Tag Archives: ogrodnictwo

Trzy kruki

Wiele w tym tygodniu się ciekawych rzeczy nie działo. Ot, burze przeszły i poszły, na działce wszystko rośnie, włącznie ze szkodnikami i chwastami, a w spiżarce półki zapełniają się kolejnymi konfiturami, Motek zarasta, papużki ćwierkają, Hera dorasta. Ot, zwykłe życie.

W sobotę zostaliśmy zaproszeni na film do kina. Na „Strażników galaktyki”. Gdyby osoby zatrudnione do dubbingu postarały się o parę lekcji dykcji i poprawnej wymowy, a część z nich odbyłoby co najmniej roczny staż z logopedą, można by było się pośmiać z tekstów. A tak… cóż, efekt się wziął i rozpłynął. W pewnym momencie przyłapałam się na tym, że chciałam przesunąć myszkę i zobaczyć pasek stanu, by przekonać się ile jeszcze zostało czasu do końca. Nie jestem fanką tworów Marvella, ale jestem w stanie docenić dobry film, nawet taki, który nie idzie w parze z moimi zainteresowaniami. A ten taki nie był. Właśnie przez ten dubbing… szkoda… Przed seansem jeszcze zaglądnęliśmy do Restauracji „Panda”, gdzie za niewielkie pieniądze można ucztować w chińsko-japońskim stylu. Proponowana tam opcja „bufet” daje możliwość skosztowania każdej, wyłożonej na ladach potrawy: na gorąco i na zimno. I bardzo ciężko się zdecydować, czego sobie na talerz nałożyć, bo wszystko jest nieziemsko pyszne.

A co mają z tym wspólnego tytułowe trzy kruki? Otóż, w lesie pojawiły się zagadkowe, czarne ptaszyska, które podfruwają z pnia na pień (nie z gałęzi na gałąź). W całkowitej ciszy. No, prawie całkowitej, bo słychać tylko skrobanie pazurów po korze. Ptaki są całkowicie czarne, maja proste, długie dzioby i trzymają się z dala od ludzi. Nie widzę ich codziennie, a ich pojawienie się jest zaskakujące i nie związane z jakimkolwiek przykrym zdarzeniem. Nie są więc żadnym omenem, jakby się chciało pomyśleć. Ot, lata takie czarne, skrobie pazurami i ludzi zadziwia.

Wybaczcie krótką i nieco zdawkową notkę… przez cały tydzień i nadal ledwo się ruszam. Spać mi się chce, sił na wszystko brakuje, choć chęci są. Całe dnie z chęcią bym przeleżała i przespała. Chyba czas na przetwory z buraczków…

Reklamy

2 Komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, paranormal, pieseł, recenzje, rolniczo, życie

Deszcze niespokojne…

Na szczęście nie potargały sadu ani nie zrobiły niczego, co by można było zakwalifikować do problemów. Ot, polało, pogrzmiało i znów wróciło słońce wraz z upałami.

Co przez ten tydzień się działo? Ano mnóstwo rzeczy, chociaż były to raczej powtarzające się czynności, niż wciąż coś nowego i zaskakującego. To mi akurat też nie przeszkadza.

Mały pokój z wolna dostaje wyglądu pokoju. Została jeszcze jedna szafa do przytargania na nasz „dach świata”. Ta najcięższa. I największa. Potem zacznę porządkować warsztat, znajdując miejsca dla wszystkich potrzebnych szpargałów, które jeszcze zalegają w stosach, czekając na przydział kwatery. Już za chwileczkę, już za momencik, będzie wszystko pochowane i łatwiej będzie się sprzątać. 🙂

Motek został wreszcie pozbawiony futra, co mu wyszło na dobre, bo i się ożywił, i większy apetyt ma, i nie sapie, kiedy w pokoju robi się gorąco, co się zdarzało, nawet mimo włożonej butelki z zamrożoną wodą, owiniętej w ręcznik, do której się lubo przytulał, żeby się schłodzić. Odkryłam też, że maszynka do golenia dla zwierząt, na którą już postawiłam krzyżyk, bo nie chciała działać, jednak da się użyć. Trzeba było tylko odpowiednio ją ustawić. Trochę „na chama”, ale bez powodowania uszkodzeń. I teraz będę mogła odłożyć nożyczki i z jej pomocą szybko i sprawnie pozbawić Motka nadmiaru futra. Będzie łatwiej, szybciej i przyjemniej.

Papużki objadają się świeżymi kłosami traw, które na działce rosną szybciej niż wszystkie inne rośliny. Zwłaszcza te pożądane. Nie dość, że ślimaki wyjadają wszystko, do czego są w stanie się dostać, to jeszcze trawy zagłuszają, co tylko mogą… Godziny spędzone na wycinaniu, wyrywaniu, pieleniu, motykowaniu wydają się być bezcelowe. Po pierwszym lepszym deszczu rośnie tego tyle samo, jak przed pracami czyszczącymi… takie syzyfowe prace…

Jednakowoż prace ogrodnicze przynoszą spodziewany skutek. Co prawda nie w takiej ilości plonów, jakbym chciała, ale zawsze będzie coś do przekąszenia. Ogóry wyrosły nam nad podziw urodziwe: są wielkie niczym małe cukinie. Cukinie za to powoli osiągają odpowiednie rozmiary, więc za niedługo będzie można znów zakosztować bigosu, z którym przepadamy oboje. Jestem już po pierwszych zbiorach śliwek, którymi obdarzyła nas śliwka węgierka. W poprzednim roku miała raptem trzy owoce, które i tak dostały się osom, ptakom i ślimakom wespół. Teraz, po pierwszym zbiorze mam już pół wiadra owoców. Będą wreszcie konfitury śliwkowe. Może część uda mi się wysuszyć, jak winogrona w tamtym roku? Będą jak znalazł do świątecznego bigosu. A jeśli już jesteśmy przy śliwkach… G. naznosił mnóstwo mirabelek. Po wypestkowaniu wyszło tego prawie 9kg. Zajęło to dwa gary i poszło do gotowania. Już się zrobiły konfitury, teraz je powoli przekładam do słoików, bo wyparzać muszę je na raty. Cóż, urok małego zlewu. Będzie dużo jedzenia na zimę. Zapas na śniadania już jest spory, bo stoją słoje z konfiturami wiśniowymi w liczbie 8, a słoików mirabelkowych wyszło kilkanaście. Marchewki robią się coraz dorodniejsze, jarmuż pięknie rośnie, pomidory obsypują owocami, papryczki powoli też. Buraczki rosną, jak na drożdżach, będzie ćwikła, jak znalazł. Mirabelka działkowa z wolna zaczyna dojrzewać owocowo. Taka niespodzianka nam się trafiła. A już mieliśmy przycinać krzew do równego z żywopłotem. Dobrze, że nam się to nie udało, bo chyba nie wiedzielibyśmy do tej pory, że rośnie nam mirabelka przy płocie. W żywopłocie.

Z niespodziewanych i niecodziennych sytuacji… cóż, zdarzyło mi się widzieć przemoc domową, tylko na odwrót: ojciec prawdopodobnie dostał od dziecka. Natknęłam się na człowieka leżącego na chodniku i krwawiącego. I posikanego. O dziwo, kontaktował, odpowiadał składnie na pytania. Nie wzięłam ze sobą telefonu, bo szłam tylko na szybkie zakupy do pobliskiego sklepu, więc nie mogłam zadzwonić po pogotowie. Po chwili zauważyłam kobietę idącą kawałek dalej. W jej ręce widziałam komórkę, ale nim zdążyłam poprosić o zadzwonienie pod numer alarmowy, dostałam informację, iż na miejsce zdarzenia została wezwana Policja, a owa kobieta, to córka leżącego na chodniku. Skoro wszystko było załatwione, stwierdziłam, że nie powinnam pytać o więcej i interesować się sprawą. Co mogłam, to zrobiłam.

Druga rzecz, która mnie zasmuciła bardziej niż zszokowała, miała zdarzenie również na naszym „wesołym” osiedlu. Idąc na działkę, przechodzę w okolicy śmietnika. Zauważyłam klatkę dla gryzoni wystawioną przy altanie. Klatka była w pełni wyposażona, co widziałam już z daleka. Zaintrygowana ciemnym kształtem w środku, podeszłam bliżej. Jak się spodziewałam, wewnątrz był gryzoń w postaci dorodnej świnki morskiej. Niestety, nie była już żywa, bo bym ją przygarnęła na chwilę, by poszukać jej nowy dom. Cóż, kiedy zaczęły ją ją gęsto obsiadać muchy? Nie rozumiem, jak można zwierzę, które było przez dłuższy czas lokatorem, członkiem rodziny wyrzucić na śmietnik? Smutne to…

A na poprawę humoru, garstka ostatnich zdjęć:

Ogórasy :D

Ogórasy 😀

Winogrona. W tym roku jest gron więcej i z większą ilością owoców na każdym z nich.

Winogrona. W tym roku jest gron więcej i z większą ilością owoców na każdym z nich.

Talerz słonecznika. Ma ok. 30 cm średnicy.

Talerz słonecznika. Ma ok. 30 cm średnicy.

Największa cukinia. Za niedługo będzie można ją przerobić na jedzenie.

Największa cukinia. Za niedługo będzie można ją przerobić na jedzenie.

Jeszcze zielona papryczka.

Jeszcze zielona papryczka.

Kwitnąca ciecierzyca - eksperyment ogrodniczy.

Kwitnąca ciecierzyca – eksperyment ogrodniczy.

Pierwsze pomidorki dojrzały.

Pierwsze pomidorki dojrzały.

Malutkie, koktailowe pomidorki.

Malutkie, koktailowe pomidorki.

I duże, jeszcze zielone... mają czas na rośnięcie i czerwienienie.

I duże, jeszcze zielone… mają czas na rośnięcie i czerwienienie.

Pierwszy zbiór śliwek węgierek.

Pierwszy zbiór śliwek węgierek.

Dwa gary konfitur mirabelkowych w pierwszej fazie gotowania.

Dwa gary konfitur mirabelkowych w pierwszej fazie gotowania.

Dodaj komentarz

Filed under króliki, kuchennie, papużki, rolniczo

Zarobiona po ślepia…

Naprawdę.

Wiem, że trudno uwierzyć, że ktoś, kto nie ma pracy, może nie mieć czasu, żeby wrzucić wpis i parę fotek na bloga, czy wyskoczyć gdzieś ze znajomymi. Ale ja naprawdę nie wiem, w co ręce włożyć.

Robota „w polu” zabiera zwykle całe dnie. I to te słoneczne lub tylko pochmurne, bo w deszczowe na prace pod gołym niebem nie ma najmniejszych szans. Kiedy zatem pada deszcz, staram się czas (mimo chronicznego wtedy zmęczenia i niemożności obudzenia) wykorzystać na pracę w domu. To nie tylko sprzątanie, ale i rękodzieło, bo to sznurków trzeba napleść, a to krajek natkać, a i może coś uszyć, wyhaftować… Dni tygodnia mi się mylą. Działam na słońce: kiedy zaczyna świecić, budzę się i wstaję, by wszystko obrobić; kiedy gaśnie – idę spać.

Obecnie dni spędzam na XVII Wystawie Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko-Czeskiego, głównie jako pomoc dla znajomej i towarzystwo do „plotek”. Aczkolwiek i swoje rękodzielnicze wyroby prezentuję na udostępnionym fragmencie stoiska. I tak jeszcze do niedzieli.

Więcej informacji i fotografii udostępnię później, bo już mam opóźnienie w pracach porannych.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, rolniczo, życie