Tag Archives: recenzja

Roman Barbarzyńca – recenzja

Wczoraj wybraliśmy się do kina na film pt. „Roman Barbarzyńca” (oryg. „Ronal the Barbarian”). Jest to animacja komputerowa, opowiadająca o losach barbarzyńskiego plemienia, które według legend powstało z krwi bohatera Crone’a. Mimo, iż owi Barbarzyńcy są niepokonani i podbili każde plemię w okolicy, to jednak znalazł się ktoś, kto zdołał ich pokonać, wykorzystując fatalny zbieg okoliczności. Wielki i niepokonany książę Zamordor wyłapał wszystkich Barbarzyńców… a nie, chwileczkę… pozostawił jednego: Romana, który na Barbarzyńcę zupełnie nie wyglądał. Na barkach owego chuderlaka spoczęła odpowiedzialność za uwolnienie pobratymców. Do pomocy zyskał barda Wrzaskiera, wojowniczkę Ksenię i przewodnika Lamerasa.

Niby historia płaska i bez polotu, bo wszak większość RPGów na tym schemacie działa, więc co takiego ciekawego w filmie, który nawet grafiką nie grzeszy? Otóż sednem tej produkcji jest żartobliwe podejście do znanych i lubianych filmów tj.: Władcy Pierścieni, Star Wars, Holly Grail Monty Pythona, czy nawet polskiej Seksmisji. O innych, mniej znanych produkcjach nie wspomnę, sami je znajdziecie wśród niedomówień i gagów. Żarty sytuacyjne i słowne sypia się na potęgę. Często posiadają one podteksty mocno seksualne, ale nie wulgarne i niesmaczne. Autorzy tej animacji wyśmiewają się z każdego, kogo tylko wezmą pod lupę: dostało się Elfom, wojownikom, Barbarzyńcom, Amazonkom i bardom wszelkiej maści. Na nikim nie zostawili suchej nitki. Ten istny tygiel żartów nie pozwala ani na chwilę nudy podczas trwania seansu, a łzy same ciekną po policzkach ze śmiechu. To też wielka zasługa dubbingu na wysokim poziomie i świetnie przetłumaczonych i „spolszczonych” tekstów. Człowiek nawet się nie obejrzy, a już zapalają się światła na sali, a na ekranie pojawiają się napisy końcowe. W głowie rodzi się wtedy pytanie: „To na pewno było 90 minut filmu?”.

Polecam film wszystkim, którzy kochają skandynawski i angielski humor – znajdą w nim całą esencję takich żartów.

Nie polecam dzieciom, choć film jest dostępny dla osób od 15 roku życia i jest animacją. Jest tam wiele podtekstów seksualnych, które niekoniecznie muszą oglądać małoletni. I niekoniecznie je zrozumieją.

Poniżej daję próbkę zawartą w zwiastunach i – wierzcie mi – jest to wierzchołek góry lodowej w porównaniu z tym, co dzieje się w całym filmie.

Zwiastun na Onet.pl

Reklamy

2 Komentarze

Filed under recenzje

Pan Lodowego Ogrodu – recenzja

„Pan Lodowego Ogrodu” autorstwa Jarosława Grzędowicza został mi wypożyczony przez znajomego z życzeniem, by po tej lekturze wróciły mi pomysły. Na moje ręce trafiły trzy tomy owego cyklu. Z zaciekawieniem i odrobiną obawy rozpoczęłam czytanie i… wpadłam, jak śliwka w kompot.

Co prawda temat cyklu może jest niezbyt nowatorski, gdyż główny bohater trafia z misją ratunkową na planetę zamieszkaną przez humanoidalne istoty, gdzie nie działa żadna elektronika, a cywilizacja jest na poziomie wczesnego średniowiecza i dalej ani drgnie. Zadaniem naszego Vuko jest odnalezienie i odesłanie na Ziemię naukowców, z którymi baza straciła kontakt. Niby rzecz prosta i łatwa, ale kiedy nasz bohater trafia na wyznaczone miejsce, do chaty, w której rzeczeni naukowcy mieszkali i działali, okazuje się, że rzeczy przybrały zły obrót. Naukowców nie ma nigdzie, wokół stacji badawczej walają się ludzkie kości, a na dodatek Vuko zostaje zaatakowany przez dziwnego i piekielnie szybkiego stwora, który nie ma zamiaru szybko umrzeć.

Bohater robi porządki w stacji, zabiera najpotrzebniejsze rzeczy, po czym podkłada ogień, by żaden zabłąkany wędrowiec nie natknął się na ślady innej cywilizacji, po czym rusza w mało znany sobie świat w poszukiwaniu innych Ziemian. Po drodze dowiaduje się, że trafił akurat w sam środek Wojny Bogów, gdzie nic nie jest pewne i wszytko może cię zabić. Gdzie mgła przybiera realne kształty, a magia jest niemal naturalną umiejętnością. Podczas poszukiwań Vuko odnajduje przyjaciół i wrogów, zmaga się z żelazem mieczy i ezoteryką magii, przeciwnościami przyrody i pogody oraz losu, wpada w pułapki teoretycznie bez wyjścia, ryzykuje życie i zdrowie, by wykonać misję – uratować naukowców z opuszczonej bazy badawczej. Towarzyszą mu koń, kruk i zgraja wiernych przyjaciół po mieczu, którzy niczym ziemscy Wikingowie pokonują na swych statkach morskie i rzeczne przestrzenie.

W książkach tych (bo wciąż piszę o wszystkich trzech tomach) znajdziecie mnóstwo akcji, gagów i żartów, które zrozumie każdy, kto przegląda Internet. Nawet najbardziej zawiłe sprawy są opisane prostym, łatwym do zrozumienia językiem. Nigdy nie ma czasu na nudę, nawet wtedy, kiedy sam bohater umiera z nudów i patrzy w niebo gryząc słomkę, coś się dzieje. Bądź za chwilę zacznie się dziać.

Nikt, kto lubi takie średniowieczno-kosmiczne klimaty nie będzie rozczarowany „Panem Lodowego Ogrodu”. Każdy tom kończy się w taki sposób, że czytelnik musi, po prostu musi sięgnąć po tom kolejny, by zaspokoić swoją ciekawość, rozbuchaną przez niesamowity pisarski talent Jarosława Grzędowicza.

Z Hitalijskim pozdrowieniem… Keshe 😉

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Czytadła – „Pieśń łuków – Azincourt”

Przeszłam, przebrnęłam, zakończyłam i odłożyłam z pewnym niesmakiem książkę Bernarda Cornwella pt. „Pieśń łuków- Azincourt”.
Kolejna publikacja (wcześniej z takim samym niesmakiem odłożyłam „Krzyżacką zawieruchę” Jacka Komudy), która utwierdza mnie w przekonaniu, że niektórzy naprawdę nie powinni pisać książek historycznych, bo wychodzi z tego jakiś dziwny zlepek historii i fantasy, choć nie jest to opisywanie świata równoległego, a opowieść oparta na solidnych wydarzeniach z naszej przeszłości.
Autor próbował, starał się przybliżyć czytelnikowi świat średniowiecza, ale pogubił się w szczegółach, które spokojnie można było pominąć i nikt by nie miał mu tego za złe, a tak tych szczegółów się czepiam. Co jednak zyskało u mnie uznanie? To, że nie wysilał się autor, by język konwersacji bohaterów stylizować na pseudo dawny, co niekiedy jest rażąco sztuczne i trudne do zrozumienia bez odsyłaczy i słowniczka na końcu książki. I to chyba jedyny plus.
Już pierwsze strony wprowadziły pewien niesmak, gdzie szanowny autor wypisuje bzdury dotyczące naciągania ciężkiego łuku angielskiego. Jakoby bez trudu można było taki naciągnąć, chwytając osadę strzały między kciuk i dwa palce: wskazujący i serdeczny. Owszem, łuk da się naciągnąć w ten sposób, ale najdalej o dwudziestokilogramowym naciągu, a bojowe łuki miały taki naciąg sięgający 70 kilogramów. Tego się po prostu nie da wykonać, bo strzała razem z cięciwą bez trudu się wysmyknie z takiego chwytu. I można zapomnieć o mierzeniu, celności, w ogóle porządnym używaniu takowej broni.
Doczepić się też muszę do sposobu konserwacji konopnej cięciwy za pomocą… kleju kostnego, żeby owa nie nałapała wilgoci. A potem, przy używaniu mamy ostre drobinki tego kleju w palcach… gratuluję pomysłu. Zrozumiałabym wosk, tłuszcz zwierzęcy, ale nie klej, na bogów!
Elementy uzbrojenia były dla mnie zastanawiające. Na przykład taka koszulka pancerna. Co to może być? T-shirt dla kibola? Naprawdę, nie wiem, czy  autor wiedział o czym pisze, czy pisał, o czym wie?
Jeszcze przeboleję opończę,  którą zbrojni zakładali na wierzch, a zdobiona była herbem, więc mogłam się domyślić, że chodzi o wapenrock. Ale przyłbicy, która ma być wg autora zasłoną, już mi nie przejdzie. Przyłbica, to z czeskiego (jeśli dobrze pamiętam) po prostu hełm. A to, co się opuszcza na czas walki, to po prostu zasłona. I kropka.
Gratuluję też pomysłu, żeby ze zbrojnych zrobić ślepe pierdoły, które nie widzą, gdzie lezą, bo zasłony mają dziurki, niczym hełmy gladiatorów. To ja się teraz w ogóle nie dziwię, dlaczego ponieśli klęskę pod Azincourt. No bo jak nic nie widzieli w tych swoich hełmach…?
Chcąc przybliżyć czasy średniowiecza autor nie skąpił przesyconych krwią, ekstrementami i mózgiem opisów bitew, mordowania i gwałcenia podczas zdobywania miast i fortec. Z początku powodowało u mnie to gęsią skórkę, ale potem, kiedy z każdej strony kapała krew pomieszana z mózgiem, resztkami pokruszonych w taki czy inny sposób kości, pod nogami walały się wnętrzności wypatroszonego wroga, zaczęło mnie to nudzić. No bo ileż można razy opisywać tak drastyczne sceny i nie zamęczyć tym czytelnika na śmierć? No nie da się.
Jeśli zatem ktoś nie ma co robić z wolnym czasem, dysponuje pieniędzmi lub ma dobrze zaopatrzoną miejską bibliotekę, może sobie to to wypożyczyć/kupić i poczytać. Moim zdaniem jest to książka dla ludzi, którzy lubują się w opisach niesienia śmierci na tysiąc możliwych i niemożliwych sposobów. A historia o bitwie pod Azincourt? No jest. Epizodem pomiędzy mordowaniem, gwałceniem i lataniem w krzaki ze sraczką.
Zatem polecam ją tylko czytelnikom o mocnych nerwach i silnym żołądku oraz niewielkiej wiedzy dotyczącej uzbrojenia i broni w wiekach średnich. I antyklerykałom. Bo Kościół i jego przedstawiciele są tam przedstawieni w bardzo niekorzystnym świetle.
 

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Czytadła – cykl „Zwiadowcy”

Oprócz tego, że piszę, bazgrolę i wymyślam, to nie omieszkam czytać też tego, co napiszą i nabazgrolą inni.
Niedawno skończyłam ośmiotomowy cykl „Zwiadowcy” autorstwa Johna Flanagana. Książka przeznaczona jest dla młodych czytelników od lat dwunastu, co nie znaczy, że starsi nie mają czego w niej szukać.
Głównymi bohaterami są dzieci z arlueńskiego sierocińca, które stają przed wyborem swojej przyszłości, calutkiego życia. Nie zawsze ten wybór młodym się podoba, ale z czasem okazuje się, że pasują do narzuconych im ról, jakby się do nich urodzili.
Will, który nie zna swoich rodziców zostaje zwiadowcą. Szkoli się pod czujnym okiem doświadczonego i uznawanego w całym królestwie Halta. Poznaje tajniki sztuki zwiadowczej – krycia się, przemykania między cieniami, zastygania w bezruchu na wiele godzin, a także tropienia, strzelania z łuku, rzucania nożami.
Horace zostaje rycerzem. Dzięki swym naturalnym talentom szybko zyskuje poklask i sławę, gdy pokazuje, że nawet nie do końca wyszkolony potrafi pokonać mocniejszego od siebie przeciwnika fortelem. Słynie jako Rycerz Zielonego Liścia oraz Rycerz ze Wschodu. Jego prostolinijność i prostoduszność, ujmuje każdego.
Alyss, nieprzeciętnej urody: wysmukła, o włosach jasnych niczym łan pszenicy została wcielona do grona kurierów, którzy niekiedy działając pod przebraniem dostarczali wieści tam, gdzie miały dotrzeć.
Bohaterowie tego cyklu mają bez liku przygód. Każdy osobny tom aż nimi kapie. Dzięki temu ciężko jest się oderwać od lektury nawet na chwilę. Rzecz nie dzieje się tylko i wyłącznie w jednym królestwie, z którego nasi bohaterowie pochodzą. Odwiedzają oni skłóconą Gallię, mroźną Skandię, obrzeża Picty oraz Hibernię, gdzie zawsze mają ręce pełne roboty. A czytelnik podąża  ich tropem, starając się odkryć zawiłe ścieżki intryg i podstępów.
Polecam zatem wszystkim, którzy lubią śledzić losy dorastających na ich oczach bohaterów lekturę cyklu „Zwiadowcy”. Poniżej prezentuję okładki ośmiu tomów:
    

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Szok…

Przeżyłam szok. Szok, z którego wciąż nie mogę się otrząsnąć.
Szok ów wziął się z książki, a raczej dopadł mnie po jej przeczytaniu.
Książka, którą odnalazłam wśród literatury typowo dziecięcej, a która tak mną wstrząsnęła, nosi tytuł „A w Patafii nie bardzo”, jej autorem jest Jacek Nawrot.
Bohaterami opowieści jest czworo ludzi: profesor Bernard Pstrix, kapitan wywiadu i najlepszy szpieg Arkadiusz K. Fuś alias Armis Frument, wnuczka profesora Semiramida i młody Patafijczyk Hadrian.
Zadaniem profesora jest odnalezienie źródeł choroby (zwanej „szmalcofrenią”), jaka toczy Patafię. W wykonaniu badań pomagać mu ma kapitan Fuś, zaś Semiramida i Hadrian dołączają się do wyprawy badawczej zupełnie przypadkiem.
Autor bardzo dokładnie opisuje symptomy szmalcoferenii: uprawy na sprzedaż („dopingowane” pastą do czyszczenia toalet) i dla siebie (czyste ekologicznie – jak dziś by to powiedziano); oczekiwanie na zapłatę za byle jaką usługę, nawet tę najgorszą, liczy się iście po królewsku; zakłady – jełczarnie, produkujące stare masło, bowiem na świeżym restauracje zarabiają dodatkowo; opóźnienia pociągów pomniejszane przez łapówki wręczane konduktorom i maszyniście itd. itp.
Patafianie mają obsesję na punkcie wyjścia na „swoje”. Cokolwiek się nie zdarzy, w ich umysłach włącza się kalkulator, wyliczający skrupulatnie każdego mormula (jednostka monetarna w Patafii), jakiego można zarobić.
Każdy żyje dla siebie i na własny rachunek, gnając za pieniędzmi, zapominając o najbliższych.
Wiele może o Patafianach powiedzieć poniższy cytat, gdzie Semiramida szlifuje swój język patafijski, a w szczególności odmianę przez przypadki:

Semiramida siedziała na pniaku z „Krótkim zarysem gramatyki patafijskiej” i uczyła się odmiany przez przypadki. (…)
– Pierwszy łomotnik: kogo, czym? Drugi opluskwiacz: z kim, o kim? Trzeci szanownik…
– Nie szanownik, tylko smarownik: komu ile? Czytaj uważnie.
– Aha, dobrze. Czwarty niechętnik: po co, dla kogo? Piąty wołacz: o, k! O, k? Co to znaczy?
– Taki wołacz, bardzo popularny w Patafii – skrzywił się Aramis. – Nie musisz koniecznie go używać.
– W porządku, jeden przypadek mniej do wkuwania. Szósty podkadzacz: komu, jak? Siódmy kiblownik: za co, ile? Ojeej… Pierwszy łomotnik…

Wiele język potrafi powiedzieć o narodzie, który się nim posługuje.
Wnikliwie wczytując się w każdy akapit doznałam szoku, o którym pisałam na wstępie. Patafia, może karykaturalnie, ale jakże trafnie ukazuje nam nasze własne podwórko. Łapówki krążące z rąk do rąk za wszystko, nawet za te usługi, które należą do zasmarkanych obowiązków. Nie posmarujesz – nie pojedziesz.
Książka wydana została w 1985 roku, czyli 24 lata temu, a to, co zawiera, jest nadal aktualne! Czy nie ma szans na to, by zmienić Patafię w normalny i przyjemny kraj, gdzie nie trzeba nikomu podejrzliwie patrzeć na ręce, czy aby nas nie oszukuje?
Żeby więcej było takich oto scen:

Na jednym domu siedział dziadek w starym kapeluszu przekrzywionym na bakier i głośno wyśpiewywał. Zrywał spróchniałe gonty i przybijał nowe. (…)
– Piękna piosenka- zawołał kapitan do dziadka. – Taka wesoła. Nigdy jej nie słyszałem.
– Ano, panie, trzeba coś wesołego pośpiewać, jak się ludziom dach szykuje. Będzie się im lepiej mieszkać, zdrowo i wesoło.
– Jak pan mówi?
– Zwyczajnie. Jak się dla ludzi coś robi, to muszą być życzliwe ręce i życzliwa głowa. A śpiewanie przez ręce wchodzi w tę robotę. Potem się ludziom lepiej żyje. Czy się chleb piecze, czy buty szyje, czy dach łata, trzeba pamiętać o człowieku, co w tych butach będzie chodził albo ten chleb jadł.(…)
Na mostku jakiś chłopak mocował się za złamanym drągiem, wystającym z dziury w moście.(…)
– To ty jesteś wyznaczony do opieki nad tym mostkiem?
– E tam, kto by wyznaczał. Przechodziłem, widzę – dziura. No to żem się wrócił po łopatę i siekierę, trzeba naprawić, myślę, bo jeszcze wieczorem kto nogę skręci…
– A inni nie mogą naprawić?
– A po co inni? Dla innych też będzie. Jest co naprawiać na świecie, dla nikogo nie braknie. (…)

Ano, prawda, dla wszystkich coś do naprawienia się znajdzie. Starczy wpierw popatrzeć na samych siebie…

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, recenzje, życie