Tag Archives: domek

Pucu, pucu, chlastu, chalstu…

Jako że mam trochę więcej wolnych godzin po pracy, niż do tej pory, stwierdziłam, że najwyższy czas trochę ogarnąć pracownię, bo tam się już dość ciasno zaczęło robić: skrzynki z narzędziami, z gotowymi już przedmiotami, pudła, kartony i inne takie stały sobie na podłodze ustawione w wieżyce i robiły wrażenie siedzenia na walizkach. A przecież jeszcze na nich nie siedzimy. Tak więc nasze stroje średniowieczne powędrowały do worów próżniowych, skrzynie do szaf, narzędzia na półki. I od razu zrobiło się przestronniej.

Miałam w planach się wybrać na działkę po pozostałe na drzewie wiśnie, ale jakoś nie byłam w stanie. Czuję się cały czas zmęczona. Obojętnie ile bym nie spała, i tak czuję niedosyt. Nie mam pojęcia, czy się coś przyplątało (np. anemia – tfu, tfu), czy wszystkie kłopoty nie pozwalają mi na odpoczynek, kotłując się gdzieś tam w „tyle głowy”? Nie mam fioletowego pojęcia. Ale podobno wracają ciepłe dni, więc nie będę musiała się bać, że jeśli zaplanuję sobie dany dzień na działce, to będzie pochmurno, deszczowo i zimno. A myślę się tam wybrać po sobotniej szychcie. I w niedzielę przed ostatnią zmianą. Trzeba też i pod tunelem podlać pomidory i papryczki. Ciekawe, czy któreś się już zaczerwieniły?

Nadal zapraszam chętnych na masaż klasyczny, do umawiania się na spotkania. Dojadę, wymasuję, o nic nie trzeba się martwić. O szczegółach można poczytać na -> TEJ <- stronie.

Proszę też o pomoc w przeprowadzce. Nie trzeba wpłacać żadnych pieniędzy i wspierać finansowo, starczy „cynk” o domu z dużą działką w okolicy, który nadaje się do zamieszkania dla pięciu osób (trzech starszych, w tym jedna niepełnosprawna i dwu młodszych) lub/i udostępnienie fanpejdża na swojej tablicy. A o czym dokładnie myślimy, można poczytać na fejsbukowej stronie, założonej specjalnie na tę okazję. Z góry dziękuję za wszelką pomoc.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

W poszukiwaniu nadchodzącego czasu…

14-07

Odwiedzili nas dziś znajomi, z którymi dotąd mamy kontakt tylko przez internet i telefon. Szkoda tylko, że tak bardzo krótko mogli być, bo przejeżdżali tylko przez nasze miasto. No, może „przejeżdżali przez” to za dużo powiedziane. „Przejeżdżali obok” byłoby bardziej dokładnym określeniem. Dlatego też wczoraj zabrałam się za porządki i zachciało mi się odkurzyć podłogę też za kanapą. Zrealizowałam swój pomysł, a gdy przesuwałam mebel na miejsce, który się zablokował na wykładzinie, nadwerężyłam sobie kolano. Coś tak mi w nim przeskoczyło, że wyłam na głos (się sąsiedzi nasłuchali!), a w oczach pokazały się konstelacje. Przez dobrą godzinę nie mogłam w ogóle stanąć na tej nodze, choć ruszać mogłam nią bez bólu, kiedy nie była obciążona. No i sprzątanie nie miało już sensu, bo każde stąpnięcie na lewą nogę owocowało przeszywającym bólem. Cóż, maść w dłoń, trochę masażu na wieczór, a jutro stabilizator i robimy za cyborga. Oby tylko nie trzeba było za nikim biegać w pracy, bo na pewno nie dam rady. Nie w służbowych butach na obcasie…
Jednak popołudnie spędzone w doborowym towarzystwie A. i O. oraz ich dzieci, które są ewenementem, bo rzadko się zdarzają takie grzeczne, rozumne i tak samodzielne w takim wieku. Doprawdy, jestem pełna podziwu dla ich pracy przy wychowywaniu już trójki maluchów. Rzadko kiedy spotyka się tak odpowiedzialnych i mądrych rodziców. I nie słodzę dlatego, że są moimi znajomymi, bo to nie ma znaczenia, że uwielbiam dzieci, bo tak po prawdzie wyznaję zasadę, że dzieci mogą być, byle z dala ode mnie, tylko oceniam faktyczny stan rzeczy. Oni naprawdę ogarniają tę trójkę bez większego trudu i zmęczenia, bo wpoili maluchom zasady, których nie pozwalają złamać pod żadnym pozorem i tak na przykład chłopcy, choćby ganiali się bez tchu i opamiętania po chodniku, jak tylko znajdą się w pobliżu ulicy, zatrzymują się tuż przed krawężnikiem. Bez upominania, bez krzyków, bez paniki. Ot, stają i czekają na rodziców, żeby podać rękę i bezpiecznie pod opieką dorosłego przejść przez jezdnię. No i, skubańce, zaakceptowały moją osobę, która nie dawała żadnych sygnałów, mogących zachęcić ich do tego. Ba! Wręcz przeciwnie: unikałam kontaktu, jak tylko mogłam, choć nie byłam opryskliwa i nieuprzejma, bo na to nie pozwala mi moje wychowanie. Cóż, to nie są normalne dzieci, co to, to nie! 😀

A. i O. dziękuję za wizytę, życzę świetnych wakacji i liczę na powtórkę.

15-07

Poszukiwania nowego domu trwają. Wiem, że nie odbędzie się to natychmiast: dziś mieszkanie, jutro dom, ale i tak się już bardzo niecierpliwię. Gdyby udało się nam kupić ten cudny dom w Jakubowicach, już o nic nie musielibyśmy się martwić. I nikt by nie wyklinał mnie od czarnej owcy w rodzinie, bo nie zabrałam chorej mamy do siebie, nie zwolniłam się z pracy (na umowie zleceniu nie przysługuje mi urlop) i nie otoczyłam jej opieką, tylko zostawiłam (po rozmowie i długim namyśle z innymi członkami najbliższej rodziny) w domu opieki (czyli przytułku, jak mawia dalsza rodzina). Bardzo chciałabym opiekować się mamą codziennie, ale jest parę „ale”:

  • nie znam się na opiece osobą sparaliżowaną;
  • nie mam wystarczającej wiedzy, by przeprowadzić odpowiednią rehabilitację;
  • nie zmieszczę łóżka rehabilitacyjnego ani nawet wózka inwalidzkiego w swoim wielkim, 45m2 mieszkaniu;
  • nie wtargam mamy na 4 piętro (nie mam tu windy, bo to stara kamienica);
  • nawet jeśli wtargam, zrobię miejsce dla łóżka, to mama będzie zamknięta w mieszkaniu i nie wyjdzie na żadne spacery;
  • w razie problemów (pogorszenie stanu zdrowia) karetka z lekarzem (albo i bez) przyjedzie, kiedy będzie mogła (albo w ogóle), bo wzywana jest przez osobę prywatną.

Dlatego tak bardzo zależy nam na przeprowadzce na wieś, gdzie będę mogła na parterze odpowiednio przygotować dla mamy lokum, w międzyczasie się podszkolić w zakresie opieki i rehabilitacji (czytam dostępne w sieci materiały, ale wciąż mi za mało, żeby zrozumieć wszystko i nie być zaskakiwaną na każdym kroku) i przejąć opiekę nad mamą już w pełni. Nadal pozostaje problem karetki, która w mieście ma problem, żeby zdążyć, czy w ogóle wyjechać, a co dopiero na wsi… tyle że wtedy to będzie tylko jeden minus z wymienionych powyżej. Tylko jeden. Który niekoniecznie musi się zdarzyć.

Proszę zatem o pomoc w znalezieniu dobrego miejsca. Szczegóły można znaleźć tu, na -> FEJSBUKOWEJ STRONIE <-. Z góry serdecznie dziękuję.

6 Komentarzy

Filed under domowo, życie

Żyję egzaminami i nauką… i wsią…

20-05

Zarobiona jestem po same ślepia… zwłaszcza, że egzaminy mam dwa już w ten weekend. A na razie jestem zielona, jak trawka. Pamiętam tylko to, co było na zajęciach i co mam w notatkach, a muszę jeszcze sięgnąć głębiej w podaną „literaturę”. Strasznie się obawiam, że nie podołam temu i zawalę po całości…

W poniedziałek ostatni raz widzieli mnie na działce. Udało mi się wykarczować jeden rząd drugiego warzywnika z perzu. Czemu tak mało? Ano, bo polazłam po południu, po robocie i perzu jest w ziemi od zakitrania. Kłącze na kłączu, kłączem poganiane. Miałam nadzieję, że w tym roku będzie tego tałatajstwa mniej, ale gdzie tam! Mnoży się to to wykładniczo chyba, a na pewno na potęgę. I to nie Posępnego Czerpu… if you know what I mean 😉 Zaraz po karczowaniu posiałam skorzonerę, cukinię i pasternak. Ten ostatni staje się powoli moim ulubionym warzywem. Bardzo pasuje mi jego smak, aż się zastanawiam, co ja jadłam, kiedy pasternaka nie znałam?

Wtorek spędziłam w połowie w pracy i w połowie nad notatkami i materiałami, i książkami. Kiedy się jest zmęczonym, wiedza nie chce włazić do łba tak szybko, jakby się tego chciało. A potrzebuję, żeby szybko tam właziła i się mocno zagnieździła, bo zależy mi na dobrych, a nawet bardzo dobrych ocenach. Trzeba w końcu stanąć na wysokości zadania i skoro uważają mnie za kujona, to trzeba tę opinię utrzymać, czyż nie? 😉 A tak po prawdzie, to chcę, by to wszystko, czego się uczę trzymało się w mojej głowie od początku nauki po kres moich dni. Po prostu zależy mi na jak najlepszym przygotowaniu się do tego zawodu. Bo to takie moje małe marzenie móc pomagać ludziom i mieć wiedzę oraz umiejętności, by pomoc nie zaszkodziła.

Dzisiejszy dzień w robocie miał być (wg grafiku) spokojny, lekki i krótki. Niestety, zmieniono plan w ostatniej chwili i wylądowałam znów przy ciężkiej, fizycznej pracy na siedem godzin. Na zarobek nie narzekam, bo jest najwyższy, na jaki mogę liczyć w obecnej sytuacji, a że robota ciężka, to już insza inszość. No i udało mi się trafić okazję: kieckę do Belly Dance w idealnym stanie (zdeczko za długa, ale nie przeszkadza to w ogóle w ruchach, już próbowałam) i angielsko języczną wersję Wolnych Ciutludzi!

A w domu? Ot, zrobiłam o wiele mniej, niż miałam w planach. Na szczęście udało mi się jeszcze napisać jedną pracę zaliczeniową. Nad drugą posiedzę jutro. Chyba nikt nie będzie mnie gdziekolwiek wyciągał? Pogoda jest typowo barowa, więc nie mam wyrzutów sumienia, że mnie na działce nie widać, że nie robię dalej tego, co powinno być już dawno zrobione, a przez zimno stało sobie i czekało na lepsze czasy. Plony będą spóźnione, ale będą. A skoro dorobiliśmy się zamrażalki, to teraz nie muszę się przejmować, gdzie ja to wszystko powciskam. A tak papużki reagują na porcję zieleniny, którą im z działki przytacham:

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Ech, najwyższy czas iść spać.

22-05

Zapomniałam napisać, że we wtorek kochany, naprawdę kochany Pan Kurier wtargał mi na samą górę, do mieszkania pakę ze środkami czystości, jaką zamówiłam sobie w firmie Clovin. Będę testować, czy opinie, jakie czytałam o tych proszkach, mydłach i płynach nie są przesadzone. Bo jeśli nie są, to mam nieograniczony dostęp do tanich, a dobrych środków. Na przykład takie piętnasto-kilogramowe opakowanie proszku do prania kosztowało mnie ledwo 35 zł, a pięć litrów mydła w płynie – zaledwie 10 zł.

Mydło ma bardzo przyjemny, niezbyt intensywny zapach, co mi odpowiada, bo nie lubię przeperfumowanych. Dłonie nie są tak wysuszone po nim, jak po mydle w kostce. Co prawda nie można z niego narobić mnóstwa piany, ale jest bardzo wydajne, mimo, że konsystencja nie jest gęsta, jak w przypadku mydeł dostępnych w sklepach. Co do reszty produktów (a nakupiłam ich trochę, bo chodziło mi o darmową przesyłkę, którą kupujący otrzymuje po przekroczeniu 65 zł w zamówieniu) będę pisać, kiedy już je wypróbuję.

G. kupił w prezencie przeszkadzajkę. Dla mnie. Wiedźmina kupił. Tego z Dzikim Gonem. Nie dość, że Skyrim mnie ciągnie, że ciągną świeżo zakupione książki, o których wspomniałam wcześniej, to jeszcze Wiedźmin. Wczoraj po nauce siadłam na jakąś godzinkę, żeby zobaczyć, czy w ogóle się da w to grać. Wcześniej G. doglądał instalacji, bo ja chciałam zrobić wszystko, co zaplanowałam przy nauce, bez odrywania się i tracenia koncentracji. Dostałam na zachętę płytę z muzyką do posłuchania i robiłam swoje. A potem, w nagrodę, mogłam przejść kawałek świata. Jak na razie, to wygląda to, bardziej dla mnie, jak Gothic niż Skyrim – jeśli chodzi o rodzaj gry. W Skyrimie mogę sobie robić, co chcę, błądzić po wszelkich lokacjach, odnajdywać ukryte skarby i jaskinie, za to w Wiedźminie na razie idę, jak po sznurku. Dokładnie tak samo grało mi się w Gothica. I nie, jest to dla mnie gorsze lub lepsze. Stwierdzam tylko fakt, że na razie Wiedźmin z otwartym światem ma mało wspólnego, jeśli przyrównać go do Skyrima. W sumie wiele nie pograłam, bo co to jest godzina spędzona w nierealnym świecie? Ledwo się samouczek skończyło i rozpoczęło pierwszą misję główną. Będę wrzucać swoje odczucia co do Wiedźmina, jak sobie na niego pozwolę po wykonaniu zaplanowanych zadań.

Dostałam też potwierdzenie zgłoszenia na 18. Wystawę Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko – Czeskiego. Byłam na ubiegłorocznej edycji na tzw. doczepkę z (wtedy jeszcze) Made by Hands (obecnie Łaszki) i bardzo mi się tam spodobało. Dlatego w tym roku jadę jako ja. Będę pokazywać przędzenie, tkanie i występować w średniowiecznym stroju. O, tak sobie wymyśliłam. Relację z długiego weekendu rzemieślniczego na Wystawie zapewne zamieszczę na blogu rzemieślniczym. Tak będzie bardziej tematycznie.

Jeszcze spotkałam się z Różową Mamcią Miesiąca na poczcie. Naprawdę, niektórym ludziom powinni zakazać rozmnażania się i zakaz ten poprzeć permanentną sterylizacją, żeby nie pogłębiać bezmózgowia i pustactwa w społeczeństwie. Otóż RMM rozmawia sobie z jakimś „menem”. Wewnątrz urzędu pocztowego. Nie załatwiała żadnych spraw. Stoi i gada. Młodsze dziecko grzecznie śpi w wózeczku (za co mu chwała i cześć niechaj będzie), a starsze, płci żeńskiej pozostawione samopas grzecznie przyssało się do maszynki robiącej… nie, nie „ping”, a karteczki z numerkami. Nabrało tego śmiecia już w dwie piąstki, automat informujący o kolejnych wolnych numerach, jakie mogą udać się do danego okienka już zachrypł od ilości powiadomień następujących jedno po drugim, ale RMM ani myśli cokolwiek z tym zrobić. Ona ROZMAWIA. Grzecznie więc zwróciłam małej uwagę, że ta maszynka, to nie zabawka i nie powinna się nią bawić, a raczej w łapki wziąć swoją lalę, a nie stertę papierków z nadrukiem. Na co RMM się poczuła do roli kwoki i naskoczyła na mnie ze słowami: „Czy masz jakiś problem?”. No pacz, znamy się? Oj, moja słaba pamięć! Na co z progu odparłam: „Tak, z panią”. RMM coś tam jeszcze pomarudziła, ale nie mam pojęcia, co bo przez zamknięte drzwi nie było słychać, a z ruchu ubabranych różową szmineczką ust nie chciało mi się czytać. Co ciekawe, RMM i jej „men” oraz parka pomniejszych kopii ewakuowali się z urzędu pocztowego zaraz po tym zajściu. Być może do mojej reakcji dołączyły się panie z okienek, którym już głowy puchły od komunikatów „Numer sto dwadzieścia trzy, okienko de”, „Numer sto dwadzieścia cztery, okienko a” i tak w koło Macieju… Naprawdę, ludzie mają problemy z ogarnięciem rzeczywistości. I to tej najbliższej…

A co poza tym? Ano siedzę i się uczę. Wiedza trochę opornie idzie do głowy, ale mam nadzieję, że uda mi się zdać oba egzaminy na jak najwyższą ocenę. Boję się, że nie podołam, że dostanę takie pytania, o których nie będę mogła się w ogóle wypowiedzieć… najgorszy będzie dla mnie zawód. Bo zawiodę samą siebie, bliskich, znajomych i samych wykładowców. Nic to, czas porzucić komputer i zająć się przyswajaniem wiedzy…

24-05

Egzaminy zaliczone na 5 i 4. Czekam na wieści, czy dorzucą nam następne na koniec tego semestru. Zobaczymy. Na razie mam trochę wolnego od intensywnej nauki.

Wczoraj (w sobotę) pojechaliśmy popatrzeć na kolejny domek, w którym moglibyśmy się osiedlić. Niestety, pierwszy zgrzyt to to, że tuż przy nim biegnie dość ruchliwa, główna droga. Drugi zgrzyt – miniaturowe podwórko (choć ziemi 24 ary). Trzeci – wścibskie i chamskie sąsiedztwo. Co na plus? Ano, wyremontowany dom wewnątrz, od razu można się wprowadzić i mieszkać, a potem zrobić dachówki. Jest prąd, woda, łącze telefoniczne, kanalizacja. Na posesji stoi wielgachna stodoła, zajmująca całą szerokość wąskiej parceli, przez którą można przejść na drugą stronę, gdzie jest reszta gruntów. Sama trawa i trawa, a przy drugiej drodze, na samym końcu parę jabłonek. Przy zwiedzaniu strychu dostałam solidnie belką stropową w łeb… myślałam, ze schyliłam się wystarczająco nisko. Niestety… aż zadzwoniły zęby, a w oczach pojawiły mi się świeczki. Teraz mogę grać żeńską wersję Harry’ego Pottera. Gdybyśmy się na niego zdecydowali, mielibyśmy do zrobienia dach, bo dachówki się sypią, jak płatki wiśni w czasie jej święta i izolację murów i fundamentów od gruntu, bo strasznie mokro w piwniczce, a i mury wyglądają na lekko podsiąknięte. Aleśmy się nie zdecydowali. Nie po to chcę się wynieść na wieś, by mieć więcej ruchu kołowego (włącznie z lawetami, ciężarówkami, autobusami i stadem samochodów) tuż pod oknami niż mam obecnie, mieszkając w mieście. A gdybym chciała podglądać sąsiadów i być przez nich podglądaną, to bym szukała domku na osiedlu domów jednorodzinnych. Mnie się marzy spokój i odludzie, a nie środek wsi. A domek wygląda mniej więcej tak:

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka...

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka…

Część kuchni

Część kuchni

Ogrooomna łazienka

Ogrooomna łazienka

Sypialnia

Sypialnia

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Komórka na coś tam :P

Komórka na coś tam 😛

Wnętrze stodoły

Wnętrze stodoły

Widok na "włości" od strony stodoły.

Widok na „włości” od strony stodoły.

Widok od strony końca parceli.

Widok od strony końca parceli.

Jedna z kilku jabłonek.

Jedna z kilku jabłonek.

4 Komentarze

Filed under nauka, recenzje, rolniczo, życie

Niczym majowy deszcz

30-04

Nic nie pisałam, bo nie miałam za bardzo na to czasu. Teraz też siedzę przy kompie, żeby wypić herbatę, a za chwilę już uciekam do przygotowań przedwyjazdowych. Czeka na mnie pierwszy (i zapewne ostatni) turniej rycerski w tym roku. Mam nadzieję się dobrze bawić i odpocząć na nim, żeby się doładować pozytywną energią na najbliższy czas.

A co do moich nieszczęść… tak mi przyszło do głowy (po przeczytaniu wpisu na blogu Kamphory z Podlasia), że może właśnie coś lub ktoś zaoszczędził nam tego samego rozczarowania z jakim spotkała się ona? Wszak dookoła Domu są pola. Nie odłogi, nie ugory, nie łąki, a pola, które ktoś uprawia. A żeby mieć dobre plony, będzie stosował opryski. I to tuż za miedzą!

Widok z okna na piętrze: po prawej przeorane pole, przed domem parcela chwilowo robiąca za łąkę. Po lewej (czego nie widać) kolejne pola czekające na siew.

Widok z okna na piętrze: po prawej przeorane pole, przed domem parcela chwilowo robiąca za łąkę. Po lewej (czego nie widać) kolejne pola czekające na siew.

I wtedy nasza sielska, czysta okolica mogła by się nagle stać komorą gazową. A wtedy co? Szukać nowego miejsca? Znów się przeprowadzać? Ponosić kolejne koszta?

Dobrze, że jeszcze nie weszliśmy w to finansowo, że nie wzięliśmy kredytu, nie zapożyczyliśmy się na poczet nowego miejsca zamieszkania, nie sprzedaliśmy naszego mieszkania, by pokryć wstępne zobowiązania… Ech, głupi, to ma chyba zawsze szczęście.

Nic, uciekam, bo krajka czeka na dokończenie, sznurki też się same nie uplotą ani rzeczy nie przygotują na wyjazd…

04-05

Turniej się udał. Przywieźliśmy (tu piszę, jako Najemna) ze sobą nagrodę za trzecie miejsce w turnieju łuczniczym, choć zupełnie się tego nie spodziewaliśmy ani nie liczyliśmy na takie wyróżnienie. A jednak – udało się! Gratulacje dla P.! Bo to on zajął owo miejsce na podium. Ja nie startowałam w żadnym turnieju. Miałam za zadanie siedzieć przy krośnie i ludzi dziwować. No i siedziałam i dziwowałam, dopóki nie zaczął padać rzęsisty deszcz, który zmusił nas do schowania wszystkich dziwów do namiotu. Za to na drugi dzień – ani kropli deszczu. I ani jednego ludzia, bo Jarmark trwa tylko 1 maja. Obiecuję, ze szerszą relację zamieszczę. Wraz ze zdjęciami. Jak tylko aparat wróci z banicji do domu, a ja się trochę doprowadzę do porządku.

Z turnieju za to przywlokłam sobie jakieś coś w mięśniach, co nie pozwala obrócić swobodnie głową ani podnieść prawej ręki. Nie jest już tak, jak na początku w sobotę, ale nadal nie jestem na tle mobilna, żeby wszystko poturniejowo ogarnąć. W robocie tez mnie nie uświadczą, niestety…

Nic, odklejam się od kompa, bo siedzenie mi trochę nie służy…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, prace ręczne, turnieje, życie

Domek nad Uroczyskiem

Dowiedziałam się, że Domek, na który ostrzyliśmy sobie zęby ponad rok temu, znów jest do kupienia. Nie wiem, co mam o tym myśleć. Finansowo, jak byliśmy pod kreską, tak nadal jesteśmy, ale zaczyna się wszystko jakoś tak prostować, więc może będzie szansa na ucieczkę na wieś?
Tylko pozostała do wyjaśnienia sprawa gruntu, znaczy działki, na której Domek stoi, bo co mapa z geodezji, to co innego pokazuje… może właśnie dlatego też tak szybko Domek znów jest wystawiony na sprzedaż?
Doprawdy, tak bardzo chciałabym się tam przeprowadzić, tylko na drodze stoją  – jak zwykle – finanse…
Kurczę… nie wiem…

Dodaj komentarz

Filed under życie

Myśli i zdarzenia zebrane

Trochę się obijam z wpisami, bo mimo siedzenia w domu, na brak zajęć narzekać nie mogę. Właśnie skończyłam prezent urodzinowy dla koleżanki. Mam nadzieję, że się jej przyda i będzie pasował. Pierwszy raz robiłam takie coś, ale wydaje się mi, że raczej wyszło. Pochwalę się, ale po imprezie, bo prezent przestałby być niespodzianką.
Pracuję nad zakończeniem torby pielgrzymiej i jestem już bliżej niż dalej – został do doszycia pasek, czyli już ostatnie ściegi. Oczywiście do tego typu rzeczy nie używam maszyn – wszystko robię ręcznie. Z palców płatami schodzi mi skóra. Trochę to irytujące uczucie, jak się drobniutkie skórki o wszystko zaczepiają. Najgorzej, jak się zaczepią o pończochy… „oczko” gotowe…
Potem się zajmę ubraniami dla Dollfek. Koleżanka użyczyła mi jedną ze swojej kolekcji. Eralyn jest bardzo wdzięczną modelką. Stroje będą wzorowane na średniowiecznych, jednak odstąpię od poprawności historycznej i skorzystam z maszyny do szycia oraz z mniej poprawnych historycznie materiałów. Ha! Czeka mnie wybebeszanie szaf, gdzie mam wszystko pochomikowane i sortowanie wedle przydatności do danego wzoru.
Jeśli chodzi o Domek… cóż, kiedy byliśmy na Hubertusie w zaprzyjaźnionym Gospodarstwie Agroturystycznym widziałam nowych właścicieli… czyli marzenia o tym właśnie lokum możemy odłożyć do segregatora z napisem „Niezrealizowane”. Jakoś do tej pory nie mogę się pozbierać do kupy… Wszystko jakieś takie mdłe się zrobiło i bezbarwne… Ech…
Dzięki pomocy moich bardzo kochanych znajomych bractwowych mogłam się przejechać w terenie konno.
 
Stroje akurat nie były obowiązkowe, ale skoro poproszono nas o pomoc w zorganizowaniu zabaw dla dzieciaków, to czemu by nie? Przy okazji się trochę polansowaliśmy i poszokowaliśmy co niektórych. Pogoda na szczęście dopisała, ale póki słońce świeciło, było niesamowicie ciepło. Kiedy się schowało za horyzontem, już przestało  być miło i przyjemnie. Ale wtedy najlepiej przydaje się kominek i buzujący w nim ogień.
Dzisiejsze święto spędziłam w domu. Owszem, miałam luźne plany z objazdem okolicznych, bliższych i dalszych cmentarzy, ale poranna mgła ostudziła nieco moje zapały. Pojadę kiedy indziej. Będzie mniej idiotów na drodze, mniejszy ścisk przy grobach. Jakoś nie tęsknię za tłumami.
Mimo upływu lat nadal nie umiem się oswoić z myślą o tym, że niektórych osób już nie ma wśród żywych i nigdy już nie będzie. Może w przyszłym życiu… Nie chce mi się wierzyć w ich brak tu i teraz, że oni są tam i kiedyś. Nawet dowód w postaci nagrobka i uczestniczenie w pogrzebie nie jest w stanie przekonać mój oporny mózg, że to właśnie się wzięło i wszystko skończyło, że dla tej osoby skończył się świat, jaki znała.
Cholera… nie wierzę… nie chcę…

Dodaj komentarz

Filed under konno, ogólnie, życie

Domek…

Domek nie znalazł właściciela.
Tak, TEN Domek. Na Uroczysku.
Widocznie pana Konkurenta odstraszyły (jak i nas) problemy z ustaleniem właścicieli gruntu. Teraz zdjęcie Domku wisi na tablicy ogłoszeń jednego z biur handlu nieruchomościami z ceną 130 tysięcy złotych… cena nie do osiągnięcia dla nas. Zwłaszcza, że wnętrze (co wyobrażam sobie z opowiadań Pani Właścicielki) wygląda, jak po wojnie, czyli wszystko do zrobienia, czyli jeszcze raz tyle na remont…
Ech…
Idę się pociąć szarym mydłem…

2 Komentarze

Filed under życie