Tag Archives: egzaminy

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

Reklamy

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

Lato…

03-06

Dwa dni pracy za mną. Kończenie szychty o godzinie dwudziestej drugiej, nie będzie moim ulubionym zajęciem. Po południu i wieczorem moja wydajność spada na łeb na szyję, obojętnie jak bardzo mogłabym się wyspać rano. Nie jest to zdecydowanie mój rytm tygodnia. Ale cóż, nie buntuję się, bo nie ma po co. Za chwilę nowy tydzień i będę miała inny system zmian. Na razie wszystko jest dla mnie nowe. Pierwszy raz spotykam się z tego typu zadaniami i muszę sobie wiele przyswoić, ale nie jest to nie do opanowania. Myślę, że za niedługo już będę się bez problemów wywiązywać z nałożonych na mnie obowiązków. Tylko muszę nieco okrzepnąć. To wszystko.

Na działce ponoć wszystko rośnie, ma się dobrze i kiełkuje. Jutro, korzystając z wolnego dnia, się przejdę i popatrzę, ocenię „wytrawnym okiem znawcy”, czy to, co kiełkuje, to nie przypadkiem chwasty. Miejmy nadzieję, że pogoda pozostanie wciąż taka, jak obecnie: słoneczna i gorąca.

Pranie się kotłuje w pralce, zwierzaki napojone i nakarmione. Trzeba zatem te dwie godziny, które zostały do wymarszu do pracy jakoś twórczo spędzić, choć czuję się strasznie senna i opuchnięta. Może by się tak zabrać za książeczki-wisiorki? W sumie siedzieć będę, wiele myśleć nad tym nie trzeba… No nic… coś zrobić trzeba, bo szkoda marnować taki piękny dzień.

05-06

Na Wystawę definitywnie nie jadę. Smutno mi, ale z czegoś trzeba zrezygnować, żeby nie musieć się klonować. Przy tym nie miałabym jak tam dojechać, bo Skody na razie stoją uszkodzone i zbieramy kasę na ich ponowne uruchomienie. To tzw. grosze, ale i te trzeba mieć, żeby mechanikowi móc zapłacić. Po drugie praca. Mimo, że dostałam sobotę wolną, to jednak dziwnie bym się czuła zostawiając współpracowników w jeden z najgorszych dni samych, by pracowali po piętnaście godzin. No i egzamin. Na który jeszcze nic nie umiem.

Wczoraj cały dzień wybyczyliśmy się na działce. Pogoda przyjemna, bo nie było duszno, gorąco i upalnie. W pewnym momencie nawet zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że wparowałam pod tunel, gdzie zawsze jest najgoręcej i zaczęłam plewić i wiązać pomidory do palików, by się zagrzać choć trochę. Jeszcze wytrzebiłam perz z jednego z kwietników (robiąc sobie pęcherze na palcach, bo u nas perz jest pancerny), G. oczyścił malinowy chróśniak, a Z. niszczył chaszcze za płotem, nad rzeczką. A tak po prawdzie, to chaszcze niszczyły żyłkę w podkaszarce. Szkoda, że pan Dziadek już nie żyje, bo byśmy od niego kosę pożyczyli i szłoby to o niebo lepiej. Na zasuwanie po tych zaroślach z sierpem ani sama się nie piszę, ani innych do tego zmuszać nie będę.

W przerwie, gdy głód dał o sobie znać, zrobiliśmy sobie grilla. Było i mięsko, i tosty z żółtym serem, a także szczypior prosto z zagonu. Do smaku. Na drewnie pięknie się wszystko opiekało. Ba! Nawet i przysmędzało na czarno, jeśli tylko odeszłam na chwilę za daleko od grilla. Ale wszystko było zjadliwe i smakowite.

Działkowe grillowanie :) Dla każdego coś dobrego :)

Działkowe grillowanie 🙂 Dla każdego coś dobrego 🙂

Młode rośliny kiełkują i rosną wręcz w oczach. Czekam z nadzieją, że fasolka jeszcze wybije, bo na razie tylko jedno poletko się zazieleniło, a na drugim tylko jeden rządek wzeszedł. Jeśli nic nie wybije w najbliższym czasie, to chyba po prostu dosieję. Nie po to przeznaczałam na fasolę dwa zagonki, by mieć tylko jeden.

A tak wszystko rośnie:

Działkowy, kwietny pająk.

Działkowy, kwietny pająk.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pierwsze truskawki.

Pierwsze truskawki.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Kalarepki się powoli robią.

Kalarepki się powoli robią.

Kwiaty winogronowe.

Kwiaty winogronowe.

Samotny irysek.

Samotny irysek.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Bonus: burek podwórkowy ;)

Bonus: burek podwórkowy 😉

Wróciliśmy po ósmej wieczorem do domu. Jeszcze chciałam się pouczyć, ale byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie nawet czytać, a co dopiero rozumieć, co czytam. Już nie wspomnę o zapamiętywaniu…

Nic, zatem teraz, przed pracą jeszcze posiedzę i się pouczę. A patrząc na plan zaczynam się mocno obawiać ostatniego tygodnia czerwca… cztery egzaminy pod rząd. Jeden z przedmiotu, z którego zajęcia zostały przeprowadzone raz i polegały na zadaniu tematu pracy zaliczeniowej. Ach, alem się dowiedziała z niego! Normalnie mogę być teraz w tym temacie ekspertem…

Ech, odklejam się od monitora i zajmę się trochę nauką…

07-06

Za chwilkę pierwszy tydzień w pracy będzie można uznać za zakończony. No, może nie za taką chwilkę, bo dopiero po dwudziestej drugiej, kiedy już będę się turlać do domu, ale zawsze to prawie koniec. Nie powiem, że mi się w tej pracy nie podoba. Jest ciekawie. Wszystko jest dla mnie zupełnie nowe, a ekipa fajna, wesoła i zgrana. No i praca prawie zupełnie bezstresowa. Jedyne, czym się mogę denerwować, to to, że nie do końca jeszcze wiem co, z czym i jak. I to jedyne źródło stresu.

Egzamin zdałam. Jestem kujonem. I nic tego nie zmieni. Kolejna piątka wędruje na moje konto. Z pracy zaliczeniowej wykładowca chciał mi dać aż szóstkę, ale chyba szkoła nie przewiduje takich wysokich ocen. Jestem kujonem. Teraz tydzień odsapki, a ostatni weekend czerwca będzie strasznie stresujący: cztery egzaminy w trzy dni. Z czego dwa z przedmiotów, które odbyły się raz lub w ogóle. Zupełnie nie rozumiem polityki szkoły w tym zakresie. Gdybym miała zagadnienia do egzaminu, to spokojnie bym postarała się opanować materiał, ale tak bez niczego? Nawet nie wiem, jaką wiedzę muszę posiąść, żeby wszystko pozaliczać, choćby na marną trójkę. Dziwne to trochę.

Wystawa w Prudniku trwa na dobre. W tym roku żal mi, że mnie ominęła, ale myślę, że za rok już spokojnie będę mogła w niej uczestniczyć od początku do końca. Będę też miała więcej rzeczy do pokazania, bo teraz naprawdę, wszystko jest na wariackich papierach: działka, praca, szkoła, dom… wszystko działa, ale chyba tylko siłą rozpędu.

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo, życie

Żyję egzaminami i nauką… i wsią…

20-05

Zarobiona jestem po same ślepia… zwłaszcza, że egzaminy mam dwa już w ten weekend. A na razie jestem zielona, jak trawka. Pamiętam tylko to, co było na zajęciach i co mam w notatkach, a muszę jeszcze sięgnąć głębiej w podaną „literaturę”. Strasznie się obawiam, że nie podołam temu i zawalę po całości…

W poniedziałek ostatni raz widzieli mnie na działce. Udało mi się wykarczować jeden rząd drugiego warzywnika z perzu. Czemu tak mało? Ano, bo polazłam po południu, po robocie i perzu jest w ziemi od zakitrania. Kłącze na kłączu, kłączem poganiane. Miałam nadzieję, że w tym roku będzie tego tałatajstwa mniej, ale gdzie tam! Mnoży się to to wykładniczo chyba, a na pewno na potęgę. I to nie Posępnego Czerpu… if you know what I mean 😉 Zaraz po karczowaniu posiałam skorzonerę, cukinię i pasternak. Ten ostatni staje się powoli moim ulubionym warzywem. Bardzo pasuje mi jego smak, aż się zastanawiam, co ja jadłam, kiedy pasternaka nie znałam?

Wtorek spędziłam w połowie w pracy i w połowie nad notatkami i materiałami, i książkami. Kiedy się jest zmęczonym, wiedza nie chce włazić do łba tak szybko, jakby się tego chciało. A potrzebuję, żeby szybko tam właziła i się mocno zagnieździła, bo zależy mi na dobrych, a nawet bardzo dobrych ocenach. Trzeba w końcu stanąć na wysokości zadania i skoro uważają mnie za kujona, to trzeba tę opinię utrzymać, czyż nie? 😉 A tak po prawdzie, to chcę, by to wszystko, czego się uczę trzymało się w mojej głowie od początku nauki po kres moich dni. Po prostu zależy mi na jak najlepszym przygotowaniu się do tego zawodu. Bo to takie moje małe marzenie móc pomagać ludziom i mieć wiedzę oraz umiejętności, by pomoc nie zaszkodziła.

Dzisiejszy dzień w robocie miał być (wg grafiku) spokojny, lekki i krótki. Niestety, zmieniono plan w ostatniej chwili i wylądowałam znów przy ciężkiej, fizycznej pracy na siedem godzin. Na zarobek nie narzekam, bo jest najwyższy, na jaki mogę liczyć w obecnej sytuacji, a że robota ciężka, to już insza inszość. No i udało mi się trafić okazję: kieckę do Belly Dance w idealnym stanie (zdeczko za długa, ale nie przeszkadza to w ogóle w ruchach, już próbowałam) i angielsko języczną wersję Wolnych Ciutludzi!

A w domu? Ot, zrobiłam o wiele mniej, niż miałam w planach. Na szczęście udało mi się jeszcze napisać jedną pracę zaliczeniową. Nad drugą posiedzę jutro. Chyba nikt nie będzie mnie gdziekolwiek wyciągał? Pogoda jest typowo barowa, więc nie mam wyrzutów sumienia, że mnie na działce nie widać, że nie robię dalej tego, co powinno być już dawno zrobione, a przez zimno stało sobie i czekało na lepsze czasy. Plony będą spóźnione, ale będą. A skoro dorobiliśmy się zamrażalki, to teraz nie muszę się przejmować, gdzie ja to wszystko powciskam. A tak papużki reagują na porcję zieleniny, którą im z działki przytacham:

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Ech, najwyższy czas iść spać.

22-05

Zapomniałam napisać, że we wtorek kochany, naprawdę kochany Pan Kurier wtargał mi na samą górę, do mieszkania pakę ze środkami czystości, jaką zamówiłam sobie w firmie Clovin. Będę testować, czy opinie, jakie czytałam o tych proszkach, mydłach i płynach nie są przesadzone. Bo jeśli nie są, to mam nieograniczony dostęp do tanich, a dobrych środków. Na przykład takie piętnasto-kilogramowe opakowanie proszku do prania kosztowało mnie ledwo 35 zł, a pięć litrów mydła w płynie – zaledwie 10 zł.

Mydło ma bardzo przyjemny, niezbyt intensywny zapach, co mi odpowiada, bo nie lubię przeperfumowanych. Dłonie nie są tak wysuszone po nim, jak po mydle w kostce. Co prawda nie można z niego narobić mnóstwa piany, ale jest bardzo wydajne, mimo, że konsystencja nie jest gęsta, jak w przypadku mydeł dostępnych w sklepach. Co do reszty produktów (a nakupiłam ich trochę, bo chodziło mi o darmową przesyłkę, którą kupujący otrzymuje po przekroczeniu 65 zł w zamówieniu) będę pisać, kiedy już je wypróbuję.

G. kupił w prezencie przeszkadzajkę. Dla mnie. Wiedźmina kupił. Tego z Dzikim Gonem. Nie dość, że Skyrim mnie ciągnie, że ciągną świeżo zakupione książki, o których wspomniałam wcześniej, to jeszcze Wiedźmin. Wczoraj po nauce siadłam na jakąś godzinkę, żeby zobaczyć, czy w ogóle się da w to grać. Wcześniej G. doglądał instalacji, bo ja chciałam zrobić wszystko, co zaplanowałam przy nauce, bez odrywania się i tracenia koncentracji. Dostałam na zachętę płytę z muzyką do posłuchania i robiłam swoje. A potem, w nagrodę, mogłam przejść kawałek świata. Jak na razie, to wygląda to, bardziej dla mnie, jak Gothic niż Skyrim – jeśli chodzi o rodzaj gry. W Skyrimie mogę sobie robić, co chcę, błądzić po wszelkich lokacjach, odnajdywać ukryte skarby i jaskinie, za to w Wiedźminie na razie idę, jak po sznurku. Dokładnie tak samo grało mi się w Gothica. I nie, jest to dla mnie gorsze lub lepsze. Stwierdzam tylko fakt, że na razie Wiedźmin z otwartym światem ma mało wspólnego, jeśli przyrównać go do Skyrima. W sumie wiele nie pograłam, bo co to jest godzina spędzona w nierealnym świecie? Ledwo się samouczek skończyło i rozpoczęło pierwszą misję główną. Będę wrzucać swoje odczucia co do Wiedźmina, jak sobie na niego pozwolę po wykonaniu zaplanowanych zadań.

Dostałam też potwierdzenie zgłoszenia na 18. Wystawę Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko – Czeskiego. Byłam na ubiegłorocznej edycji na tzw. doczepkę z (wtedy jeszcze) Made by Hands (obecnie Łaszki) i bardzo mi się tam spodobało. Dlatego w tym roku jadę jako ja. Będę pokazywać przędzenie, tkanie i występować w średniowiecznym stroju. O, tak sobie wymyśliłam. Relację z długiego weekendu rzemieślniczego na Wystawie zapewne zamieszczę na blogu rzemieślniczym. Tak będzie bardziej tematycznie.

Jeszcze spotkałam się z Różową Mamcią Miesiąca na poczcie. Naprawdę, niektórym ludziom powinni zakazać rozmnażania się i zakaz ten poprzeć permanentną sterylizacją, żeby nie pogłębiać bezmózgowia i pustactwa w społeczeństwie. Otóż RMM rozmawia sobie z jakimś „menem”. Wewnątrz urzędu pocztowego. Nie załatwiała żadnych spraw. Stoi i gada. Młodsze dziecko grzecznie śpi w wózeczku (za co mu chwała i cześć niechaj będzie), a starsze, płci żeńskiej pozostawione samopas grzecznie przyssało się do maszynki robiącej… nie, nie „ping”, a karteczki z numerkami. Nabrało tego śmiecia już w dwie piąstki, automat informujący o kolejnych wolnych numerach, jakie mogą udać się do danego okienka już zachrypł od ilości powiadomień następujących jedno po drugim, ale RMM ani myśli cokolwiek z tym zrobić. Ona ROZMAWIA. Grzecznie więc zwróciłam małej uwagę, że ta maszynka, to nie zabawka i nie powinna się nią bawić, a raczej w łapki wziąć swoją lalę, a nie stertę papierków z nadrukiem. Na co RMM się poczuła do roli kwoki i naskoczyła na mnie ze słowami: „Czy masz jakiś problem?”. No pacz, znamy się? Oj, moja słaba pamięć! Na co z progu odparłam: „Tak, z panią”. RMM coś tam jeszcze pomarudziła, ale nie mam pojęcia, co bo przez zamknięte drzwi nie było słychać, a z ruchu ubabranych różową szmineczką ust nie chciało mi się czytać. Co ciekawe, RMM i jej „men” oraz parka pomniejszych kopii ewakuowali się z urzędu pocztowego zaraz po tym zajściu. Być może do mojej reakcji dołączyły się panie z okienek, którym już głowy puchły od komunikatów „Numer sto dwadzieścia trzy, okienko de”, „Numer sto dwadzieścia cztery, okienko a” i tak w koło Macieju… Naprawdę, ludzie mają problemy z ogarnięciem rzeczywistości. I to tej najbliższej…

A co poza tym? Ano siedzę i się uczę. Wiedza trochę opornie idzie do głowy, ale mam nadzieję, że uda mi się zdać oba egzaminy na jak najwyższą ocenę. Boję się, że nie podołam, że dostanę takie pytania, o których nie będę mogła się w ogóle wypowiedzieć… najgorszy będzie dla mnie zawód. Bo zawiodę samą siebie, bliskich, znajomych i samych wykładowców. Nic to, czas porzucić komputer i zająć się przyswajaniem wiedzy…

24-05

Egzaminy zaliczone na 5 i 4. Czekam na wieści, czy dorzucą nam następne na koniec tego semestru. Zobaczymy. Na razie mam trochę wolnego od intensywnej nauki.

Wczoraj (w sobotę) pojechaliśmy popatrzeć na kolejny domek, w którym moglibyśmy się osiedlić. Niestety, pierwszy zgrzyt to to, że tuż przy nim biegnie dość ruchliwa, główna droga. Drugi zgrzyt – miniaturowe podwórko (choć ziemi 24 ary). Trzeci – wścibskie i chamskie sąsiedztwo. Co na plus? Ano, wyremontowany dom wewnątrz, od razu można się wprowadzić i mieszkać, a potem zrobić dachówki. Jest prąd, woda, łącze telefoniczne, kanalizacja. Na posesji stoi wielgachna stodoła, zajmująca całą szerokość wąskiej parceli, przez którą można przejść na drugą stronę, gdzie jest reszta gruntów. Sama trawa i trawa, a przy drugiej drodze, na samym końcu parę jabłonek. Przy zwiedzaniu strychu dostałam solidnie belką stropową w łeb… myślałam, ze schyliłam się wystarczająco nisko. Niestety… aż zadzwoniły zęby, a w oczach pojawiły mi się świeczki. Teraz mogę grać żeńską wersję Harry’ego Pottera. Gdybyśmy się na niego zdecydowali, mielibyśmy do zrobienia dach, bo dachówki się sypią, jak płatki wiśni w czasie jej święta i izolację murów i fundamentów od gruntu, bo strasznie mokro w piwniczce, a i mury wyglądają na lekko podsiąknięte. Aleśmy się nie zdecydowali. Nie po to chcę się wynieść na wieś, by mieć więcej ruchu kołowego (włącznie z lawetami, ciężarówkami, autobusami i stadem samochodów) tuż pod oknami niż mam obecnie, mieszkając w mieście. A gdybym chciała podglądać sąsiadów i być przez nich podglądaną, to bym szukała domku na osiedlu domów jednorodzinnych. Mnie się marzy spokój i odludzie, a nie środek wsi. A domek wygląda mniej więcej tak:

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka...

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka…

Część kuchni

Część kuchni

Ogrooomna łazienka

Ogrooomna łazienka

Sypialnia

Sypialnia

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Komórka na coś tam :P

Komórka na coś tam 😛

Wnętrze stodoły

Wnętrze stodoły

Widok na "włości" od strony stodoły.

Widok na „włości” od strony stodoły.

Widok od strony końca parceli.

Widok od strony końca parceli.

Jedna z kilku jabłonek.

Jedna z kilku jabłonek.

4 Komentarze

Filed under nauka, recenzje, rolniczo, życie

I znów w pracy…

Właśnie siedzę w pracy i poprawiam protokoły…

Kurczę, szkoda, że nie miałam wzorów od samego początku, to bym teraz nie musiała tu siedzieć, tylko w domu bym klepała dalej stronę NKGK…

Zastanawiam się i niepokoję, co z pti?… zostały same, niepozamykane w klatkach… mam nadzieję, że nie narobią za dużo szkód, a i sobie krzywdy…

Czemu tu jest taki parszywy dojazd, a raczej wyjazd 😦 najbliższy PKS odjeżdża o 13:45… parszywstwo…

Jeszcze nic nie jadłam i kiszki grają mi marsza… żałobnego… 😦

Uczniowie zdają egzaminy… ciekawe ile z nich przejdzie do następnej klasy?… Szkoła jest aż naładowana ich strachem… współczuję… ale lenistwo nie popłaca 😦

Wszelkie pogłoski, że mam iść na bruk i po zasiłek okazały się tylko plotkami… Uffff… kamień spadł mi z serca (BUM!!!)

Bardzo nie chciałabym opuszczać tego miejsca. Strasznie się zżyłam z pracownikami, nauczycielami, a nawet z uczniami chociaż po trzech latach już ich nie zobaczę…

W domu muszę wymyślić jakiś dobry temat na gazetkę… takie podsumowanie wakacji i powitanie w nowym roku szkolnym… na razie nic mi nie chce przyjść do głowy…

Zrobię chyba przemeblowanie w miejscu pracy. Nie podoba mi się układ, choć sama go wymyśliłam. Po prostu nie sprawdził się w tamtym roku.

Głoooooodna jesteeeeeeeeeem!

Wracam do protokołów (bleh)

Dodaj komentarz

Filed under życie