Tag Archives: marzenia

Odpoczynek? A co to?

Serio. Serio…

Nie wiem już, co robić, żeby wypocząć. Długie spanie nie pomaga, drzemki w ciągu dnia odpadają, bo jak jest jasno, to nie zasnę. Chyba że jestem chora. Albo mocno idzie na deszcz…

Do pracy nie mogę się wykokosić, bo chce mi się spać. W pracy – zasypiam, czy coś się dzieje, czy nie dzieje. Po pracy najchętniej by już nic nie robiła. Jak trafi się wolny dzień, to ledwo mam siłę, żeby ogarnąć, co najpotrzebniejsze. Wkurza mnie to okrutnie, ale nie wiem, jak zamienić chroniczne przemęczenie na odrobinę więcej energii…? Oprócz ostatnio odkrytej we mnie sarkoidozy (ładnie wchodzącej w regres, jak orzekł pan doktor) nic więcej mi nie dolega. Nawet to, że robię sobie przebieżkę do lub z pracy na piechotę, też nic nie daje. Niby marsz ma pobudzić ciało do działania i umysł do lepszej pracy, a u mnie – nic z tego… ani jedno, ani drugie nie chce działać lepiej po takim spacerku. Pozytywem w tym jest to, że taki spacer zajmuje mi już tylko 20 minut, a nie 40 i nie sapię, jak lokomotywa, po postawieniu paru kroków. Także ten… idzie ku lepszemu. Chociaż tyle…

Strasznie po grudzie idzie nam znalezienie nowego miejsca we wszechświecie… nikt się nie chce zamienić na mieszkania, a żeby sprzedać choć jedno, to musimy mieć zaklepany dom, żeby mieć gdzie się przenieść. Sama jeszcze jakoś na działce bym przewegetowała w Ruderce póki nie przyszłaby słota jesienna i zimowe mrozy. Może się by wynajęło garaż, czy inny magazyn do upchnięcia gratów, żeby się ze wszystkiego na już nie wyprzedawać… ale co z papugami? Nie sprzedam ich i nie oddam nikomu, bo nie po to je przygarniałam, żeby teraz komuś innemu podrzucić. Nie są przyzwyczajone do bycia w zimnie, bo to domowe papużki. Przy tym na działce nie wolno mieszkać…

I tak właśnie w tej czarnej studni rozpaczy naszła mnie myśl, że przecież można „pożebrać” o datki na szczytny cel wykupienia siedliska i zamiany go w malutki skansenik, w którym będzie można i zobaczyć zwierzaki i stare maszyny, urządzenia w użyciu, a nie leżące i zbierające kurz na ekspozycji w muzeum. Moglibyśmy uczyć dzieciaki starych zawodów, pokazywać im, jak długo trzeba pracować, by coś zrobić, co nadaje się do użytku. I takie dzieci, jak nadejdzie apokalipsa zombie poradzą sobie śpiewająco w nowej rzeczywistości, gdzie już wszystkiego nie da się kupić w sklepie. I tak sobie myślę, jakby to wszystko zrobić, żeby nie było żadnego potknięcia większego i nikt do niczego się nie doczepił, że coś robię nie tak…

A tak a propos działki… przez zimę, która grasowała jeszcze w maju mamy ubytki w uprawach… nie będzie pietruchy, marchew też jakoś nie bardzo chce rosnąć. Fasoli i grochu wyrosło kilka krzaczków na parę zagonów… owoce? Tylko na spróbowanie. Trudno. Będziemy się w tym roku cieszyć bobem, kukurydzą i kalarepami, które rosną naprawdę pięknie. No i truskawki… narosło tego dość sporo. Już stoją słoiczki z konfiturami i kompotem. No i mamy nowy tunel. Znaczy nową folię na tunelu i już część pomidorów i papryk sobie pod nim rośnie. Na pewno będą z nich plony. Nie wierzę, że nie, bo już się pojawiają zawiązki owoców. A własne pomidorki, potem domowy przecier, to jest coś, co lubię.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Winogronowe marzenia

Ciężki, pracowity tydzień mi się trafił. Nie, nie narzekam. W końcu nie jestem stworzona do codziennego rozpłaszczania tyłka przed monitorem komputera, nuży mnie to na dłuższą metę. Owszem, mam takie dni, w których nic więcej nie chce mi się robić niż tylko siedzieć, ale wolę siedzieć i coś zrobić konstruktywnego, a nie tylko siedzieć i klikać.

I tak oto w pracy moje przydzielone dwa dni upłynęły pod znakiem wzmożonej pracy: mnóstwo noszenia, przerzucania, sortowania, przesuwania, biegania, chodzenia w tę i nazad. Wszystko to sprawiło, że moje siły zostały poważnie uszczuplone. Naprawdę miałam ochotę tylko siedzieć. No i z tego siedzenia i tak wyszło coś konstruktywnego, bo i sznurek się uplótł, i komin zrobił (o taki: klik). No, po prostu nie mogę siedzieć całymi dniami i klikać. Zła bym była na siebie za zmarnowanie czasu.

Winogrona z wolna przerabiam na soki i konfitury, a G. jeden gąsior znów nastawi na wino. Cztery wiadra… gdybym miała większe gary, albo po prostu więcej takich dużych saganów, to by to szło szybciej, a tak – 3 kg dziennie jestem w stanie przerobić na raz… W każdym bądź razie pierwsza tura konfitur liczy sobie siedem słoi, a soki zmieściłu się chyba w dwóch litrach. Chyba, bo ciężko mi przelitrażować odpowiednie butelki, które udało mi się znaleźć. Dobrze, że nie wyrzucałam ich do śmieci. Teraz się przydały. Może te dwa litry wydaje się mało, ale jest tak gęsty i skondensowany, że i tak, żeby go wypić w większej ilości, potrzeba będzie rozcieńczyć go nieco wodą. Spróbowałam sobie, kiedy przepuszczałam winogrona przez sokowirówkę – pycha! Kwaśny, słodki i lekko pestkowy. Bo pestki też zmielone zostały. Cóż, jakoś nie wyobrażam sobie z takich malutkich gronek wyciągać pestki i tak już swoje odstałam przy zlewie, gdy je czyściłam i sortowałam. Konfitury też zrobiłam na leniwca: z pestkami i skórkami. Samo zdrowie!

I tak sobie stojąc nad tymi winogronami w zlewie lub mieszając konfitury rozmyślam sobie, jak to by było pięknie i cudownie, gdybym za oknem miała własny ogród i sad, za drzwiami sień, a za sienią podwórze. I na tym podwórzu parę kurek w zagrodzie, pies (nie na łańcuchu) i króliki na trawie, a w pięknej, wielkiej wolierze – papużki. A na pastwisku być może koń, kozy lub owieczka. I tak móc wyjść na powietrze, posłuchać ciszy przeplecionej ze zwykłymi, wiejskimi odgłosami i czuć, że się żyje, że jest dobrze, że praca daje wymierne korzyści, że dzięki niej ma się wikt i opierunek, że naprawdę się opłaca. Nie w sensie finansowym, ale takim wewnętrznym. I tak myślę i kombinuję, jak dokonać tego cudu i się wynieść z miasta na zupełne odludzie, kiedy pracy sensownej nie ma, portfel zwykle świeci pustkami, a za wszystko żądają pieniędzy. I to wysokich kwot. Na wygraną w Lotto nie liczę, bo szczęście mam w miłości, a nie w forsie, co widać na pierwszy rzut oka. Kredyty? Nie, dziękuję. Kradzież? Owrzodziłoby mi się po tym tak sumienie, że sama bym poszła na najbliższy posterunek Policji i jak na spowiedzi wyznałabym wszystko, co do ostatniego szczegółu. Chyba pozostało tylko trwać w sferze marzeń albo pójść na żebry… Ech, móc cofnąć się o te 13-14 lat…

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, ogólnie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Lato w pełni

Duchota straszna panuje na zewnątrz murów, tak że nie potrafię pracować poza nimi. Dzięki temu mogę ogarnąć nieco zapuszczone mieszkanie. Zapuszczone, bo nie umiem sprzątać przy kimś, a do końca ubiegłego tygodnia G. się kurował. Od dwu miesięcy. Ale już wszystko idzie w dobrą stronę.

W domu po tragedii ucieczki Kuby już wszystko zaczyna wracać do normy. Kukuł się przyzwyczaił do nowych warunków, Roku zaczął działać, jak nimfa: fiufia częściej, je i pije bez zahamowań. Faliste za to niczym się nie przejmują. Jak to faliste.

Działka rodzi, jak szalona. Już zaczęły się ogórki, pomidory, cukinie, fasola, bób, marchewki, buraki. Sałata i szczaw zaczynają kwitnąć. To, co jeszcze nadaje się z nich do zjedzenia wyrywam i chowam do zapchanej lodówki, w której nie mam już zbytnio miejsca na nic. Przerobić sałaty się nie da. Nawet zamrozić. Przynajmniej mnie o tym nic nie wiadomo. Szczaw jeszcze chyba da się zamrozić, by był do zupy, kiedy świeżego już zabraknie.

Jestem zachwycona tym, że mamy skrawek ziemi pod uprawę, choć trzeba się trochę tam narobić, żeby dawało owoce, ale dzięki temu już odczuwam oszczędności w naszych skromnych finansach. Po prostu nie muszę już kupować takiej ilości warzyw, ile potrzebowaliśmy nabywać wcześniej. Mam to na działce. Jestem w stanie zrobić wszelkie potrawy i zupy tylko z tego, co nam daje nasz skrawek ziemi. Żałuję tylko, że nie mieszkamy naprawdę na wsi. Wtedy jeszcze mogłabym mieć kilka pożytecznych zwierząt: np. kury, czy kozy, do których powoli się przekonuję, zwłaszcza, że posmakowało mi mleko kozie i robiony z tego mleka twaróg. Niestety, na razie nie stać nas na przeprowadzkę. Nawet jakbyśmy sprzedali nasze mieszkanie, to może i byśmy mieli na zakup małego gospodarstwa, czy siedliska, ale już na remont nie mielibyśmy nic. A mieszkać w ruderze raczej nam się nie uśmiecha. Cóż, pozostaje tylko czekać na łut szczęścia i  wygraną w Lotto. Chyba że zdarzy się cud i dostanę dobrze płatną pracę lub G. otrzyma znaczną podwyżkę. Albo Gildia ożyje i będzie nam przynosić krociowe profity…

Aha, jakby ktoś chciał sałatę i szczawiu, to proszę o zgłoszenie się do mnie. Przejdziemy się na działkę i weźmie się zapas prosto z ogródka.

A oto, jak wygląda nasza działka na kilku zdjęciach:

Młodziutkie marchewki i mała rzepka (a raczej czarna rzodkiew).

Młodziutkie marchewki i mała rzepka (a raczej czarna rzodkiew).

Ogórek. Takie nam rosną...

Ogórek. Takie nam rosną…

Naćka pietruszki ;)

Naćka pietruszki 😉

Kwiat papryki.

Kwiat papryki.

Rzut obiektywem na grządki.

Rzut obiektywem na grządki.

Mały brokułek. Pierwszy, ale nie ostatni :)

Mały brokułek. Pierwszy, ale nie ostatni 🙂

Kapusty już wiążą główki. Więcej jest co prawda włoskiej niż białej, ale to nic nie szkodzi.

Kapusty już wiążą główki. Więcej jest co prawda włoskiej niż białej, ale to nic nie szkodzi.

Fasolka szparagowa sobie dojrzewa.

Fasolka szparagowa sobie dojrzewa.

Nasza samotna malwa.

Nasza samotna malwa.

Słoneczniki wybujały do słońca.

Słoneczniki wybujały do słońca.

Pierzasta pietruszka. Nie ustępuje w smaku tej "tradycyjnej".

Pierzasta pietruszka. Nie ustępuje w smaku tej „tradycyjnej”.

Ćwierć zielnika z bazylią, rabarbarem, nagietkami, echinaceą, melisą i miętą, a także ogórkiem, który posiał się sam.

Ćwierć zielnika z bazylią, rabarbarem, nagietkami, echinaceą, melisą i miętą, a także ogórkiem, który posiał się sam.

Ćwierć zielniczka z kolendrą, cząbrem, majerankiem i lnem.

Ćwierć zielniczka z kolendrą, cząbrem, majerankiem i lnem.

Tak kwitnie cząber.

Tak kwitnie cząber.

Brzoskwinie stanęły w miejscu i dalej ruszyć się nie chcą...

Brzoskwinie stanęły w miejscu i dalej ruszyć się nie chcą…

Świeży szczypiorek. Jakby ktoś chciał, to zapraszam na działkę. Narwę, ile trzeba ;)

Świeży szczypiorek. Jakby ktoś chciał, to zapraszam na działkę. Narwę, ile trzeba 😉

Frankalarepa :P

Frankalarepa 😛

A to ja chwaląca się wielkimi, pierwszymi cukiniami.

A to ja chwaląca się wielkimi, pierwszymi cukiniami.

Pomidorki

Pomidorki

A to niewielkie jeszcze zbiory.

A to niewielkie jeszcze zbiory.

Papryczka słodka.

Papryczka słodka.

Papryczka ostra.

Papryczka ostra.

Krzewiszcza pomidorowe.

Krzewiszcza pomidorowe.

Nowe cukinie. Jeszcze przy krzewie, a już zdecydowanie większe niż te, którymi się chwaliłam.

Nowe cukinie. Jeszcze przy krzewie, a już zdecydowanie większe niż te, którymi się chwaliłam.

Dynia. Jedyna taka.

Dynia. Jedyna taka.

Przespałam czas na zerwanie brokuła. Zakwitł skubany.

Przespałam czas na zerwanie brokuła. Zakwitł skubany.

Rudbekie samosiejki.

Rudbekie samosiejki.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, papużki, prace ręczne, życie

Słoneczna niedziela

Słońce wreszcie wylazło zza chmur. Tak letnio się zrobiło, że nawet termometr zaokienny pokazał ponad 30 stopni Celsjusza. Wiatr lekko tylko porusza liśćmi. Idealna pogoda, by poćwiczyć łucznictwo. Może i znalazło by się trochę paliwa w baku, by dojechać do Gospodarstwa i z niego wrócić, może nawet skusiłabym się na rowerową przejażdżkę, ale… ostatnio zaczęło mnie coś odpychać od Gospodarstwa. Po pierwsze nie ma tam już konia, z którym mogłabym się dobrze dogadać. Sprzedano Ontaria, a pozostałe konie jakoś nie przypadły mi nigdy do gustu. Owszem, mogę się nimi zająć: wyczyścić, nakarmić, wyprowadzić na pastwisko, przyszykować do jazdy, przestępować po jeździe itd., ale żeby złapać z jednym z nich jakąkolwiek nić sympatii… niestety…

Nie mam żalu do Gospodarzy, bo Ontario był w połowie zimnokrwistym koniem, był naprawdę duży i jadł proporcjonalnie do swojej wagi. Do tego nikt oprócz jednego z synów Gospodarzy i mnie nie potrafił go zmusić do posłuchu. Z punktu widzenia użyteczności dla agroturystyki, był bezużyteczny. Szkoda, że nie miałam pieniędzy, by łożyć na jego utrzymanie (choć w części) w zamian za możliwość jeżdżenia i trenowania na nim, kiedy mi tylko przyjdzie ochota. Jest mi tylko z tego powodu smutno. Ot, tęsknię za zwierzakiem, tak samo, jak tęsknię za Malinką, na której jeździłam jako nastolatka i tak wspaniale się dogadywałyśmy, że na oklep i bez wędzidła sobie jeździłyśmy po łące.

Jest jeszcze parę spraw, które odstręczają mnie (i nie tylko mnie) od odwiedzin tamtego miejsca, ale nie będę się o tym rozpisywać, bo to dość osobiste rzeczy. Nie chcę ich tu wywlekać, a sami zainteresowani doskonale wiedzą, o co chodzi.

Powoli odświeżam garderobę średniowieczną na najbliższe turnieje. Moje nogawiczki umarły śmiercią naturalną i tworzę właśnie nowe. G. potrzebuje nowego dubletu, bo stary po kilku latach użytkowania lekko się zbiegł – jak to wełna ma we zwyczaju. Planuję poszyć to ręcznie, żeby było full-wypas-medieval, ale, czy się to uda – zobaczymy. Wszystko zależy od czasu, jaki szycie zajmie. Jeszcze dla G. przydałyby się nowe spodnie, ale na to, to już potrzebuję trochę więcej materiału, niż posiadam aktualnie, a na zakup sobie na razie nie mogę pozwolić. I tak możliwość uszycia dubletu zawdzięczam L., a dokładnie jego zgodzie na użycie jego czarnej wełny. Błękitną chowałam w szafie na cottehardie dla siebie, ale ja mam kiecek dużo, w gieźle łazić nie będę. Tak źle jeszcze nie jest.

Marzę też, by wreszcie móc w taką pogodę zasiąść na ganku przed własnym domkiem i cieszyć oczy sadem, warzywniakiem i zielnikiem. Wiem, że wtedy musiałabym porzucić wszystkie „odciągajki” komputerowe i to na zawsze, bo roboty miałabym sporo. Zwłaszcza, jakbym chciała jeszcze hodować kilka kur (dla jajek, bo nie potrafiłabym uśmiercić takiej na rosół) i parę owiec dla wełny. Mam świadomość, że na razie to mrzonki, jak i posiadanie własnego konia, ale może kiedyś staną się rzeczywistością? Oby jak najszybciej, bo sił z dnia na dzień mi nie przybywa, tak samo, jak nie ubywa mi lat. A że wychowałam się w mieście, wieś mając na wakacje, czy ferie, to i z pracami typowo wiejskimi nie jestem za mocno otrzaskana. Ale poradziłabym sobie. Wierzę w siebie.

No i tym pozytywnym akcentem kończę pisanie i wracam do nogawiczek. Została jeszcze jedna. W całości. A palce już są zmęczone.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, konno, prace ręczne, życie

Piszu piszu…

Nie pisałam, bo się zapracowałam.
Dziś już sprzątanie mam za sobą (szkoda mi soboty, którą wolę spędzić z G., a nie odkurzaczem i ścierką), to chwilkę mogę posiedzieć z herbatką przy kompie i coś naskrobać.
Moja nowa praca, to masa wyzwań. Trudniejszych, łatwiejszych i takich sobie. Uczę się wszystkiego: od odwagi przy używaniu telefonu, po szczegółowe informacje dotyczące poszczególnych projektów… projektów, zostańmy przy tej nazwie.
Nadal jednak pracuję ręcznie. Znaczy tkam, splatam i szyję. Nie porzucę tej części mojej pasji. Weekendy ku temu też poświęcam, bo we dwójkę łatwiej jest nałożyć osnowę na krosno, niż w pojedynkę. Dlatego wykorzystuję to, że G. jest na miejscu i całkowicie dostępny. No i mało zmęczony. A na pewno mniej niż w piątkowe popołudnie.
Ptaki się drą od rana do wieczora. Coraz dłużej im czas na darciu się schodzi, bo i dzień dłuższy.
Wiosna by się przydała, a tu – jak na złość – śnieg pada od kilku dni niemal bez wytchnienia. Trochę mam dość zimna, bieli kłującej w oczy i mokrego, wszędzie włażącego śniegu. Dobrze, że dziś nie muszę nigdzie się ruszać.
Od siedzenia przy krośnie plecy mi pękają. Czas najwyższy, żebym odwiedziła „moją” rehabilitantkę. Tylko na razie nie mam na to funduszy. Poczekam. Zacznie nam się układać trochę lepiej, to się przejadę i będzie mi lepiej. Póki co, oswajam się z bólem.
Jeszcze zostało mi podlanie kwiatów… obejście wszystkich pomieszczeń i nie przelanie żadnego. Trudne zadanie. Zwykle przesadzam z ilością wody, a potem biegam ze szmatką. Rozkojarzona jestem. Trzeba się zacząć zbierać do kupy, bo z drobnych nic nigdy nie ma…
Strumień świadomości uważam za zakończony.
Przynajmniej na dziś…

1 komentarz

Filed under życie

Historii Domku ciąg dalszy…

Miałam dzwonić w niedzielę wieczorem. Niestety, przegapiłam odpowiednią, wieczorną godzinę i kiedy już byłam psychicznie gotowa na rozmowę, na zegarze widniała 21:35. Nie jest to zbyt odpowiednia pora na dzwonienie do kogokolwiek. Chyba że na 112. Albo na zegarynkę.
Przełożyłam rozmowę na dzień następny.
Wieczorem wzięłam telefon w dłoń i… zrobiło mi się słabo. Nie wiedziałam, że AŻ TAK się mogę zdenerwować tą sprawą.
Chwilkę zajęło uspokojenie się i już nieco spokojniejsza wybrałam numer do Pani Właścicielki. Dowiedziałam się, że Konkurent nie daje znaku życia (jeśli to skutek Waszych pozytywnych myśli, trzymania kciuków, czy odprawiania guseł, to już teraz dziękuję) i Pani Właścicielka stwierdziła, że dłużej czekać jej się nie chce. Kiedy śniegi zejdą, kiedy pogoda stanie się ładniejsza umówimy się na rekonesans wnętrz.
Już się nie mogę doczekać wiosny.
Ach, czy znacie może jakieś sposoby na szybkie zdobycie pieniędzy (tak ok. 100 tysięcy PLN) oprócz wzięcia kredytu? No i raczej wolałabym legalne sposoby 😉

8 Komentarzy

Filed under życie