Tag Archives: fasolka szparagowa

Między pracą, działką, kuchnią a masażami…

Życie płynie dość szybko, zwłaszcza, jak się ma mnóstwo pracy do wykonania, a zaległości wciąż rosną. Naprawdę nie umiem się szybko ogarnąć z robotą, wszystko zajmuje mi tak dużo czasu, że jestem zła na siebie, bo nie potrafię zrobić wszystkiego raz-dwa i po sprawie…

Wczoraj po pracy od razu prawie poszłam udzielić bezpłatnego masażu znajomej, której dokuczał ból w plecach. Wieczorem dostałam piękne podziękowania:

Zawsze cieszy taka pochwała :D  Zwłaszcza dla takiego początkującego masażysty, jak ja ;)

Zawsze cieszy taka pochwała 😀
Zwłaszcza dla takiego początkującego masażysty, jak ja 😉

Na działkę wybrałam się dopiero dziś. Nazbierałam fasolki szparagowej, sałaty, ogórków (nadal rosną i kwitną), pomidorów i do tego 12 kg cukinii… Muszę się spieszyć ze zbiorami (z ich przerabianiem też, bo szkoda, by to wszystko zmarniało), bo nam działkowy żulik kradnie dobra z działki. Już poszła dynia i trzy cukinie. Przy okazji zepsuł nam ogrodzenie i podeptał cebulę siedmiolatkę… u Prezesa RODu zniszczył pięknie owocujące borówki, podlewając je Roundupem w koncentracie. A starszej pani ukradł wszystkie wyhodowane przez nią z trudem ogórki… a żulik zamiast zabrać się za uprawę własnych warzyw i owoców (mieszka na opuszczonej działce niedaleko, więc ziemia tam też płodna), całymi dniami wystaje pod marketem i piwko popija… mam nadzieję, że skończy się jego sielanka, bo nie po to wszyscy wkładają w uprawy siły i pieniądze, by potem taki… (nie będę się wyrażać niecenzuralnie)… miał darmową wyżerkę. Starczy już, że nam poniszczył w Ruderce wszystko, kiedy szarpał kable…

Nic to… lecę zanieść obiecane główki sałaty znajomej z pracy! Niech ma coś dobrego na jutrzejszy obiad 😉

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, praca zawodowa, rolniczo, zaokienne życie

Work, work, work

Z pracy do pracy i potem jeszcze do pracy, jeśli czas pozwala i pogoda. Mam na myśli kolejno: pracę zarobkową, przetwory w domu i lekkie porządki (bo pies zrzuca sierść ciągle, a papugi robią „porządek” zawsze i wszędzie), a jak starczy czasu, to lecę na działkę ogarnąć to i owo.

Dziś udało mi się nastawić ogórki do kiszenia. Wreszcie! Na szczęście żadnego nie musiałam wyrzucać z powodu zepsucia. Są wytrzymałe, wielkie i przesłodkie. Słoików wyszło jedynie cztery. Jeszcze dwa mam w zapasie. A słoiki „ledwo” czterolitrowe. Mam nadzieję, że wyjdą choćby dobre.

A taki ładny mutancik nam wyrósł :)

A taki ładny mutancik nam wyrósł 🙂

Pełny zlewozmywak pyszności :D

Pełny zlewozmywak pyszności 😀

Tylko cztery słoiczki dałam radę napełnić...

Tylko cztery słoiczki dałam radę napełnić…

A tak wyglądają wiśnie i inne owoce (porzeczki, truskawki) gotowe na przyjście zimy:

Słoiki z martwą naturą w tle ;)

Słoiki z martwą naturą w tle 😉

Jeszcze zostały mi do zamarynowania rzodkiewki, za chwilę do słoików pójdą kalarepy i fasolka szparagowa. Cukinie dojrzewają w oczach, dynie robią się coraz bardziej krągłe, a i pomidory już zaczynają dojrzewać. Będą kolejne przeciery. Śliwki węgierki i mirabelki się zaczynają wybarwiać, więc i kolejne konfitury i kompoty będą pojawiać się w spiżarni.

Wciąż namawiam na działkową sałatę 😉

I na darmowy masaż 😀

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, papużki, pieseł, praca zawodowa, życie

Codzienność

Dzień się tłucze z wolna za dniem… niekiedy brak mi rejwachu i szumu, i niespodzianek, którymi życie może zaskoczyć. Ale tylko niekiedy. Chyba przyzwyczaiłam się do tej powolnej, spokojnej w miarę egzystencji.

W ptasim stadzie żadnych zmian. Codzienne porcje zieleniny, owoców i warzyw powodują, że jedzą coraz mniej ziaren, ale i tak nie chcą zrzucić paru gramów nadwagi. Żałuję, że nie mogę im zrobić większej wolierki, gdzie miałyby więcej miejsca do latania i spalania nagromadzonego tłuszczu.

Motek czuje się coraz bardziej rozluźniony i chyba akceptuje swoje nowe miejsce, bo się rozciąga na całą długość w swojej klatce, kiedy stwierdza, że czas na odpoczynek. Właśnie pożera kolejną marchewkę. Oczywiście działkową. Nie może się od marchwi odkleić, dopóki nie zje wszystkiego do końca. Wczoraj dostał też trochę ogórka na spróbowanie i chyba to kolejne warzywo, które będzie jadł równie zajadle, jak marchewki. Czesanie, a raczej rozczesywanie kołtunów zniósł dość dobrze, choć próbował bardzo postawić na swoim. Mam trochę wyrzutów sumienia, że go tak ostro (wedle mojego odczucia) potraktowałam, ale stwierdziłam, że najwyższy czas na pozbycie się z sierści wszystkich źdźbeł i innych śmieci, żeby wygodnie mu się tuptało tak po klatce, jak i po pokoju, który zwiedza pod moim ścisłym nadzorem. Tak patrząc na niego, mogę stwierdzić, że po Kukule trafił się nam równie inteligentny królik. Dziś przemywałam mu dół klatki, zostawiwszy go pod górną częścią i ani się nie obejrzałam, Motek już kicał poza nią. Powtarzał to raz za razem, przeszkadzając mi w wymyciu do czysta jego klatki. Wstręciuch 😛

Na działce wszystko dojrzewa i rośnie. Cukinie, którymi się chwaliłam ostatnio, zostały zjedzone już dawno, a teraz już nowe się szykują do zbiorów. Sałata powoli się kończy. Pięć sztuk poszło w kwiaty, więc je zostawiłam. Będą na nasiona. Jeszcze jedna rośnie na grządce, a reszta zapełnia lodówkę. Buraki, ogórki, marchew i pomidory zaczynają dojrzewać i od czasu do czasu trzeba je zebrać, by nie przerosły. Dynia robi się coraz bardziej gigantyczna. Dobrze by było, jakby jakaś kolejna się zawiązała i urosła równie dobrze. Bób zerwany i zjedzony, groszek już można za niedługo przekopać. Kalarep zostało kilka małych. Niech rosną jeszcze. Będą na potem. Fasola wszelaka też już szykuje się do zbioru tak do końca. Winogrono trzeba w końcu prześwietlić, to może Motek załapie się na zielone? No i Ruderę trza w końcu wysprzątać, bo piachu w niej jest od zatrzęsienia… Czas też szykować się do robienia przetworów na zimę…

6 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, króliki, papużki, prace ręczne, życie

Lato w pełni

Duchota straszna panuje na zewnątrz murów, tak że nie potrafię pracować poza nimi. Dzięki temu mogę ogarnąć nieco zapuszczone mieszkanie. Zapuszczone, bo nie umiem sprzątać przy kimś, a do końca ubiegłego tygodnia G. się kurował. Od dwu miesięcy. Ale już wszystko idzie w dobrą stronę.

W domu po tragedii ucieczki Kuby już wszystko zaczyna wracać do normy. Kukuł się przyzwyczaił do nowych warunków, Roku zaczął działać, jak nimfa: fiufia częściej, je i pije bez zahamowań. Faliste za to niczym się nie przejmują. Jak to faliste.

Działka rodzi, jak szalona. Już zaczęły się ogórki, pomidory, cukinie, fasola, bób, marchewki, buraki. Sałata i szczaw zaczynają kwitnąć. To, co jeszcze nadaje się z nich do zjedzenia wyrywam i chowam do zapchanej lodówki, w której nie mam już zbytnio miejsca na nic. Przerobić sałaty się nie da. Nawet zamrozić. Przynajmniej mnie o tym nic nie wiadomo. Szczaw jeszcze chyba da się zamrozić, by był do zupy, kiedy świeżego już zabraknie.

Jestem zachwycona tym, że mamy skrawek ziemi pod uprawę, choć trzeba się trochę tam narobić, żeby dawało owoce, ale dzięki temu już odczuwam oszczędności w naszych skromnych finansach. Po prostu nie muszę już kupować takiej ilości warzyw, ile potrzebowaliśmy nabywać wcześniej. Mam to na działce. Jestem w stanie zrobić wszelkie potrawy i zupy tylko z tego, co nam daje nasz skrawek ziemi. Żałuję tylko, że nie mieszkamy naprawdę na wsi. Wtedy jeszcze mogłabym mieć kilka pożytecznych zwierząt: np. kury, czy kozy, do których powoli się przekonuję, zwłaszcza, że posmakowało mi mleko kozie i robiony z tego mleka twaróg. Niestety, na razie nie stać nas na przeprowadzkę. Nawet jakbyśmy sprzedali nasze mieszkanie, to może i byśmy mieli na zakup małego gospodarstwa, czy siedliska, ale już na remont nie mielibyśmy nic. A mieszkać w ruderze raczej nam się nie uśmiecha. Cóż, pozostaje tylko czekać na łut szczęścia i  wygraną w Lotto. Chyba że zdarzy się cud i dostanę dobrze płatną pracę lub G. otrzyma znaczną podwyżkę. Albo Gildia ożyje i będzie nam przynosić krociowe profity…

Aha, jakby ktoś chciał sałatę i szczawiu, to proszę o zgłoszenie się do mnie. Przejdziemy się na działkę i weźmie się zapas prosto z ogródka.

A oto, jak wygląda nasza działka na kilku zdjęciach:

Młodziutkie marchewki i mała rzepka (a raczej czarna rzodkiew).

Młodziutkie marchewki i mała rzepka (a raczej czarna rzodkiew).

Ogórek. Takie nam rosną...

Ogórek. Takie nam rosną…

Naćka pietruszki ;)

Naćka pietruszki 😉

Kwiat papryki.

Kwiat papryki.

Rzut obiektywem na grządki.

Rzut obiektywem na grządki.

Mały brokułek. Pierwszy, ale nie ostatni :)

Mały brokułek. Pierwszy, ale nie ostatni 🙂

Kapusty już wiążą główki. Więcej jest co prawda włoskiej niż białej, ale to nic nie szkodzi.

Kapusty już wiążą główki. Więcej jest co prawda włoskiej niż białej, ale to nic nie szkodzi.

Fasolka szparagowa sobie dojrzewa.

Fasolka szparagowa sobie dojrzewa.

Nasza samotna malwa.

Nasza samotna malwa.

Słoneczniki wybujały do słońca.

Słoneczniki wybujały do słońca.

Pierzasta pietruszka. Nie ustępuje w smaku tej "tradycyjnej".

Pierzasta pietruszka. Nie ustępuje w smaku tej „tradycyjnej”.

Ćwierć zielnika z bazylią, rabarbarem, nagietkami, echinaceą, melisą i miętą, a także ogórkiem, który posiał się sam.

Ćwierć zielnika z bazylią, rabarbarem, nagietkami, echinaceą, melisą i miętą, a także ogórkiem, który posiał się sam.

Ćwierć zielniczka z kolendrą, cząbrem, majerankiem i lnem.

Ćwierć zielniczka z kolendrą, cząbrem, majerankiem i lnem.

Tak kwitnie cząber.

Tak kwitnie cząber.

Brzoskwinie stanęły w miejscu i dalej ruszyć się nie chcą...

Brzoskwinie stanęły w miejscu i dalej ruszyć się nie chcą…

Świeży szczypiorek. Jakby ktoś chciał, to zapraszam na działkę. Narwę, ile trzeba ;)

Świeży szczypiorek. Jakby ktoś chciał, to zapraszam na działkę. Narwę, ile trzeba 😉

Frankalarepa :P

Frankalarepa 😛

A to ja chwaląca się wielkimi, pierwszymi cukiniami.

A to ja chwaląca się wielkimi, pierwszymi cukiniami.

Pomidorki

Pomidorki

A to niewielkie jeszcze zbiory.

A to niewielkie jeszcze zbiory.

Papryczka słodka.

Papryczka słodka.

Papryczka ostra.

Papryczka ostra.

Krzewiszcza pomidorowe.

Krzewiszcza pomidorowe.

Nowe cukinie. Jeszcze przy krzewie, a już zdecydowanie większe niż te, którymi się chwaliłam.

Nowe cukinie. Jeszcze przy krzewie, a już zdecydowanie większe niż te, którymi się chwaliłam.

Dynia. Jedyna taka.

Dynia. Jedyna taka.

Przespałam czas na zerwanie brokuła. Zakwitł skubany.

Przespałam czas na zerwanie brokuła. Zakwitł skubany.

Rudbekie samosiejki.

Rudbekie samosiejki.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, papużki, prace ręczne, życie

Żniwa

Nasz skrawek ziemi oddaje nam z nawiązką to, cośmy mu dali od siebie. Nagle wszystko zaczyna dojrzewać i gotować się do zbiorów, a ja powoli za tym wszystkim nie nadążam. Ale nie narzekam, bo samo patrzenie, jak wszystko tak się zieleni, rośnie i dojrzewa jest miodem na mą duszę. Widzę, że nasza ciężka praca w pocie czoła nie poszła na marne.

I tak mamy już dojrzewające cukinie, rosnące dynie, groszek gotujący się do zbioru, takoż fasolkę szparagową. Ogórki rosną, pomidory też, szczaw buja, sałata się głowi, kalarepy już można zbierać. Trawa się zieleni, a chwasty rosną na potęgę.

Wczoraj, dzięki pomocy O. posprzątany został spory kawałek ugoru, a dokładnie części, którą Sąsiad nam odstąpił. O. pomógł nam też przykosić trawę i poprawić wygląd trawnika, za co jesteśmy mu dozgonnie wdzięczni. W sobotę nastąpiło komisyjne odgrodzenie naszych działek nową siatką, więc można było bezproblemowo wyczyścić nieużytek z niepotrzebnych rzeczy. Sterta śmieci udająca do tej pory kompostownik poszła nad rzekę użyźniać glebę w trzcinach. Szkoda było mi trochę takiego ładnego czarnoziemu, ale cóż, kiedy w tej stercie było wszystko od szkła i plastiku zaczynając, po rośliny niewiadomego pochodzenia i stanu zdrowotnego? Za płotem, w trzcinach lepiej posłuży. A my kompostownik zrobimy i  będziemy mieć użyźniacz z prawdziwego zdarzenia.

Mamy obecnie mały problem z podlewaniem… dogorywa nam pompa i nie ma już takiej siły, jak dawniej. Z początku myśleliśmy, że to membrana się zużyła, ale po bliższych oględzinach okazało się, że powodem tak słabego ciśnienia jest szczelina w obudowie. Akurat teraz, kiedy trzeba solidnie podlewać… Na razie, póki nie uda nam się znaleźć nowej, radzimy sobie nosząc wpierw wodę do beczki na deszczówkę, a z niej czerpie do konewki i idzie między grządki. Zajmuje to bardzo dużo czasu, ale przynajmniej nie wysychają nam rośliny. Gorzej rzecz ma się z trawnikiem, bo na niego najczęściej nie starcza już czasu. Sił niekiedy też. No cóż, trzeba się trochę pomęczyć. No, chyba że ktoś ma pożyczyć taką „ruską” pompę do wody…?

Ptasiaste mają się dobrze. Nie mogą wprost uwierzyć, że codziennie na półce coś się pojawia. Głównie koper, nać pietruszki i sałata, ale za chwilę będą buraczki i marchewka, więc się dieta „półeczkowa” trochę się urozmaici.

Na kapustnej grządce zamieszkała u nas Kuma. Mała ropucha wykopała sobie jamkę w cieniu kapuścianych liści. Nie gonię jej, bo przecież upoluje nam szkodniki: ślimaki, muchy, czy motyle. Jaszczurka, która mieszka w tunelu upodobała sobie dietę zwłaszcza z tych ostatnich, bo co chwilę natrafiam na nowe motyle skrzydełka. No cóż, są jedzący i zjadani…

A tak wyglądają nasze bezkrwawe łowy oraz nasza rosnąca bujnie zielenina:

Pszczoła na kolendrze

Pszczoła na kolendrze

A to muchówka. Kolendra przyciąga owady, jak magnes

A to muchówka. Kolendra przyciąga owady, jak magnes

Na trawniku zostało trochę kwitnącej koniczyny, by zwabiać trzmiele.

Na trawniku zostało trochę kwitnącej koniczyny, by zwabiać trzmiele.

Malutka cukinia

Malutka cukinia

A ty cukinia trochę większa i kolorowsza

A ty cukinia trochę większa i kolorowsza

Strąk grochu. Prawie tak długi, jak moja dłoń

Strąk grochu. Prawie tak długi, jak moja dłoń

I jest tych strąków więcej

I jest tych strąków więcej

Motyl na kąkolu

Motyl na kąkolu

Kolejny motyl

Kolejny motyl

Motyl weteran

Motyl weteran

Rosnące pomidory

Rosnące pomidory

Początki łowów warzywnych. To naprawdę dopiero początek...

Początki łowów warzywnych. To naprawdę dopiero początek…

Pierwszy ogórek.

Pierwszy ogórek.

Kuma. Kapuściana ropucha

Kuma. Kapuściana ropucha

Krwawnik i dziurawiec zebrane z zapuszczonej działki. Będzie co suszyć.

Krwawnik i dziurawiec zebrane z zapuszczonej działki. Będzie co suszyć.

Kwiaty nagietka również zerwane na owej działce.

Kwiaty nagietka również zerwane na owej działce.

Kocia sielanka na kociej działce

Kocia sielanka na kociej działce

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Okno na świat…

Nie pisałam tak długo, bo po pierwsze zabrali nam okno na świat (czyt. Internet), a po drugie mało co się chciało robić w deszczowy tydzień, gdzie ulewa bębniła iście jesiennie po oknach i parapetach. Ale i Internet, i słońce wróciło, więc nadrabiam zaległości we wszystkim. Tylko doba trochę za krótka…

Działka nam zarosła przez te deszcze tak, że z zadbanego ogródka stała się istną dżunglą. Cóż, będziemy ją znów doprowadzać do stanu, w którym nie będzie przypominała dzikiej łąki z elementami uprawy. Koszenia i pielenia jest naprawdę multum. Trawa wyrosła po pas w niektórych miejscach. Starczyło tylko te kilka dni deszczu. G. już naostrzył kosiarkę, więc za chwilę nastąpi pogrom naszej łąki. Może zdążę zebrać kłosy traw dla papug? Zdążę…

Plewienia też jest od groma i jeszcze trochę, bo co jak co, ale wszystko rośnie z prędkością światła, tylko nie warzywa. Już część wyskubaliśmy wspólnie z grządek. Został mi jeszcze tunel foliowy do wyskubania i cały zielnik. A potem kwietniki, bo też zarosły na dziko. Pod folią już wyskubałam pół zagonu. Obrałam też pomidory z nadprogramowych odrostów, żeby w tej ciasnocie nie zasłaniały sobie światła, krzewiąc się nadmiernie. Część krzaczków już wypuszcza kwiatostany. Jeśli rojące się przy dziadkowym bobie pszczoły zechcą je zapylić, będzie trochę pomidorów.

Na razie przeżywamy istną „plagę” rzodkiewek. Jest ich tyle, że za jednym zbiorem przynosimy na raz ponad kilogram. A i to wybieram naprawdę największe z nich. Pierwsze dojrzały podłużne rzodkiewki o bardzo łagodnym, aczkolwiek pełnym smaku. Jeden taki korzeń jest dłuższy od mojego palca. Najdłuższego. Objadamy się nimi pod wszelkimi postaciami, a i tak nie nadążamy z ich przerobem. Czy rzodkiewki można jakoś konserwować? A może ktoś chce, by się z nim tym naddatkiem podzielić? Jeśli chce, niech się kontaktuje w taki, czy inny sposób. Będziemy myśleć, jak to dostarczyć.

Brzoskwinia jest obsypana coraz dorodniej wyglądającymi owocami. Jeszcze nie są ujmujące w wielkości, ale – jeśli utrzymają się i dojrzeją wszystkie – będzie co jeść. Może nie będzie ich takie multum, jak ma to się w przypadku rzodkiewek, ale na brak narzekać na pewno nie będziemy. Gorzej rzecz się przedstawia w przypadku wiśni i śliwek. Na nadmiar tych owoców w tym roku chyba nie będziemy narzekać. A plotki głosiły, że one takie plenne, że nie przejemy. No cóż, nie zawsze może być kawior. Młoda gruszka już dostała rdzy na liściach. Mimo dbania i chuchania, podlewania i nawożenia (z głową, z głową) zachorowała. Cóż poradzić, kiedy na parcelach obok rosną sobie thuje, które to są pierwszymi żywicielami tego rdzewiszcza? A Sąsiad zamyśla cały żywopłot z thui zrobić… Bez pryskania się nie obejdzie w tym przypadku. Przyznam, że brzoskwinia dostała solidną porcję chemii zanim puściła pąki, dzięki temu tylko jeden liść się skędzierzawił, za to reszta wygląda porządnie, jak dobrze wyhodowane liście. Śliwka też dostała swoją porcję. Zapobiegawczo. Ale nie wpłynęło to na jej stan. Przynajmniej ja tego nie zauważyłam.

Winogrona się rozrastają i kwitną. Nie ściągają, niestety, zajętych zbieraniem pyłku i nektaru z dziadkowych bobów pszczół. Żaden owad nie chce też zamieszkać w domku, jaki dla tych zwierzaków naszykowaliśmy. Wciąż są wolne miejscówki do zasiedlenia. Jedyny owad, jaki się tam zalągł, to pajączek. Taki maleńki, jak główka od szpilki. Współczesnej, nie średniowiecznej. Jeśli jednak wszystkie kwiatostany przepoczwarzą się w kiście winogron, to będzie tego winogrona naprawdę sporo. Jednak na to nie liczę. Jak pokazały wiśnie – nie warto cieszyć się i obliczać ilość przed dojrzeniem owoców, bo można srogo się zdziwić.

Na krosenku wciąż ten sam wzór: kratka niebiesko-czerwona. Powoli kończy się włóczka i okazuje się, że może być problem z niebieskim kolorem. Jak na razie nie ma go w pasmanterii, w której ostatnio go kupowałam. Inne odcienie nie wchodzą w grę, bo nie będzie to ładnie wyglądać. A jeszcze trochę do utkania zostało… zobaczymy, może się uda znaleźć odpowiedni kolor.

Nic, czas się odkleić na trochę od kompa i przygotować się do wybycia na działkę, bo pracy jest zbyt wiele, by gnuśnieć w czterech ścianach.

I kilka zdjęć, żebyście mogli zobaczyć, o czym piszę 😉

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Łąka trawnikowa

Łąka trawnikowa

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zagony rzodkiewek

Zagony rzodkiewek

I kolejne rzodkiewy

I kolejne rzodkiewy

Pomagam grochom się piąć po linkach

Pomagam grochom się piąć po linkach

Rzodkiewki

Rzodkiewki

Rzut oka na "chodniczek"

Rzut oka na „chodniczek”

Fasolka szparagowa

Fasolka szparagowa

Pomidory

Pomidory

Doglądanie pomidorów

Doglądanie pomidorów

I znów zarośnięty trawnik

I znów zarośnięty trawnik

Piwonia

Piwonia

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Czerwoniutkie truskawki

Czerwoniutkie truskawki

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A tak wyrósł nam bób

A tak wyrósł nam bób

I malutkie słoneczniki.

I malutkie słoneczniki.

1 komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Dzieje się, dzieje!

Choć moje lenistwo zmusza mnie do wylegiwania się na długo po tym, jak zadzwoni budzik i do trwonienia zbyt dużej ilości czasu przy komputerze, to jednak jestem w stanie zrobić to, co sobie planuję na dany dzień. Zwłaszcza to, co planuje się do zrobienia na działce.

Miałam przez chwilę lekkie opory, żeby tam jechać, ale mi przeszło. Przez tę sprawę z ugorem mi się taka niechęć zrobiła. Ot, coraz ciężej mi się godzić z przeciwnościami losu.

A na działce? Oj, dzieje się, dzieje! Groch już wąsy wypuszcza, rzodkiewka w równiutkich rzędach się zieleni, słonecznik już drugie listki wypuszcza, rukola zaczyna wyłazić i sałata też się z wolna pojawia. Tylko cebula i buraki nie chcą się wykluwać. Znaczy buraków doliczyłam się trzech. Słownie: trzech sztuk. Nie wiem, czy dosiewać z innej paczki, czy też zostawić tak, jak jest i poczekać, czy coś jednak z tego wyrośnie?

Irysy i piwonie już maja nabrzmiałe pąki. Jeszcze dzień, może dwa i będę mogła się cieszyć widokiem kolejnych, pięknych kwiatów. Tulipany powoli kończą kwitnięcie tak samo i szafirki. Za to orliki się rozkwieciły w każdym, dostępnym im miejscu działki. Jeszcze jakbym gdzieś kosmoski znalazła, to już byłabym chyba w pełni szczęśliwa.

Na Zielniku kolendra pięknie wyrosła. Cząber się zieleni, len podrasta. Dosiałam jeszcze lubczyku i majeranku. Będzie trochę własnych przypraw w domu. Chrzan rośnie. Każdy z podarowanych korzeni się przyjął. Rabarbar kwitnie na potęgę i widać, że wiosenne przesadzanie zupełnie w niczym mu nie zaszkodziło.  Dostałam też kępę dorodnych fiołków trójbarwnych i też się przyjęły w zdecydowanej większości. Kwitną teraz jak szalone. Czosnek niedźwiedzi też widać, że dochodzi już do siebie, bo nowe liście są mocne i nie płożą się.  Dostał wczoraj sąsiada: szczypiorek czosnkowy. Mam nadzieję, że się dogadają.

Na Warzywnikach prawie wszystkie parcele zajęte. Bób otrzymał do towarzystwa kukurydzę cukrową, bo nasion tego pierwszego starczyło tylko na pół grządki, więc grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Biała i szparagowa fasolka już też wczoraj zostały posiane. Ogórki też znalazły swoje miejsce na ziemi działkowej. Mam nadzieję, że będą rosły lepiej, niż buraki. Do wysiania została jeszcze cukinia i dynia, które chyba wylądują na tej samej grządce. Wszak jeszcze rozsady dojrzewają do wysadzenia na powietrze, a tu się parcele kończą. Myślę, że dziś pomidory przeniosą się do tunelu, zwalniając miejsce na okiennej szafce. Wyrosły już chyba maksymalnie, jak na warunki rozsadowe. Przy tym na okolicznych działkach już pomidory się widuje – znaczy najwyższy na nie czas. I jeszcze od Pana Zbyszka dostaliśmy cztery sadzonki pomidorów z gatunku „bycza krew”. Uwielbiam je, ale nigdzie nie mogłam znaleźć nasion, a rodzice zostawili sobie tylko tyle, by dla nich starczyło. Zapomniałam poprosić o kilka sztuk dla siebie. Teraz, jak już mam swoje (darowane, ale już swoje) będę zostawiać sobie nasiona do kolejnego wysiewu.

Oprócz pomidorów od Pana Zbyszka dostaliśmy też bulwy kwiatowe, którego nazwy ja nie znam, a sam Pan Zbyszek nie pamięta. Zobaczymy, co z tego wyrośnie, poszuka się potem w Internecie i zidentyfikuje.

A co na warsztacie? Ano nadal tkam sobie krateczkę (początki można pooglądać TUTAJ <- klik!) . Mam nadzieję coś z tek krateczki zrobić, ale na razie traktuję to jak eksperyment. Tka się powoli, ale po kilkadziesiąt centymetrów dziennie zawsze się dorobi. Zastanawiam się, czy to, co mi się roi w głowie aktualnie, uda się zrealizować w rzeczywistości? Nic, zobaczymy.

W wolierce spokój i codzienność. Codzienna porcja działkowej zieleniny zaspokaja potrzeby papuziastych w zupełności, bo i ziarna mniej zaczyna schodzić przy codziennym karmieniu. W sumie… mnie to pasuje. Za ziarno trzeba płacić, a zielsko jest za darmo. I nawet samo rośnie! Przy tym ma chyba więcej wartości odżywczych niż proso. no i na razie ptakom się nie przejadło jeszcze nic zielonego. Zawsze chętnie wcinają to, co się pojawia na półeczce. A potem drą dzioby ile sił w płucach i workach powietrznych. A niech się drą. Przynajmniej słychać, że nic im nie dolega.

A teraz niespodzianka! Zdjęcia! Miłego oglądania.

Kwitnące truskawki. Ciekawe ile z nich będzie w tym roku owoców?

Kwitnące truskawki. Ciekawe ile z nich będzie w tym roku owoców?

Domek dla owadów. Tak po prawdzie, to domiszcze. Mam nadzieję, że nie zainteresują się nim szerszenie...

Domek dla owadów. Tak po prawdzie, to domiszcze. Mam nadzieję, że nie zainteresują się nim szerszenie…

Częściowo podlany warzywnik. Dużo się już na nim zieleni.

Częściowo podlany warzywnik. Dużo się już na nim zieleni.

Rosnący groszek.

Rosnący groszek.

Świeżutka rzodkiewka.

Świeżutka rzodkiewka.

Rzodkiew i słonecznik.

Rzodkiew i słonecznik.

Malutki słoneczniczek.

Malutki słoneczniczek.

Zawiązki wisienek. To dopiero początek.

Zawiązki wisienek. To dopiero początek.

Groszek z wąsami.

Groszek z wąsami.

Coś z rodzaju jasnot. Przyciąga trzmiele nie gorzej niż bluszczyk kurdybanek.

Coś z rodzaju jasnot. Przyciąga trzmiele nie gorzej niż bluszczyk kurdybanek.

Wściekle czerwony kwiatek. Matryca mojego aparatu przy intensywnej czerwieni wysiada.

Wściekle czerwony kwiatek. Matryca mojego aparatu przy intensywnej czerwieni wysiada.

Fioletowe orliki.

Fioletowe orliki.

I jeszcze orliki.

I jeszcze orliki.

Kwietnik, który stanie się skalniakiem.

Kwietnik, który stanie się skalniakiem.

Wachlarzyk zielny na Zielniku.

Wachlarzyk zielny na Zielniku.

Fiołek trójbarwny.

Fiołek trójbarwny.

Orliki rosnące pod wiśnią.

Orliki rosnące pod wiśnią.

Kwitnący rabarbar.

Kwitnący rabarbar.

Kwiaty truskawek.

Kwiaty truskawek.

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie