Tag Archives: praca zarobkowa

Pierwszy tydzień nowego roku…

Cóż… Niedawno jeszcze szykowałam się do Świąt, potem do Sylwestra, a tu już mamy dziewiąty dzień nowego roku. Jeszcze chwila i będę umierać z nerwów na egzaminie pisemnym, który ma mi dać uprawnienia do wykonywania zawodu. Boję się go okrutnie… no bo jak nie zdam, to na kolejny rok utknę w pracy, która mi nie pasuje pod wieloma względami i w której zaczynam się męczyć. Nie mam więc opcji innej, niż zdać. Jeśli pytania będą normalne, to choćby i na trói, ale dam radę. Jeżeli jednak będą podchwytliwe lub z działów, których nie było na zajęciach, to polegnę… Zostały jeszcze trzy dni… potem się zobaczy.

Z dobrych wieści: moje oko uczy się współpracować z nową, sztuczną soczewką. Na razie jest to widzenie mocno podwójne, bo przez ponad miesiąc widziałam świat w 2D, a teraz trzeba znów patrzeć w 3D. I wcale nie jest to proste. Dziś już jest o wiele lepiej, bo mogę patrzeć na klawiaturę i widzieć wyraźnie litery, w które uderzają moje palce. Gorzej z czytaniem z ekranu. Zatem jeśli pojawią się jakieś literówki, czy błędy, przepraszam z góry. Po prostu ich nie dostrzegę… Idąc czuję się, jakbym dużo i ostro popiła. Każde obrócenie głowy, mrugnięcie oczami, czy przesunięcie oczami po okolicy, skutkuje rozdwojeniem obrazu. Po chwili skupienia na jednym obiekcie, widzenie się normuje, ale… wystarczy lekki ruch gałkami ocznymi i już wszystko zaczyna się od nowa… jednak jest już lepiej, niż było w czwartek, kiedy to o raz pierwszy mogłam spojrzeć na świat oboma oczyma.

Na dworze mocno ujemne temperatury. Owszem, jest dobrze, nie narzekam. Wymrozić cholerstwo wszelakie musi. Nie ma innej opcji. Najwięcej na minusie odnotowałam -17*C . Dziś rano. Mój organizm też to odnotował. Ledwo dotarłam do pracy, bo szłam piechotą (biletu autobusowego nie miałam) i pod koniec trasy już zamarzałam. Teraz jest już o wiele cieplej, bo jedynie -9*C. Jest mróz, jest śnieg – czyli zima pełną gębą. W końcu.

A tak zima wygląda w „naszym” lesie:

zima-2017-01zima-2017-02zima-2017-03zima-2017-04

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Rocznica

Dziś mija równo rok, jak po czteroletnich poszukiwaniach udało mi się wreszcie, dzięki niespodziewanym koneksjom, wynikającym z czystego przypadku, znaleźć zatrudnienie. Tak oto były bibliotekarz i nauczyciel oraz rzemieślnik stał się ochroniarzem.

ochroniarz2

2 Komentarze

Filed under praca zawodowa

Jak mnie tu dawno nie było!

Aż muszę uprzątnąć pajęczyny na blogu, bo się pająki rozmnożyły.

Praca zabiera mi naprawdę sporo czasu. Dodatkowo nauka w szkole, by przyswoić sobie nowy, całkiem odmienny zawód wysysa ze mnie resztkę energii. Moje dni często wyglądają tak, że zwlekam się rano z łóżka, szykuję na szybko do wyjścia, pełznę na autobus, w którym czytam kilka stron książki, wysiadam na właściwym przystanku, idę do budynku, w którym pracuję, próbuję przez osiem godzin wykonać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafię, nie patrząc na to, jaką jałmużną za to mnie wynagrodzą (zbyt demotywujące), po czym znów wsiadam w autobus, czytam parę stron książki i wracam do domu. Nie mam sił, żeby zrobić porządny obiad, więc jem cokolwiek. Często zasypiam na siedząco, a jeśli nie zasypiam, to nie jestem w stanie zrobić niczego konstruktywnego.

W weekendy jest jeszcze lepiej: w takie piątki zwlekam się z łóżka przed świtem, szykuję do wyjścia (szybkie mycie, minimalny makijaż, długie czesanie, bo i włosy są długie), pełznę na przystanek, wsiadam w autobus, czytam parę stron książki, wysiadam, gdzie powinnam, robię, co powinnam zrobić w pracy i po jej zakończeniu wsiadam w autobus, czytam parę stron, wysiadam przystanek wcześniej (niekiedy zdążam jeszcze wskoczyć do domu, żeby wymienić plecak na torbę z notatkami i książkami) i pełznę na zajęcia, gdzie siedzę do wieczora. W sobotę wstaję trochę później niż zwykle, szykuję się na zajęcia, często jeszcze powtarzam zagadnienia, sprawdzam, czy mam wszystkie prace i referaty potrzebne na dziś i idę się uczyć. Po lekcjach (a niekiedy i w trakcie) idę na autobus i jadę do pracy, gdzie zostaję aż do godziny dwudziestej drugiej. W niedzielę mam powtórkę. A w poniedziałek zaczynam pierwszą zmianę.

Powyższe piszę nie po to, by się skarżyć, ale po to, by wyjaśnić co niektórym, że naprawdę nie mam sił na spotkania, na rozmowy nawet, czy pisanie przez Internet. Tęsknię za czasami, kiedy praca nie zabierała mi wszystkiego (sił, energii, czasu), a była po prostu jednym z obowiązków, które należało wykonać najlepiej, jak się potrafi.

Teraz jest dla mnie najgorszy czas, bo sesja egzaminacyjna ciągnie się już chyba półtorej miesiąca. W każdy weekend kilka egzaminów, z każdego przedmiotu należy napisać pracę zaliczeniową i sporządzić po parę referatów oraz być aktywnym na zajęciach, by zdobyć jak najwięcej ocen. Nie dosypiam i ledwo trzymam się na nogach. Czuję jednak, że poświęcenie da pozytywne skutki, bo póki co w moim indeksię nie ma „trójek”, przeważają natomiast piątki. Na razie. Zobaczymy, jak to będzie dalej, bo przedmioty coraz trudniejsze nam dają, coraz więcej materiału jest do opracowania… mieliśmy mieć wolny nadchodzący weekend, który miał być swoistą przerwą międzysemestralną, takimi pseudo feriami. Niestety, okazało się, że mamy za mało godzin wyrobionych w jednym przedmiocie (i to nie dlatego, że wykładowca, czy my, uczniowie sobie zbagatelizowaliśmy problem, ale szkoła dała ciała i zaczęliśmy jeden z ważniejszych dla nas przedmiotów tuż przed zakończeniem semestru. I teraz ni dość, że trzeba nadrabiać godziny, to jeszcze na szybko przygotowywać się do egzaminu. A tak liczyłam, że będę mogła odpocząć już od „rycia”. A tu nie ma tak lekko…

Muszę się jednak pochwalić Wam czymś jeszcze… Otóż z dumą zawiadamiam, iż zaliczyłam kurs antycelulitowego masażu bańkami chińskimi, otrzymałam certyfikat i mogę taki masaż wykonywać pełnoprawnie. Tylko brakuje mi stołu (muszę uzbierać na niego trochę pieniędzy) i samych baniek (te akurat są dość tanie). Oto rzeczony certyfikat:

Certyfikat01

Wymazałam nazwiska, żeby nie było mowy o kryptoreklamie. No i mamy w końcu ustawę o danych osobowych. Oryginał jest zawsze do wglądu dla każdego, kto chciałby zweryfikować, czy to na pewno moje nazwisko widnieje na rzeczonym dokumencie.

Tak na zakończenie, zmieniając nieco temat, chciałabym zareklamować Wam nasze niekomercyjne radyjko: AROL (Amatorskie Radio On Line), które można posłuchać w internecie w tym miejscu: KLIK. Staramy się tam umieszczać utwory niekomercyjnych i mało znanych wykonawców. Zaskoczyła nas mnogość takich ludzi, którzy tworzą naprawdę świetne kawałki i pozwalają je odtwarzać całkowicie za darmo (jeśli nie czerpie się z odtwarzania korzyści majątkowych). Muzyka jest naprawdę wysokiej jakości i jest tak różnorodna, że można jej słuchać bez przerwy. I nie piszę tego, bo jestem emocjonalnie związana z projektem, ale słucham tych utworów nawet poza czasem antenowym i póki co nie nudzi mi się ona. Nawet przypadła do gustu na zajęciach praktycznych masażu koleżankom i wykładowcy, więc nie jest to tylko moje subiektywne zdanie. W tygodniu nadajemy od 17 do 21, w weekendy – do 22. Króluje w nim muzyka elektro dance, trance, folk, metal, new age, celtic, country, a także muzyka filmowa. I na tym nie przestajemy, bo wciąż szukamy nowych zespołów i nowych stylów muzycznych, by trafić w gusta, jak najszerszej społeczności. Jeśli macie jakieś pomysły, propozycje, czy też chcielibyście się podzielić swoimi utworami, które skomponowaliście i leżą sobie w szufladzie, też możecie do nas podsyłać. Wszystko na pewno będzie wzięte pod uwagę i wyemitowane na antenie.

Uciekam już spać, bo jutro na rano do pracy, a organizm domaga się snu i odpoczynku…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, praca zawodowa, rozrywka, życie

Work, work, work

Z pracy do pracy i potem jeszcze do pracy, jeśli czas pozwala i pogoda. Mam na myśli kolejno: pracę zarobkową, przetwory w domu i lekkie porządki (bo pies zrzuca sierść ciągle, a papugi robią „porządek” zawsze i wszędzie), a jak starczy czasu, to lecę na działkę ogarnąć to i owo.

Dziś udało mi się nastawić ogórki do kiszenia. Wreszcie! Na szczęście żadnego nie musiałam wyrzucać z powodu zepsucia. Są wytrzymałe, wielkie i przesłodkie. Słoików wyszło jedynie cztery. Jeszcze dwa mam w zapasie. A słoiki „ledwo” czterolitrowe. Mam nadzieję, że wyjdą choćby dobre.

A taki ładny mutancik nam wyrósł :)

A taki ładny mutancik nam wyrósł 🙂

Pełny zlewozmywak pyszności :D

Pełny zlewozmywak pyszności 😀

Tylko cztery słoiczki dałam radę napełnić...

Tylko cztery słoiczki dałam radę napełnić…

A tak wyglądają wiśnie i inne owoce (porzeczki, truskawki) gotowe na przyjście zimy:

Słoiki z martwą naturą w tle ;)

Słoiki z martwą naturą w tle 😉

Jeszcze zostały mi do zamarynowania rzodkiewki, za chwilę do słoików pójdą kalarepy i fasolka szparagowa. Cukinie dojrzewają w oczach, dynie robią się coraz bardziej krągłe, a i pomidory już zaczynają dojrzewać. Będą kolejne przeciery. Śliwki węgierki i mirabelki się zaczynają wybarwiać, więc i kolejne konfitury i kompoty będą pojawiać się w spiżarni.

Wciąż namawiam na działkową sałatę 😉

I na darmowy masaż 😀

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, papużki, pieseł, praca zawodowa, życie

Upały

Po pracy. Siedzę i popijam zimną zieloną herbatę prosto z lodówki. Jest pyszna i orzeźwiająca. Próbuję przegnać ból głowy, który męczy mnie od wczoraj. Nie jest to taki ból, który nie pozwoliłby mi wstać, ale jest lekko irytujący. Nie wiem, co jest tym razem tego przyczyną, bo kark za mocno nie jest zesztywniały. Jakoś się przebieduję. Oby tylko nie zaczął boleć mocniej.

Nad nowym miejscem do życia myślimy. W wolnych chwilach. Na fejsbukowej stronie wrzuciłam parę linków do ofert znalezionych niedawno na Allegro. Muszę jeszcze przeszukać OLXa. Myślę też, czy by nie pojeździć po okolicznych wioskach i nie poszukać osobiście, ludzi popytać, pozaglądać w puste okna…? Bo nie każdy, kto sprzedaje dom, ma dostęp do internetu albo chce dać zarobić pośrednikom.

Na dworze gorąco, upalnie… miałam wielki plan rano pojechać na działkę, ale… zaspałam. Obudziłam się dopiero przed godziną dziewiątą, co dla mnie już jest naprawdę długim spaniem. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko to, że poprzedniej nocy położyłam się spać dopiero w okolicach godziny drugiej nad ranem i to, że przez cały weekend, od czwartku robię na ostatniej zmianie, czyli do dwudziestej drugiej. Jak wracam do domu, to jest przed jedenastą. No i z planów wyszły nici. A później, to już nie ma poco jechać, bo nie dość, że gorąco i w takim upale nie idzie pracować, to za chwilę trzeba się spieszyć do pracy. Nic to, może jutro uda mi się zwlec swoje zwłoki trochę wcześniej. Na szczęście nic nie umrze na grządkach od upałów, bo dziś padało dość mocno i to kilka razy. Jedynie pod tunelem może być mały deficyt wilgoci.

Piesa dziś pomściła moje pokiereszowane psami nogi i… ugryzła Psa w brzuch. Oczywiście jej zachowanie wywołało oburzenie Człowieków Psa, ale w momencie, kiedy Pies nie rozumie innych znaków i ni wie, kiedy ma sobie dać spokój, to trzeba pokazać dosadniej, że nie ma się ochoty na zabawę w psa i sukę. Mam nadzieję, że Pies przyjmie to do wiadomości i wreszcie będzie spokój. Z bardziej pozytywnych zdarzeń spacerowych można zanotować to, że zabawy z Haszczakiem przybierają na przyjemnościach. Przy tym Haszczak jest jedynym psem, który wie, jak się należy bawić patyczkiem w parze. No i Haszczak uczy się od Piesy, jak się pies powinien zachowywać: podpatrzył, że Piesa idzie przy nodze, kiedy dostała taką komendę i… zaczął ją naśladować. Wpływ naszej dominantki ma w końcu pozytywny wydźwięk. Wczoraj musiałam ją zganić, bo próbowała kłapnąć zębiskami małego szczeniaka ONka, który jej się dobierał do patyka. Dorosłe psy może odganiać, ale szczeniaków – nie ma takiej opcji. Mam nadzieję, że zrozumiała, co jej chciałam przekazać przez reprymendę. Zobaczymy, co jej w łepetynie zostało przy następnej okazji.

Nic, już najwyższy czas się położyć spać… Lekki chłód nocy już wdziera się do pokoju, więc będzie przyjemnie zasnąć.

Dobrej nocy życzę wszystkim.

Dodaj komentarz

Filed under pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Gorący dzień z burzowym podtekstem

Rano w pracy nie było różowo. Zaczęło się od szukania kluczy do naszego pomieszczenia. Zajęło mi to pół godziny, zanim z pomocą innych wytropiłam, gdzie i kto je zostawił. Potem też nie było wcale lepiej… Marny początek tygodnia.

Miałam w planach pojechać na działkę zaraz po pracy, ale pogoniły mnie do domu burzowe chmury, które zasnuły całe niebo. Jak na złość, wszystkie chmury zostały rozproszone w trakcie mojej drogi powrotnej i wyszło słońce. Kolejny raz się wkurzyłam… no taki nie taki ten dzień wyszedł.

Konfitury zaczynają gęstnieć po dzisiejszym, drugim gotowaniu. Słoiki z syropem wiśniowym ładnie zassały, będzie idealny do słodzenia herbaty w zimie. Co prawda po wygotowaniu witamin mało tam już zostało, ale zawsze to lepsze niż sam cukier. Konfitury wyszły mi znów słodziutkie, choć nie dawałam zbyt dużo cukru. Nie przepadam za bardzo słodkimi przetworami, a jednak takie mi wychodzą. Za to ćwikła ma zawsze za mało chrzanu, choć daję go o wiele więcej, niż jest zalecane w przepisie. No jakoś nie mam ręki chyba do tego typu rzeczy. 😉

Zaczyna się znów chmurzyć… może w nocy deszcz znów lunie? Znów zrobi się chłodno i rześko… Zawsze to lepiej się mieszkanie wychłodzi przed kolejnym upalnym dniem.

Byliśmy oglądać dom w Zakrzowie i nadal nie wiem, czy warto się wkręcać w jego remont, a raczej dokończenie zaczętego przez obecnych właścicieli. Do zrobienia jest część dachu, cały strych (adaptacja na poddasze mieszkalne) i elewacja z ociepleniem… tereny za to są przecudne i sielskie: lasy, łąki, pagórki… ech… trudna decyzja… jeśli ktoś chciałby pomóc w jej podjęciu, zapraszam na fejsbukową stronę: Miejsce poza czasem. Każda wskazówka jest dla nas cenna i za każdą serdecznie dziękujemy.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, praca zawodowa, rolniczo

Pachnąca konfiturami kuchnia…

06-07

Konfitury porzeczkowe się robią. Mimo okrutnego upału, jaki jest na zewnątrz. Wewnątrz mieszkania da się jeszcze wytrzymać. Zwłaszcza, kiedy otworzy się wieczorem wszystkie okna. Nad porzeczkami zerwanymi przez Z. męczyłam się ponad półtorej godziny. Musiałam każdą kuleczkę obejrzeć, żeby sprawdzić, czy nie ma na niej szypułki. A było tego nieco ponad 1,5 kg, czyli naprawdę niewiele, a stania – aż nogi uszami wychodziły. Za to podarowane porzeczki (G. dostał od znajomego całą mniejszą reklamówkę) obrałam w nieco ponad pół godziny. A było tego dwa i pół kilo. Tak to wygląda robota, kiedy ma się nieodpowiednio zerwane porzeczki.

Będę miała dziś chyba zarwaną nockę, bo konfitury trzeba co parę godzin gotować ponownie. A jutro do pracy… oj, będzie ciężko…

08-07

Zapowiada się ciężki weekend. Piątek zabierze mi praca od świtu do nocy, za całe 8 zł za przepracowaną godzinę. Na szczęście będę dzielić trudy i znoje w doborowym towarzystwie. Będzie ciężko, ale wesoło.
Mój rower w końcu po dwóch dekadach otrzymał nową tylną dętkę. Zawsze puszczała powietrze, ale wczoraj już nie dała rady wytrzymać więcej. Rano dojechałam do pracy na dwa razy, bo w połowie drogi musiałam dopompować flaka, bo już jechałam na feldze. Za to po południu już nie dało rady nic zrobić. Wentyl się zapchał, koło puste, bez powietrza. Wracałam pieszo, prowadząc rower. Upał dał się we znaki tak, że kiedy przyszłam do domu, nie mogłam zdjąć koszuli, bo się mi do skóry przykleiła.

Papużki dostają w najgorętsze dni „kompiółkę” z chłodną wodą z czego się cieszą i używają do woli. Pieseł dostaje w ręczniku lód, by się mogła położyć na nim i trochę schłodzić w tych upałach. A my? My sobie wyśmienicie radzimy. Od czasu do czasu wspomagając czymś zimnym. Na przykład prysznicem.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. Zwłaszcza cukinie. Mamy dużo rzodkiewki, którą możemy się podzielić. Póki nie pójdzie do słoików w marynatę. Także proszę się spieszyć z zamówieniami. Na jesień też planujemy je mieć, więc będzie drugi rzut dla tych, co się nie załapali teraz. Nic straconego.

Sałata się też szykuje do zbioru, więc o nią też można prosić. Ile damy radę, tyle się podzielimy.

Wiśnie nam trochę burza obtłukła. Burza przyszła nad ranem: wiatr przyginał drzewa niemal do samej ziemi, targał naszymi oknami, otwartymi na oścież, by się mieszkanie trochę przez noc schłodziło. Chcąc nie chcąc musieliśmy wszystkie pozamykać na głucho. I od razu zrobiło się duszno. Ale przynajmniej nam nie napadało do środka. Cały dzień teraz pada. Z przerwami. Wiśni obrywać w taką pogodę nie pojedziemy, bo nie ma to sensu. Chwila przerwy między deszczem jest zbyt krótka, by oberwać na raz wszystkie owoce. Przy tym zrywane w deszczu będą gnić. I to bardzo szybko.

Teraz czeka mnie jeszcze obrobienie rzodkiewek, czarnych porzeczek i kalarep. Dwóch kalarep jak na razie. Z których jedna waży dokładnie 1,162 kg, a druga 0,801 kg. Maleństwa, prawda?

12-07

Wróciłam. Wykończona, zmęczona i prawie nieprzytomna. Wizyta w rodzinnym domu, odwiedziny chorej mamy w domu opieki, potem powrót niemal prosto do pracy i siedzenie do godziny dwudziestej drugiej. W domu dopiero byłam w okolicy godziny jedenastej w nocy. I najgorsze było to, że nie potrafiłam zasnąć. Byłam tak nakręcona, że nawet nudne „klikacze” nie były w stanie wywołać u mnie senności. Dobrze, że w poniedziałek mam chwilę wytchnienia od pracy zarobkowej. Będę sprzątać i robić kolejne przetwory. Sezon słoikowy w pełni, więc nie ma wybacz…

I tak na koniec mała prośba do czytelników: proszę zerknąć na fejsbukową stronę i pomóc nam przenieść się na wioskę. Rzecz jest już dość paląca, niestety, dlatego zdecydowaliśmy się na taki desperacki krok. Z góry dziękuję za choćby udostępnienie strony, czy zaproszenie do polubienia jej swoich znajomych, którzy mogliby coś wiedzieć nt. domów na wsi przeznaczonych na sprzedaż lub wymianę. Z góry serdecznie dziękuję.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, rolniczo