Tag Archives: pies

Upały

Po pracy. Siedzę i popijam zimną zieloną herbatę prosto z lodówki. Jest pyszna i orzeźwiająca. Próbuję przegnać ból głowy, który męczy mnie od wczoraj. Nie jest to taki ból, który nie pozwoliłby mi wstać, ale jest lekko irytujący. Nie wiem, co jest tym razem tego przyczyną, bo kark za mocno nie jest zesztywniały. Jakoś się przebieduję. Oby tylko nie zaczął boleć mocniej.

Nad nowym miejscem do życia myślimy. W wolnych chwilach. Na fejsbukowej stronie wrzuciłam parę linków do ofert znalezionych niedawno na Allegro. Muszę jeszcze przeszukać OLXa. Myślę też, czy by nie pojeździć po okolicznych wioskach i nie poszukać osobiście, ludzi popytać, pozaglądać w puste okna…? Bo nie każdy, kto sprzedaje dom, ma dostęp do internetu albo chce dać zarobić pośrednikom.

Na dworze gorąco, upalnie… miałam wielki plan rano pojechać na działkę, ale… zaspałam. Obudziłam się dopiero przed godziną dziewiątą, co dla mnie już jest naprawdę długim spaniem. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko to, że poprzedniej nocy położyłam się spać dopiero w okolicach godziny drugiej nad ranem i to, że przez cały weekend, od czwartku robię na ostatniej zmianie, czyli do dwudziestej drugiej. Jak wracam do domu, to jest przed jedenastą. No i z planów wyszły nici. A później, to już nie ma poco jechać, bo nie dość, że gorąco i w takim upale nie idzie pracować, to za chwilę trzeba się spieszyć do pracy. Nic to, może jutro uda mi się zwlec swoje zwłoki trochę wcześniej. Na szczęście nic nie umrze na grządkach od upałów, bo dziś padało dość mocno i to kilka razy. Jedynie pod tunelem może być mały deficyt wilgoci.

Piesa dziś pomściła moje pokiereszowane psami nogi i… ugryzła Psa w brzuch. Oczywiście jej zachowanie wywołało oburzenie Człowieków Psa, ale w momencie, kiedy Pies nie rozumie innych znaków i ni wie, kiedy ma sobie dać spokój, to trzeba pokazać dosadniej, że nie ma się ochoty na zabawę w psa i sukę. Mam nadzieję, że Pies przyjmie to do wiadomości i wreszcie będzie spokój. Z bardziej pozytywnych zdarzeń spacerowych można zanotować to, że zabawy z Haszczakiem przybierają na przyjemnościach. Przy tym Haszczak jest jedynym psem, który wie, jak się należy bawić patyczkiem w parze. No i Haszczak uczy się od Piesy, jak się pies powinien zachowywać: podpatrzył, że Piesa idzie przy nodze, kiedy dostała taką komendę i… zaczął ją naśladować. Wpływ naszej dominantki ma w końcu pozytywny wydźwięk. Wczoraj musiałam ją zganić, bo próbowała kłapnąć zębiskami małego szczeniaka ONka, który jej się dobierał do patyka. Dorosłe psy może odganiać, ale szczeniaków – nie ma takiej opcji. Mam nadzieję, że zrozumiała, co jej chciałam przekazać przez reprymendę. Zobaczymy, co jej w łepetynie zostało przy następnej okazji.

Nic, już najwyższy czas się położyć spać… Lekki chłód nocy już wdziera się do pokoju, więc będzie przyjemnie zasnąć.

Dobrej nocy życzę wszystkim.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Lato…

03-06

Dwa dni pracy za mną. Kończenie szychty o godzinie dwudziestej drugiej, nie będzie moim ulubionym zajęciem. Po południu i wieczorem moja wydajność spada na łeb na szyję, obojętnie jak bardzo mogłabym się wyspać rano. Nie jest to zdecydowanie mój rytm tygodnia. Ale cóż, nie buntuję się, bo nie ma po co. Za chwilę nowy tydzień i będę miała inny system zmian. Na razie wszystko jest dla mnie nowe. Pierwszy raz spotykam się z tego typu zadaniami i muszę sobie wiele przyswoić, ale nie jest to nie do opanowania. Myślę, że za niedługo już będę się bez problemów wywiązywać z nałożonych na mnie obowiązków. Tylko muszę nieco okrzepnąć. To wszystko.

Na działce ponoć wszystko rośnie, ma się dobrze i kiełkuje. Jutro, korzystając z wolnego dnia, się przejdę i popatrzę, ocenię „wytrawnym okiem znawcy”, czy to, co kiełkuje, to nie przypadkiem chwasty. Miejmy nadzieję, że pogoda pozostanie wciąż taka, jak obecnie: słoneczna i gorąca.

Pranie się kotłuje w pralce, zwierzaki napojone i nakarmione. Trzeba zatem te dwie godziny, które zostały do wymarszu do pracy jakoś twórczo spędzić, choć czuję się strasznie senna i opuchnięta. Może by się tak zabrać za książeczki-wisiorki? W sumie siedzieć będę, wiele myśleć nad tym nie trzeba… No nic… coś zrobić trzeba, bo szkoda marnować taki piękny dzień.

05-06

Na Wystawę definitywnie nie jadę. Smutno mi, ale z czegoś trzeba zrezygnować, żeby nie musieć się klonować. Przy tym nie miałabym jak tam dojechać, bo Skody na razie stoją uszkodzone i zbieramy kasę na ich ponowne uruchomienie. To tzw. grosze, ale i te trzeba mieć, żeby mechanikowi móc zapłacić. Po drugie praca. Mimo, że dostałam sobotę wolną, to jednak dziwnie bym się czuła zostawiając współpracowników w jeden z najgorszych dni samych, by pracowali po piętnaście godzin. No i egzamin. Na który jeszcze nic nie umiem.

Wczoraj cały dzień wybyczyliśmy się na działce. Pogoda przyjemna, bo nie było duszno, gorąco i upalnie. W pewnym momencie nawet zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że wparowałam pod tunel, gdzie zawsze jest najgoręcej i zaczęłam plewić i wiązać pomidory do palików, by się zagrzać choć trochę. Jeszcze wytrzebiłam perz z jednego z kwietników (robiąc sobie pęcherze na palcach, bo u nas perz jest pancerny), G. oczyścił malinowy chróśniak, a Z. niszczył chaszcze za płotem, nad rzeczką. A tak po prawdzie, to chaszcze niszczyły żyłkę w podkaszarce. Szkoda, że pan Dziadek już nie żyje, bo byśmy od niego kosę pożyczyli i szłoby to o niebo lepiej. Na zasuwanie po tych zaroślach z sierpem ani sama się nie piszę, ani innych do tego zmuszać nie będę.

W przerwie, gdy głód dał o sobie znać, zrobiliśmy sobie grilla. Było i mięsko, i tosty z żółtym serem, a także szczypior prosto z zagonu. Do smaku. Na drewnie pięknie się wszystko opiekało. Ba! Nawet i przysmędzało na czarno, jeśli tylko odeszłam na chwilę za daleko od grilla. Ale wszystko było zjadliwe i smakowite.

Działkowe grillowanie :) Dla każdego coś dobrego :)

Działkowe grillowanie 🙂 Dla każdego coś dobrego 🙂

Młode rośliny kiełkują i rosną wręcz w oczach. Czekam z nadzieją, że fasolka jeszcze wybije, bo na razie tylko jedno poletko się zazieleniło, a na drugim tylko jeden rządek wzeszedł. Jeśli nic nie wybije w najbliższym czasie, to chyba po prostu dosieję. Nie po to przeznaczałam na fasolę dwa zagonki, by mieć tylko jeden.

A tak wszystko rośnie:

Działkowy, kwietny pająk.

Działkowy, kwietny pająk.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pierwsze truskawki.

Pierwsze truskawki.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Kalarepki się powoli robią.

Kalarepki się powoli robią.

Kwiaty winogronowe.

Kwiaty winogronowe.

Samotny irysek.

Samotny irysek.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Bonus: burek podwórkowy ;)

Bonus: burek podwórkowy 😉

Wróciliśmy po ósmej wieczorem do domu. Jeszcze chciałam się pouczyć, ale byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie nawet czytać, a co dopiero rozumieć, co czytam. Już nie wspomnę o zapamiętywaniu…

Nic, zatem teraz, przed pracą jeszcze posiedzę i się pouczę. A patrząc na plan zaczynam się mocno obawiać ostatniego tygodnia czerwca… cztery egzaminy pod rząd. Jeden z przedmiotu, z którego zajęcia zostały przeprowadzone raz i polegały na zadaniu tematu pracy zaliczeniowej. Ach, alem się dowiedziała z niego! Normalnie mogę być teraz w tym temacie ekspertem…

Ech, odklejam się od monitora i zajmę się trochę nauką…

07-06

Za chwilkę pierwszy tydzień w pracy będzie można uznać za zakończony. No, może nie za taką chwilkę, bo dopiero po dwudziestej drugiej, kiedy już będę się turlać do domu, ale zawsze to prawie koniec. Nie powiem, że mi się w tej pracy nie podoba. Jest ciekawie. Wszystko jest dla mnie zupełnie nowe, a ekipa fajna, wesoła i zgrana. No i praca prawie zupełnie bezstresowa. Jedyne, czym się mogę denerwować, to to, że nie do końca jeszcze wiem co, z czym i jak. I to jedyne źródło stresu.

Egzamin zdałam. Jestem kujonem. I nic tego nie zmieni. Kolejna piątka wędruje na moje konto. Z pracy zaliczeniowej wykładowca chciał mi dać aż szóstkę, ale chyba szkoła nie przewiduje takich wysokich ocen. Jestem kujonem. Teraz tydzień odsapki, a ostatni weekend czerwca będzie strasznie stresujący: cztery egzaminy w trzy dni. Z czego dwa z przedmiotów, które odbyły się raz lub w ogóle. Zupełnie nie rozumiem polityki szkoły w tym zakresie. Gdybym miała zagadnienia do egzaminu, to spokojnie bym postarała się opanować materiał, ale tak bez niczego? Nawet nie wiem, jaką wiedzę muszę posiąść, żeby wszystko pozaliczać, choćby na marną trójkę. Dziwne to trochę.

Wystawa w Prudniku trwa na dobre. W tym roku żal mi, że mnie ominęła, ale myślę, że za rok już spokojnie będę mogła w niej uczestniczyć od początku do końca. Będę też miała więcej rzeczy do pokazania, bo teraz naprawdę, wszystko jest na wariackich papierach: działka, praca, szkoła, dom… wszystko działa, ale chyba tylko siłą rozpędu.

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo, życie

No i tydzień minął…

21-04

Dopiero się tydzień zaczął, a ja już czuję się zmęczona wszystkim wokół. Muszę szybko znaleźć sposób na podładowanie baterii na full, bo na pół gwizdka nie da się dużo zrobić. A mam co robić. I jeszcze zaległości mi rosną. Prawie lawinowo. No, nie ogarniam tego świata i wszystkiego wokół. Jak ktoś ma jakieś sposoby na szybki dopływ energii (prócz nielegalnych i zagrażających zdrowiu i życiu), to bardzo prosiłabym o podzielenie się pomysłami. Za co z góry bardzo dziękuję.

Dzisiejszy dzień zapowiada się ciężki i długi. Tak naprawdę wolna będę dopiero ok. 20. A miałam nadzieję, że w tym tygodniu będę miała trochę luzu przy przerzucaniu worów z ciuchami.

Ach, ta praca, co pisałam o rozmowie jakiś czas temu, nie wyszła. Tylko dlatego, że soboty i niekiedy piątki muszę poświęcić na zajęcia, by się przekwalifikować i zdobyć nowy zawód. Smutno mi i przykro, ale rozumiem niedoszłego pracodawcę. Na jego miejscu pewnie zadecydowałabym tak samo, mając bardziej dyspozycyjne osoby pod ręką. Nic to. Szukam dalej.

 23 – 04

Mam już dość tego życia. Mam go dość. I mam też żal do siebie, że nie potrafię go zmienić. Bo gdy już się wydaje, że zrobiłam co najmniej krok na przód, że jestem bliżej sukcesu, jestem uświadamiana, że jednak mi się wydawało. Zero postępów, wręcz zacofanie. Znów spełnienie marzenia było w zasięgu ręki, już niemalże czułam je w dłoniach… została mi tylko garść piór z ogona. Kolejna szansa na zamieszkanie na wsi przeszła koło nosa. Cóż, jak się nie ma gotówki ani szans na kredyt, to się nie powinno napalać, jak szczerbaty na suchary. Ale ja się napaliłam. Staraliśmy się, jak tylko mogliśmy, by doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Niestety, trwało to zbyt długo i ktoś, kogo stać na spełnianie marzeń już powoli je spełnia. W domu, który miał być nasz. W cudnej, czystej okolicy. Dom stary, ale wyremontowany – tylko wchodzić i mieszkać. Woda w kranach, ścieki w rurociągach, gaz w butli, ciepło w piecu. Na podłogach panele, na ścianach gładzie lub kafelki. Dom przeogromny: 180m2, gdzie znalazłoby się miejsce dla każdego mieszkańca i gościa bez wchodzenia sobie w drogę. I jeszcze wielki, przestronny strych, który można by wykorzystać na kolejne pomieszczenia. Dach nowiutki, błyszczący, niecieknący, komin naprawiony i uszczelniony. Do tego pół hektara czarnej, zdrowej i płodnej ziemi, na której rosły już drzewa stare i nowe oraz krzewy tak ozdobne, jak i owocujące. Wokół cisza, spokój, tylko lasy i pola. I konie za miedzą. Tylko wchodzić i mieszkać. Niestety, z racji, że kredytu nie było jak wziąć (a potrzeba było prawie 200 tys. złotych), umówiliśmy się, że dom kupimy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży mieszkań: naszego i teścia. Niestety, nim zainteresowanie przerodziło się w chęć kupna naszych „em-dwa”, znalazł się ktoś, kto od razu może pozwolić sobie na zakup domu, bez zbędnego kombinowania i ceregieli. I tak oto znów realizacja marzeń nie wyszła.

Gdy się o tym dowiedziałam, przeżyłam burzę emocjonalną. Wczoraj cały dzień byłam nieżywa wręcz. Mimo, że czułam się wykończona (spałam tylko niecałe dwie godziny), ledwo trzymałam się na nogach, a ból głowy okrutnie dokuczał, to jednak wybraliśmy się na działkę, żeby jednak zadbać o przyszłość. W wymiarze kulinarnym tylko, ale zawsze to jakaś przyszłość. Dałam radę przekopać motyką (w celu rozdrobnienia grud i brył) tylko połówkę mniejszego warzywnika, zrobić grządki i posadzić kilka warzyw z rozsad. Po takiej lekkiej pracy musiałam się położyć, bo tak mi było słabo. Po powrocie do domu, położyłam się spać i obudziłam się dopiero dziś rano. Już mi lepiej.

Staram się ułożyć wszystko na nowo w głowie. Od początku zaplanować czas, kolejność działań i przestawić priorytety. Niestety, wszystko potrzebuje czasu. A im dłużej będę się grzebać w tym, co było, co się nie udało, tym dłużej nie wypełznę z dołu, z tego zamulonego dna, w którym (w moim odczuciu) się znajduję.

A póki co, rośliny na działce, na naszym skrawku wsi w mieście rozkwitają radośnie, jak co roku:

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Początek życia na warzywniku.

Początek życia na warzywniku.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

Nowe krzewy w naszej "kolekcji". To aronia.

Nowe krzewy w naszej „kolekcji”. To aronia.

A tu drugi krzew: borówka.

A tu drugi krzew: borówka.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

 24-04

Miałam sprzątać mieszkanie, wykorzystując fakt, że G. pojechał na działkę spawać urwany zawias furtki, ale za długo babrałam się z przesadzaniem siewek. Chciałam najpierw nabrudzić ziemią, a potem wszystko kompleksowo posprzątać. Niby dzień się jeszcze nie skończył, ale za niedługo muszę iść na zajęcia i chcę się do nich choć trochę przygotować. Niby praktyczne zajęcia nie są trudne, ale trzeba sobie przypomnieć kolejność technik masażu i jakie można stosować na poszczególnych częściach ciała, żeby się nie zastanawiać co chwilę, co teraz trzeba zrobić? No i atlas anatomiczny muszę sobie przerzucić na papier, bo z ekranu komputera trochę niewygodnie się korzysta.

Jutro mieliśmy w planach wyjazd do O., bo skusiły nas targi pracy, ale kiedy dobrze poszukałam na necie, okazało się, że miałam błędne informacje. Targi nie odbędą się w sobotę i niedzielę, tylko już wczoraj się zaczęły, a dziś kończą. No cóż… wiele i tak nie straciłam, bo przeglądnęłam program i jedyne, co by mogło mnie zainteresować, to prelekcja o służbie w Policji. Skoro zatem nie ma po co wydawać pieniędzy na podróż, a wyjątkowo sobota wypadła wolna od zajęć, to będę się działkować. Mam nadzieję, że nie będę zdychać tak, jak przy okazji poprzednich na niej odwiedzin. No bo wstyd tak… dwa razy machnąć motyką i już się zasapać…

Nic, trzeba jeszcze anatomię wydrukować i choć przeglądnąć przed wyjściem obrazki…

25-04

Dzień wolny od nauki. Czyli należałoby coś zrobić pożytecznego. Bo siedzenie przed kompem do pożytecznych nie należy. Najgorsze jest to, że nic mi się nie chce robić. Znaczy pomysły mam, ale jakoś tyłek za ciężki, żeby się przenieść do pracowni i coś w niej podziałać. A należałoby.

No i na działkę też należałoby się wybrać. Raz, że Zarząd jakieś zebranie organizuje, dwa – czas najwyższy nadgonić wszystkie prace, których wykonać się nie dało, bo było za zimno. Także na nudę narzekać nie mogę. Raczej ne to, że doba jest za krótka na wszystko, co należałoby i co chciałoby się zrobić.

Zna ktoś może sposób na doładowanie baterii? Bo moje jakoś w standardowej procedurze nie chcą się porządnie załadować. Sen nie daje wiele, ulubiona muzyka też jakoś nie działa… no do kitu jakoś tak… a bez doładowanych baterii nie jestem w stanie w 150% podołać wszystkim zajęciom i obowiązkom. Za wszystkie porady z góry serdecznie dziękuję.

No i się wydziałkowałam. Tak się przejęłam tym, że dziś jest zebranie RODu, że zapomniałam wziąć ze sobą rozpiskę płodozmianową i nici z siania. No to się zabrałam za plewienie. Przerobiłam truskawki i ćwiartkę Zielnika. Wydaje się, że to strasznie mało na jeden dzień, ale z zebrania wylazłam dopiero po godzinie piętnastej. No i odchwaszczane parcele były naprawdę mocno zarośnięte, bo na jesieni nie wyrywałam chwastów. Ćwiartkę Zielnika też przekopałam, żeby trochę ziemia odetchnę przez chwilkę, a i się spulchniła, bo była twarda od korzeni traw. G. przehakał drugi warzywnik i „pole” na ugorze, a teść skosił trawę w alejce. No i jeszcze chłopaki naprawiali furtkę, bo się zawias urwał i zapiekł na amen. Zrobili więc nowy i przyspawali go do ramy. I jeszcze furtka dostała świeżego, wiosennego, zielonego koloru! Ładne teraz mamy ogrodzenie. Pieseł zaczyna być uczony, że wąż ogrodowy, to nie to samo, co wąż w schronisku i na pewno nie zostanie przezeń polana wodą. Oczywiście patyczek zawsze najlepszą formą pokazywania, że mimo sikającego wodą potwora, znajdującego się na trasie rzucający – patyczek – rzucający, że nie ma się zupełnie czego bać. Pierwsze postępy poczynione zostały bardzo szybko: od podkulonego ogona i stulonych uszu oraz ugiętych łap i nisko zwieszonego łba do okrążania syczącego, mokrego zła minęło ledwo półtorej godziny. Tak na oko. Bo nie patrzyłam na zegarek. Ot, tyle czasu, co było potrzebne do podlania całej działki. Myślę, że za niedługo pieseł będzie mógł się delektować ochłodzeniem w lecie wprost z „sikawki”. Pokonaliśmy strach przed samochodami (zwłaszcza dużymi i warczącymi), pokonamy i strach przed wężem.

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem ;)

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem 😉

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem ;)

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem 😉

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą...

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą…

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko ;)

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko 😉

Praca wre.

Praca wre.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka...

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka…

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo ;)

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo 😉

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Nic, teraz należało by się udać pod prysznic i rzucić pod kołdrę, bo jutro trzeba dreptać na zajęcia…

26-04

Zajęcia okazały się być skrócone. Wcześniej się wykładowca zerwał z zajęć, przy tym skończył już przygotowany materiał, więc po co dłużej siedzieć? No i zarobiłam kolejną ocenę. Tym razem z aktywności. Mogę wpisać następną piątkę w swoim dzienniczku.

Teraz mogę spokojnie zająć się nastawianiem obiadu do wolnowaru. Nie zrobiłam tego rano, bo za długo spałam. I zapomniałam wczoraj wyciągnąć z zamrażalki wszystko, co potrzebne było do zrobienia jedzenia. Przy tym i tak na spokojnie może się gotować i to dłuższą chwilę, bo w planach mamy przygotowanie się do najbliższego turnieju, czyli powyciąganie zbroi i broni ze wszelkich zakamarków, wyczyszczenie jej, sprawdzenie i ewentualne naprawienie. No i położenie w jednym miejscu, by przy pakowaniu nie biegać po całej okolicy.

To miłej niedzieli życzę i  idę zająć się tym, co trzeba.

8 Komentarzy

Filed under nauka, pieseł, rolniczo

I znów zima… :/

14-04

W niedzielę stłukłam sobie kubek, który przytargałam z Hamburga. No załamałam się już całkowicie, bo tak bardzo starałam się, żeby się nie stłukł przez pobyt w Niemczech i w drodze powrotnej, a w domu zrobiłam z niego prawie ceramiczny żwir. Długo się nim nacieszyłam…

Wczorajszy dzień w robocie też odczuwam. Mocno. We wszystkich gnatach. Albo się starzeję, albo całkowicie odzwyczaiłam się od roboty tego typu. Za godzinę znów zaczynam i nie wiem, kiedy skończę, bo jeszcze tyle worów zostało do posegregowania, a jeszcze wycena… a ja już mam dość. Byle by wytrzymać ten dzień, a potem niech będzie ładna pogoda, to rozruszam się na działce.

Strasznie marną ziemię w tym roku kupiłam do siewu i rozsad. To, co posiałam na starej, wyrosło ładnie i szybko, a to, co wsadziłam do nowej – ledwo zipie. Na jednej z grup działkowiczów czytałam, że właśnie ziemia z tej firmy jest jakaś niedorobiona i co wyrosło, to umarło. U mnie nawet nie zdążyło wyrosnąć. A komentarze i opinie poczytałam, jak już miałam wszystko posiane, więc było po ptokach. W przeciwnym wypadku szukałabym z innej firmy. No nic, będziemy kombinować z siewem wprost do ziemi. I zobaczymy, jak w tym roku wygląda populacja ślimaka pomrowa…

Nic, idę się powoli szykować na kolejny dzień przerzucania worków z ciuchami…

15-04

Obudziłam się zmęczona. Jakbym tony węgla przeładowała. A ja tylko goniłam demona… znaczy śniło mi się, że go goniłam. W takim starym domostwie, które przypominało bardziej stary zamek z wielkiej płyty, niż dom. I raz mnie skubaniec prawie dorwał. Jak się wystraszyłam, to się obudziłam. W środku nocy. Ciemno, cicho… a mnie serce chce przez gardło wyskoczyć. Dobrze, że udało mi się zmusić do spania i z powrotem zasnąć, bo udało mi się owego demona złapać i pokonać. Z pomocą pewnego mężczyzny, który nie przestawał się szeroko uśmiechać. Co mi się naśniło, to moje… a wymęczona wstałam, jakbym naprawdę za tym demonem po tym zamku biegała.

Mimo, że sił nie mam za wiele i nadal padam na pysk, to przesadziłam pomidorki. Maleństwa to jeszcze, ale zasłużyły na własne lokum, żeby dorastać w cieple kuchni.

Malutkie pomidorki w nowych kwaterach :) Druga część jest rozlokowana na parapecie.

Malutkie pomidorki w nowych kwaterach 🙂 Druga część jest rozlokowana na parapecie.

Malutki pomidorek świeżo po przesadzeniu.

Malutki pomidorek świeżo po przesadzeniu.

Za niedługo przyjdzie czas na pozostałe siewki. Tylko czy mi starczy kubeczków po śmietanie? I miejsca na parapetach? Trzeba będzie jakoś się pomieścić, nie ma innego wyjścia. Póki rośliny są jeszcze malutkie, nie mogę ich wysadzić na grządki. Nawet pod tunelem jest za zimno.

A Hera tak ostatnio spędza dnie w domu:

Takiej to dobrze, nie? ;)

Takiej to dobrze, nie? 😉

Ech, trza iść i zająć się tkaniem, bo szaliczek czeka na ukończenie. A potem kolejne zaległości trzeba będzie nadrabiać…

20-04

Notka przed pracą…

W weekend wcale mi się nie chciało nic robić. Obiad gotował się sam w wolnowarze, szalik się utkał, zajęcia zmęczyły. Fizycznie. Dwa dni praktyki po parę godzin z przerwami na podawanie się masażom równie niewprawnych, jak moje rękom.  Komputer dostał kilka nowych wnętrzności i nowy system. Wszystko trzeba instalować od nowa… i przypominać sobie hasła do stron, na których jakimś cudem się nie zapisały…

No i gry… przez to miałam okazję przypomnieć sobie te, w które dawno nie grałam, bo jakoś tak się człowiek zapomniał i co innego mu w głowie siedziało. Przy tym… musiałam trochę się odmóżdżyć i zająć myśli czym innym.

Mam nadzieję, że pogoda się poprawi, a zwłaszcza, że zniknie to okrutne zimno, które obecnie panuje za oknem. Mimo słońca… wszak o ziemię trzeba zadbać, nasiać, nasadzić… w normalnych warunkach, już byśmy mogli cieszyć się pierwszymi rzodkiewkami… a tak… nic nie ma…

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, pieseł, prace ręczne, rolniczo, rozrywka

Zima, zima, zima…

Zapadało, zasypało wszystko na biało. Przynajmniej miasto przez jakiś czas będzie wydawało się czyste. Do pierwszych roztopów. Z opadów najbardziej cieszy się Hera. Robi za koparkę do śniegu. Zwłaszcza, jak się bawi z innym psem. Niestety, śnieg działa moczopędnie. I potrzebny jest dodatkowy spacer. A na spacerze wychodzi z Hery Wadera. Wszystkie psy muszą być pod nią. W sensie dosłownym i w przenośni. Cóż, kiedy ma się przed sobą takiego złego i wściekłego psa, to lepiej albo uciekać, albo się położyć, żeby gryzienie nie było zbyt bolesne.

Strasznie wściekły złeseł :P

Strasznie wściekły złeseł 😛

Hera03 Hera04

Tydzień, jak zwykle zleciał na sprzątaniu. Pierwszy etap czyszczenia dużego pokoju już za mną. Łazienka również została wypucowana. W kuchni już działam i robi się powolutku przestronniej. I tu się pojawia pytanie: czy ktoś wie, jak sobie poradzić z białym nalotem na blacie? Nie wiem skąd się wziął, aczkolwiek podejrzewam naszą wodę o to przestępstwo na okleinie. Czy macie jakiś sprawdzony sposób na przebarwienia na meblach? Z góry dziękuję za wszystkie sugestie.

W sobotę, jak zwykle zrobiliśmy sobie LAN Party, bo przecież Aion czekać nie może. Zbyt długo. A poziomy same się nie zrobią, kinahy czarodziejsko się nie pojawią na koncie. Przy tym granie w grupie jest przyjemniejsze niż w pojedynkę. No i można pokonać dzięki temu trudniejsze moby. No i zawsze w grupie jest weselej.

Wygłodniałe kukurydze... to nasze alter ego ;)

Wygłodniałe kukurydze… to nasze alter ego 😉

Dobra walka nie jest zła :)

Dobra walka nie jest zła 🙂

Wygłupy naszej grupy :P

Wygłupy naszej grupy 😛

Zasłużony odpoczynek po dobrym ekspieniu :D

Zasłużony odpoczynek po dobrym ekspieniu 😀

A niedzielny poranek rozpoczęliśmy od skromnego, ale pysznego śniadania. Na stole pojawiły się domowe konfitury ze śliwek, wypieczony w sobotę chleb i marynowane podgrzybki z pobliskiego lasu. I ser z pobliskiego marketu. Oraz czajniczek pełen gorącej, zielonej herbaty.

Niedzielne śniadanko :)

Niedzielne śniadanko 🙂

Konfitury, gdy je pakowałam do słoików, wydawały się być bardziej „spalone”, bo i też przywarły do dna garnka zbyt mocno, jednak, gdy je spróbowałam, okazały się być idealne w smaku. Nie za słodkie, nie za bardzo „przydymione”. Takie w sam raz. Za to grzybki wyszły bardzo łagodne. Nie są niesmaczne, ale inne niż te, do których jestem przyzwyczajona. Chyba będę musiała dać następnym razem nieco więcej octu.

I tak oto rozpoczął się nowy tydzień…

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, pieseł, życie

Nie ma już nic

Zaliczam znów nawrót totalnego zdołowania i tumiwisizmu. Czemu? Bo ponownie moje marzenia o własnej przyszłości mogę odłożyć na półkę. Chciałam się kształcić na masażystę, łącząc z tym swoją zawodową przyszłość, bo jako bibliotekarz, czy nauczyciel informatyk, to daleko nie zajdę. Podjęłam zatem decyzję o przebranżowieniu. Nadarzyła się okazja, na początku wakacji zapisałam się do szkoły. Całe lato czekałam na rozpoczęcie zajęć i… dowiaduję się, że nie ma odpowiedniej ilości chętnych. Na „mój” kierunek zgłosiły się raptem 2 osoby (łącznie ze mną), a do otworzenia kierunku potrzeba 12. Cudnie. Do tego pierwsze zajęcia miały być organizacyjnymi, zamiast tego uraczono nas (bo z takich „niedobitków” zrobili na prędce klasę, żeby ludzie stratni niby nie byli) lekcją języka angielskiego z tak nieposkładanym lektorem, że mi się słabo zrobiło. Przez ponad połowę czasu trzeba było wysłuchiwać, jaki to on biedny jest, bo ma firmę i dwa etaty, a tu mu nie chcą zwrócić za dojazdy. No, chamstwo i wyzysk normalnie. Kiedy wreszcie zaczął prowadzić zajęcia pieprzył tak bardzo, że i mnie, choć z angielskim mi po drodze, ciężko było nadążyć – słowotok, chaos i brak przemyślenia co do toku lekcji… dziękuję, ale temu panu wolałabym serdecznie podziękować i więcej się z nim nie spotykać. Ach! Jeśli ktoś ma skończoną anglistykę, a nie ma pracy, to się w tej szkole może załapać, bo szukają trzech takich do pracy. Jakby ktoś chciał coś więcej, to szczegóły podam w wiadomości prywatnej. Nie chce mi się reklamować tu nikogo i niczego.

Nasz drapieżca skrzydlaty jest głodomorem. Żre za trzech i jeszcze mu mało. Cieszę się, że ma apetyt, bo znaczy to, że nie jest poważnie chory. Mam nadzieję, że skrzydło się zrasta dobrze i na wiosnę będzie mógł się cieszyć wolnością i długimi lotami za komarami.

Reszta zwierzaków zdrowa: ptasiory wrzeszczą całymi dniami ile sił w płucach i workach powietrznych, Motek zarasta wełną, a Hera zrzuca sierść.

Na działce z wolna szykuję ziemię do zimowego snu. Drzewa przygotowują się same: wiśnie pozrzucały już liście i zawiązały pączki. Śliwa jeszcze chce pozorować lato, a orzech rzuca orzechami. Dziś zebraliśmy tylko winogrona. Nie, nie wynikło to z naszego lenistwa, zmęczenia, czy tez innych, zależych od nas samych czynników. Ot, powód prozaiczny: zabrakło wiader i miejsca na wózku / dwókółce, by wszystko, co już jest do zebrania przywieźć do domu. Teraz będę musiała poszukać przepisów na na przykład konfitury z winogron. Na razie mam tylko przepis na ciasto winogronowe. I wiem, jak zrobić rodzynki. A G. wie, jak zrobić wino. Tylko na to starczy ułamek tej ilości owoców, któreśmy dziś zebrali. Czetry solidne wiadra. Z górką. Niestety, nie wzięłam ze sobą aparatu i zdjęć nie było czym zrobić. Niestety, brzoskwinia nie dożyła zimy. Nie dała żadnych owocw, choć miała dużo zawiązków, to pozrzucała większość, a to, co zostało, pogniło wprost na gałęziach. Dziś została wykarczowana. Okazało się, że korzenie też miała słabe, obumarłe. Cóż, dała nam nieco owoców, którymi mogliśmy wzbogacić przez chwilę naszą dietę i jestem jej za to wdzięczna. Mimo choroby, która ją toczyła, dała nam tyle, ile mogła.

To już wszsytko na dziś w tym tygodniu. Dobrej nocy życzę.

2 Komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Trzy kruki

Wiele w tym tygodniu się ciekawych rzeczy nie działo. Ot, burze przeszły i poszły, na działce wszystko rośnie, włącznie ze szkodnikami i chwastami, a w spiżarce półki zapełniają się kolejnymi konfiturami, Motek zarasta, papużki ćwierkają, Hera dorasta. Ot, zwykłe życie.

W sobotę zostaliśmy zaproszeni na film do kina. Na „Strażników galaktyki”. Gdyby osoby zatrudnione do dubbingu postarały się o parę lekcji dykcji i poprawnej wymowy, a część z nich odbyłoby co najmniej roczny staż z logopedą, można by było się pośmiać z tekstów. A tak… cóż, efekt się wziął i rozpłynął. W pewnym momencie przyłapałam się na tym, że chciałam przesunąć myszkę i zobaczyć pasek stanu, by przekonać się ile jeszcze zostało czasu do końca. Nie jestem fanką tworów Marvella, ale jestem w stanie docenić dobry film, nawet taki, który nie idzie w parze z moimi zainteresowaniami. A ten taki nie był. Właśnie przez ten dubbing… szkoda… Przed seansem jeszcze zaglądnęliśmy do Restauracji „Panda”, gdzie za niewielkie pieniądze można ucztować w chińsko-japońskim stylu. Proponowana tam opcja „bufet” daje możliwość skosztowania każdej, wyłożonej na ladach potrawy: na gorąco i na zimno. I bardzo ciężko się zdecydować, czego sobie na talerz nałożyć, bo wszystko jest nieziemsko pyszne.

A co mają z tym wspólnego tytułowe trzy kruki? Otóż, w lesie pojawiły się zagadkowe, czarne ptaszyska, które podfruwają z pnia na pień (nie z gałęzi na gałąź). W całkowitej ciszy. No, prawie całkowitej, bo słychać tylko skrobanie pazurów po korze. Ptaki są całkowicie czarne, maja proste, długie dzioby i trzymają się z dala od ludzi. Nie widzę ich codziennie, a ich pojawienie się jest zaskakujące i nie związane z jakimkolwiek przykrym zdarzeniem. Nie są więc żadnym omenem, jakby się chciało pomyśleć. Ot, lata takie czarne, skrobie pazurami i ludzi zadziwia.

Wybaczcie krótką i nieco zdawkową notkę… przez cały tydzień i nadal ledwo się ruszam. Spać mi się chce, sił na wszystko brakuje, choć chęci są. Całe dnie z chęcią bym przeleżała i przespała. Chyba czas na przetwory z buraczków…

2 Komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, paranormal, pieseł, recenzje, rolniczo, życie