Tag Archives: domowe przetwory

Jakoś tak dziwnie…

Mój pobyt w szkole zbliża się ku końcowi. Jeszcze może ze dwa, trzy zjazdy i weekendy będę miała zajęte zapewne przez pracę, a nie naukę. Jeszcze jeden szkolny egzamin, jeszcze jeden wpis do indexu i koniec… dwa lata minęły niezmiernie szybko. Czuję niedosyt. Jeszcze co najmniej jeden semestr lub rok by się przydał, żebym mogła nauczyć się wszystkiego w stopniu mnie satysfakcjonującym.

Egzaminy zawodowe już za mną. Wiem, że część pisemną zdałam. Na 75% tylko… cały czas mam wyrzuty sumienia, że mogłam postarać się mocniej i nauczyć tak, by napisać na 95%, bo na 100%, to raczej niemożliwe. Co do egzaminu praktycznego – nie wiem nic. Mam nadzieję, że zdałam, że jednak pogłoski o kluczu, w który się nie wpasowałam są jedynie pogłoskami i jednak pod koniec marca będę mogła pochwalić się dyplomem uprawniającym do wykonywania nowego zawodu. Jeśli nie, czekają mnie poprawki.

Przy okazji dopadła mnie wizualizacja choroby, która mnie zżerała od bardzo długiego czasu. Wreszcie wylazła i zamanifestowała się na tyle, by lekarka (osoba, której jeszcze zależy na dobru pacjentów i ma świetne wyczucie co do chorób) szybko zdiagnozowała na podstawie badań, co jest ze mną nie tak. Manifestacja choroby wyłączyła mnie z większości działań, jakie zajmowały i większą część dni i tygodni, ponieważ rzut poszedł na nogi, które zaczęły boleć, puchnąć i dostawać dziwnych kolorków (wylazł rumień guzowaty). Z tego powodu zaryzykowałam i poszłam na zwolnienie lekarskie. Jeśli mnie za to zwolnią z pracy, to trudno, ale naprawdę już nie mam sił, by wytrzymać w pracy jedyne osiem godzin. Niby mało, ale kiedy ma się te godziny przestać lub przechodzić na obolałych nogach, to już jest bardzo dużo. Niestety, nie jestem tytanem pracy i nie jestem niezniszczalna tak, jakbym sobie tego życzyła… tak, usprawiedliwiam się, bo mam wyrzuty sumienia, że siedzę w domu, zamiast pracować, wspomagać resztę zespołu…

Mając zadziwająco wiele czasu wolnego, nie mam pomysłu, jak go wykorzystać. A dokładnie – co zrobić najpierw, bo zaległości przez ostatni czas narosły ogromne… na razie tracę czas na przyjemności. Chyba nagradzam się podświadomie za wszystko, co do tej pory zrobiłam, chociaż w sumie nie ma za co się nagradzać… Mając tak wiele czasu do własnego wykorzystania, ale mając tak mało sił (nadal mimo spania do oporu, oszczędzania się ile się da, odpoczywania i klasycznego pierdzenia w stołek) na niewiele mogę sobie jeszcze pozwolić. W końcu został mi jeszcze miesiąc niecały karencji po operacji oka, gdzie mam zakaz dźwigania, schylania się, narażania się na wysiłek etc., bo to wszystko mogłoby zepsuć całą pracę chirurga okulisty, który oko mi naprawiał. Do tego obolałe nogi wcale nie pomagają w niczym. Siedzenie, czy leżenie z wyciągniętymi, prostymi w kolanach nogami na podwyższeniu w obu pozycjach nie pozwalają na zbyt kreatywne spędzenie czasu. Dlatego nadrabiam braki serialowo-filmowe i plączę sznurki na potęgę. Za niedługo zabraknie mi wełny, a na razie nie mam możliwości zamówić nowych kłębków.

W SOdN-ie, czyli Smoczej Ochronce dla Niechciajek zrobiło się ciut pustawo… Odszedł stary Rokuro-kubi, który był z nami przez 16 lat; młodziutka Kuku wystraszyła się czegoś w nocy i mimo prób resuscytacji, zmarła mi na rękach na zawał; piękny Jaśko o gładkich niczym aksamit piórkach odszedł po prawie 6 latach wspólnie spędzonych; a w styczniu pożegnałam Chmurka, który był z nami ponad 9 lat i Psotka, po około 10 latach razem, z czego ostatnich 6 spędzonych na życiu z tłuszczakiem, który go pokonał. Smutno… Jednak stary zgred Chico się nie poddaje. Choć ma już ponad 22 lata na karku, niesprawne skrzydła i sparaliżowaną jedną z łapek ma się całkiem dobrze i świetnie sobie radzi ze swoją starością i niedołężnością. Kłóci się z falistymi o słonecznik, rozmawia z nowym towarzyszem Tulipem i nawet wchodzi z nim w interakcje, czyszcząc go po czubie i dając się czyścić. Jest to ewenementem, bo przez bardzo długi czas, lat kilkanaście bym rzekła, Chico był strasznie nietykalski. Na każdą próbę interakcji odpowiadał skrzeczeniem i dziobaniem. Cóż, stwierdził może, że na starość przyda mu się jakiś dodatkowy dziób do czyszczenia piór?

Zima u nas wreszcie biała i mroźna. Na działce na razie wszystko śpi pod śniegową pierzynką, a ja już myślę nad przyszłymi uprawami. Mam nadzieję, że w tym roku będę mogła temu skrawkowi ziemi poświęcić więcej czasu niż w roku ubiegłym. Odejdzie mi nauka i przygotowanie do końcowych egzaminów, czemu poświęcałam każdą wolną chwilę, w której miałam siłę coś jeszcze robić oprócz spania. A jeśli uda się szybko wyleczyć chorobę, to i sił będę miała więcej, niż dotychczas. Trzeba będzie zatem zrobić nowy plan zasiewu i nasadzeń na ten rok, zrobić sadzonki, ogarnąć chwasty, poprzycinać drzewa i krzewy, żeby wreszcie działka zaczęła wyglądać, jak działka, a nie jak zaroślak. Mam nadzieję, że mróz powybijał większość szkodników. Tych mniejszych i tych większych, które niszczyły nam uprawy lub je kradły. I będzie więcej słojów w piwnicy, które dadzą przyjemność smakowania własnych wyrobów z wyhodowanych własnoręcznie owoców i warzyw.

A na razie idę odpocząć w oczekiwaniu na diagnostykę i leczenie…

Reklamy

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo

Winogronowe marzenia

Ciężki, pracowity tydzień mi się trafił. Nie, nie narzekam. W końcu nie jestem stworzona do codziennego rozpłaszczania tyłka przed monitorem komputera, nuży mnie to na dłuższą metę. Owszem, mam takie dni, w których nic więcej nie chce mi się robić niż tylko siedzieć, ale wolę siedzieć i coś zrobić konstruktywnego, a nie tylko siedzieć i klikać.

I tak oto w pracy moje przydzielone dwa dni upłynęły pod znakiem wzmożonej pracy: mnóstwo noszenia, przerzucania, sortowania, przesuwania, biegania, chodzenia w tę i nazad. Wszystko to sprawiło, że moje siły zostały poważnie uszczuplone. Naprawdę miałam ochotę tylko siedzieć. No i z tego siedzenia i tak wyszło coś konstruktywnego, bo i sznurek się uplótł, i komin zrobił (o taki: klik). No, po prostu nie mogę siedzieć całymi dniami i klikać. Zła bym była na siebie za zmarnowanie czasu.

Winogrona z wolna przerabiam na soki i konfitury, a G. jeden gąsior znów nastawi na wino. Cztery wiadra… gdybym miała większe gary, albo po prostu więcej takich dużych saganów, to by to szło szybciej, a tak – 3 kg dziennie jestem w stanie przerobić na raz… W każdym bądź razie pierwsza tura konfitur liczy sobie siedem słoi, a soki zmieściłu się chyba w dwóch litrach. Chyba, bo ciężko mi przelitrażować odpowiednie butelki, które udało mi się znaleźć. Dobrze, że nie wyrzucałam ich do śmieci. Teraz się przydały. Może te dwa litry wydaje się mało, ale jest tak gęsty i skondensowany, że i tak, żeby go wypić w większej ilości, potrzeba będzie rozcieńczyć go nieco wodą. Spróbowałam sobie, kiedy przepuszczałam winogrona przez sokowirówkę – pycha! Kwaśny, słodki i lekko pestkowy. Bo pestki też zmielone zostały. Cóż, jakoś nie wyobrażam sobie z takich malutkich gronek wyciągać pestki i tak już swoje odstałam przy zlewie, gdy je czyściłam i sortowałam. Konfitury też zrobiłam na leniwca: z pestkami i skórkami. Samo zdrowie!

I tak sobie stojąc nad tymi winogronami w zlewie lub mieszając konfitury rozmyślam sobie, jak to by było pięknie i cudownie, gdybym za oknem miała własny ogród i sad, za drzwiami sień, a za sienią podwórze. I na tym podwórzu parę kurek w zagrodzie, pies (nie na łańcuchu) i króliki na trawie, a w pięknej, wielkiej wolierze – papużki. A na pastwisku być może koń, kozy lub owieczka. I tak móc wyjść na powietrze, posłuchać ciszy przeplecionej ze zwykłymi, wiejskimi odgłosami i czuć, że się żyje, że jest dobrze, że praca daje wymierne korzyści, że dzięki niej ma się wikt i opierunek, że naprawdę się opłaca. Nie w sensie finansowym, ale takim wewnętrznym. I tak myślę i kombinuję, jak dokonać tego cudu i się wynieść z miasta na zupełne odludzie, kiedy pracy sensownej nie ma, portfel zwykle świeci pustkami, a za wszystko żądają pieniędzy. I to wysokich kwot. Na wygraną w Lotto nie liczę, bo szczęście mam w miłości, a nie w forsie, co widać na pierwszy rzut oka. Kredyty? Nie, dziękuję. Kradzież? Owrzodziłoby mi się po tym tak sumienie, że sama bym poszła na najbliższy posterunek Policji i jak na spowiedzi wyznałabym wszystko, co do ostatniego szczegółu. Chyba pozostało tylko trwać w sferze marzeń albo pójść na żebry… Ech, móc cofnąć się o te 13-14 lat…

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, ogólnie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Zima

No, może nie do końca zima taka, jaką sobie większość wyobraża, bo śniegu u nas ani widu, ani słychu. Podobno pod koniec miesiąca, 30 stycznia ma zacząć padać, bo i temperatura z plusowej zejdzie w minusową. Póki co, musimy cieszyć się opadami… deszczu.

A dlaczego mnie tak na zimę naszło? Abo już zaczynamy żywić się przetworami, których narobiłam na jesień. Już „zniszczyliśmy” po słoiku konfitur z jabłek z cytryną, z zielonych pomidorów, ze śliwek dwa słoiczki poszły (od mamy – pyszne), a i słój bigosu z cukinii już „pękł”, tak samo, jak marynowane rzodkiewki (zapamiętać – w przyszłym sezonie nadwyżkę w marynatę, tylko w marynatę). Za chwilę przyjdzie czas na zupy wszelakie, które „zasłoikowałam”, żeby były na potem i na inne przekąski, zajmujące całą szafkę w kuchni. Taką stojącą. Mojego „wzrostu”.

Śniadanko: chleb gryczany (własnego wypieku) z konfiturami z zielonych pomidorów i z jabłek z cynamonem. Też z własnego przerobu.

Cieszę się z tego, że mamy pełną tę szafkę, bo nie ma nic lepszego, niż swojskie jedzenie. Bez konserwantów, sztucznych, czy naturalnych barwników, aromatów, smaków i innego E. A warzywa? Też własne. Bez sztucznych nawozów, bez chemii – wszystko naturalnie sobie rosło. W tym roku i w tym sezonie też się tak stanie. Motek naprodukował dużo nawozu. Papużki też się starają 😉

Tak po prawdzie, to ja się już wiosny znów doczekać nie mogę, by móc się wyturlać na działkę i tam przesiedzieć cały dzień. Nie tylko plewiąc grządki, bo i parę innych rzeczy jest do zrobienia i to nie działkowego. Na ten przykład wziąć się wreszcie za wory z wełną: przebrać, wyczyścić, wyprać. A takie rzeczy najlepiej robi się tam, gdzie podwórko. Woda nie musi być idealnie czysta, bo i pranie nie będzie idealne. W końcu lanolina na wełnie zostać musi bez dwóch zdań.

A na razie przędę zakupioną w lepszych czasach czesankę, czym chwalę się na rzemieślniczym blogu.

Tymczasem odklejam się od komputera, bo jakoś mi ostatnio wzięło się się znudziło przy nim siedzenie. Ileż można klikać, prawda? 😉

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, prace ręczne

Wpis, nowy wpis w międzyczasie

W tak zwanym międzyczasie, kiedy naczynia się myją automatycznie, pranie dosusza, Motek wyleguje objedzony i wyczesany, a papugi szaleją po wolierce z pełnymi wolami, postanowiłam, że sobie zrobię wpis. No, długo nic tu nie było wpisywane, to trzeba jakoś to nadrobić. Zwłaszcza, że po komentarzach widzę, że jednak (!) ktoś moje wynurzenia (i wynaturzenia) podczytuje od czasu do czasu. Lub regularnie.

Na działce niewiele już roślin zdatnych do spożycia zostało w ziemi. Jeszcze pod folią dojrzewają pomidory, które przegapiłam, kiedy były zielone. Zostało jeszcze spalić liście, przekopać warzywniak, przygotować truskawki do zimy i…. może spaść już śnieg. Czyli tak gdzieś w drugiej połowie grudnia już może zacząć się zastanawiać, czy już powinien się pojawić.

Krótsze dni nie napawają mnie radością, a mało słoneczna ostatnio pogoda nie chce dawać takiej energii, jakiej bym potrzebowała, żeby się wziąć szybko za robotę i ją szybko skończyć. Tak po prawdzie, to mnie robota w rękach się pali, jak się już za nią wezmę. Problem w tym, że ciężko mi się za nią zabrać. To jedyna przeszkoda. Jeszcze została resztka jabłek do przetworzenia, jeszcze cukinie, kapusty… półka na przetwory zaczyna już trzeszczeć w szwach i boję się, że mi się wszystkie słoiki na niej nie pomieszczą. Ale to akurat powód do radości, bo będzie dużo jedzenia, kiedy będziemy czekać na wiosnę. No i będziemy mieć też co pić, bo dwa gąsiory z nastawionym winem winogronowym i jabłkowym pracują pełną parą. Będzie z tego łącznie jakieś ponad 20 litrów. Winogronowe, czerwone zapatruje się na bycie wytrawnym, zaś jabłkowe, białe na pewno zechce być słodkim. Dla każdego coś dobrego.

No ale… to zupełnie przyziemne sprawy, o których tu czytacie co chwilę, zatem nie będę zanudzać i się pochwalę, że jakieś szczęście ostatnio mnie kopnęło i… wygrałam chustę ręcznie dzierganą i kieckę wczesnośredniowieczną. Chustę dostałam od Yardis, gdyż pozwoliłam sobie uczestniczyć w konkursie, który zorganizowała z okazji pięciolecia swojego bloga. Wygrana była dla mnie totalnym zaskoczeniem, bo… zupełnie zapomniałam, że w czymś takim wzięłam udział! Na swoje usprawiedliwienie mogę mieć jedynie to, że od lat niczego nie wygrałam nawet w zdrapkę, więc i teraz się nie spodziewałam żadnych rewelacji. A tu taka niespodzianka!

A kieca wczesnośredniowieczna już się uszyła i za niedługo będę mogła i nią się pochwalić.  Zrobiła ją dla mnie Katarzyna ze Slav Medieval Shop. I tak po prawdzie nie mogę się jej doczekać. Może będzie ona dla mnie inspiracją do obszycia się na wczesne wieki? Może dzięki temu odwiedzimy wreszcie Wolin? Któż to wie?

A na warsztacie kolejna krajka. Miała być szersza, żeby zrobić z niej pasek mało średniowieczny, ale wyszła wąziutka, że nadałaby się tylko do ozdoby. Może do czegoś ją doszyję…? Tylko jeszcze nie ma tego czegoś, do czego by można było ją przyszyć. Na razie. Za niedługo chyba wezmę się znów za szycie toreb lnianych. Jedynie muszę soczewkę zmienić, bo sobie kupiłam za słabą, bo źle sobie wytyczne od okulisty przeczytałam.. ach, ta ślepota!

Nic, idę dać upust głodowi tkania (cały weekend poza domem i bez żadnych robótek potrafi wypościć), a Was zostawiam z garstką zdjęć.

Płody ziemi naszej. Wiem, nie wyglądają, jak ze sklepu, ale pod ogryzionymi liśćmi i warstwą ziemi kryje się niepowtarzalny smak, którego w sklepie się nie znajdzie. No, chyba że w takim z eko żywnością.

Płody ziemi naszej. Wiem, nie wyglądają, jak ze sklepu, ale pod ogryzionymi liśćmi i warstwą ziemi kryje się niepowtarzalny smak, którego w sklepie się nie znajdzie. No, chyba że w takim z eko żywnością.

Brokułki :)

Brokułki 🙂

Marchewki. Poszły w ilość, a nie na wielkość.

Marchewki. Poszły w ilość, a nie na wielkość.

Czarna rzodkiew. Ostrzejsza niż zwykłe rzodkiewki.

Czarna rzodkiew. Ostrzejsza niż zwykłe rzodkiewki.

Ostatnie papryczki (ostre i słodkie) i ciut dojrzałych pomidorów.

Ostatnie papryczki (ostre i słodkie) i ciut dojrzałych pomidorów.

Trawa długa, wyrośnięta, trzeba ją przyciąć. Szkoda, że Motek z niej już nie skorzysta, bo jest dość mocno podgniła.

Trawa długa, wyrośnięta, trzeba ją przyciąć. Szkoda, że Motek z niej już nie skorzysta, bo jest dość mocno podgniła.

Dym się snuje po działkach...

Dym się snuje po działkach…

A oto czyja to sprawka ;)

A oto czyja to sprawka 😉

I taki mały bonusik: zachód słońca nad osiedlem.

I taki mały bonusik: zachód słońca nad osiedlem.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, króliki, kuchennie, papużki, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Zwykły dzień…

Po pełnym szaleństwa przygotowań i prób tygodniu, po kolejnym składającym się z drobnego pokazu i przędzenia w parku, zaczął się zwykły poniedziałek. Zwykły, szary i deszczowy, więc o wyprawie na działkę nie ma co marzyć (Pinda gubi kółko, a rower G. wziął i złapał gumę – pozostaje wycieczka piesza). I tak w sumie w deszczu nie da się pracować, bo od razu mam zziębnięte dłonie tak, że tracę w palcach czucie. Ot, starość – nie radość…

Jako że nam pomidory obrodziły i powoli zaczynają już podgniwać (popękały nam ze śmiechu, więc i psują się zdecydowanie szybciej), więc trzeba te kilogramy zagospodarować. Pięć kilo już pojechało do mojej mamy. Drugie pięć właśnie się gotuje w saganie – będzie przecier na zimę! Kolejne kilogramy jeszcze w wiadrach stoją. Będzie więcej przecieru. A ile jeszcze sobie dojrzewa?! Będzie ładny rok pomidorowy.

W sobotę (21.09) nakręciłam całą szpulę na kołowrotku i prawie całe wrzeciono. Nić – oczywiście – nie jest równa, bo ze mnie dopiero początkująca prządka, a w sobotę przędłam drugi raz na swoim kołowrotku, a tak w ogóle to trzeci raz w swoim życiu, więc cudów nie należy się spodziewać. Niestety… choć chciałabym umieć już prząść cieniutkie, równiutkie nitki. Wszak po to zaczęłam w ogóle myśleć o przędzeniu: żeby sobie zrobić takie nici do tkania, jakie chcę.

A przędło się tak:

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie