Tag Archives: rękodzieło

Konkursy…

Na FB  pojawia się mnóstwo różnych konkursów, które organizują mnie lub bardziej udanie strony znajdujące się w gronie polubionych przeze mnie lub też moich znajomych. Kilka razy udało mi się wygrać parę naprawdę przydatnych i ślicznych rzeczy (np. chustę, której z powodzeniem używam, gdy jest mi zimno – jako okrycie i jako szalik, gdy wychodzę na zewnątrz w chłodne i zimne miesiące. Albo taka wczesnośredniowieczna kieca, której jeszcze nie pokazałam na żadnym turnieju, bo nie miałam okazji odwiedzić wczesnej imprezy).

Ostatnia wygrana, jaka przypadła mi w udziale, to spinka do włosów. Nie jakaś tam pierwsza lepsza. Solidna, skórzana zapona do włosów. Obowiązkowo w kształcie smoka. Wykonana została ręcznie w pracowni 2Towers.

Niestety, moje włosy znów pokazały na co je stać i wymykają się wszelkim próbom ich ujarzmienia i osadzenia na nich rzeczonego smoka. Wczoraj, po półgodzinnych próbach, wreszcie udało mi się wszystko ogarnąć i wyjść ze smokiem do ludzi i go zaprezentować. Oczywiście że przyciągał uwagę. Jakby nie przyciągał, byłabym mocno zawiedziona ślepotą ludzi na takie cudo. Jednie jedna osoba zdobyła się na odwagę i zapytała skąd mam taką spinkę? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że z pracowni 2Towers i dodatkowo zaprezentowałam na ekranie telefonu komórkowego inne cudności, jakie można tam znaleźć. Też powinniście tam zaglądną, moi drodzy czytacze, bo warto. Nawet tylko dla pozachwycania się nietuzinkowymi ozdobami, jakie tam robią.

A mój smok wygląda tak:

Na pierwszym zdjęciu jest zaraz po wypakowaniu z koperty, a na drugi po całym dniu lansowania. Przed wyjściem nie zdążyłam zrobić sobie fotki, bo nie było czasu. Rano musiałam wskoczyć na zastępstwo w pracy, a zaraz po niej gnać do domu i przyszykować się do wyjścia na zakładową imprezę, w zakładzie pracy G. Postaram się jeszcze kiedyś, przy okazji innej możliwości polansowania się ze smokiem zrobić zdjęcie, gdzie i on, i ja nie będziemy wykończeni po całym dniu intensywnych przeżyć. O samej imprezie też napiszę. Jak G. ogarnie dość zaskakujący filmik ze mną w roli głównej 😉

A ja serdecznie (i ponownie) zapraszam do odwiedzenia pracowni, w której powstał mój smok, czyli 2Towers.

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rozrywka, smoki

Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Zarobiona po ślepia…

Naprawdę.

Wiem, że trudno uwierzyć, że ktoś, kto nie ma pracy, może nie mieć czasu, żeby wrzucić wpis i parę fotek na bloga, czy wyskoczyć gdzieś ze znajomymi. Ale ja naprawdę nie wiem, w co ręce włożyć.

Robota „w polu” zabiera zwykle całe dnie. I to te słoneczne lub tylko pochmurne, bo w deszczowe na prace pod gołym niebem nie ma najmniejszych szans. Kiedy zatem pada deszcz, staram się czas (mimo chronicznego wtedy zmęczenia i niemożności obudzenia) wykorzystać na pracę w domu. To nie tylko sprzątanie, ale i rękodzieło, bo to sznurków trzeba napleść, a to krajek natkać, a i może coś uszyć, wyhaftować… Dni tygodnia mi się mylą. Działam na słońce: kiedy zaczyna świecić, budzę się i wstaję, by wszystko obrobić; kiedy gaśnie – idę spać.

Obecnie dni spędzam na XVII Wystawie Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko-Czeskiego, głównie jako pomoc dla znajomej i towarzystwo do „plotek”. Aczkolwiek i swoje rękodzielnicze wyroby prezentuję na udostępnionym fragmencie stoiska. I tak jeszcze do niedzieli.

Więcej informacji i fotografii udostępnię później, bo już mam opóźnienie w pracach porannych.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, rolniczo, życie

Wiosna w lutym

O temperaturze na tzw. „minusie” na razie można zapomnieć. O śniegu – tym bardziej. Na razie mamy słońce, trochę chmur i iście wiosenne ciepełko. Od niedzieli ma być mniej przyjemnie, bo zaczną się deszcze.

Skoro aura robi sobie takie „anomalie”, a kolano nadal nie domaga, postanowiłam to wykorzystać. Wyciągnęłam z piwnicy rower, Herę ubrałam w szelki (a raczej uprząż) i hajda w las! Z tego wynikł dwojaki pożytek, bo nogi się nie męczą, jak podczas marszu, czy biegu, a psisko się wylata, a i jeszcze rower od czasu do czasu pociągnie, więc dla mnie to już w ogóle frajda. Oczywiście nie biję Hery batem, nie zmuszam do wyścigów i pracy ponad siły: pod górkę pedałuję; jak widzę, że na chwilę obecną ma dość, to też jej pomogę i nieco odciążę. Bardziej traktuję to jako zabawę, a nie faktyczne przygotowanie do zawodów psich zaprzęgów. Na drobnicę ptasio- gryzoniową już mało co reaguje, na szczęście, więc jazda rowerem nie prowadzi do gwałtownych skrętów na boki. Przy tym rower też nie bardzo dobrze znosi takie psie wyprawy. Wczoraj stracił jeden z hamulców. Dobrze, że mam jeszcze ten drugi z tyłu, bo serwis rowerowy czynny jest co drugi dzień, więc będę musiała poczekać do piątku albo i dłużej (kwestia finansowa), by tą usterkę naprawić. Póki jeszcze działa drugi hamulec, można jeździć. Wolniej, bez wariactw i szaleństw.

Niestety, filmów i zdjęć na chwilę obecną nie będzie, bo aparatu, telefonu, czy kamery ze sobą nie zabieram.

A po lesie fruwa, skacze i biega cała masa żyjątek: ptasia drobnica, wiewiórki itp. stwory, które są, a za chwilę znikają gdzieś w poszyciu, na drzewach, między stertami suchych konarów. Przyszły i dziki, sarny i inne jelenie, nęcąc zapachem i swoją obecnością. W sobotę dwa psy już puściły się w gon. Dlatego też Herę prowadzamy na specjalnie na tę okazję wyciągniętej długiej smyczy. Bieganie i ciąganie roweru to też w sumie pomysł z potrzeby chwili. Wolę, by się wyszalała i zmęczyła w taki sposób, niżby miała zagonić jakieś zwierzę, bo jej nie upilnuję i nie odwołam, jak poprzednim razem, kiedy poszła – jedynie! – za tropem.

A pomiędzy spacerami i wycieczkami po lesie rowerem? Ano, krosno cały czas osnute: jak skończę tkać jedno, zaraz zaczynam drugie. Będę się chwalić na swoim rzemieślniczym blogu, to macie, jak w banku!

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, pieseł, prace ręczne

Chwila wytchnienia…

… czyli poranne blogów czytanie. I w trakcie tego czytania trafiłam na coś, co zwie się „Candy”. W sumie nazwa ta przewijała się mi już nie raz na innych blogach, ale jakoś nie interesowały mnie mało wyszukane ozdóbki, czy kosmetyki, których używać nie będę. Za to teraz zobaczyłam coś, co faktycznie chciałabym mieć:

lawendowa chusta

Ot, taka ręcznie udziergana chusta, która na pewno przydałaby mi się w chłodne miesiące, bo ja zmarzluch jestem i żadnym szalem nie pogardzę. Tak więc podjęłam decyzję, że w tym Candy wezmę udział.

Jakby ktoś się chciał dołączyć, to zapraszam do odwiedzenia bloga Yardis (<-klik).

1 komentarz

Filed under hobbystycznie