Tag Archives: podróż

Wszystko nabiera tempa…

Strasznie dużo się zdarzyło od ostatniego wpisu. Tak dużo, że nawet nie wiem, od czego zacząć…

Może zacznę od tego, że choróbsko odpuściło na tyle, że na pół gwizdka mogę pracować zawodowo, więc już wróciłam do pracy i nadal ochraniam jeden z lokalnych marketów wspólnie z koleżanką i kolegami zatrudnionymi w tym samym, co ja celu. Dzięki temu mam znów odrobinę mniej czasu na sprawy poza zarabianiem pieniędzy, ale… nie jest źle.

Część z Was już wie, że nie zdałam egzaminu zawodowego. Tak, to prawda. Wymarzona praca w gabinecie rehabilitacyjnym musi jeszcze chwilę poczekać, bo egzamin poprawkowy pozwolą mi zdawać dopiero w styczniu przyszłego roku. Niestety, wcześniej nie ma na to najmniejszych szans. Z racji tego, że prawie ugadana praca jest na razie przeszłością, staram się mimo wszystko rozwijać w kierunku masaży. Z tego powodu zainwestowałam niemalże ostatnie pieniądze w kurs Terapeuty SPA, który odbywał się w Warszawie. I to były chyba dobrze zainwestowane pieniądze. W Akademii SPA odkryłam nowe możliwości i techniki, dzięki którym będę nadal mogła przynosić pomoc ludziom, niekoniecznie w gabinecie rehabilitacyjnym. Atmosfera była cudna! Naprawdę. Prowadzący oraz dziewczyny, które przyjechały, by uczyć się tak, jak ja byli (i nadal są) wspaniali. Poznałam nowe techniki w masażu relaksacyjnym i do swoich umiejętności mogę dopisać: masaż bambusem, stemplami ziołowymi (co obiecano nam jeszcze w szkole, ale prowadzący zajęcia jakoś nie pociągnął tego tematu dalej), miodem, a także rozwinęłam nieco wiedzę o masażu kamieniami gorącymi. Doprawdy, na poprzednim kursie nauczyłam się układać kamienie na ciele klienta, a teraz wiem, jak zrobić za pomocą rozgrzanego bazaltu naprawdę relaksacyjny masaż. Dodatkowo jeszcze prowadzący zaprezentował nam zabiegi typowe dla SPA, czyli peeling i okłady. Cały czas raczył nas też wiedzą wypływającą z doświadczenia, wypływającego z jego wieloletniej pracy w zawodzie w różnych miejscach i środowiskach, a także tych związanych z prowadzeniem własnej działalności. Wróciłam do domu z głową pełną pomysłów i wiedzy…

Sama podróż też była zaskakująca… Największym zaskoczeniem było kupno biletów na pociągi ekspresowe. Na tydzień przed podróżą wykupiłam ostatnie bilety na podróż do i ze stolicy. Ostatnie. Za ciężkie pieniądze… W piątkowy poranek udało mi się wsiąść do Pendolino.

 

001

Tym razem nie spie… rniczyło, jak przed zdjęciem, które próbowałam mu zrobić na stacji w Gliwicach. Och, jakby mi takiego psikusa zrobiło, to nie miałabym dziś certyfikatu i nowych umiejętności, a tylko stracone pieniądze. Mnóstwo straconych pieniędzy… Ale – udało się. Bez większego trudu odnalazłam swoje zarezerwowane miejsce i już mogłam się cieszyć urokami podróżowania w tak ekskluzywnym środku transportu.

 

002

Nawet poczęstowano mnie herbatką (Lipton, zielona… w smaku nie za cudna, ale przynajmniej nie było mi po niej tak niedobrze, jakbym zażyczyła sobie czarnej).

 

003

Do wyboru była jeszcze kawa, ale tej wolę nie tykać, jeśli nie jest kawą zbożową. Na tym ekskluzywność, niestety, się skończyła. W rozwieszonych wszędzie telewizorkach puszczono jedynie zapętloną, jedną i tę samą reklamę Strażników Galaktyki 2. Owszem, pierwsza część bardzo mi się spodobała i bardzo chcę obejrzeć drugą, ale oglądanie non stop jednej i tej samej reklamy było nużące. I tak, starałam się nie patrzeć na te minitelewizorki, ale nie dało rady. Były tak ustawione, że musiałabym patrzeć się bez przerwy w okno albo na własne stopy, by ich nie widzieć. A widoki za oknem nie zawsze były warte oglądania.

Skoro zatem obsługa tego luksusowego pociągu nie miała zamiaru dostarczyć pasażerom rozrywki wizualnej, stwierdziłam, że trzeba tę rozrywkę samemu sobie zorganizować. Tak więc na półeczce rozstawiłam sobie tablet, po czym rozpoczęłam poszukiwanie Wi-Fi. Jakież było moje rozczarowanie, gdy sieci nie znalazłam. Nawet w zwykłych szynobusach… ba! W naszych miejskich autobusach jest dostęp do darmowego Internetu! Ale nie w Pierdolino… za dobrze by było. Starczy herbatka/kawka wliczona w cenę biletu (i już wiadomo, czemu tak się cenią 😉 ). Podróż umilana rozrywką ciągniętą z własnego, komórkowego Internetu minęła dość spokojnie. Mimo, że wykupiłam ostatni bilet, miejsce koło mnie przez całą podróż pozostawała puste i nietknięte. Tak samo cztery inne, będące w zasięgu mojego wzroku.

 

004

Ludzie zrezygnowali z możliwości podróżowania tym pięknym, włoskim cudem techniki, czy jak? Albo przeczuwali, że będzie to niezbyt miła podróż ze sporym opóźnieniem. Bo pociąg utknął na stacji Warszawa Zachód z powodu jakiegoś szumiącego jegomościa, do którego zawezwano specjalnych gości, którzy mieli go odszumieć.

 

008

I tak, dzięki szumiącemu oraz patrolowi Policji, który docierał na miejsce zdarzenia przez ponad pół godziny, na dworzec Warszawa Wschodnia dotarłam później, niż planowałam. Na szczęście zaczepiony pan na postoju autobusów miejskich raczył wytłumaczyć istotę podróżowania tego typu komunikacją. Jego wiedza wynikała z racji zajmowanego stanowiska pracy. Pan bowiem okazał się być kierowcą autobusu. Niestety, nie tej linii, której potrzebowałam, by dotrzeć na miejsce szkolenia. Z jego wskazówkami dotyczącymi rodzajów biletów, ich ceny oraz techniki kasowania poradziłam sobie bez trudu w autobusie linii 140. Potem tylko trzeba było pilnować się, by wysiąść na właściwym przystanku, a tu już sprawę ułatwiły szczegółowe instrukcje od koleżanki warszawianki.

 

010

Spóźniona i zziajana dotarłam na miejsce, by od razu rzucić się w wir nowych wiadomości.

Pierwszego dnia poznałam współkursantki oraz prowadzącego, którego nazwisko, po zmianie dwóch liter, przekształca się w nazwisko mego lubego. Imienia nie trzeba zmieniać w ogóle. Taka ciekawostka, która wprawiła mnie w wesoły nastrój. Dziewczyny, które zechciały się uczyć razem ze mną mieszkały raczej w okolicach Warszawy. Zaskoczeniem była jedna z nich, która przyleciała z zupełnie innego kontynentu, gdzie wyemigrowała za mężem. Po prezentacji zaczęliśmy uczyć się masażu gorącymi kamieniami, poznając wszelkie jego tajniki… a było czego się uczyć! Naprawdę to był masaż, a nie układanie kamieni na ciele klienta. Doświadczając tego rodzaju przyjemności na własnej skórze czułam wyraźną różnicę, między tym, co wcześniej mnie uczyli, a co przyswajam sobie obecnie. Niebo a ziemia. Naprawdę.

Drugi dzień zaczęliśmy od powtórki z lekcji pierwszej. Znów kamienie bazaltowe poszły w ruch, po czym gładko przeszliśmy do nauki masażu bambusami.

 

011

Cóż za cudowny masaż! Tak od strony masowanego, jak i masującego. Wspaniale rozciąga mięśnie, rozluźnia je i powoduje uczucie odprężenia. Cieszę się, że poznałam ten rodzaj masażu, bo mogę go stosować zamiennie z masażem klasycznym, a zużywam na niego mniej energii, niż przy masażu klasycznym, co obecnie jest sprawą bardzo ważną, gdyż czego, jak czego, ale energii brakuje mi codziennie. Bez przerwy na deficycie… pod koniec zajęć zapoznałyśmy się jeszcze z ruchami wymaganymi podczas masażu miodem. Tak, żebyśmy już wiedziały, jak go wykonać dnia następnego, bo masaż miodem nie lubi powtórek. Czemu? Bo miód może zbytnio podrażnić delikatniejszą skórę.

Trzeciego dnia znów zaczęliśmy powtórką, co mnie niezmiernie ucieszyło, bowiem masować bambusem i być nim masowana zaczęłam uwielbiać. Po odświeżeniu wiadomości z dnia poprzedniego, rozpoczęliśmy naukę masażu miodem. Starczy jedna łyżeczka, by rozpocząć lepiący i klejący masaż.

 

016

I wiecie co? Siłą pokonała niechęć do lepiących się do mojej skóry rzeczy i wcale tego nie żałuję. Po spróbowaniu tego rodzaju terapii na własnej skórze byłam równie mocno zaskoczona jego działaniem, jak w przypadku kinesiotapingu. Gdybym sama nie spróbowała, nie uwierzyłabym, że dziesięć minut szybkiego, energicznego masażu z lepkim „olejkiem” może tak niesamowicie rozluźnić mięśnie grzbietu! Coś niesamowitego. Naprawdę! Masaż miodem, zaraz po masażu bambusem będzie jednym z moich ulubionych zabiegów. Jako masażysta i jako masowany.

 

014

Po tej części rozpoczęłyśmy przygotowywania stempli do masażu Pantai Luar. Trzeba gałganki dobrze powiązać i porządnie wypchać ziołami, żeby nie rozpadały się w trakcie masażu, a powodowały zamierzone (w zależności od rodzaju mieszanki ziół) efekty u masowanego klienta. Po przygotowaniu przez każdą z nas dwóch stempli, rozpoczęłyśmy naukę sekwencji ruchów, jakich wymaga ten rodzaj masażu. Po jego zakończeniu, każda z nas wręcz ociekała olejkiem. A jaka skóra się gładka zrobiła! No, poezja… z racji braku dostępu do pryszniców musiałyśmy cały olej wetrzeć w ręczniki. Głupio byłoby wracać autobusem z „mokrymi” spodniami lub T-shirtem. Na koniec dnia dowiedziałyśmy się jeszcze, jak stosować peelingi i jakie do czego służą ich rodzaje, a także w jaki sposób zastosować okłady. Wiele też otrzymałyśmy wiedzy i sekretów dotyczących pracy w SPA, współpracy z hotelami, jak pracować na własny rachunek i jakie jeszcze zabiegi SPA są popularne. Jak promować się, swoje umiejętności i gabinet i jakie narzędzia do tego najlepiej wykorzystać.

Kiedy się pożegnaliśmy, wykonaliśmy ostatnie zdjęcia na pamiątkę, ruszyłam w drogę powrotną.

 

017

Odprowadzona przez H., która mnie ugościła iście po królewsku w swoim warszawskim mieszkanku,

 

018

za co jej niezmiernie dziękuję, bo w innym przypadku mogłabym nie dać rady uczestniczyć w wyżej opisanym kursie, trafiłam na dworzec Warszawa Wschodnia.

 

019

Pociąg do Katowic przyjechał i odjechał punktualnie. Tym razem wszystkie miejsca były pozajmowane. Nie było to Pendolino, a znany każdemu typowy, „staroświecki” ekspres z kuszetkami. Ale bez Warsu. Podróż minęła szybko. Musiałam walczyć z sennością, by nie zasnąć i nie przespać stacji w Katowicach, a była to realna groźba. Byłam tak wykończona aktywnie spędzonym weekendem, że gdybym pozwoliła sobie na drzemkę, obudziłabym się w Budapeszcie, który był stacją końcową tego pociągu. Na szczęście nie tylko ja wysiadałam w Katowicach, więc ruch w przedziale trochę mnie otrzeźwił. Na dworcu spędziłam – o dziwo – spokojnie prawie godzinę (pociąg zaliczył opóźnienie) w czynnej całodobowo kafejce „So! Coffee” niedaleko kas biletowych przy gorącej, zielonej herbacie, uzupełnionej o świeże owoce: truskawkę, rabarbar i cytrynę.

 

020

Gdy pociąg nadjechał, wsiadłam do niego razem z tłumem innych podróżnych i znalazłszy swoje zarezerwowane miejsce (w pierwszej klasie… nie było już wolnych miejsc w drugiej), zajęłam się walką z wszechogarniającą sennością. Przez chwilę pomagał mi w tym współpodróżny: starszy, bardzo dystyngowany pan, udający się do Wrocławia, lecz po niedługim czasie sen go zmorzył, a mnie pozostało utrzymywać się w półśnie czujnym, by nie przegapić swojej stacji docelowej. Gdy wreszcie dotarłam na miejsce i wróciłam do domu było już mocno po drugiej nad ranem. Szybki prysznic i ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, już zasnęłam… a tego samego dnia musiałam stawić się w pracy…

To był morderczy weekend… rzekłabym, że morderczymi były oba tygodnie okalające owy weekend spędzony na kursie. Na szczęście jakoś odżyłam i pozbierałam resztki energii, by móc stanąć na wysokości zadania.

Podsumowując: był to wyjazd pełen niesamowitych wrażeń. Chciałabym móc powtórzyć podobny w niedalekiej przyszłości. I wiecie co? Aż mnie świerzbi, by na kimś już wypróbować swoją wiedzę i niedoskonałe jeszcze ruchy… Wariatka ze mnie 😉

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, masaż, nauka, podróże, praca zawodowa

Turniej w Książu

Pojechaliśmy w piątek wczesnym popołudniem. Słońce grzało niemiłosiernie, ale dotrzymaliśmy do końca. Tak podróży, jak i rozbijania obozu. I zaczęliśmy wspominać, jak to było parę lat temu. W tym samym miejscu. Niby tak samo, a jednak inaczej. Już nie było „iglaków” upchanych za trybunami. Już nie musieliśmy się martwić o nasze puste brzuchy i wyschnięte gardła, bo jadła i napitku było w bród. Wróciliśmy w miejsce, gdzie powstała nasza prywatna religia Świętego  Sucharka, Błogosławionej Siorbatki i Wielkiego Brzdęku. Wróciliśmy tam, gdzie powstało mnóstwo anegdot, które tworzyliśmy z innymi uczestnikami turnieju. Tu zadzieżgnęły się przyjaźnie i znajomości. Tu nas doprowadzał do wściekłości i śmiechu Blondi, szukający swojej rycerki, tu nas rozśmieszali organizatorzy, żądający w pewnym momencie: „Zróbcie coś, bo się ludzie nudzą”.

Teraz było inaczej.

Nie było siąpiącego, wyziębiającego ciało na wylot deszczu, tylko żar lejący się z nieba. Wojownicy uczestniczący w turnieju pieszym nie mieli za wiele sił w tej duchocie i nie pokazali niczego zaskakującego. Nie mam im tego za złe. Sama wolałam się za bardzo nie ruszać, żeby nie ociekać później potem. Turniej łuczniczy, niestety, znów był niemal tak samo nudny, jak kilka lat temu. Bieg dam był… dziwny. Zbyt różnił się od tych, które znam, żeby móc uznać jego walory. I nie, nie twierdzę, że było źle i do kitu. Było troszkę nudno. I duszno. I ludzi niewiele. No bo pogoda była taka, że wysysała wszystkie siły i niemal całą wolę.

Po raz pierwszy mogłam pooglądać zamek Książ od środka. Poprzednim razem tylko zwiedziliśmy część ogrodów – reszta była zamknięta. Dowiedzieliśmy się od przemiłej pani z antykwariatu paru ciekawostek z życia na zamku, kiedy ten jeszcze należał do hrabiowskiej rodziny von Pless. Na przykład, że na dziesięć mieszkających tu osób, przypadało dwieście osób służby. Albo to, że już w latach dwudziestych XX wieku zamontowano na zamku centralny odkurzacz. A ja myślałam, że to współczesny wymysł… Albo to, że jedno z pięter było przygotowane dla Hitlera. Pokoje i specjalnie wydrążona winda, która w razie problemów, miała przetransportować Wodza III Rzeszy do podziemnych tuneli, by go ewakuować poza teren działań wojennych. A i to, że stacjonujące w zimie wojska radzieckie zrobiły z zabytkowych mebli opał. A wojska niemieckie zniszczyły sztukaterię, by wzmocnić stropy żelbetonem.

A jaki był przyjemny chłód we wnętrzu zamku! Niczym w klimatyzowanych pomieszczeniach. Jeden z pokoi był tylko ciepły, jakby własnie wygasł ogień w kominkach, a pozostał żar. Najpierw zdawało się, że ciepło pochodzi od nagrzanego słońcem czarnego marmuru, ale kamienie były zimne… Rozpalone do białości ogrody były suche. Szkoda, że nie włączyli fontann. Dałyby chłód i nieco wilgoci otoczeniu.

Lekko wyschnięci wróciliśmy na teren turnieju, na hipodrom. Pokaz konny przyciągnął nieco gapiów, więcej jednak ludzi przybyło na inscenizację bitwy. Jednak nikt nie miał ochoty tańczyć pod sceną, chociaż wokalistka wychodziła z siebie, by schowanych w cieniu ludzi wyciągnąć na słońce.

Nad ranem w niedzielę obudził mnie wiatr szarpiący namiotem na wszystkie strony. Czekałam na gromu i pierwsze oznaki burzy, ale po kilku godzinach wiatr ucichł i na niebo wróciło słońce. Trochę pokropiło, gdy się pakowaliśmy, ale słońce szybko osuszyło namiot. Wracaliśmy w największy upał, choć obstawałam przy popołudniowym powrocie, by przeczekać na dworze największy skwar. No cóż, nie zawsze mogę postawić na swoim.

Teraz najbliższy turniej będzie w sierpniu. Grunwald w tym roku musi obejść się bez nas…

Dodaj komentarz

Filed under turnieje

Nadrabianie zaległości…

… bo już 6 dni minęło od ostatniego wpisu. Rety! Wcale się nie przykładam do  bloga 😛

A tak na poważnie:

W weekend byłam w Warszawie na spotkaniu miłośników ptaków egzotycznych. Spotkałam się z ludźmi, których miałam okazję poznać już w Krakowie na podobnym zlocie, poznałam nowych… przespacerowaliśmy całe warszawskie zoo – inne od tego, które pamiętałam z dziecięcych lat, kiedy to z ciotką i ojcem robiliśmy sobie do niego wycieczki.

Przy ptakach zatrzymywaliśmy się na dłużej i do wolier i klatek wracaliśmy wielokrotnie… natręctwo jakieś czy co? 😛

Po takim długim dniu (dla mnie zaczął się o 3:50, kiedy zadzwonił budzik) ulokowałam się u Justyny, którą poznałam na zlocie w Krakowie.

Po przepysznej kolacji zasiadłyśmy pod papuzimi gałązkami w celu delektowania się pyszną, zieloną herbatą oraz pogadania o sprawach wszelakich, które nas w jakikolwiek sposób nurtują.

Tak siedziałyśmy, piłyśmy, gadałyśmy… pti nad naszymi głowami urzędowały coraz częściej przysypiając… w końcu i nas zmorzył sen…

Drugiego dnia szykowałam się do drogi powrotnej (7h w pociągu), więc nie opłacało się nigdzie wychodzić, ale i tak nogi zaniosły nas do źródeł oligoceńskich po przepyszną wodę.

O 15:05 pożegnałam się z Justyną przez okno odjeżdżającego pociągu…

O 19:56 wyszłam z pociągu w Gliwicach zapominając o strzale, którą wzięłam specjalnie, by pokazać ludziom, czym się zajmuję w ramach hobby… nie zdążyłam się po nią wrócić… 😦

O 21:26 odjechałam z Gliwic…

O 22:02 byłam na stacji w KK…

O 22:20 byłam w domu…

O 23:20 byłam w łóżku…

A nazajutrz do pracy… na ósmą…

Wczoraj nie miałam sił na nic… przywlokłam się do domu, zaczęłam czytać książkę (naiwna myślałam, że mnie to pobudzi) i zasnęłam. W nocy obudził mnie Geralt, pościelił łóżko i położyłam się spać dalej… Dziś wstałam przed szóstą raczej wypoczęta, ale w pracy zaczęły mi się oczy zamykać…

Jakoś dotrwałam do końca i siedzę sobie teraz w domq i konsumuję beztłuszczowe frytki, i piszę bloga 😛

A! Zapomniałabym! Wczoraj przyszła wielka paka, a w niej – kołowrotek 🙂 taki najprawdziwszy, jak najbardziej działający kołowrotek 🙂

Teraz tylko załatwić runo owcze i mogę prząść.

Potem farbować przędzę naturalnymi barwnikami i robić krajki 🙂

Już się nie mogę doczekać…

1 komentarz

Filed under podróże, życie