Tag Archives: papużki faliste

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

(Nie) Leniwy poniedziałek

Wiśnie się przerabiają na konfitury. Przy okazji, całkiem przypadkiem wyszły trzy średnie słoiki syropu wiśniowego. Pralka pierze, zmywarka zmywa, a ja się zastanawiam, na co mam czas…? Bo za niedługo jedziemy oglądać kolejny dom. A że będziemy się wlec środkami transportu masowego, toteż trzeba nam na podróż poświęcić więcej czasu, niż jakbyśmy jechali własnym samochodem. Wezmę aparat i porobię zdjęcia z „natury”. Na pewno relację zdam na naszej stronie na fejsbuku. Tylko musimy stamtąd wrócić. Ale PKSy jeżdżą dość często, więc nie będzie to dużym kłopotem przewieźć się w tę i z powrotem. Trochę się denerwuję tym, co tam zobaczę…

A miałam się dziś zadziałkować, wiśnie zebrać do końca, cukinie i ogórki też. I wyplewić chaszcze. I przyciąć winogron… cóż, jutro też jest dzień i mam nadzieję, że nie będzie miał pogody w kratkę, jak ten dzisiejszy: raz słońce, raz deszcz. Pomidory zaczynają się już czerwienić, więc za niedługo będzie jeszcze więcej jedzenia i warzyw do przerobienia na przetwory na zimę. Szkoda, że mam tylko dwa wielkie gary, bo by się jeszcze dwa przydały. Bym wtedy „jechała” na cztery „fajerki”. No ale… idzie trochę wolniej, jednak zawsze do przodu.

A na działce takie cuda (część z nich, zdecydowanie mniejsza):

Pomidor Ogórek gruntowy Cukinia Winogrona

Papużki dostały działkowej rzodkiewki i posmakowała im. Długo mymlały kawałki warzywa w dziobach. I żaden jeszcze nie trafił na podłogę. Zabawa w „spadło” dotyczy tylko tych niedobrych rzeczy, które niekiedy się pojawiają na tacce. Ogólnie, to są dość ospałe, więc za niedługo należy się spodziewać kolejnego deszczu. Agatka też nie wrzeszczy teraz, choć wcześniej i skrzeczała, i nawoływała stado, ile tylko miała sił w dziobku. Teraz przysypiają wszystkie i tylko coś tam któraś pobzyczy pod woskówką.

Idę się przygotować do podróży, bo za chwilę należałoby wyjść i przeturlać się autobusami na miejsce spotkania.

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, papużki, podróże, rolniczo

Trzy kruki

Wiele w tym tygodniu się ciekawych rzeczy nie działo. Ot, burze przeszły i poszły, na działce wszystko rośnie, włącznie ze szkodnikami i chwastami, a w spiżarce półki zapełniają się kolejnymi konfiturami, Motek zarasta, papużki ćwierkają, Hera dorasta. Ot, zwykłe życie.

W sobotę zostaliśmy zaproszeni na film do kina. Na „Strażników galaktyki”. Gdyby osoby zatrudnione do dubbingu postarały się o parę lekcji dykcji i poprawnej wymowy, a część z nich odbyłoby co najmniej roczny staż z logopedą, można by było się pośmiać z tekstów. A tak… cóż, efekt się wziął i rozpłynął. W pewnym momencie przyłapałam się na tym, że chciałam przesunąć myszkę i zobaczyć pasek stanu, by przekonać się ile jeszcze zostało czasu do końca. Nie jestem fanką tworów Marvella, ale jestem w stanie docenić dobry film, nawet taki, który nie idzie w parze z moimi zainteresowaniami. A ten taki nie był. Właśnie przez ten dubbing… szkoda… Przed seansem jeszcze zaglądnęliśmy do Restauracji „Panda”, gdzie za niewielkie pieniądze można ucztować w chińsko-japońskim stylu. Proponowana tam opcja „bufet” daje możliwość skosztowania każdej, wyłożonej na ladach potrawy: na gorąco i na zimno. I bardzo ciężko się zdecydować, czego sobie na talerz nałożyć, bo wszystko jest nieziemsko pyszne.

A co mają z tym wspólnego tytułowe trzy kruki? Otóż, w lesie pojawiły się zagadkowe, czarne ptaszyska, które podfruwają z pnia na pień (nie z gałęzi na gałąź). W całkowitej ciszy. No, prawie całkowitej, bo słychać tylko skrobanie pazurów po korze. Ptaki są całkowicie czarne, maja proste, długie dzioby i trzymają się z dala od ludzi. Nie widzę ich codziennie, a ich pojawienie się jest zaskakujące i nie związane z jakimkolwiek przykrym zdarzeniem. Nie są więc żadnym omenem, jakby się chciało pomyśleć. Ot, lata takie czarne, skrobie pazurami i ludzi zadziwia.

Wybaczcie krótką i nieco zdawkową notkę… przez cały tydzień i nadal ledwo się ruszam. Spać mi się chce, sił na wszystko brakuje, choć chęci są. Całe dnie z chęcią bym przeleżała i przespała. Chyba czas na przetwory z buraczków…

2 komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, paranormal, pieseł, recenzje, rolniczo, życie

Postanowienie

Tak sobie pomyślałam i postanowiłam, że będę wrzucać jedną notkę tygodniowo, żeby nie mieć takich miesięcznych zaległości, jak ostatnio. W niedzielę trochę mniej się powinno pracować, więc mogę potracić czas na „głupoty”.

Krosno na razie leży w częściach, jak je tydzień temu przywieźliśmy. Za to meble już w większości stoją w małym pokoju i się z wolna zapełniają wszystkim, co do tej pory leżało w stosach. Z naciskiem na rzeczy warsztatowe: wszystkie narzędzia, włóczki, pudła, kartony, worki – mają wreszcie swoje miejsce. A ja mogę sobie spokojnie pracować w swoim kąciku.

Na działce szaleństwo: nierówna walka ze ślimakami, busz wyrastający, jak po serum Panoramixa po każdym deszczu, który potem trzeba przez wiele godzin karczować – dosłownie. Pomidory się już zaczynają czerwienić, śliwki fioletowić, marchewki pogrubiać i pomarańczowić, pojawiają się pierwsze papryczki i cukinie rosną ślicznie, no i ogórki się już wyciągają pod liśćmi. Oby tylko ich ślimaki ni pożarły… rozpryskiwana na rośliny kawa zdaje się je odstraszać w większości przypadków. Po deszczach trzeba będzie poprawić oprysk. Może nie ruszą i plony jednak będą zadowalające? Oczywiście z mnogości przeróżnych zdrowych i zapomnianych warzyw zostały popłuczyny, ale chociaż trochę będzie na spróbowanie. Strasznie mnie dołuje to, że się człowiek stara, że chodzi koło tego, że robi przy tym wręcz bokami, a tu przyjdzie taka plaga i nie masz nic. W tamtym roku mieliśmy ledwo co owoców, bo wczesnowiosenne burze obtłukły wszystkie prawie kwiaty z drzew. W tym roku zdaje się być lepiej. Samych wiśni udało się zebrać około 7 kg. Większość przerobiłam na konfitury – będą jak znalazł na zimę, jak ubiegłoroczne konfitury z jabłek i zielonych pomidorów. Jeszcze zapas stoi na szafce spiżarnej. A za chwilę nowe będą się pojawiać. No i winorośl nam się pokazuje z coraz lepszej strony: kiście większe, więcej ich w ogóle na pędach. Będzie mnóstwo owoców do przerobienia. Niekoniecznie na wino, bo trunek z ubiegłorocznych zbiorów ładnie dojrzewa do skosztowania i to w ilości zapasów na apokalipsę. Zatem – będą kolejne konfitury. I rodzynki. W tamtym roku trochę zrobiłam na próbę i wyszły rewelacyjnie. W tym roku będzie ich cały zapas do ciast.

Motek został wczoraj pozbawiony futra. W sam raz na upały. Teraz wygląda, jak malutki króliczek, a nie jak wielka kula (kiedy siedzi) lub dywanik pod łóżko (kiedy się wyciągnie na całą długość). Aż się dziwnie na niego patrzy, kiedy tak sobie kica po klatce, czy mieszkaniu. No, przez większą część czasu widzę go w pełnej, angorowej klasie. On naprawdę bardzo szybko porasta włosiem. Od wczoraj, przez noc już ma co najmniej milimetr włosa dłuższego niż zaraz po strzyżeniu. A zebrałam z niego pełną miskę strzyży. Jak zwykle zresztą. Wybaczcie, ale nie zważyłam, ile jest mi w stanie dać jednorazowo „wełny”. Spieszyłam się, bo kolejna robota upominała się o uwagę. Następnym razem postaram się zamieścić więcej informacji i zdjęć z postrzyżyn.

G. zrobił podsumowanie wyglądu Hery, jak się zmieniała przez te osiem miesięcy, kiedy się u nas zadomowiła. Wychodzi na to, że wcale nie miała tych 2 lat, kiedyśmy ją brali. Dostaliśmy szczeniaka najdalej 7 miesięcznego. Widać to po kształcie jej głowy na pierwszych, jeszcze schroniskowych zdjęciach i po tym, że urosła w kłębie jakieś 10 cm. Cóż, ja się tam nie gniewam. Szczeniaka łatwiej wychować niż dorosłego psa, czyż nie? A Hera jest psem w miarę wychowanym. W miarę, bo zdarza jej się zapomnieć, że komenda „noga” nadal obowiązuje. Zwłaszcza, jak coś zaszeleści w krzakach albo na horyzoncie pojawi się psi kumpel.

Stadko papuzie ma się dobrze. Dokazuje i jest zarzucane hałdami różnych zieloności do przegryzania. W końcu działka daje, to trzeba korzystać. W zimie będą miały dostęp raczej do korzeniowych warzyw, które jestem w stanie przechować, niż do zieleniny. Będą dostawać kiełki, o! Będę musiała nazbierać fundusze na nową wolierkę. Stara naprawdę ledwo się opiera ich dziobom. A że mały pokój z wolna zaczyna się przeczyszczać, to i miejsce na nowy domek papuzi będzie za chwilę wolne od szpargałów wszelakich. Tylko te finanse… nic, nazbieram.

A teraz idę trochę popracować z lucetem.

Miłej niedzieli.

Dodaj komentarz

Filed under króliki, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, życie

Dzieje się, dzieje

Tyle się dzieje wokół, że nie mam czasu na robienie wpisów.

Najpierw przez półtora tygodnia robiłam rewolucję. Najpierw w piwnicy, a potem w małym pokoju. Po kiego grzyba? Bo przez dwa tygodnie (pokrywające się z rewolucją) przygotowywaliśmy w schronisku psiaka, który miał u nas zamieszkać. Trzeba było zrobić miejsce dla nowego lokatora. I tak, gdyby nie pomoc Najemnej, a w szczególności: A., F. i P., bez których zapewne nadal tkwiłabym pod zwałem nagromadzonych przez dekadę rzeczy, które „kiedyś się przydadzą”. A tak już jest w miarę wysprzątane, jest o wiele więcej miejsca w mieszkaniu. Kolejny etap, to przenosiny papug do nowej wolierki. Stara pójdzie na opał. Do niczego innego się nie nadaje.

A co do psa… a raczej suki… w schronisku na imię dostała Hera. I tak już zostało. Skoro na imię reaguje, to po co je zmieniać? Jest w typie wilczaka, ale ma za to bardzo łagodny charakter. Do schroniska trafiła z ulicy. Wg. weterynarza ma ok. 1,5-2 lat. Musiała u kogoś być, bo zna komendy: „daj łapę”, „siad”, „leżeć” i „na swoje”. Oto Hera:

Jeszcze na schroniskowej smyczy. Jeden z pierwszych spacerów.

Jeszcze na schroniskowej smyczy. Jeden z pierwszych spacerów.

Mieliśmy ostatnio też trochę problemów, bo przestała jeść, a zaczęła wymiotować. Okazało się, że pojawiła się mała komplikacja po sterylizacji, ale już niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Psina zaczyna wracać do zdrowia. Bez leków, niestety się nie obyło.

W NaNoWriMo nie udało mi się „dobiec” do mety w związku z poświęcaniem wszystkich sił i czasu na porządki. Kiedy kończyłam sprzątać, było już po 21szej. Chwilę później już spałam. Oczywiście wcześniej robiąc sobie szybki prysznic. Cóż, zawsze w listopadzie, kiedy chcę pisać, ktoś zawsze znajdzie dla mnie inne, ważniejsze zajęcie. Nic to… do trzech razy sztuka – może w przyszłym roku uda mi się napisać całe 50 tysięcy słów i dotrzeć do mety NaNo. Zobaczymy.

Za niedługo święta. Powoli szykuję prezenty dla najbliższych, mając nadzieję, że im choć się spodobają. 

Działka już szykuje się do zimy. W sumie najwyższy czas po temu. Warzywniki zostały przekopane, by były gotowe na przyszłoroczny siew. W bardziej wolnej chwili muszę zrobić płodozmian, żeby nie nasiać tego, co nie trzeba tam, gdzie nie trzeba. Bo liczę na większe plony w przyszłym roku. Liczyć zawsze mogę, prawda? Jeszcze parę rzeczy musiałabym do słoików powsadzać, ale – jak chyba każdemu wiadomo – nie pałam miłością do kuchni i spraw z niż związanych i wszystko, co związane z pracami przy garach odkładam „na kiedyś”. Wiem, ze nie powinnam tego robić, ale cóż… prokastynacja… ona mnie kiedyś wykończy…

Papużki mają się dobrze. Drą dzioby całymi dniami, ganiając się po wolierce. Motek obżarty, wylatany (codziennie zażywa ograniczonej wolności, kiedy Hera jest na popołudniowym spacerze) wyleguje się całymi dniami, wtruszczając źdźbła, chrupki i resztki zieleniny (pietruszka i seler), jaka jeszcze pozostała na działce. No i obrasta futrem na nowo. Będzie za jakiś czas znów taki wielki, jak im był przed strzyżeniem.

Oto, co się u nas dzieje w bardzo skrótowym skrócie. Wracam do obowiązków.

6 komentarzy

Filed under hobbystycznie, króliki, kuchennie, papużki, prace ręczne, rolniczo

Dwa nowe ciptaki

Od niedawna zamieszkały u nas dwa nowe ptaszki:

Pingwinek

Pingwinek

Tukan

Tukan

Pingwinek czajniczko-filiżankowy kupiłam okazyjnie z totalnej przeceny za 2,50 zł. Czekał na mnie od ponad pół roku, no to w końcu trafił pod naszą strzechę. A Tukan jest nagrodą za lojalność i wierność pewnej stacji benzynowej, na której „żywimy” każdą ze Skód.

Działka odżywa i rozkwita. I choć wczoraj nie było jak się tam pojawić i dokończyć zaplanowane prace, to i tak miałam dzień wypełniony po brzegi. A niby bez pracy ma się mnóstwo wolnego czasu…? Jak pisałam: działka odżywa, kwitnie i się rozrasta, a że pierwsze, co się pojawia, to chwasty, dlatego też papużki mają zieloną wyżerkę:

Roku, Beru, Okto, Psotek i gwiazdnica

Roku, Beru, Okto, Psotek i gwiazdnica

Jak to chwast może takim papużkom skutecznie poprawić nastrój. Dziś zapewne też dostaną druga partię, a jak pojedziemy na działkę, to narwę kolejnego zielska. Mniszek też rośnie z wolna, bo pozostawiłam go podczas plewienia. Chyba pójdzie na zielnik. W końcu to mniszek lekarski, czyli ziele lecznicze, czyż nie?

Nic, uciekam pozasypiać nad lucetem i dokończyć sznurek dla pana Tomasza, bo obiecałam mu, iż jutro wszystko będzie gotowe. A ja wolę słowa dotrzymywać.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne

Wiosna! Ach, to ty!

Od dwóch dni wiosna wreszcie zdecydowała się przyjść w nasze progi. Słońce nagrzewa powietrze i ładuje mi akumulatory tak, że chce mi się chcieć. Wczoraj cały dzień sobie tkałam krajeczkę w serduszka oglądając przy okazji serię programów o wypadkach lotniczych. Ot, chyba żeby zrównoważyć euforię, którą rozbudziło we mnie słońce. Utkana krajka wygląda naprawdę imponująco, kiedy tak patrzę się na część utkaną, nawiniętą na „bęben”. Dużo jej. Chcę ją przerobić na paski. takie współczesne. Może się uda? Może komuś się spodobają?

Z racji tego, że jest coraz cieplej, ruszyłam znów z sianiem warzyw i ziół, by potem przenieść je w rozsady, a w końcowej fazie na warzywne grządki i do zielnika, który z wolna powstaje na działce tuż przy tunelu foliowym. Miałam kilka zeszłorocznych papryczek ostrych (chyba chili). Okazało się, że były dość zasobne w nasiona, więc jeśli wszystkie warunki okażą się sprzyjające, będzie dużo ostrych papryczek do wykorzystania. Rozkruszane skorupki wysuszonych owoców chyba lekko pyliły, bo zaczęło mnie kręcić w nosie i drapać w gardle. Cóż, pierwszym odruchem było przytkanie paluchów do nosa. Tak, tak… chili jest zdecydowanie lepsze do oczyszczania nosa od mentholu. Gdyby tylko jeszcze nie rozgrzewało skóry do czerwoności, to pewnie byłby dobry środek na katar. Zatoki też mi przy okazji wyczyściło. Ale przez dobre 10 minut ciężko było nawet oczy otworzyć. I ciesze się, że mnie oczy nie zaswędziały podczas babrania się z papryczkami… szczypanie w nosie jeszcze jakoś ścierpię, ale oczu…? Aż strach pomyśleć. W każdym bądź razie nasionka zostały posiane, szczodrze poczęstowane wodą i zafoliowane, żeby wilgoć nie uciekła za szybko. Mam nadzieję, że większość z nich urośnie, bo terminy przydatności do wysiania były naprawdę różne. A zdecydowaną większość nasion kupowałam w tym roku. Chyba tylko dwa opakowania były dość leciwe, jak na nasiona. Miejmy nadzieję, że za niedługo będzie zielono w siewnikach.

Trzeba będzie na działce zacząć prace porządkowe: folię na tunelu posklejać, warzywniak przekopać, opryskać brzoskwinię, żeby kędzierzawki nie miała i śliwę, by torbielowatości nie nabyła, bo w tamtym roku nikt nie zbierał owoców, więc wisiały sobie i gniły, grzybiejąc z wolna, co wcale nie jest takie zdrowe dla drzewa. Zatem dostanie porcję odgrzybiacza, żeby nic jej nie było. A brzoskwinka już miała kędzierzawe liście w tamtym roku, więc na pewno będzie miała i w tym. Trzeba by też poprzycinać i poprześwietlać trochę drzewa, bo nieco zdziczały wygląd mają. Zwłaszcza śliwka. No i trochę Ruderkę ponaprawiać, bo musi nam służyć, póki nie nazbieramy na ładniejszą altankę. Roboty naprawdę mnóstwo. I już na pewno bylibyśmy w połowie robót, gdyby zima nie trwała tak długo. No cóż, będzie trzeba przyspieszyć, żeby zdążyć z tym, co wymaga określonych ram czasowych.

Papużki dostały drugą w tym roku kąpiółkę, ale tylko Draśka skorzystał z niej tak, jak się winno korzystać: wlazła cała do talerza i się wytomkała w wodzie. Reszta zrobiła to, jak francuska dama: odrobinkę na dziobek i rozchlapać, napuszyć piórka… o, tyle starczy. Ciptuszki. Nawet się porządnie umyć nie potrafią. Teraz, oczywiście, mają czas na wymianę garderoby, a ja zbieram ich prześliczne pióra wręcz garściami. Myślę, co z nich zrobić i już parę pomysłów mam na zagospodarowanie papuziego pierza. Nie tylko na poduszki.

Nic, chwila na herbatę się skończyła, trzeba trochę ogarnąć mieszkanie i zrobić coś do przekąszenia na obiad.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie