Tag Archives: porządki

Dzieje się…

Dzieje się, oj, dzieje… niestety, nie za dobrze się dzieje. Dorwało mnie choróbsko, które na razie jest diagnozowane, ale jeszcze nie leczone. Co się przyplątało? Kto oglądał serial „Dr House”, ten może się domyślić, bo tę chorobę diagnozował u swoich pacjentów najczęściej.

Mam za sobą odwiedziny w dwóch szpitalach (wszystko na pulmunologii) i stertę badań za sobą. Poza standardowymi badaniami krwi i moczu oraz RTG klatki piersiowej uraczono mnie tomografią komputerową, bronchoskopią, gazometrią i EBUSem.

Tomografia komputerowa była przyjemna. Leżało się na leżance, dziwnie bzycząca tuba jeździła w tę i nazad… można się było poczuć, jak w statku kosmicznym. Jak na Nostromo. Czemu? Bo gdy wtłaczali w żyły kontrast, poczułam się, jakby mnie taki Ósmy Pasażer wziął i ukąsił. W żyłach zaczęła mi płynąć lawa – dosłownie tak się czułam. I weź tu człowieku się opanuj i nie ruszaj… i nie wyrwij TEJ ZASRANEJ IGŁY Z RĘKI! kiedy płynne żelazo pali ci żyły. Kobieta obsługująca maszynę na moją uwagę, że ręka mi chyba zaraz odpadnie, bo tak mnie bolało, gdy wlewał się kontrast, beztrosko stwierdziła: „Ojej, zapomniałam powiedzieć, że tak się dzieje, bo my wlewamy ten kontrast pod wysokim ciśnieniem. Ale to przejdzie.” Jasne, że przeszło… po dwóch dobach. Dziękuję.

Bronchoskopia mnie przeraża do dziś. Owszem, są tacy, dla których żadna „-skopia” nie jest problemem, ale ja do takich nie należę. Na czym polega to badanie? Jak każda „-skopia”. Kluczowym słowem jest tu „rurka”. Najpierw, obowiązkowo, podaje się znieczulenie. Miejscowe. Pryskają w gardło takim miętowym w smaku sprajem. Coraz głębiej i głębiej. Oczywiście odruch wymiotny gra tu nie małą rolę. Dlatego nie pozwalają nic jeść i pić przed badaniem, bo by się bałaganu narobiło. Pierwszy problem robi się, gdy endoskop ma przejść przez pierwszą bazę – tchawicę. Wiecie, że skubana się automatycznie zaciska, jakby od tego zależała wygrana w Lotto? I potem trzeba tą cholerę zmusić, żeby dała sobie siana, wzięła się odcisnęła i dała wreszcie zaczerpnąć tchu, bo inaczej obie zejdziemy z tego świata. Przeglądanie wnętrza moich płuc odbywałoby się bardziej spokojnie, gdyby nie wpuszczany w nie płyn, mający na celu znieczulenie kolejnych części mojego wnętrza. Tak, kolejny odruch. Płuca dostały „wody”, więc mózg podjął decyzję: „O cholera! Topimy się!” No i weź tu debilowi wytłumacz, że to żadne topienie, tylko badanie i znieczulenie? No wziął zasiał panikę i kropka. Na szczęście udało się go ugłaskać i przetłumaczyć, że nie jestem pod wodą, nie topię się i mogę swobodnie (naprawdę, serio-serio) oddychać. Pobieranie próbek do badania już nie bolało. Było to dość dziwne uczucie, jakby mały robaczek kąsał skórę. Tyle że od środka… takie chwycenie, lekkie pociągnięcie i ukąszenie – wszystko bezbolesne. No i płukanie na koniec, by szybciej zlazło znieczulenie… I powtórka z rozrywki: „Łomatko! Topimy się! Topimy! Trza to wszystko wyrzucić natychmiast z płuc, bo się utopimy!”. Mam popaprany mózg. I za mocno rozwinięty instynkt samozachowawczy. Wyciąganie endoskopu poszło szybko, wręcz błyskawicznie. Oczyszczanie płuc trwało parę dni. Myślałam, że te płuca po prostu wypluję, wyczyszczę, wytrę do sucha, nawilżę kremem i schowam z powrotem. Aha, i pozaklejam plastrami ranki, żeby już przestały krwawić, bo się zaczynałam czuć, jak gruźlik…

Gazometria w porównaniu z powyższym, to jak wycieczka na Majorkę… grzejesz sobie łapki pod ciepłą wodą, potem pielęgniarka nakłuwa jeden palec (jak przy badaniu w cukrzycy) i zbiera wypływającą krew do rurki, podobnej do słomek do napojów, które były dodawane do oranżady w woreczkach… tylko bardzo cieniutkiej i przezroczystej. I już. Można iść chorować dalej.

EBUS. To taka inna bronchoskopia. Tylko pozwalająca przebić się do węzłów chłonnych, by pobrać z nich próbki. Tak, przebić się przez płuca do węzłów chłonnych znajdujących się za nimi. Pamiętając poprzednią bronchoskopię, myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Okazało się jednak, że środki znieczulające mają tak świetne, że nawet tchawica nie zauważyła, że coś przez nią przechodzi. Poprzednią bronchoskopię wykonywano mi na siedząco. EBUSa robi się w pozycji leżącej. Nie dziwię się, że jest taki wymóg. Po „głupim jasiu” miałam takiego „tripa”, że bym spłynęła z krzesła. Chyba że zostałabym do niego przywiązana. Mogłam spokojnie patrzeć na „pływające” i „pełzające” lampy nade mną i na obraz na ekranie, pokazujący wnętrze moich płuc. Fajne są. Myślałam, że będą bardziej czerwone… a może to już był węzeł chłonny…? Cholera wie… Po badaniu było mi słabo i trudno się oddychało przez pewien czas, ale nie nastąpił wściekły kaszel, którego się spodziewałam, wzorem poprzednich doświadczeń. Jak się okazało, nie taki EBUS straszny, jak bronchoskopia.

Teraz jestem w domu. Nie czuję się zbyt różowo, bo potrafię dostać zadyszki przy ubieraniu spodni i T-shirta, no i raz na jakiś czas mam małą „wirówkę”. Ale da się to jakoś obejść. Na chwilę. Zła jestem na siebie, bo teraz znów stałam się nieproduktywna i bezużyteczna. Najlepiej wychodzi mi oglądanie seriali i plecenie sznurka, bo mogę siedzieć i za bardzo się nie ruszać. Wtedy też stawy mniej bolą. No i nie mogę ziewać. Bo płuca bolą, jak nabiorę w nie więcej powietrza, niż przy normalnym oddychaniu… ale to też idzie przeżyć.

Remont pokoju idzie nam jak po grudzie. Głównie dlatego, że trochę brakuje nam gotówki na części składowe. Bo robimy szafę. Na caaaaałą ścianę. Żeby się w niej pomieścić z większością szpargałów. I się mieścimy. Powoli. Wraz z powoli powstającymi półkami. Już nie trzeba będzie udeptywać mężowskich ubrań, żeby się mieściły w szafie. Każdy kolor sweterka ma swoją własną półeczkę. I każdy kolor T-shirta. Sięgasz i wyciągasz jedną rzecz. Ot tak… nie martwiąc się, że jeśli dobrze nie przytrzymasz reszty ubrań, to masz najbliższe pół godziny wybrane z życiorysu, bo trzeba wszytko powtórnie wepchnąć do szafy, używając umiejętności zdobytych podczas gry w „Tetrisa”…

Pralka stwierdziła, że się popsuje. No bo co? Od 16 lat pracuje w ciężkich, szkodliwych warunkach, to czemu ma się nie zepsuć? Na szczęście tylko grzałka przestała działać. Ciężko orzec, czy ona sama jest winna tej sytuacji, czy może pokrętło termostatu? A może sam programator przestał włączać grzanie wody? Nie wiadomo. Na razie radzę sobie „po staremu”: grzeję wodę w czajniku elektrycznym, który ma możliwość wyboru temperatury, przelewam zagrzaną wodę do miski, a kiedy uzbiera cała micha wody, wlewam do pralki. I włączam pranie. Detergenty wlewam do wody, którą leję do pralki. Dobrze, że mamy taką ładowaną od góry…

To chyba tyle z relacji tego, co się wydarzyło od ostatniego wpisu… idę chorować dalej i plątać sznurek…

Reklamy

2 Komentarze

Filed under domowo, życie

Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

W tak zwanym międzyczasie

W tak zwanym w międzyczasie (między pracą, nauką a kuchnią) wzięłam się za lekkie porządki, bo zaatakowały nas mole. Te złote. Co żrą wełnę. A jak powszechnie (chyba) wiadomo, wełny u nas dostatek pod wszelką formą i postacią. Do tego jeszcze skóry, futra i inne takie rzeczy z molowego menu, które nam w rekonstrukcji są niezmiernie przydatne.

Gdzieś skądś się cholerstwa przytarabaniły, bo od dawien dawna nic takiego u nas nie latało, a wszystko, co wełniane i futrzaste było tak obśmierdziane antymolowymi wkładkami, że żaden owad nie chciał się do tego przytulić. Był spokój, a teraz mamy wyrój.

Ale znalazłam główne gniazdo… cóż, wspominałam kiedyś, że nie mogę znaleźć swojej czesanki, którą po jakimś pokazie utknęłam nie wiadomo gdzie? No to już ją znalazłam… I zaraz po znalezieniu, w trybie natychmiastowym powędrowała do śmietnika. Niestety… nie byłabym w stanie jej uratować… teraz mam nadzieję, że powolna bitwa z molami będzie już wygraną. Dla mnie. Wszystkie szafy zostały zabezpieczone śmierdzidłami, które do tej pory działały wyśmienicie. Rzeczy składowane w szafach powoli przeglądam i przepieram, żeby je odświeżyć i napachnić płynem do płukania, żeby się też ich mólstwa nie czepiały. Przy okazji spróbuję się pozbyć ubrań, których raczej już nie założę… ale z tym mogę mieć problem… ech, ja i moje sentymenty…

2 Komentarze

Filed under domowo

Żyję egzaminami i nauką… i wsią…

20-05

Zarobiona jestem po same ślepia… zwłaszcza, że egzaminy mam dwa już w ten weekend. A na razie jestem zielona, jak trawka. Pamiętam tylko to, co było na zajęciach i co mam w notatkach, a muszę jeszcze sięgnąć głębiej w podaną „literaturę”. Strasznie się obawiam, że nie podołam temu i zawalę po całości…

W poniedziałek ostatni raz widzieli mnie na działce. Udało mi się wykarczować jeden rząd drugiego warzywnika z perzu. Czemu tak mało? Ano, bo polazłam po południu, po robocie i perzu jest w ziemi od zakitrania. Kłącze na kłączu, kłączem poganiane. Miałam nadzieję, że w tym roku będzie tego tałatajstwa mniej, ale gdzie tam! Mnoży się to to wykładniczo chyba, a na pewno na potęgę. I to nie Posępnego Czerpu… if you know what I mean 😉 Zaraz po karczowaniu posiałam skorzonerę, cukinię i pasternak. Ten ostatni staje się powoli moim ulubionym warzywem. Bardzo pasuje mi jego smak, aż się zastanawiam, co ja jadłam, kiedy pasternaka nie znałam?

Wtorek spędziłam w połowie w pracy i w połowie nad notatkami i materiałami, i książkami. Kiedy się jest zmęczonym, wiedza nie chce włazić do łba tak szybko, jakby się tego chciało. A potrzebuję, żeby szybko tam właziła i się mocno zagnieździła, bo zależy mi na dobrych, a nawet bardzo dobrych ocenach. Trzeba w końcu stanąć na wysokości zadania i skoro uważają mnie za kujona, to trzeba tę opinię utrzymać, czyż nie? 😉 A tak po prawdzie, to chcę, by to wszystko, czego się uczę trzymało się w mojej głowie od początku nauki po kres moich dni. Po prostu zależy mi na jak najlepszym przygotowaniu się do tego zawodu. Bo to takie moje małe marzenie móc pomagać ludziom i mieć wiedzę oraz umiejętności, by pomoc nie zaszkodziła.

Dzisiejszy dzień w robocie miał być (wg grafiku) spokojny, lekki i krótki. Niestety, zmieniono plan w ostatniej chwili i wylądowałam znów przy ciężkiej, fizycznej pracy na siedem godzin. Na zarobek nie narzekam, bo jest najwyższy, na jaki mogę liczyć w obecnej sytuacji, a że robota ciężka, to już insza inszość. No i udało mi się trafić okazję: kieckę do Belly Dance w idealnym stanie (zdeczko za długa, ale nie przeszkadza to w ogóle w ruchach, już próbowałam) i angielsko języczną wersję Wolnych Ciutludzi!

A w domu? Ot, zrobiłam o wiele mniej, niż miałam w planach. Na szczęście udało mi się jeszcze napisać jedną pracę zaliczeniową. Nad drugą posiedzę jutro. Chyba nikt nie będzie mnie gdziekolwiek wyciągał? Pogoda jest typowo barowa, więc nie mam wyrzutów sumienia, że mnie na działce nie widać, że nie robię dalej tego, co powinno być już dawno zrobione, a przez zimno stało sobie i czekało na lepsze czasy. Plony będą spóźnione, ale będą. A skoro dorobiliśmy się zamrażalki, to teraz nie muszę się przejmować, gdzie ja to wszystko powciskam. A tak papużki reagują na porcję zieleniny, którą im z działki przytacham:

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Ech, najwyższy czas iść spać.

22-05

Zapomniałam napisać, że we wtorek kochany, naprawdę kochany Pan Kurier wtargał mi na samą górę, do mieszkania pakę ze środkami czystości, jaką zamówiłam sobie w firmie Clovin. Będę testować, czy opinie, jakie czytałam o tych proszkach, mydłach i płynach nie są przesadzone. Bo jeśli nie są, to mam nieograniczony dostęp do tanich, a dobrych środków. Na przykład takie piętnasto-kilogramowe opakowanie proszku do prania kosztowało mnie ledwo 35 zł, a pięć litrów mydła w płynie – zaledwie 10 zł.

Mydło ma bardzo przyjemny, niezbyt intensywny zapach, co mi odpowiada, bo nie lubię przeperfumowanych. Dłonie nie są tak wysuszone po nim, jak po mydle w kostce. Co prawda nie można z niego narobić mnóstwa piany, ale jest bardzo wydajne, mimo, że konsystencja nie jest gęsta, jak w przypadku mydeł dostępnych w sklepach. Co do reszty produktów (a nakupiłam ich trochę, bo chodziło mi o darmową przesyłkę, którą kupujący otrzymuje po przekroczeniu 65 zł w zamówieniu) będę pisać, kiedy już je wypróbuję.

G. kupił w prezencie przeszkadzajkę. Dla mnie. Wiedźmina kupił. Tego z Dzikim Gonem. Nie dość, że Skyrim mnie ciągnie, że ciągną świeżo zakupione książki, o których wspomniałam wcześniej, to jeszcze Wiedźmin. Wczoraj po nauce siadłam na jakąś godzinkę, żeby zobaczyć, czy w ogóle się da w to grać. Wcześniej G. doglądał instalacji, bo ja chciałam zrobić wszystko, co zaplanowałam przy nauce, bez odrywania się i tracenia koncentracji. Dostałam na zachętę płytę z muzyką do posłuchania i robiłam swoje. A potem, w nagrodę, mogłam przejść kawałek świata. Jak na razie, to wygląda to, bardziej dla mnie, jak Gothic niż Skyrim – jeśli chodzi o rodzaj gry. W Skyrimie mogę sobie robić, co chcę, błądzić po wszelkich lokacjach, odnajdywać ukryte skarby i jaskinie, za to w Wiedźminie na razie idę, jak po sznurku. Dokładnie tak samo grało mi się w Gothica. I nie, jest to dla mnie gorsze lub lepsze. Stwierdzam tylko fakt, że na razie Wiedźmin z otwartym światem ma mało wspólnego, jeśli przyrównać go do Skyrima. W sumie wiele nie pograłam, bo co to jest godzina spędzona w nierealnym świecie? Ledwo się samouczek skończyło i rozpoczęło pierwszą misję główną. Będę wrzucać swoje odczucia co do Wiedźmina, jak sobie na niego pozwolę po wykonaniu zaplanowanych zadań.

Dostałam też potwierdzenie zgłoszenia na 18. Wystawę Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko – Czeskiego. Byłam na ubiegłorocznej edycji na tzw. doczepkę z (wtedy jeszcze) Made by Hands (obecnie Łaszki) i bardzo mi się tam spodobało. Dlatego w tym roku jadę jako ja. Będę pokazywać przędzenie, tkanie i występować w średniowiecznym stroju. O, tak sobie wymyśliłam. Relację z długiego weekendu rzemieślniczego na Wystawie zapewne zamieszczę na blogu rzemieślniczym. Tak będzie bardziej tematycznie.

Jeszcze spotkałam się z Różową Mamcią Miesiąca na poczcie. Naprawdę, niektórym ludziom powinni zakazać rozmnażania się i zakaz ten poprzeć permanentną sterylizacją, żeby nie pogłębiać bezmózgowia i pustactwa w społeczeństwie. Otóż RMM rozmawia sobie z jakimś „menem”. Wewnątrz urzędu pocztowego. Nie załatwiała żadnych spraw. Stoi i gada. Młodsze dziecko grzecznie śpi w wózeczku (za co mu chwała i cześć niechaj będzie), a starsze, płci żeńskiej pozostawione samopas grzecznie przyssało się do maszynki robiącej… nie, nie „ping”, a karteczki z numerkami. Nabrało tego śmiecia już w dwie piąstki, automat informujący o kolejnych wolnych numerach, jakie mogą udać się do danego okienka już zachrypł od ilości powiadomień następujących jedno po drugim, ale RMM ani myśli cokolwiek z tym zrobić. Ona ROZMAWIA. Grzecznie więc zwróciłam małej uwagę, że ta maszynka, to nie zabawka i nie powinna się nią bawić, a raczej w łapki wziąć swoją lalę, a nie stertę papierków z nadrukiem. Na co RMM się poczuła do roli kwoki i naskoczyła na mnie ze słowami: „Czy masz jakiś problem?”. No pacz, znamy się? Oj, moja słaba pamięć! Na co z progu odparłam: „Tak, z panią”. RMM coś tam jeszcze pomarudziła, ale nie mam pojęcia, co bo przez zamknięte drzwi nie było słychać, a z ruchu ubabranych różową szmineczką ust nie chciało mi się czytać. Co ciekawe, RMM i jej „men” oraz parka pomniejszych kopii ewakuowali się z urzędu pocztowego zaraz po tym zajściu. Być może do mojej reakcji dołączyły się panie z okienek, którym już głowy puchły od komunikatów „Numer sto dwadzieścia trzy, okienko de”, „Numer sto dwadzieścia cztery, okienko a” i tak w koło Macieju… Naprawdę, ludzie mają problemy z ogarnięciem rzeczywistości. I to tej najbliższej…

A co poza tym? Ano siedzę i się uczę. Wiedza trochę opornie idzie do głowy, ale mam nadzieję, że uda mi się zdać oba egzaminy na jak najwyższą ocenę. Boję się, że nie podołam, że dostanę takie pytania, o których nie będę mogła się w ogóle wypowiedzieć… najgorszy będzie dla mnie zawód. Bo zawiodę samą siebie, bliskich, znajomych i samych wykładowców. Nic to, czas porzucić komputer i zająć się przyswajaniem wiedzy…

24-05

Egzaminy zaliczone na 5 i 4. Czekam na wieści, czy dorzucą nam następne na koniec tego semestru. Zobaczymy. Na razie mam trochę wolnego od intensywnej nauki.

Wczoraj (w sobotę) pojechaliśmy popatrzeć na kolejny domek, w którym moglibyśmy się osiedlić. Niestety, pierwszy zgrzyt to to, że tuż przy nim biegnie dość ruchliwa, główna droga. Drugi zgrzyt – miniaturowe podwórko (choć ziemi 24 ary). Trzeci – wścibskie i chamskie sąsiedztwo. Co na plus? Ano, wyremontowany dom wewnątrz, od razu można się wprowadzić i mieszkać, a potem zrobić dachówki. Jest prąd, woda, łącze telefoniczne, kanalizacja. Na posesji stoi wielgachna stodoła, zajmująca całą szerokość wąskiej parceli, przez którą można przejść na drugą stronę, gdzie jest reszta gruntów. Sama trawa i trawa, a przy drugiej drodze, na samym końcu parę jabłonek. Przy zwiedzaniu strychu dostałam solidnie belką stropową w łeb… myślałam, ze schyliłam się wystarczająco nisko. Niestety… aż zadzwoniły zęby, a w oczach pojawiły mi się świeczki. Teraz mogę grać żeńską wersję Harry’ego Pottera. Gdybyśmy się na niego zdecydowali, mielibyśmy do zrobienia dach, bo dachówki się sypią, jak płatki wiśni w czasie jej święta i izolację murów i fundamentów od gruntu, bo strasznie mokro w piwniczce, a i mury wyglądają na lekko podsiąknięte. Aleśmy się nie zdecydowali. Nie po to chcę się wynieść na wieś, by mieć więcej ruchu kołowego (włącznie z lawetami, ciężarówkami, autobusami i stadem samochodów) tuż pod oknami niż mam obecnie, mieszkając w mieście. A gdybym chciała podglądać sąsiadów i być przez nich podglądaną, to bym szukała domku na osiedlu domów jednorodzinnych. Mnie się marzy spokój i odludzie, a nie środek wsi. A domek wygląda mniej więcej tak:

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka...

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka…

Część kuchni

Część kuchni

Ogrooomna łazienka

Ogrooomna łazienka

Sypialnia

Sypialnia

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Komórka na coś tam :P

Komórka na coś tam 😛

Wnętrze stodoły

Wnętrze stodoły

Widok na "włości" od strony stodoły.

Widok na „włości” od strony stodoły.

Widok od strony końca parceli.

Widok od strony końca parceli.

Jedna z kilku jabłonek.

Jedna z kilku jabłonek.

4 Komentarze

Filed under nauka, recenzje, rolniczo, życie

Z zimnej zimy prosto w wiosnę

03-03

Imieniny miesiąca. A ja mam powoli dość wszystkiego. Bo wszystko mnie boli. Nie, nie złapałam grypy. Jedynie cały wczorajszy dzień tapetowaliśmy mały pokój. Coś jednak poszło nie tak, bo mamy dziś kilka kawałków do poprawki. Z jednej ściany tapeta zlazła prawie całkiem, choć i zagruntowanie było porządne, i tapeta tak napuszczona klejem, że aż rwała się w palcach. Cóż, będziemy myśleć, jak to naprawić. Kleju jeszcze spory słoik został, a i tapety w dość dużych kawałkach też jeszcze są do dyspozycji.

Choć planowałam zacząć odrabiać zadania domowe do szkoły, to jednak nie miałam takiej możliwości: jak zaczęliśmy się bawić z tapetowaniem o 9 rano, tak skończyliśmy o 22:30. Jeszcze dziś nogi wychodzą mi uszami.

A pogodowo? Zima o sobie przypomniała. Trochę sypnęła mokrym, topiącym się śniegiem. Tylko dzięki temu jest więcej błota w lesie. A że ścieżki zostały rozjeżdżone przez sprzęt do wycinki i transportu drzew, to się chodzi często po kostki w błocie.

04-03

Dziś chyba wreszcie skończymy bój z tapetami. Po wczorajszych poprawkach wszystko się trzyma ścian i nie wykazuje chęci odczepienia się od nich. Tyle dobrze. Jeszcze tylko pasek ozdobny u góry przykleić i można przestawiać meble na miejsca. Nareszcie będzie normalnie! Będę mogła w końcu coś zrobić tak w „warsztacie”, jak i w kuchni, bo wszystko jest znów wywrócone do góry nogami.

08-03

Pogoda pieści, lecz mój „kochany” łeb nie chce rozpieszczać i znów się zdecydował, że będzie boleć. I jak tu przeżyć zajęcia, gdzie trzeba myśleć i zapamiętywać? A przynajmniej uważać, żeby nie walnąć gafy.
Jak sobotnią teorię psychologiczno-socjalną przeżyłam w miarę, tak niedzielną praktykę masażu mogłam już nie dać rady. Ale od czego są praktyki masażu? Od praktykowania masowania czyichś skostniałych mięśni i pokrzywionych gnatów, prawda? Zatem zostałam dopieszczona ponad dwoma godzinami na kozetce. Najpierw wprawionymi palcami i dłońmi wykładowcy, a potem wprawiającymi się rękami koleżanki z grupy. Pod koniec miałam już naprawdę dość. Już mi się nie chciało leżeć, bo głowa nie chciała przestać boleć mimo wszystko, a podparta na dłoniach jeszcze bardziej miała chęć boleć. Mimo tego mogłam spokojnie przejść do zadań praktycznych i sama nauczyć się technik, których jeszcze nie znałam, a także poprawić te, które dotychczas stosowałam. A potem jeszcze wysiedzieć godzinę na podsumowującej teorii.

Teraz widzę, że czeka mnie naprawdę mnóstwo pracy. Zwłaszcza nad usuwaniem „narowów”, które się nagromadziły przez długi czas, kiedy to okazyjnie bawiłam się w masażystę, wykorzystując to, co pamiętałam z własnych doświadczeń, jako osoba rehabilitowana masażem. No i notatki muszę na czysto przepisać, bo z bazgrołów uczyć się ciężko.

Mały pokój, czyli nasza pracownia i miejsce odpoczynku sierściuchów jest już prawie gotowe do użytku. Zostało tylko zanieść tam krosno, ustawić je w wyznaczonym miejscu i już. Ach, no i dokleić malutki pasek bodera, bo nam zabrakło. Okazało się, że pokój ma w obwodzie (i tak zmniejszonym dzięki zabudowanej szafie) więcej niż 10m. Ma 12m i trochę… Resztę bodera spróbuję wykorzystać w inny sposób, niż dla niego zaplanowany.

Jeszcze G. chce pomalować sufity w dużym pokoju, czyli naszej salono-sypialni i w przedpokoju. Szafka do kuchni powolutku się robi: na razie stelaż i szkielet koszyków, które później trafią w moje ręce, by zostać oplecione konopną taśmą. A mieszkanie z wolna odzyskuje świeżość i blask.

Nic, idę umierać dalej, a jutro (jeśli łeb da sobie siana) zacznę znów porządkowanie.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, nauka

Zima, zima, zima…

Zapadało, zasypało wszystko na biało. Przynajmniej miasto przez jakiś czas będzie wydawało się czyste. Do pierwszych roztopów. Z opadów najbardziej cieszy się Hera. Robi za koparkę do śniegu. Zwłaszcza, jak się bawi z innym psem. Niestety, śnieg działa moczopędnie. I potrzebny jest dodatkowy spacer. A na spacerze wychodzi z Hery Wadera. Wszystkie psy muszą być pod nią. W sensie dosłownym i w przenośni. Cóż, kiedy ma się przed sobą takiego złego i wściekłego psa, to lepiej albo uciekać, albo się położyć, żeby gryzienie nie było zbyt bolesne.

Strasznie wściekły złeseł :P

Strasznie wściekły złeseł 😛

Hera03 Hera04

Tydzień, jak zwykle zleciał na sprzątaniu. Pierwszy etap czyszczenia dużego pokoju już za mną. Łazienka również została wypucowana. W kuchni już działam i robi się powolutku przestronniej. I tu się pojawia pytanie: czy ktoś wie, jak sobie poradzić z białym nalotem na blacie? Nie wiem skąd się wziął, aczkolwiek podejrzewam naszą wodę o to przestępstwo na okleinie. Czy macie jakiś sprawdzony sposób na przebarwienia na meblach? Z góry dziękuję za wszystkie sugestie.

W sobotę, jak zwykle zrobiliśmy sobie LAN Party, bo przecież Aion czekać nie może. Zbyt długo. A poziomy same się nie zrobią, kinahy czarodziejsko się nie pojawią na koncie. Przy tym granie w grupie jest przyjemniejsze niż w pojedynkę. No i można pokonać dzięki temu trudniejsze moby. No i zawsze w grupie jest weselej.

Wygłodniałe kukurydze... to nasze alter ego ;)

Wygłodniałe kukurydze… to nasze alter ego 😉

Dobra walka nie jest zła :)

Dobra walka nie jest zła 🙂

Wygłupy naszej grupy :P

Wygłupy naszej grupy 😛

Zasłużony odpoczynek po dobrym ekspieniu :D

Zasłużony odpoczynek po dobrym ekspieniu 😀

A niedzielny poranek rozpoczęliśmy od skromnego, ale pysznego śniadania. Na stole pojawiły się domowe konfitury ze śliwek, wypieczony w sobotę chleb i marynowane podgrzybki z pobliskiego lasu. I ser z pobliskiego marketu. Oraz czajniczek pełen gorącej, zielonej herbaty.

Niedzielne śniadanko :)

Niedzielne śniadanko 🙂

Konfitury, gdy je pakowałam do słoików, wydawały się być bardziej „spalone”, bo i też przywarły do dna garnka zbyt mocno, jednak, gdy je spróbowałam, okazały się być idealne w smaku. Nie za słodkie, nie za bardzo „przydymione”. Takie w sam raz. Za to grzybki wyszły bardzo łagodne. Nie są niesmaczne, ale inne niż te, do których jestem przyzwyczajona. Chyba będę musiała dać następnym razem nieco więcej octu.

I tak oto rozpoczął się nowy tydzień…

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, pieseł, życie

Postanowienia noworoczne

Tak po prawdzie, to nigdy takich postanowień sobie nie robiłam, bo i tak wszystkie moje plany dalekosiężne brały w łeb. Ba! Nawet te bliskosiężne. Wynikało to nie z mojej opieszałości w podejściu do sprawy, bo jeśli już coś sobie zaplanowałam, to mi na tym musiało zależeć, ale z przyczyn losowych. Zwykle w moim życiu jest tak, że nigdy nie mogę być pewna, co tak naprawdę będzie jutro. Nawet jak miałam jakieś stałe zajęcia (szkoła, praca), to i tak zdarzało się coś niespodziewanego, mniej lub bardziej przyjemnego. I zwykle całkiem zaburzało plan dnia. Rozkładając przy okazji plan na cały tydzień. I tak oto nauczyłam się żyć z dnia na dzień, by uniknąć nieprzyjemnych rozczarowań.

Teraz te plany wyszły same z siebie. Planowałam wybłyszczyć mieszkanie na ubiegłe święta. Nie udało się. Wyjechałam w trybie zaskakującym i natychmiastowym na roboty (historia się pisze w bólach i w krótkich seriach po parę zdań, bo czasu mi na wszystko nie starcza). I z planów nici. Jak zwykle. Wybłyszczam je teraz. Na razie naprawdę nic nie widać, żeby się zmieniło na lepsze, ale jest czyściej. Mam do spalenia (bo niszczarka do dokumentów została zajechana, niestety) cały, sześćdziesięcio-litrowy wór papierzysk. Będzie czym palić w kozie na wiosnę na działce.

Mogę rzec, że w bojach o szeroko pojętą normalność mieszkania osiągnęłam już ok. 75% w dużym pokoju i 90% w łazience. Została jeszcze kuchnia i mały pokój warsztatowy. W tym ostatnim pójdzie chyba najszybciej, bo niedawno był ogarniany w związku z pojawieniem się nowych mebli.

Druga rzecz, to niedzielne śniadania. Kiedyś były zawsze obecne w naszym domu. Obojętne, czy ktoś przyjeżdżał do nas w odwiedziny i zostawał na noc, czy byliśmy sami. Potem jakoś od tego odeszłam, zapomniałam o tej naszej małej „tradycji”. Teraz postanowiłam do niej wrócić. I nie dawać sobie na luz, nie popuszczać, bo znów zrobi się zimno i nijako. Co prawda poza sezonem nie ma na stole takich rarytasów, jak świeże pomidory, czy ogórki, ale pojawić się może zawsze ćwikła z naszych gigantycznych buraków, ogórki w musztardzie, czy zebrane jesienią i zamarynowane grzybki. A zamiast keczupu – przecier z naszych pomidorów. Póki ziemia żyzna, a lasy zasobne z głodu nie padniemy.

A w chwilach, kiedy już sił nie starcza na nic oprócz rozpłaszczania zadu przed kompem, bo jeszcze nie czas na spanie, gram w Aiona. Wczoraj zrobiliśmy sobie LAN Party ze znajomymi, którzy też w to grają i było naprawdę świetnie. Tyle mobów się zatłukło, tyle przy okazji zadań się zrobiło i… dwa poziomy w górę!

A oto nasza wesoła ferajna:

Od lewej: Kleryczka, Barbarzynka, Inżynier i Zaklinacz żywiołów.

Od lewej: Kleryczka, Barbarzynka, Inżynier i Zaklinacz żywiołów.

Aion Aion

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, rozrywka, życie