Tag Archives: owoce

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

Reklamy

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

Wind of Change

28-05

Odpoczywam między egzaminami. Za chwilę będzie nowy, a potem kolejny. No i sobotni, drugi dzień Wystawy stoi pod znakiem zapytania, bo wsadzili – oczywiście – kolejny egzamin. Wszyscy mi mówili, że po czwartkowym święcie na pewno nie będzie zajęć, a tu – niespodzianka. Nic, jakoś postaram się to tak załatwić, żeby być w dwóch miejscach (prawie) na raz. Bo ani z egzaminu, ani z Wystawy zrezygnować nie chcę i nie mogę.

Zimno nadal. Zmarzłam wczoraj strasznie. W robocie, gdyby nie gorąca herbata, umarłabym z zimna. Do wieczora się rozgrzewałam, siedząc w ciepłych, grubych ciuchach i skarpetkach na nogach. Dzisiejszy dzień też nie wygląda zachęcająco, a wyjść z domu trzeba i pozałatwiać trochę ważnych spraw. Szarówka za oknem nie pomaga w pracach tak domowych, jak i działkowych. Irytuje mnie to, bo na ten przykład wczoraj po robocie chciałam sobie na spokojnie zasiąść do prac rzemieślniczych, a padłam twarzą na pysk. Zasnęłam w dzień, jak nigdy, bo chora nie jestem, a takie rzeczy zdarzają mi się tylko, kiedy podupada moje zdrowie.

29-05

Wróciła słoneczna i ciepła pogoda. Szkoda tylko, że nie mam czasu na roboty „polowe”, bo czas biegnie nieubłaganie i nie chce na nic poczekać. No ale… musiałam odbyć kolejną rozmowę kwalifikacyjną i pójść na popołudniowe zajęcia, a pomiędzy tym wszystkim zdążyłam jeszcze poskładać wysuszone pranie i zrobić wiązadełko. A miałam dziś posprzątać mieszkanie…

Cóż, z rozmowy kwalifikacyjnej wyszło to, że… bendem ochroniarkom! Praca wzięła i znalazła się sama wręcz i bardzo szybko wszystko poszło, bo jeszcze wczoraj rano nie miałam nawet nadziei na jakąkolwiek pracę, niż ta w ciuchach. Wieczorem przeszłam się do znajomej Z., żeby dotrzymać jej nieco towarzystwa, bo się pochorowała niefajnie i potrzebowała rozmowy o wszystkim i niczym, więc nie odmówiłam. Przy okazji, całkowicie przypadkiem dowiedziałam się, że w jednym z marketów potrzebują do roboty w ochronie na wczoraj wręcz. Stwierdziłam – co mi szkodzi spróbować? Podałam swój numer telefonu i zupełnie bez emocji czekałam na odzew. W końcu w takiej pracy nie mam żadnego doświadczenia, więc mogą nie chcieć kogoś takiego, kogo trzeba uczyć od podstaw. I wcale by mnie to nie zdziwiło. Rano dzwonił sobie telefon, a jakże. Po pierwsze głos wyciszony do zera (była psiapsiółka dzwoniąca często o drugiej, trzeciej nad ranem z niebywale „ważną” sprawą mnie tego nauczyła), a po drugie na spacer z piesełem nie zabieram komórki, bo mimo, że staroć, to jej utrata zabolałaby bardzo. Ale jak oddzwoniłam, to się umówiłam na rozmowę. Na rozmowie zostałam przemaglowana z każdej strony i wyszłam obronną ręką, bo w poniedziałek mam jechać podpisywać umowę, a od sobotniego popołudnia zaczynam szkolenie. I znów „pole” będzie stać odłogiem… jedzenia nie będzie na zimę… ech… i tak źle, i tak niedobrze…

30-05

Dzień zaczyna się trochę nieprzyjemnie: głowa chce zacząć boleć. Już podejmuję odpowiednie kroki, żeby do tego nie dopuścić. W końcu dziś długi dzień, jutro zajęcia w terenie, na które tak bardzo czekam od długiego czasu. Nie ma przebacz – trzeba być na nogach.

Za chwilę zaczynam zajęcia. Mózg nie chce się ruszyć i trochę zacząć pracować, mimo tego, że wstałam tuż po szóstej rano. Nadal nie mogę się dobudzić. I tak jest od dłuższego czasu: zasypiam prawie od razu, jak się położę tak pomiędzy dziesiątą a jedenastą wieczorem, a budzę się nadal zmęczona o szóstej rano. I budzę się nie za sprawą budzika, na siłę. Chyba potrzebuję chwilę odpoczynku, a jak na razie na to się nie chce zapowiedzieć. Tak po prawdzie, to bym się z chęcią poturlała na działkę i tam przesiedziała cały dzień. Bo nawet jak robię tam coś fizycznie, zmęczę się, to jakoś tak mi zdecydowanie lżej jest później. Może w tygodniu, po pracy pójdę od razu coś tam podziałać, bo bliżej będę mieć na działkę, niż do domu. Się zobaczy się…

31-05

Dzisiejszy dzień zapowiadał się tragicznie. Nie mogłam się zwlec z łóżka, bo było mi strasznie niedobrze, do tego dochodził ból głowy, problemy z oddychaniem i ogólnie osłabienie. No po prostu zdychałam. Ale się zawzięłam, zebrałam w garść i poszłam na dzisiejsze zajęcia pod chmurką, bo dziś uczestniczyliśmy w charakterze personelu pomocniczego w Biegu im. Powstańców Śląskich. Masażem pomagaliśmy przed wysiłkiem, by rozgrzać mięśnie, a po nim – by nie zrobiły się tzw. zakwasy. Masowaliśmy wszystkich chętnych, a wielu z nich było ozdobionych medalami. Zabawy mieliśmy co niemiara, ale i mnóstwo pracy. Na koniec, po biegu mieliśmy pełne ręce roboty, tyle osób decydowało się oddać w nasze ręce. Skończyliśmy po godzinie piętnastej. Do domu wróciłam naprawdę wykończona, ale zadowolona. Nauczyłam się więcej, dowiedziałam się też nieco o pracy masażysty i zrozumiałam, że się na razie nadaję do masowania osób gruboskórnych.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

Na działce udało się wysadzić i posiać wszystkie warzywa, jakie mieliśmy w planie. Hurra! Mogę teraz zająć się Zielnikiem, a potem zaraz przeskakuję w kwiatki. Dobrze by było jeszcze Ruderkę nieco naprawić: dach położyć, który by nie przeciekał, naprawić ścianę spaloną przez Pana Żula, a załataną na odpiernik, odmalować na zewnątrz, wymienić szybę, co nam kura bażancia rozbiła i wtedy już będzie ładnie i schludnie. A na razie wygląda to tak:

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Malutki jeszcze słonecznik.

Malutki jeszcze słonecznik.

Fasolka już też rośnie.

Fasolka już też rośnie.

I fasolka solo.

I fasolka solo.

Malutki groszek.

Malutki groszek.

I kwiat brokuła.

I kwiat brokuła.

Cukinie też już rosną.

Cukinie też już rosną.

Ogórki nie zostają w tyle.

Ogórki nie zostają w tyle.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

Zagonik kapuściany.

Zagonik kapuściany.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł... znaczy liści.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł… znaczy liści.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

Grządka z selerami.

Grządka z selerami.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

Jeszcze dziś się wybieram na szkolenie, żeby zaliczyć zamknięcie dnia. Tak bardzo już nie mam sił. Zwłaszcza, że jutro zapowiada się dość długi dzień, wypełniony po brzegi załatwianiem spraw przeróżnych.

6 Komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa, rolniczo

Wiosna w pełni, prace polowe ruszyły

13-05

Kijowy dzień. Taki do kitu. Najpierw ledwo się wywlekłam z łóżka, bo mięśnie się buntowały po dwóch dniach wytężonej pracy fizycznej i po nieruchomo spędzonej nocy (jak zasnęłam, tak się obudziłam – w tej samej pozycji). Przeglądając strony w zakładkach, jak co dzień zerknęłam na ogłoszenie o Domu, łudząc się wciąż nadzieją, że znów będzie dostępny i będziemy mieć drugą szansę. Niestety, stało się inaczej. Dziś ogłoszenia na stronie już nie było. Ktoś ma prezepiękne miejsce do życia… Potem poszłyśmy z Piesą zwiedzić las. No i przy powrocie żółta karteczka przypomniała mi, że dziś będą łazić kominiarze i gazownicy. Cóż pozostało? Zjadłam śniadanie i nieco ogarnęłam mieszkanie, żeby wstydu nie było przed obcymi. Nastawiłam pranie w pralce i zmywarce, żeby zapełnić czas oczekiwania na wizytę specjalistów. Mieli się pojawić między 9 a 10:30. Nie pojawili się. Niestety, nie mogłam dłużej na nich czekać, bo miałam kila spraw do załatwienia na mieście, a które chciałam załatwić jak najszybciej, żeby się przeturlać jeszcze na działkę, póki pogoda słoneczna, choć chłodna i wietrzna. Zirytowałam się nieco takim traktowaniem ludzi. Skoro umawiam się na daną godzinę, czy powiadamiam, że się pojawię w takim a nie innym przedziale godzinowym, to się stawiam, a nie robię sobie jaja. Z domu wyszłam ok. 10:45 – 10:50 i nadal nikoguśieńko nie było widać w okolicy, a kominiarze są charakterystyczni w swoim wyglądzie, więc na pewno bym nie przegapiła kogoś takiego. Gotowa byłam poczekać, zawrócić nawet, żeby mieć to już z głowy, ale nie było dla kogo się poświęcać…

Na szczęście wszystko, co miałam do załatwienia udało się załatwić i spokojnie mogę czekać, aż się pranie dokończy. A jak je rozwieszę, to się wybiorę trochę na działce popracować nad lepszym wyglądem i zapleczem kulinarnym.

14-05

Dowiedziałam się, czemu wczoraj nikogo od gazu nie było. Podobno nikt nie chciał bidokom drzwi od klatki schodowej otworzyć. Kij im w oko. Jakoś ich mi nie żal.

Na działce wczoraj nie zrobiłam nic. Mimo że słońce świeciło, było w miarę ciepło, to nie miałam sił po maratonie poniedziałkowo-wtorkowym. Oj, muszę koniecznie znaleźć coś na doenergetyzowanie się, bo to nie jest fajne tak zdychać i być bez sił po dwóch dniach wytężonej pracy… ciekawe, jak ja dałam radę ponad miesiąc zapinkalać w Hamburgu?

Planuję wciąż wyjść dziś i popracować w „polu”, bo sił mam już trochę nazbieranych i chęci też są… tylko to zimno na dworze i to, że na deszcz się zanosi… patrzę w okno, na termometr i myślę, że chyba się wybiorę na działkę jutro, bo ma być słonecznie i o wiele cieplej. A dziś posprzątam trochę w mieszkaniu i zrobię parę rzemieślniczych popierdółek. Mam kilka małych notatniczków do wykończenia i chciałabym zrobić parę krajek.

Zaczęło padać… cóż, zabieram się za sprzątanie zatem. A wieczorem za naukę i pisanie prac, bo to już powoli się robi koniec semestru i idą zaliczenia, egzaminy i inne takie…

16-05

Część planu wykonana. Warzywa posiane i podlane pieczołowicie. Dziś druga runda. Przytargaliśmy wózek-dwukółkę, więc spokojnie załaduję na nią sadzonki, by je zawieźć na działkę i posadzić w miejsca docelowe, żeby sobie już spokojnie rosły. Trzeba też pogonić kota ślimakom, bo się pojawiły tłumnie i zżerają rośliny. Znowu. W tym roku nie zamierzam im oddać niczego bez walki. Co to, to nie. To będzie prawdziwa bitwa na miarę Grunwaldu. A co? Kto mi zabroni? 😉

A tak się prezentuje skrawek działki. Resztę pokażę też, jak już będzie miała wygląd do pokazania.

Truskawki jeszcze zielone, ale już pokazują, na co je stać.

Truskawki jeszcze zielone, ale już pokazują, na co je stać.

A tu zielona parka.

A tu zielona parka.

Obsypały się kwieciem, jak jeszcze nigdy. A to ich ostatni rok. Na jesieni muszą pójść do karczowania.

Obsypały się kwieciem, jak jeszcze nigdy. A to ich ostatni rok. Na jesieni muszą pójść do karczowania.

Bujnie rozrośnięta cebulka siedmiolatka. Daje naprawdę przepyszny szczypior.

Bujnie rozrośnięta cebulka siedmiolatka. Daje naprawdę przepyszny szczypior.

Jeszcze łyso na grządkach, ale zaręczam, że już każda parcela ma swojego lokatora, a że nie widać na razie? Za niedługo się to zmieni.

Jeszcze łyso na grządkach, ale zaręczam, że już każda parcela ma swojego lokatora, a że nie widać na razie? Za niedługo się to zmieni.

Dynia rośnie i za chwilę będzie kwitnąć. Już widać malutkie zawiązki kwiatów.

Dynia rośnie i za chwilę będzie kwitnąć. Już widać malutkie zawiązki kwiatów.

Wiśnia nie zawiodła i tym razem. Nawet jak część zielonych owoców spadnie przed dojrzeniem, to i tak zostanie ich mnóstwo do zebrania i przerobienia.

Wiśnia nie zawiodła i tym razem. Nawet jak część zielonych owoców spadnie przed dojrzeniem, to i tak zostanie ich mnóstwo do zebrania i przerobienia.

Zakwitły znowu moje ulubione kwiatki.

Zakwitły znowu moje ulubione kwiatki.

Zawsze i niezmiennie mi się podobały i będą podobać. Chociaż nie mam pojęcia dlaczego. ;)

Zawsze i niezmiennie mi się podobały i będą podobać. Chociaż nie mam pojęcia dlaczego. 😉

Pieseł oczywiście był ze mną, bo dlaczego miałby się nudzić sam w domu, jak może się ponudzić ze mną na działce?

Spojrzenie spod byka, mówiące wszystko.

Spojrzenie spod byka, mówiące wszystko.

Skoro nikt nie chce się bawić z piesełem w patyczek, to pieseł musi się bawić sam ze sobą.

Skoro nikt nie chce się bawić z piesełem w patyczek, to pieseł musi się bawić sam ze sobą.

Po powrocie (a wróciliśmy dopiero ok. 19) i zjedzeniu obiadu chciałam siąść i dokończyć nowe notatniczki-wisiorki, ale skutecznie przeszkodził mi w tym  pan sąsiad, który ostatnio po spożyciu alkoholu dostaje małpiego rozumu i drze się na wszystkich nie przebierając w słowach. Jego wypowiedzi zawierają się w stwierdzeniu: ja jestem idealny, reszta to śmiecie. Jego coraz agresywniejsze zachowanie zaczyna mnie nieco niepokoić. Nawet nie „nieco”, a „bardzo”. Czy już wspominałam, że chciałabym się wyprowadzić? Jeśli nie, to piszę: chciałabym się  stąd wyprowadzić. Najlepiej na wieś, na pustkowie, żeby nie mieć codziennie do czynienia z takimi istotami. Zatem, dzięki panu sąsiadowi i jego groźbom podchodzącym już pod groźby karalne trochę mnie roztrzęsło, bo czego, jak czego, ale nie chciałabym stracić zębów, bo podbite oko jeszcze jakoś by szło znieść, a na nowe zęby nie mam funduszy, a szczerbatkiem jakoś nie chce mi się być.

Wieczór natomiast i pół nocy spędziliśmy na przyjemnej rozmowie nad dobrym piwkiem z naszą znajomą zza miedzy. Taki bardzo miły akcent na zakończenie jednego dnia, a rozpoczęcie nowego. Rzadko kiedy mam możliwość spotkać osobę, która nadaje na tych samych falach, a rozmowa płynnie przechodzi z tematu na temat, a te ostatnie nigdy się nie kończą. Podejrzewam, że gdyby nie to, że trochę zaczynał nas sen morzyć, prowadzilibyśmy to spotkanie do białego rana. A może i dłużej.

Nic to, Inka wypita, trza zrobić herbatę i zacząć kolejny dzień.

17-05

I po zajęciach…

Wczoraj nie dałam rady nic napisać, bo calutki dzień spędziłam pracując w „polu”. Piesa bardzo pomagała, zwłaszcza przy transporcie rozsad na działkę. Jest świetnym psem pociągowym. Dodatkowo reaguje na komendy, niczym konik, więc jej pomoc przy ciągnięciu wózka-dwukółki była niezastąpiona. Ona sama miała przy tym zabawę i odrobinkę się zmęczyła, że aż po dotarciu do celu i uzupełnieniu płynów, położyła się w cieniu, zamiast obiec i obwąchać całą działkę. Co prawda po pięciu minutach przytargała patyczek i niemalże wybijając mi oko zachęcała do zabawy w aportowanie. Taki z niej niezniszczalny Pieseł.

Bardzo dużo udało mi się nadrobić prac koniecznych, związanych z sadzeniem warzyw z rozsad do gruntu. Skupiłam się głównie na tunelu foliowym, w którym musiałam najpierw wykarczować perz, który się rozrósł okrutnie, rozkłączył szeroko. A kurzyło się! Aż mi kurzowe wąsy wyrosły, a w nosie miałam kopalnię odkrywkową. Pokonałam też straszną duchotę, jaka zawsze panuje w tunelu. Zwłaszcza w słoneczne dni, takie, jakim była sobota. Bardzo trudno się oddychało, a co dopiero karczowało motyką zielsko. Ale pokonałam wszelkie przeciwności losu i już pięknie zielenią się pomidorki z jednej i papryczki z drugiej strony chodnika.

Ugór też odchwaściłam. Tam było trudniej, bo ziemia mocno jeszcze zbita i trawy inne. Też – jak perz – puszczają kłącza, ale są one o wiele mocniejsze i bardzo trudne do wyrwania. Liście tych traw są twardsze i bardziej ostre. Nie raz udało mi się naciąć skórę dłoni, gdy chwyciwszy taką roślinę za lekko, przejechałam źdźbłem po skórze. Oczywiście rękawiczki mam, ale w domu. Zawsze zapominam je zabrać ze sobą na działkę. Ale udało mi się i tu przywrócić względny porządek i posadzić mnóstwo selera.

Mamy nowe drzewka i krzewy z tegorocznych nasadzeń: dziką różę, morwę, jabłonie, śliwkę, cytrynowce chińskie i morelę. Jak dorosną do wydawania owoców, będzie co jeść i z czego kompoty (i nalewki) zrobić. I konfitury. Tylko pod warunkiem, że będą dawać dużo owoców, a nie tyle, co kot napłakał.

A tak się prezentuje obecnie nasz skrawek wsi w środku miasta:

Mała konwalijka w leśnym zakątku.

Mała konwalijka w leśnym zakątku.

Orliki, moje ulubione, jakby ktoś nie wiedział :P

Orliki, moje ulubione, jakby ktoś nie wiedział 😛

Mirabelka obsypała się gęsto owocami. Jest ich naprawdę zatrzęsienie.

Mirabelka obsypała się gęsto owocami. Jest ich naprawdę zatrzęsienie.

I jeszcze raz ta sama mirabelka.

I jeszcze raz ta sama mirabelka.

Nasz nowy lokator na działce: morwa biała.

Nasz nowy lokator na działce: morwa biała.

A tu rośnie nam krzew dzikiej róży.

A tu rośnie nam krzew dzikiej róży.

Świeżo posadzone selerki.

Świeżo posadzone selerki.

Uprawa pod tunelem foliowym rozpoczęta. Za niedługo będzie tu taki busz, jak w tropikach.

Uprawa pod tunelem foliowym rozpoczęta. Za niedługo będzie tu taki busz, jak w tropikach.

Widok z kartofliska na pole.

Widok z kartofliska na pole.

Kwiatuszki, które doprowadzają matrycę aparatu do wariacji.

Kwiatuszki, które doprowadzają matrycę aparatu do wariacji.

A tu taj taki trzmielik spóźniony i samotny.

A tu taj taki trzmielik spóźniony i samotny.

Poletko truskawek. Wiem, zarośnięte. Będę odchwaszczać je za niedługo. Za to proszę zwrócić uwagę na to, jak gęsto się obsypały kwiatami. Wyglądają niczym łąka pełna stokrotek.

Poletko truskawek. Wiem, zarośnięte. Będę odchwaszczać je za niedługo. Za to proszę zwrócić uwagę na to, jak gęsto się obsypały kwiatami. Wyglądają niczym łąka pełna stokrotek.

Nowe krzewiki pod płotem.

Nowe krzewiki pod płotem.

Czerwona porzeczka pokazuje na co ją stać.

Czerwona porzeczka pokazuje na co ją stać.

W naszej dzielnicy przyszedł pomór na psy. Szaleje parwowiroza, która zbiera dość spore żniwo. Nasza Piesa też się temu nie oparła. Diagnoza brzmiała, jak wyrok śmierci. Okazało się jednak, że dzięki szczepionkom Piesa ma odporność i spokojnie zwalcza wirusa. Nic nie wskazywało na to, że choruje. Od czasu do czasu zdarzało się, że była trochę spokojniejsza (co miało miejsce i wcześniej), mniej jadła, zostawiała chrupki na potem, co też nie było niczym nowym. Raz się zdarzyło, że miała nos ciepły i suchy, ale po drugim spacerze już było wszystko w porządku. Bawiła się jak zawsze, za patyczkiem biegała, zachęcała do zabawy sama, przynosząc sznurki. Burczała i sniufała, jak ma we zwyczaju. Dopiero, kiedy pojawiły się luźne kupy (wybaczcie za te wynurzenia), zostaliśmy zaalarmowani, że coś nie do końca jest w porządku. Na szczęście Piesa jest silna i dała sobie doskonale radę z chorobą i już wraca do zdrowia. Inne psy, zwłaszcza te, które nie zostały zaszczepione, nie miały tyle szczęścia.

Zatem pozwolę sobie tutaj wyjechać z apelem do właścicieli psów, a nawet kotów, czy królików, którzy mieszkają w mojej okolicy, czy też w jej okolicy się kręcą, by co najmniej uważnie obserwowali swoje zwierzaki, bo choróbsko przenieść można na butach i odzieży, jak i przez kontakt z zarażonym zwierzęciem. A najlepiej będzie, jak każdy zaszczepi swojego zwierza na parwowirozę, bo – jak widać na powyższym przykładzie – jest to najlepszy sposób na to, by pokonać wirusa.

Na zajęciach było spokojnie – jak zwykle zresztą. Nie cisną nas bardzo na samych lekcjach, bo tu chodzi głównie o przekazanie wiedzy, a nie o jej egzekwowanie przy każdej sposobności. I taka nauka mi się podoba. Bez stresu, ciśnienia, niezdrowej rywalizacji. Na egzaminach i tak wyjdzie kto ile sobie przyswoił. A egzaminy nas czekają już w najbliższej przyszłości. Cóż, trzeba zakasać rękawy i zacząć powoli przyswajać wiedzę, która w trakcie semestru jeszcze się nie przyswoiła.

22 Komentarze

Filed under nauka, pieseł, rolniczo, życie

No i tydzień minął…

21-04

Dopiero się tydzień zaczął, a ja już czuję się zmęczona wszystkim wokół. Muszę szybko znaleźć sposób na podładowanie baterii na full, bo na pół gwizdka nie da się dużo zrobić. A mam co robić. I jeszcze zaległości mi rosną. Prawie lawinowo. No, nie ogarniam tego świata i wszystkiego wokół. Jak ktoś ma jakieś sposoby na szybki dopływ energii (prócz nielegalnych i zagrażających zdrowiu i życiu), to bardzo prosiłabym o podzielenie się pomysłami. Za co z góry bardzo dziękuję.

Dzisiejszy dzień zapowiada się ciężki i długi. Tak naprawdę wolna będę dopiero ok. 20. A miałam nadzieję, że w tym tygodniu będę miała trochę luzu przy przerzucaniu worów z ciuchami.

Ach, ta praca, co pisałam o rozmowie jakiś czas temu, nie wyszła. Tylko dlatego, że soboty i niekiedy piątki muszę poświęcić na zajęcia, by się przekwalifikować i zdobyć nowy zawód. Smutno mi i przykro, ale rozumiem niedoszłego pracodawcę. Na jego miejscu pewnie zadecydowałabym tak samo, mając bardziej dyspozycyjne osoby pod ręką. Nic to. Szukam dalej.

 23 – 04

Mam już dość tego życia. Mam go dość. I mam też żal do siebie, że nie potrafię go zmienić. Bo gdy już się wydaje, że zrobiłam co najmniej krok na przód, że jestem bliżej sukcesu, jestem uświadamiana, że jednak mi się wydawało. Zero postępów, wręcz zacofanie. Znów spełnienie marzenia było w zasięgu ręki, już niemalże czułam je w dłoniach… została mi tylko garść piór z ogona. Kolejna szansa na zamieszkanie na wsi przeszła koło nosa. Cóż, jak się nie ma gotówki ani szans na kredyt, to się nie powinno napalać, jak szczerbaty na suchary. Ale ja się napaliłam. Staraliśmy się, jak tylko mogliśmy, by doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Niestety, trwało to zbyt długo i ktoś, kogo stać na spełnianie marzeń już powoli je spełnia. W domu, który miał być nasz. W cudnej, czystej okolicy. Dom stary, ale wyremontowany – tylko wchodzić i mieszkać. Woda w kranach, ścieki w rurociągach, gaz w butli, ciepło w piecu. Na podłogach panele, na ścianach gładzie lub kafelki. Dom przeogromny: 180m2, gdzie znalazłoby się miejsce dla każdego mieszkańca i gościa bez wchodzenia sobie w drogę. I jeszcze wielki, przestronny strych, który można by wykorzystać na kolejne pomieszczenia. Dach nowiutki, błyszczący, niecieknący, komin naprawiony i uszczelniony. Do tego pół hektara czarnej, zdrowej i płodnej ziemi, na której rosły już drzewa stare i nowe oraz krzewy tak ozdobne, jak i owocujące. Wokół cisza, spokój, tylko lasy i pola. I konie za miedzą. Tylko wchodzić i mieszkać. Niestety, z racji, że kredytu nie było jak wziąć (a potrzeba było prawie 200 tys. złotych), umówiliśmy się, że dom kupimy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży mieszkań: naszego i teścia. Niestety, nim zainteresowanie przerodziło się w chęć kupna naszych „em-dwa”, znalazł się ktoś, kto od razu może pozwolić sobie na zakup domu, bez zbędnego kombinowania i ceregieli. I tak oto znów realizacja marzeń nie wyszła.

Gdy się o tym dowiedziałam, przeżyłam burzę emocjonalną. Wczoraj cały dzień byłam nieżywa wręcz. Mimo, że czułam się wykończona (spałam tylko niecałe dwie godziny), ledwo trzymałam się na nogach, a ból głowy okrutnie dokuczał, to jednak wybraliśmy się na działkę, żeby jednak zadbać o przyszłość. W wymiarze kulinarnym tylko, ale zawsze to jakaś przyszłość. Dałam radę przekopać motyką (w celu rozdrobnienia grud i brył) tylko połówkę mniejszego warzywnika, zrobić grządki i posadzić kilka warzyw z rozsad. Po takiej lekkiej pracy musiałam się położyć, bo tak mi było słabo. Po powrocie do domu, położyłam się spać i obudziłam się dopiero dziś rano. Już mi lepiej.

Staram się ułożyć wszystko na nowo w głowie. Od początku zaplanować czas, kolejność działań i przestawić priorytety. Niestety, wszystko potrzebuje czasu. A im dłużej będę się grzebać w tym, co było, co się nie udało, tym dłużej nie wypełznę z dołu, z tego zamulonego dna, w którym (w moim odczuciu) się znajduję.

A póki co, rośliny na działce, na naszym skrawku wsi w mieście rozkwitają radośnie, jak co roku:

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Początek życia na warzywniku.

Początek życia na warzywniku.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

Nowe krzewy w naszej "kolekcji". To aronia.

Nowe krzewy w naszej „kolekcji”. To aronia.

A tu drugi krzew: borówka.

A tu drugi krzew: borówka.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

 24-04

Miałam sprzątać mieszkanie, wykorzystując fakt, że G. pojechał na działkę spawać urwany zawias furtki, ale za długo babrałam się z przesadzaniem siewek. Chciałam najpierw nabrudzić ziemią, a potem wszystko kompleksowo posprzątać. Niby dzień się jeszcze nie skończył, ale za niedługo muszę iść na zajęcia i chcę się do nich choć trochę przygotować. Niby praktyczne zajęcia nie są trudne, ale trzeba sobie przypomnieć kolejność technik masażu i jakie można stosować na poszczególnych częściach ciała, żeby się nie zastanawiać co chwilę, co teraz trzeba zrobić? No i atlas anatomiczny muszę sobie przerzucić na papier, bo z ekranu komputera trochę niewygodnie się korzysta.

Jutro mieliśmy w planach wyjazd do O., bo skusiły nas targi pracy, ale kiedy dobrze poszukałam na necie, okazało się, że miałam błędne informacje. Targi nie odbędą się w sobotę i niedzielę, tylko już wczoraj się zaczęły, a dziś kończą. No cóż… wiele i tak nie straciłam, bo przeglądnęłam program i jedyne, co by mogło mnie zainteresować, to prelekcja o służbie w Policji. Skoro zatem nie ma po co wydawać pieniędzy na podróż, a wyjątkowo sobota wypadła wolna od zajęć, to będę się działkować. Mam nadzieję, że nie będę zdychać tak, jak przy okazji poprzednich na niej odwiedzin. No bo wstyd tak… dwa razy machnąć motyką i już się zasapać…

Nic, trzeba jeszcze anatomię wydrukować i choć przeglądnąć przed wyjściem obrazki…

25-04

Dzień wolny od nauki. Czyli należałoby coś zrobić pożytecznego. Bo siedzenie przed kompem do pożytecznych nie należy. Najgorsze jest to, że nic mi się nie chce robić. Znaczy pomysły mam, ale jakoś tyłek za ciężki, żeby się przenieść do pracowni i coś w niej podziałać. A należałoby.

No i na działkę też należałoby się wybrać. Raz, że Zarząd jakieś zebranie organizuje, dwa – czas najwyższy nadgonić wszystkie prace, których wykonać się nie dało, bo było za zimno. Także na nudę narzekać nie mogę. Raczej ne to, że doba jest za krótka na wszystko, co należałoby i co chciałoby się zrobić.

Zna ktoś może sposób na doładowanie baterii? Bo moje jakoś w standardowej procedurze nie chcą się porządnie załadować. Sen nie daje wiele, ulubiona muzyka też jakoś nie działa… no do kitu jakoś tak… a bez doładowanych baterii nie jestem w stanie w 150% podołać wszystkim zajęciom i obowiązkom. Za wszystkie porady z góry serdecznie dziękuję.

No i się wydziałkowałam. Tak się przejęłam tym, że dziś jest zebranie RODu, że zapomniałam wziąć ze sobą rozpiskę płodozmianową i nici z siania. No to się zabrałam za plewienie. Przerobiłam truskawki i ćwiartkę Zielnika. Wydaje się, że to strasznie mało na jeden dzień, ale z zebrania wylazłam dopiero po godzinie piętnastej. No i odchwaszczane parcele były naprawdę mocno zarośnięte, bo na jesieni nie wyrywałam chwastów. Ćwiartkę Zielnika też przekopałam, żeby trochę ziemia odetchnę przez chwilkę, a i się spulchniła, bo była twarda od korzeni traw. G. przehakał drugi warzywnik i „pole” na ugorze, a teść skosił trawę w alejce. No i jeszcze chłopaki naprawiali furtkę, bo się zawias urwał i zapiekł na amen. Zrobili więc nowy i przyspawali go do ramy. I jeszcze furtka dostała świeżego, wiosennego, zielonego koloru! Ładne teraz mamy ogrodzenie. Pieseł zaczyna być uczony, że wąż ogrodowy, to nie to samo, co wąż w schronisku i na pewno nie zostanie przezeń polana wodą. Oczywiście patyczek zawsze najlepszą formą pokazywania, że mimo sikającego wodą potwora, znajdującego się na trasie rzucający – patyczek – rzucający, że nie ma się zupełnie czego bać. Pierwsze postępy poczynione zostały bardzo szybko: od podkulonego ogona i stulonych uszu oraz ugiętych łap i nisko zwieszonego łba do okrążania syczącego, mokrego zła minęło ledwo półtorej godziny. Tak na oko. Bo nie patrzyłam na zegarek. Ot, tyle czasu, co było potrzebne do podlania całej działki. Myślę, że za niedługo pieseł będzie mógł się delektować ochłodzeniem w lecie wprost z „sikawki”. Pokonaliśmy strach przed samochodami (zwłaszcza dużymi i warczącymi), pokonamy i strach przed wężem.

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem ;)

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem 😉

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem ;)

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem 😉

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą...

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą…

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko ;)

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko 😉

Praca wre.

Praca wre.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka...

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka…

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo ;)

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo 😉

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Nic, teraz należało by się udać pod prysznic i rzucić pod kołdrę, bo jutro trzeba dreptać na zajęcia…

26-04

Zajęcia okazały się być skrócone. Wcześniej się wykładowca zerwał z zajęć, przy tym skończył już przygotowany materiał, więc po co dłużej siedzieć? No i zarobiłam kolejną ocenę. Tym razem z aktywności. Mogę wpisać następną piątkę w swoim dzienniczku.

Teraz mogę spokojnie zająć się nastawianiem obiadu do wolnowaru. Nie zrobiłam tego rano, bo za długo spałam. I zapomniałam wczoraj wyciągnąć z zamrażalki wszystko, co potrzebne było do zrobienia jedzenia. Przy tym i tak na spokojnie może się gotować i to dłuższą chwilę, bo w planach mamy przygotowanie się do najbliższego turnieju, czyli powyciąganie zbroi i broni ze wszelkich zakamarków, wyczyszczenie jej, sprawdzenie i ewentualne naprawienie. No i położenie w jednym miejscu, by przy pakowaniu nie biegać po całej okolicy.

To miłej niedzieli życzę i  idę zająć się tym, co trzeba.

8 Komentarzy

Filed under nauka, pieseł, rolniczo

Postanowienie

Tak sobie pomyślałam i postanowiłam, że będę wrzucać jedną notkę tygodniowo, żeby nie mieć takich miesięcznych zaległości, jak ostatnio. W niedzielę trochę mniej się powinno pracować, więc mogę potracić czas na „głupoty”.

Krosno na razie leży w częściach, jak je tydzień temu przywieźliśmy. Za to meble już w większości stoją w małym pokoju i się z wolna zapełniają wszystkim, co do tej pory leżało w stosach. Z naciskiem na rzeczy warsztatowe: wszystkie narzędzia, włóczki, pudła, kartony, worki – mają wreszcie swoje miejsce. A ja mogę sobie spokojnie pracować w swoim kąciku.

Na działce szaleństwo: nierówna walka ze ślimakami, busz wyrastający, jak po serum Panoramixa po każdym deszczu, który potem trzeba przez wiele godzin karczować – dosłownie. Pomidory się już zaczynają czerwienić, śliwki fioletowić, marchewki pogrubiać i pomarańczowić, pojawiają się pierwsze papryczki i cukinie rosną ślicznie, no i ogórki się już wyciągają pod liśćmi. Oby tylko ich ślimaki ni pożarły… rozpryskiwana na rośliny kawa zdaje się je odstraszać w większości przypadków. Po deszczach trzeba będzie poprawić oprysk. Może nie ruszą i plony jednak będą zadowalające? Oczywiście z mnogości przeróżnych zdrowych i zapomnianych warzyw zostały popłuczyny, ale chociaż trochę będzie na spróbowanie. Strasznie mnie dołuje to, że się człowiek stara, że chodzi koło tego, że robi przy tym wręcz bokami, a tu przyjdzie taka plaga i nie masz nic. W tamtym roku mieliśmy ledwo co owoców, bo wczesnowiosenne burze obtłukły wszystkie prawie kwiaty z drzew. W tym roku zdaje się być lepiej. Samych wiśni udało się zebrać około 7 kg. Większość przerobiłam na konfitury – będą jak znalazł na zimę, jak ubiegłoroczne konfitury z jabłek i zielonych pomidorów. Jeszcze zapas stoi na szafce spiżarnej. A za chwilę nowe będą się pojawiać. No i winorośl nam się pokazuje z coraz lepszej strony: kiście większe, więcej ich w ogóle na pędach. Będzie mnóstwo owoców do przerobienia. Niekoniecznie na wino, bo trunek z ubiegłorocznych zbiorów ładnie dojrzewa do skosztowania i to w ilości zapasów na apokalipsę. Zatem – będą kolejne konfitury. I rodzynki. W tamtym roku trochę zrobiłam na próbę i wyszły rewelacyjnie. W tym roku będzie ich cały zapas do ciast.

Motek został wczoraj pozbawiony futra. W sam raz na upały. Teraz wygląda, jak malutki króliczek, a nie jak wielka kula (kiedy siedzi) lub dywanik pod łóżko (kiedy się wyciągnie na całą długość). Aż się dziwnie na niego patrzy, kiedy tak sobie kica po klatce, czy mieszkaniu. No, przez większą część czasu widzę go w pełnej, angorowej klasie. On naprawdę bardzo szybko porasta włosiem. Od wczoraj, przez noc już ma co najmniej milimetr włosa dłuższego niż zaraz po strzyżeniu. A zebrałam z niego pełną miskę strzyży. Jak zwykle zresztą. Wybaczcie, ale nie zważyłam, ile jest mi w stanie dać jednorazowo „wełny”. Spieszyłam się, bo kolejna robota upominała się o uwagę. Następnym razem postaram się zamieścić więcej informacji i zdjęć z postrzyżyn.

G. zrobił podsumowanie wyglądu Hery, jak się zmieniała przez te osiem miesięcy, kiedy się u nas zadomowiła. Wychodzi na to, że wcale nie miała tych 2 lat, kiedyśmy ją brali. Dostaliśmy szczeniaka najdalej 7 miesięcznego. Widać to po kształcie jej głowy na pierwszych, jeszcze schroniskowych zdjęciach i po tym, że urosła w kłębie jakieś 10 cm. Cóż, ja się tam nie gniewam. Szczeniaka łatwiej wychować niż dorosłego psa, czyż nie? A Hera jest psem w miarę wychowanym. W miarę, bo zdarza jej się zapomnieć, że komenda „noga” nadal obowiązuje. Zwłaszcza, jak coś zaszeleści w krzakach albo na horyzoncie pojawi się psi kumpel.

Stadko papuzie ma się dobrze. Dokazuje i jest zarzucane hałdami różnych zieloności do przegryzania. W końcu działka daje, to trzeba korzystać. W zimie będą miały dostęp raczej do korzeniowych warzyw, które jestem w stanie przechować, niż do zieleniny. Będą dostawać kiełki, o! Będę musiała nazbierać fundusze na nową wolierkę. Stara naprawdę ledwo się opiera ich dziobom. A że mały pokój z wolna zaczyna się przeczyszczać, to i miejsce na nowy domek papuzi będzie za chwilę wolne od szpargałów wszelakich. Tylko te finanse… nic, nazbieram.

A teraz idę trochę popracować z lucetem.

Miłej niedzieli.

Dodaj komentarz

Filed under króliki, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, życie

Póki słońce, puty robota

Dziś znów Was zaspamuję zdjęciami, bo mimo wczesnej pory, zasypiam na siedząco. Czemu? Nie dość, że dziś deszcz padał niemal dzień cały, to dodatkowo, przełamując niechęć do pracy jakiejkolwiek, która zawsze mnie opanowuje w ciemne, dżdżyste i zimne dni, utkałam dwie krajki. Możecie je zobaczyć na moim rzemieślniczym blogu.

Po sobocie z sierpem w ręku, stwierdzam, że nie nadaję się na żeńca. Przez cały wieczór ledwo nogami ruszałam, tak mnie poskładało, po pracy w ciągłym nachyleniu. Ale za to Motek i papużki mają duży zapas zielonego. No i stwierdziłam, że nauczę się robić siano. Część zżętej trawy rozłożyłam pod dachem „werandy”, żeby deszcz za mocno jej nie zmoczył i zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.

Warzywa rosną, ciesząc nasze oko. Tylko cebula znów ma wąty i nie chce w ogóle wykiełkować. Nie wiem już, co mam jej zrobić, żeby wzeszła. Bo jej potrzebuję, a nie chcę kupować chińszczyzny pędzonej na wypłuczynach z reaktora jądrowego.

Owoców też dużo widać na drzewach. Nawet na starej śliwie nie trzeba jakoś specjalnie ich wypatrywać, jak rok temu. Cóż, chyba się wystraszyła wycinki, jak zobaczyła nowe śliwki, które posadziliśmy na jesieni.

Oto obiecane zdjęcia, a ja idę odpocząć przy pleceniu sznurków 😉

Siano testowe.

Siano testowe.

Malutka sałatka. Oparła się zakusom kocich łap i krecich ryjków i rośnie.

Malutka sałatka. Oparła się zakusom kocich łap i krecich ryjków i rośnie.

Taki czerwony kwiatuszek się pojawił na kwietniku.

Taki czerwony kwiatuszek się pojawił na kwietniku.

Moje ulubione kwiaty - orliki.

Moje ulubione kwiaty – orliki.

Same się sieją, same rosną - idealne dla takiej ogrodniczki z bożej łaski, jak ja :P

Same się sieją, same rosną – idealne dla takiej ogrodniczki z bożej łaski, jak ja 😛

Zwykłam te kwiatki nazywać "gwiazdki".

Zwykłam te kwiatki nazywać „gwiazdki”.

Zieloniutkie wisienki na młodszej wiśni. Ciężko było zrobić zdjęcie, bo wiatr mocno targał gałązkami.

Zieloniutkie wisienki na młodszej wiśni. Ciężko było zrobić zdjęcie, bo wiatr mocno targał gałązkami.

Fiołek trójbarwny się przyjął. Mam nadzieję, że się ładnie wysieje i z każdym rokiem będzie go coraz więcej.

Fiołek trójbarwny się przyjął. Mam nadzieję, że się ładnie wysieje i z każdym rokiem będzie go coraz więcej.

Mięta na Zielniku.

Mięta na Zielniku.

Malutkie brzoskwinki :)

Malutkie brzoskwinki 🙂

Oto dowód na to, że śliwek nie trzeba mocno wypatrywać wśród liści.

Oto dowód na to, że śliwek nie trzeba mocno wypatrywać wśród liści.

A tu zieloniutkie wisienki na starszej, większej wiśni.

A tu zieloniutkie wisienki na starszej, większej wiśni.

I na zakończenie ... orliki! ;)

I na zakończenie … orliki! 😉

8 Komentarzy

Filed under rolniczo

Pole, pole… łyse pole…

Może już nie takie łyse, choć skrupulatnie obieram grządki z chwastów, żeby warzywa miały gdzie rosnąć. Za chwilę trzeba będzie siać kolejne rośliny, żeby mieć co jeść przez zimę. Roboty huk, ale cieszę się, że mam co robić. Owszem, ręce mam „zgnojone”, pod paznokciami ziemia, której żadna szczotka (może ryżowa dałaby radę, ale nie próbowałam) nie chce wymieść. Nogi wyłażą uszami od godzinnych (w jedną stronę) spacerów w tę i nazad. Skóra od gliniastej gleby wysusza się, jak rodzynka i pęka. Ale, jak się tak człek popatrzy, jak to wszystko rośnie, jak się pnie ku górze, jakie potem owoce da i ile tych owoców, to aż serce roście…

Grządki są czyste (te, na których już jest posiane i rośnie), Zielnik wreszcie wyczyszczony po zimie, więc można siać zioła na nowo. Część z poprzedniego roku się powysiewała i już rośnie, ale to za mało. Nie będę musiała dosiewać melis, mięty i estragonu, bo przetrwały zimę i już pięknie odbijają, zieleniąc się na potęgę. Rabarbar też odżył. Trzeba będzie narwać i zrobić ciacho. Takie drożdżowe. Z posypką.

Wybaczcie krótką i mało treściwą notatkę, ale naprawdę trochę się wymęczyłam. Głównie spacerami. Rower czeka na naprawę, bo bez hamulca nigdzie nie pojadę.

Zostawiam Was zatem, drodzy czytelnicy z garścią najnowszych fotografii zrobionych na skrawku wsi w mieście…

Filonek bezogonek tunelowy ;)

Filonek bezogonek tunelowy 😉

Takie fafołki się zrobiły na liściach młodych śliwek :(

Takie fafołki się zrobiły na liściach młodych śliwek 😦

Pole kwitnących truskawek :)

Pole kwitnących truskawek 🙂

Pole rzodkiewek

Pole rzodkiewek

Ledwo wyrosły groszek (zdjęcie sprzed tygodnia)

Ledwo wyrosły groszek (zdjęcie sprzed tygodnia)

Malutki bób (zdjęcie sprzed tygodnia)

Malutki bób (zdjęcie sprzed tygodnia)

Czyżby odrastał dziurawiec?

Czyżby odrastał dziurawiec?

Ciężko było złapać skubańca, tak się uwijał przy kwiatach.

Ciężko było złapać skubańca, tak się uwijał przy kwiatach.

Konwalijki działkowe.

Konwalijki działkowe.

Murarki się zamurowały :)

Murarki się zamurowały 🙂

Czosnek nam zakwitł :)

Czosnek nam zakwitł 🙂

Mlecyk :D

Mlecyk 😀

Leśny skrawek przy Ruderce.

Leśny skrawek przy Ruderce.

Jeszcze mało widać, ale - wierzcie mi na słowo - rośnie :D

Jeszcze mało widać, ale – wierzcie mi na słowo – rośnie 😀

Rosną nie tylko chwasty, naprawdę ;)

Rosną nie tylko chwasty, naprawdę 😉

I malutkie buraczki :)

I malutkie buraczki 🙂

Zielone czarne porzeczki ;)

Zielone czarne porzeczki 😉

Już widać pierwszą truskawkę :D

Już widać pierwszą truskawkę 😀

Ale więcej jest na razie kwiatów, niż owoców. Ale wszystko w swoim czasie :)

Ale więcej jest na razie kwiatów, niż owoców. Ale wszystko w swoim czasie 🙂

Ledwo listki wypuścił, już zawiązuje kwiatostany :) i nie przemarzł wcale, a wcale :D

Ledwo listki wypuścił, już zawiązuje kwiatostany 🙂 i nie przemarzł wcale, a wcale 😀

Się zieleni :)

Się zieleni 🙂

Groch już za chwilkę będzie potrzebował tyczek ;)

Groch już za chwilkę będzie potrzebował tyczek 😉

Rośniemy :D

Rośniemy 😀

I rzodkiewki się zaokrąglają :)

I rzodkiewki się zaokrąglają 🙂

Rzodkiew ładnie wybujała.

Rzodkiew ładnie wybujała.

Cebulka szykuje się do kwitnięcia. I nie wiem, czy mam jej pozwolić kwitnąć, czy kwiaty obrywać?

Cebulka szykuje się do kwitnięcia. I nie wiem, czy mam jej pozwolić kwitnąć, czy kwiaty obrywać?

Pięknie kwitnący len. Niestety, chyba nici z niego nie będzie, bo to dwuletni, ozdobny...

Pięknie kwitnący len. Niestety, chyba nici z niego nie będzie, bo to dwuletni, ozdobny…

Melisa, mięta i estragon :)

Melisa, mięta i estragon 🙂

Kwitnie na potęgę :D

Kwitnie na potęgę 😀

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, rolniczo