Tag Archives: remont

Dzieje się…

Dzieje się, oj, dzieje… niestety, nie za dobrze się dzieje. Dorwało mnie choróbsko, które na razie jest diagnozowane, ale jeszcze nie leczone. Co się przyplątało? Kto oglądał serial „Dr House”, ten może się domyślić, bo tę chorobę diagnozował u swoich pacjentów najczęściej.

Mam za sobą odwiedziny w dwóch szpitalach (wszystko na pulmunologii) i stertę badań za sobą. Poza standardowymi badaniami krwi i moczu oraz RTG klatki piersiowej uraczono mnie tomografią komputerową, bronchoskopią, gazometrią i EBUSem.

Tomografia komputerowa była przyjemna. Leżało się na leżance, dziwnie bzycząca tuba jeździła w tę i nazad… można się było poczuć, jak w statku kosmicznym. Jak na Nostromo. Czemu? Bo gdy wtłaczali w żyły kontrast, poczułam się, jakby mnie taki Ósmy Pasażer wziął i ukąsił. W żyłach zaczęła mi płynąć lawa – dosłownie tak się czułam. I weź tu człowieku się opanuj i nie ruszaj… i nie wyrwij TEJ ZASRANEJ IGŁY Z RĘKI! kiedy płynne żelazo pali ci żyły. Kobieta obsługująca maszynę na moją uwagę, że ręka mi chyba zaraz odpadnie, bo tak mnie bolało, gdy wlewał się kontrast, beztrosko stwierdziła: „Ojej, zapomniałam powiedzieć, że tak się dzieje, bo my wlewamy ten kontrast pod wysokim ciśnieniem. Ale to przejdzie.” Jasne, że przeszło… po dwóch dobach. Dziękuję.

Bronchoskopia mnie przeraża do dziś. Owszem, są tacy, dla których żadna „-skopia” nie jest problemem, ale ja do takich nie należę. Na czym polega to badanie? Jak każda „-skopia”. Kluczowym słowem jest tu „rurka”. Najpierw, obowiązkowo, podaje się znieczulenie. Miejscowe. Pryskają w gardło takim miętowym w smaku sprajem. Coraz głębiej i głębiej. Oczywiście odruch wymiotny gra tu nie małą rolę. Dlatego nie pozwalają nic jeść i pić przed badaniem, bo by się bałaganu narobiło. Pierwszy problem robi się, gdy endoskop ma przejść przez pierwszą bazę – tchawicę. Wiecie, że skubana się automatycznie zaciska, jakby od tego zależała wygrana w Lotto? I potem trzeba tą cholerę zmusić, żeby dała sobie siana, wzięła się odcisnęła i dała wreszcie zaczerpnąć tchu, bo inaczej obie zejdziemy z tego świata. Przeglądanie wnętrza moich płuc odbywałoby się bardziej spokojnie, gdyby nie wpuszczany w nie płyn, mający na celu znieczulenie kolejnych części mojego wnętrza. Tak, kolejny odruch. Płuca dostały „wody”, więc mózg podjął decyzję: „O cholera! Topimy się!” No i weź tu debilowi wytłumacz, że to żadne topienie, tylko badanie i znieczulenie? No wziął zasiał panikę i kropka. Na szczęście udało się go ugłaskać i przetłumaczyć, że nie jestem pod wodą, nie topię się i mogę swobodnie (naprawdę, serio-serio) oddychać. Pobieranie próbek do badania już nie bolało. Było to dość dziwne uczucie, jakby mały robaczek kąsał skórę. Tyle że od środka… takie chwycenie, lekkie pociągnięcie i ukąszenie – wszystko bezbolesne. No i płukanie na koniec, by szybciej zlazło znieczulenie… I powtórka z rozrywki: „Łomatko! Topimy się! Topimy! Trza to wszystko wyrzucić natychmiast z płuc, bo się utopimy!”. Mam popaprany mózg. I za mocno rozwinięty instynkt samozachowawczy. Wyciąganie endoskopu poszło szybko, wręcz błyskawicznie. Oczyszczanie płuc trwało parę dni. Myślałam, że te płuca po prostu wypluję, wyczyszczę, wytrę do sucha, nawilżę kremem i schowam z powrotem. Aha, i pozaklejam plastrami ranki, żeby już przestały krwawić, bo się zaczynałam czuć, jak gruźlik…

Gazometria w porównaniu z powyższym, to jak wycieczka na Majorkę… grzejesz sobie łapki pod ciepłą wodą, potem pielęgniarka nakłuwa jeden palec (jak przy badaniu w cukrzycy) i zbiera wypływającą krew do rurki, podobnej do słomek do napojów, które były dodawane do oranżady w woreczkach… tylko bardzo cieniutkiej i przezroczystej. I już. Można iść chorować dalej.

EBUS. To taka inna bronchoskopia. Tylko pozwalająca przebić się do węzłów chłonnych, by pobrać z nich próbki. Tak, przebić się przez płuca do węzłów chłonnych znajdujących się za nimi. Pamiętając poprzednią bronchoskopię, myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Okazało się jednak, że środki znieczulające mają tak świetne, że nawet tchawica nie zauważyła, że coś przez nią przechodzi. Poprzednią bronchoskopię wykonywano mi na siedząco. EBUSa robi się w pozycji leżącej. Nie dziwię się, że jest taki wymóg. Po „głupim jasiu” miałam takiego „tripa”, że bym spłynęła z krzesła. Chyba że zostałabym do niego przywiązana. Mogłam spokojnie patrzeć na „pływające” i „pełzające” lampy nade mną i na obraz na ekranie, pokazujący wnętrze moich płuc. Fajne są. Myślałam, że będą bardziej czerwone… a może to już był węzeł chłonny…? Cholera wie… Po badaniu było mi słabo i trudno się oddychało przez pewien czas, ale nie nastąpił wściekły kaszel, którego się spodziewałam, wzorem poprzednich doświadczeń. Jak się okazało, nie taki EBUS straszny, jak bronchoskopia.

Teraz jestem w domu. Nie czuję się zbyt różowo, bo potrafię dostać zadyszki przy ubieraniu spodni i T-shirta, no i raz na jakiś czas mam małą „wirówkę”. Ale da się to jakoś obejść. Na chwilę. Zła jestem na siebie, bo teraz znów stałam się nieproduktywna i bezużyteczna. Najlepiej wychodzi mi oglądanie seriali i plecenie sznurka, bo mogę siedzieć i za bardzo się nie ruszać. Wtedy też stawy mniej bolą. No i nie mogę ziewać. Bo płuca bolą, jak nabiorę w nie więcej powietrza, niż przy normalnym oddychaniu… ale to też idzie przeżyć.

Remont pokoju idzie nam jak po grudzie. Głównie dlatego, że trochę brakuje nam gotówki na części składowe. Bo robimy szafę. Na caaaaałą ścianę. Żeby się w niej pomieścić z większością szpargałów. I się mieścimy. Powoli. Wraz z powoli powstającymi półkami. Już nie trzeba będzie udeptywać mężowskich ubrań, żeby się mieściły w szafie. Każdy kolor sweterka ma swoją własną półeczkę. I każdy kolor T-shirta. Sięgasz i wyciągasz jedną rzecz. Ot tak… nie martwiąc się, że jeśli dobrze nie przytrzymasz reszty ubrań, to masz najbliższe pół godziny wybrane z życiorysu, bo trzeba wszytko powtórnie wepchnąć do szafy, używając umiejętności zdobytych podczas gry w „Tetrisa”…

Pralka stwierdziła, że się popsuje. No bo co? Od 16 lat pracuje w ciężkich, szkodliwych warunkach, to czemu ma się nie zepsuć? Na szczęście tylko grzałka przestała działać. Ciężko orzec, czy ona sama jest winna tej sytuacji, czy może pokrętło termostatu? A może sam programator przestał włączać grzanie wody? Nie wiadomo. Na razie radzę sobie „po staremu”: grzeję wodę w czajniku elektrycznym, który ma możliwość wyboru temperatury, przelewam zagrzaną wodę do miski, a kiedy uzbiera cała micha wody, wlewam do pralki. I włączam pranie. Detergenty wlewam do wody, którą leję do pralki. Dobrze, że mamy taką ładowaną od góry…

To chyba tyle z relacji tego, co się wydarzyło od ostatniego wpisu… idę chorować dalej i plątać sznurek…

2 komentarze

Filed under domowo, życie

Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Wiosenne porządki

Wiosenne porządki, choć do wiosny jeszcze trochę czasu zostało, mam na ukończeniu. Lekko przemeblowaliśmy mieszkanie, żeby zmieściło się w nim to, co powinno się zmieścić, a co się nie zmieściło poszło do piwnicy lub na śmietnik. Dzięki temu mamy wygodny warsztacik (koniec z robotą w dużym pokoju i jego zawalaniem sprzętem mało potrzebnym i zaśmiecaniem resztkami wszelakimi). Znalazło się miejsce na krosna, na kołowrotek, na maszyny, skrzynie, skóry, strzały itp. przedmioty rzemiosła codziennego. Kuchnia wzbogaciła się o stół, przy którym można wygodnie usiąść, coś zjeść lub wypić, a także znaleźliśmy miejsce dla zamrażalki, która wreszcie może spełniać swoją mrożącą funkcję. Duży pokój dostał więcej przestrzeni, choć wolierka z papugami wciąż stoi w tym samym miejscu. Za to moje biurko powędrowało pod okno. I naprawdę było to dobre posunięcie.

Od soboty zaczynam się szkolić. Wreszcie. Po takim długim okresie czekania. Utworzyli „mój” kierunek i mogę spokojnie się przekwalifikowywać. Aczkolwiek boję się, że sobie nie dam rady, bo umiejętność zapamiętywania u mnie coś ostatnio siadła i wstać nie chce. Zobaczymy, jak przyjdzie do egzaminów. Najwyżej po prostu nie zdam i się skończy nauka. Choć bardzo bym tego nie chciała.

01-03

Jestem na świeżo po zajęciach. Czuję się głupsza, niż przed nimi. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Może ogromem wiedzy, z jaką zderzyłam się na początek? Wczoraj mieliśmy zajęcia z teorii masażu, gdzie poznałam tyle nowych definicji, dostałam tyle nowych informacji, że naprawdę nie wiem, jak je usystematyzować. Chyba czas zacząć czytać polecane przez wykładowcę książki, żeby się z wiedzą nowo przyswojoną oswoić.
Dziś mieliśmy zajęcia z psychologi i socjologii, które uświadomiły mi, że niewiele pamiętam ze studiów. Ale znalazłam większość książek, które mi wtedy pomagały opanować materiał, więc sobie tylko definicje pozaznaczam, żeby się przygotować na egzamin kończący semestr. Do czerwca jeszcze trochę czasu, ale wolę zacząć ogarniać to już teraz, bo nie ufam swoim możliwościom uczenia się. Ostatnio – wydaje mi się – że się nieco pogorszyły. Nic, zobaczymy, jak to wyjdzie w praniu. Póki co, jestem przerażona i boję się, że sobie nie poradzę.

Wiosenne porządki ogarnęły i G., który zadecydował, że koniecznie musimy odświeżyć mały pokój. To co, że wszystko już jest tam poustawiane, uporządkowane i ciężko będzie się dostać na przykład do ścian. Nic nie odstraszyło go przed realizacją zamysłu i tak oto nasz mały pokój został pozbawiony marnych, podziobanych przez papużki tapet i straszy gołymi, zagruntowanymi ścianami. Dzięki A. i P. G. nie musiał się męczyć sam i jeszcze ze mną przy tej demolce. Dziś został pomalowany na nowo sufit, a nowe tapety czekają na przyklejenie do ścian. Nie wiem, czy dziś zrobimy choć część ściany. Się zobaczy.

Póki co okrutnie chce mi się spać. Zajmować się szkołą będę jutro, bo mam już zadanie domowe do zrobienia…

8 komentarzy

Filed under ogólnie

Re(y)mont – podsumowanie

Obiecałam, że zrobię podsumowanie z ukazaniem, jaką łazienką „cieszyliśmy się” przez ostatnią (prawie) dekadę, a jaką cieszymy się dziś (i pewnie przez najbliższe i najdalsze dekady).
Zatem zaczynamy.
„Wczoraj” i dziś:
   
   
   
A wszystko zaczęło się od projektu:
 
I jak? Lepiej niż było? Projekt został zrealizowany?
Mnie się wydaje, że tak. I to w pełnej rozciągłości.

2 komentarze

Filed under życie

Re(y)mont cz. 17

No i dobrnęlim do końca ferii i łazienkowej transformacji.
Wszystko działa, jak należy.
Co prawda bez drobnych problemów nie mogłoby się obejść, bo przecież ostatnio to tylko problemy… Po pierwsze nie można było odkręcić zaślepki odpływu dla umywalki. Nawet „magiczne” słowa gromko wykrzykiwane przez Pana Majstra nic pomóc nie chciały. No, zacięło się i koniec. Jak osioł. Na szczęście Pan Majster miał młotki. A wśród nich taki ładny „przekonywacz”, mający chyba z pięć kilogramów. No i wreszcie z jego pomocą przekonał zaślepkę, że jednak czas się ruszyć. Co za radość!
No, ale to i tak nie koniec. Rura odpływowa dołączona do zestawu ni jak nie chciała się zgrać z uszczelką i otworem odpływowym. Ani tak, ani wspak. A jak jeszcze doszedł syfon, to już nic do siebie pasować nie chciało. Zupełnie. Normalnie, jak puzzle z różnych pudełek. Dopasowanie rury umywalkowej, uszczelki i odpływu nastąpiło dopiero po tym, jak ta pierwsza została skrócona o nadwymiarową część. No, teraz gra i buczy.
Tak, pozostało tylko sklecić cięgiełko korka. To taki nowy pomysł dla tych, co mają dość szukania zatyczki i dostają ją wbudowaną w umywalkę. Starczy pociągnąć za kranem i już mamy odpływ zamknięty. Cóż z tego, ze taki fajny to wynalazek, kiedy – zaraza – działać nie chce? Ani w tę, ani we w tę. Co już się wydaje, że pasuje, że działa… zonk. Nie działa. Bez przemocy (ucięcia i nagięcia) nie chciało się dostosować do wymiarów umywalki i szafki pod nią. Chyba wyszło na to, że za mała…
No, wreszcie wszystko stoi, jest podłączone i działa. Pozostały tylko do zawieszenia: szafka z lustrem (i tu zonk, bo trzeba listwę dokupić, żeby powiesić) i popierdółki na ręczniki, papier itp.
Szafka została w kartonie, za to popierdółki zawisły twardo w miejscach wyznaczonych.
Potem tylko starczyło posprzątać, wymyć i zagospodarować łazienkę, czyli wrzucić wszystko, co ma w niej być, a co stoi w innych pomieszczeniach.
A tak oto wygląda zagospodarowana łazienka w pełnej krasie:
 
Kosz zostanie wymieniony… w przyszłości.
 
 
Jeszcze szafka, kubki i takie tam drobiazgi i będzie ślicznie.
 
 
„Cichy” zakątek 😉

4 komentarze

Filed under życie

Re(y)mont cz. 16

Już widać koniec. Remontu oczywiście.
Dziś to była naprawdę tragedia. Najpierw okazało się, że śruby, które kupiliśmy są nie takie, jak trzeba, bo kibelek chwieje się, jak pijany. Jak przyszło do montowania kabiny prysznicowej, to się okazało, że Panowie Pakowacze „zapomnieli” dołączyć do zestawu wszystkich śrub! Obiecuję, że pojadę tam i zrobię wpis do księgi zażaleń. Co najmniej.
Nie było też instrukcji, jak to wszystko poskładać do kupy, jak poustawiać, żeby wszystko ze sobą grało. Dobrze, że Pan Majster dostał od Kolegi skserowaną instrukcję i się to to łatwo do kupy poskładało.
Na domiar złego gdzieś w transporcie ciecie uszkodzili osłonę brodzika, a Pan Majster tego nie zauważył i ściągnął osłonę z zaczepów tak na raz. I naraz zrobiło coś „trzask” i „zgrzyt”, no i się wzięło i zrobiło większe. Trudno. Skleiło się to to „Kropelką” i na razie się trzyma kupy. Nawet nie widać, że coś jest nie teges.
Świetnie się wspólnie składało kabinkę. Pan Majster miałby problem, próbując dokonać tego samotnie – do tego potrzebna była pomoc. Bez dwóch zdań.
Po śrubki Pan Majster pojechał do swojego domu. Pół godziny w plecy. A ile paliwa, to już przemilczę. A ile „mięska” przy okazji poleciało, to już insza inszość…
No, kabina cała, teraz trzeba rurki i wężyki poprzyłączać. Trochę się Pan Majster poobijał o junkers, pomoczył spodnie, zahaczając o kranik, bo miejsca mało było. Wężyki na miejscu, ale gdzie są uszczelki? No tak… po co komu uszczelki? Niestety, bez nich prysznic sikał na dwie strony: tam, gdzie powinien i zza panela. Nosz kurka mać!
No nic, to zostawiamy kabinę na razie i zajmujemy się umywalką. No wszystko jest tutaj na szczęście… hmmm… a gdzie jest rurka do odpływu? Kurtka no!
Nic, Pan Majster wsiadł był w samochód i pojechał do marketu po brakujące części.
Kran otrzymał srebrne zaślepki, kibelek – odpowiednie śrubki, kabina – uszczelki.
Niestety, nie mogło być różowo i wspaniale, bo by nie było dnia do opisania. Kiedy przyszło do odkręcania zaślepki odpływu, pojawiły się kolejne problemy. Mimo starań, sekretnych „zaklęć” stosowanych przez Pana Majstra, nie chciała się ruszyć ani o mikron. Normalnie zacięła się i koniec. Dopiero pięciokilowy młot przełamał jej opór. Teraz tylko pozostało trzymać kciuki, żeby odpływ był drożny. Jeśli nie będzie, to… trza będzie kombinować. Czyli kolejne godziny pracy. Ech…
Jednym pocieszeniem jest to, że kibelek działa. Jeszcze mu brakuje klapy, którą dostarczą nam jutro, ale wszystko inne jest już sprawne.
Drugim jest to, że kabina też już działa. Nawet przetestowaliśmy ją w pełnej rozciągłości… ha ha! Wreszcie jestem czysta! Naprawdę czysta, wymyta i w swojej własnej osobistej łazience!
No ale nie mogło być przecież idealnie, więc okazało się, że bez silikonu kabina będzie ciec podczas prysznicowania, a opcja „mgiełka” w „słuchawce” dodatkowego prysznica nie jest w stanie uruchomić junkersa, czyli leje się lodowata woda.
Przynajmniej lampki już wiszą (i to zamontowane bez najmniejszego problemu) i ślicznie oświetlają łazienkę. Wybraliśmy żarówki diodowe, bo są bestie mnogo oszczędne. Te „energooszczędne” mogą się przy nich schować, o. Do tej pory używaliśmy ich tylko w kuchni i rachunek nam „zjechał” o parędziesiąt złotych. Ha!
A tak wygląda obecnie łazienka:
 
Nasza zdeczko cieknąca, ale pachnąca nowością i zagospodarowana kabina.
 
 
A tu miejsce na szafkę i wywietrznik (to tam, gdzie kable widać). Lampka już jest osadzona ładnie, już nie wisi na kablu. Jednak – co dziwne – nadal świeci… 😛

6 komentarzy

Filed under życie

Re(y)mont cz. 15

No i mamy już kolejny dzień za sobą. Próbowałam się przydawać Panu Majstrowi, żeby mu łatwiej było i szybciej robota poszła, bo przy montowaniu, to niekiedy cztery łapy, to mało.
Trochę roboty jeszcze jest. Kibelek stoi, ale nie ma spłuczki, bo… wężyk nie chciał spasować. Nic to, tyłek w troki i do marketu budowlanego po brakujące elementy. Sam kibelek też taki niepewny, bo do kompletu śrub nam nie dołączono i teraz kombinuj człowieku, jak koń pod górę.
Zaślepki do kranu też nie chcą pasować, bo za duże i cały gwint zasłaniają. I jak teraz wkręcić na to jeszcze kran? Jeny… a było tak lekko i prosto. Czyżby zaczynały się schody?
A tak aktualnie wygląda łazienka, o:
 
Kibelek nieczynny, rurki schną, ale tak, to już prawie gotowe.
 
 
Miejsce na umywalkę i szafkę z lustrem. Światełko już wisi. Co prawda na kablu, ale działa.

2 komentarze

Filed under życie