatomiczny muszę sobie przerzucić na papier, bo z ekranu komputera trochę niewygodnie się korzysta.

Jutro mieliśmy w planach wyjazd do O., bo skusiły nas targi pracy, ale kiedy dobrze poszukałam na necie, okazało się, że miałam błędne informacje. Targi nie odbędą się w sobotę i niedzielę, tylko już wczoraj się zaczęły, a dziś kończą. No cóż… wiele i tak nie straciłam, bo przeglądnęłam program i jedyne, co by mogło mnie zainteresować, to prelekcja o służbie w Policji. Skoro zatem nie ma po co wydawać pieniędzy na podróż, a wyjątkowo sobota wypadła wolna od zajęć, to będę się działkować. Mam nadzieję, że nie będę zdychać tak, jak przy okazji poprzednich na niej odwiedzin. No bo wstyd tak… dwa razy machnąć motyką i już się zasapać…

Nic, trzeba jeszcze anatomię wydrukować i choć przeglądnąć przed wyjściem obrazki…

25-04

Dzień wolny od nauki. Czyli należałoby coś zrobić pożytecznego. Bo siedzenie przed kompem do pożytecznych nie należy. Najgorsze jest to, że nic mi się nie chce robić. Znaczy pomysły mam, ale jakoś tyłek za ciężki, żeby się przenieść do pracowni i coś w niej podziałać. A należałoby.

No i na działkę też należałoby się wybrać. Raz, że Zarząd jakieś zebranie organizuje, dwa – czas najwyższy nadgonić wszystkie prace, których wykonać się nie dało, bo było za zimno. Także na nudę narzekać nie mogę. Raczej ne to, że doba jest za krótka na wszystko, co należałoby i co chciałoby się zrobić.

Zna ktoś może sposób na doładowanie baterii? Bo moje jakoś w standardowej procedurze nie chcą się porządnie załadować. Sen nie daje wiele, ulubiona muzyka też jakoś nie działa… no do kitu jakoś tak… a bez doładowanych baterii nie jestem w stanie w 150% podołać wszystkim zajęciom i obowiązkom. Za wszystkie porady z góry serdecznie dziękuję.

No i się wydziałkowałam. Tak się przejęłam tym, że dziś jest zebranie RODu, że zapomniałam wziąć ze sobą rozpiskę płodozmianową i nici z siania. No to się zabrałam za plewienie. Przerobiłam truskawki i ćwiartkę Zielnika. Wydaje się, że to strasznie mało na jeden dzień, ale z zebrania wylazłam dopiero po godzinie piętnastej. No i odchwaszczane parcele były naprawdę mocno zarośnięte, bo na jesieni nie wyrywałam chwastów. Ćwiartkę Zielnika też przekopałam, żeby trochę ziemia odetchnę przez chwilkę, a i się spulchniła, bo była twarda od korzeni traw. G. przehakał drugi warzywnik i „pole” na ugorze, a teść skosił trawę w alejce. No i jeszcze chłopaki naprawiali furtkę, bo się zawias urwał i zapiekł na amen. Zrobili więc nowy i przyspawali go do ramy. I jeszcze furtka dostała świeżego, wiosennego, zielonego koloru! Ładne teraz mamy ogrodzenie. Pieseł zaczyna być uczony, że wąż ogrodowy, to nie to samo, co wąż w schronisku i na pewno nie zostanie przezeń polana wodą. Oczywiście patyczek zawsze najlepszą formą pokazywania, że mimo sikającego wodą potwora, znajdującego się na trasie rzucający – patyczek – rzucający, że nie ma się zupełnie czego bać. Pierwsze postępy poczynione zostały bardzo szybko: od podkulonego ogona i stulonych uszu oraz ugiętych łap i nisko zwieszonego łba do okrążania syczącego, mokrego zła minęło ledwo półtorej godziny. Tak na oko. Bo nie patrzyłam na zegarek. Ot, tyle czasu, co było potrzebne do podlania całej działki. Myślę, że za niedługo pieseł będzie mógł się delektować ochłodzeniem w lecie wprost z „sikawki”. Pokonaliśmy strach przed samochodami (zwłaszcza dużymi i warczącymi), pokonamy i strach przed wężem.

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem ;)

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem 😉

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem ;)

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem 😉

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą...

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą…

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko ;)

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko 😉

Praca wre.

Praca wre.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka...

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka…

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo ;)

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo 😉

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Nic, teraz należało by się udać pod prysznic i rzucić pod kołdrę, bo jutro trzeba dreptać na zajęcia…

26-04

Zajęcia okazały się być skrócone. Wcześniej się wykładowca zerwał z zajęć, przy tym skończył już przygotowany materiał, więc po co dłużej siedzieć? No i zarobiłam kolejną ocenę. Tym razem z aktywności. Mogę wpisać następną piątkę w swoim dzienniczku.

Teraz mogę spokojnie zająć się nastawianiem obiadu do wolnowaru. Nie zrobiłam tego rano, bo za długo spałam. I zapomniałam wczoraj wyciągnąć z zamrażalki wszystko, co potrzebne było do zrobienia jedzenia. Przy tym i tak na spokojnie może się gotować i to dłuższą chwilę, bo w planach mamy przygotowanie się do najbliższego turnieju, czyli powyciąganie zbroi i broni ze wszelkich zakamarków, wyczyszczenie jej, sprawdzenie i ewentualne naprawienie. No i położenie w jednym miejscu, by przy pakowaniu nie biegać po całej okolicy.

To miłej niedzieli życzę i  idę zająć się tym, co trzeba.

Reklamy

8 Komentarzy

Filed under nauka, pieseł, rolniczo

Wiosna! Ach, to ty!

Od dwóch dni wiosna wreszcie zdecydowała się przyjść w nasze progi. Słońce nagrzewa powietrze i ładuje mi akumulatory tak, że chce mi się chcieć. Wczoraj cały dzień sobie tkałam krajeczkę w serduszka oglądając przy okazji serię programów o wypadkach lotniczych. Ot, chyba żeby zrównoważyć euforię, którą rozbudziło we mnie słońce. Utkana krajka wygląda naprawdę imponująco, kiedy tak patrzę się na część utkaną, nawiniętą na „bęben”. Dużo jej. Chcę ją przerobić na paski. takie współczesne. Może się uda? Może komuś się spodobają?

Z racji tego, że jest coraz cieplej, ruszyłam znów z sianiem warzyw i ziół, by potem przenieść je w rozsady, a w końcowej fazie na warzywne grządki i do zielnika, który z wolna powstaje na działce tuż przy tunelu foliowym. Miałam kilka zeszłorocznych papryczek ostrych (chyba chili). Okazało się, że były dość zasobne w nasiona, więc jeśli wszystkie warunki okażą się sprzyjające, będzie dużo ostrych papryczek do wykorzystania. Rozkruszane skorupki wysuszonych owoców chyba lekko pyliły, bo zaczęło mnie kręcić w nosie i drapać w gardle. Cóż, pierwszym odruchem było przytkanie paluchów do nosa. Tak, tak… chili jest zdecydowanie lepsze do oczyszczania nosa od mentholu. Gdyby tylko jeszcze nie rozgrzewało skóry do czerwoności, to pewnie byłby dobry środek na katar. Zatoki też mi przy okazji wyczyściło. Ale przez dobre 10 minut ciężko było nawet oczy otworzyć. I ciesze się, że mnie oczy nie zaswędziały podczas babrania się z papryczkami… szczypanie w nosie jeszcze jakoś ścierpię, ale oczu…? Aż strach pomyśleć. W każdym bądź razie nasionka zostały posiane, szczodrze poczęstowane wodą i zafoliowane, żeby wilgoć nie uciekła za szybko. Mam nadzieję, że większość z nich urośnie, bo terminy przydatności do wysiania były naprawdę różne. A zdecydowaną większość nasion kupowałam w tym roku. Chyba tylko dwa opakowania były dość leciwe, jak na nasiona. Miejmy nadzieję, że za niedługo będzie zielono w siewnikach.

Trzeba będzie na działce zacząć prace porządkowe: folię na tunelu posklejać, warzywniak przekopać, opryskać brzoskwinię, żeby kędzierzawki nie miała i śliwę, by torbielowatości nie nabyła, bo w tamtym roku nikt nie zbierał owoców, więc wisiały sobie i gniły, grzybiejąc z wolna, co wcale nie jest takie zdrowe dla drzewa. Zatem dostanie porcję odgrzybiacza, żeby nic jej nie było. A brzoskwinka już miała kędzierzawe liście w tamtym roku, więc na pewno będzie miała i w tym. Trzeba by też poprzycinać i poprześwietlać trochę drzewa, bo nieco zdziczały wygląd mają. Zwłaszcza śliwka. No i trochę Ruderkę ponaprawiać, bo musi nam służyć, póki nie nazbieramy na ładniejszą altankę. Roboty naprawdę mnóstwo. I już na pewno bylibyśmy w połowie robót, gdyby zima nie trwała tak długo. No cóż, będzie trzeba przyspieszyć, żeby zdążyć z tym, co wymaga określonych ram czasowych.

Papużki dostały drugą w tym roku kąpiółkę, ale tylko Draśka skorzystał z niej tak, jak się winno korzystać: wlazła cała do talerza i się wytomkała w wodzie. Reszta zrobiła to, jak francuska dama: odrobinkę na dziobek i rozchlapać, napuszyć piórka… o, tyle starczy. Ciptuszki. Nawet się porządnie umyć nie potrafią. Teraz, oczywiście, mają czas na wymianę garderoby, a ja zbieram ich prześliczne pióra wręcz garściami. Myślę, co z nich zrobić i już parę pomysłów mam na zagospodarowanie papuziego pierza. Nie tylko na poduszki.

Nic, chwila na herbatę się skończyła, trzeba trochę ogarnąć mieszkanie i zrobić coś do przekąszenia na obiad.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie