Tag Archives: dom na wsi

Co to był za tydzień…?

Łomatko, co to był za tydzień…? Jeszcze teraz w głowie mi się kręci. Ze zmęczenia. A to jeszcze nie koniec maratonu i zastanawiam się, czy w ogóle dotrwam do jakiegoś wolnego weekendu? Bo praca po 10 – 11 godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu (wolne było w święto, bo market zamknęli) jest jeszcze ponad moje nadwątlone siły…

Wieści z działki – tylko z drugiej ręki. Słabo rośnie. Część warzyw nie wykiełkowała w ogóle, folię na tunel z ledwością udało się zamówić po normalnej cenie, na drzewach owoców ledwo na spróbowanie… przemroziło się wszystko w tym roku okropnie. Truskawki jednak dopisały, mamy już z pierwszych zbiorów prawie 7 kg. Już są zrobione kompoty, konfitury „dochodzą”, sok, ciasto i jeszcze litr napoju mleczno-truskawkowo-bananowego na dokładkę.

W domu…. bajzel… wiecie, jaki problem dostać worki do naszego nowego odkurzacza? Całe miasto zleźliśmy i… nie ma… a bez odkurzacza nie ma jak ogarnąć ptasich i psich resztek. Jak próbuję ogarnąć miotłą, to mam śnieżycę… przy tym i tak nie mam sił, żeby zrobić po pracy coś więcej niż tylko położyć się spać.

Jeśli chodzi o szukanie nowego miejsca we wszechświecie, to znów zaliczyliśmy porażkę… na OLXie znalazłam ogłoszenie o akuratnym domku na małej parceli w wiosce oddalonej od miasta o jedną stację PKP, czyli – rzut beretem. Umówiliśmy się na spotkanie z właścicielami na sobotę. Tak, na wczoraj. Nie pojechaliśmy. Nie było już po co… ktoś nas ubiegł i znów coś, co było na wyciągnięcie ręki poleciało w kosmos… nie wiem, ile takich roznieceń nadziei i kubła wody porażki jeszcze będę w stanie znieść, by jednak zrealizować marzenie o opuszczeniu tego wymierającego miasta, w którym oddycha się czystym, świeżym benzenem. Zwłaszcza nocami.

Powoli przestaję mieć ochotę na walkę z wiatrakami, która i tak niczego nie zmienia… pracy zmienić nie mogę, bo tu tylko monopolowy miałby rację bytu, a nie masażysta z umiejętnościami, czy rękodzielnik z nawet zapierającymi dech w piersiach dziełami. Miejsca zamieszkania zmienić też nie można, bo to takie zajefajne miasto do zamieszkania, że nikt kupować mieszkań tu nie chce. Ewentualnie może z łaski wynajmie… ratunku…?

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Gorący dzień z burzowym podtekstem

Rano w pracy nie było różowo. Zaczęło się od szukania kluczy do naszego pomieszczenia. Zajęło mi to pół godziny, zanim z pomocą innych wytropiłam, gdzie i kto je zostawił. Potem też nie było wcale lepiej… Marny początek tygodnia.

Miałam w planach pojechać na działkę zaraz po pracy, ale pogoniły mnie do domu burzowe chmury, które zasnuły całe niebo. Jak na złość, wszystkie chmury zostały rozproszone w trakcie mojej drogi powrotnej i wyszło słońce. Kolejny raz się wkurzyłam… no taki nie taki ten dzień wyszedł.

Konfitury zaczynają gęstnieć po dzisiejszym, drugim gotowaniu. Słoiki z syropem wiśniowym ładnie zassały, będzie idealny do słodzenia herbaty w zimie. Co prawda po wygotowaniu witamin mało tam już zostało, ale zawsze to lepsze niż sam cukier. Konfitury wyszły mi znów słodziutkie, choć nie dawałam zbyt dużo cukru. Nie przepadam za bardzo słodkimi przetworami, a jednak takie mi wychodzą. Za to ćwikła ma zawsze za mało chrzanu, choć daję go o wiele więcej, niż jest zalecane w przepisie. No jakoś nie mam ręki chyba do tego typu rzeczy. 😉

Zaczyna się znów chmurzyć… może w nocy deszcz znów lunie? Znów zrobi się chłodno i rześko… Zawsze to lepiej się mieszkanie wychłodzi przed kolejnym upalnym dniem.

Byliśmy oglądać dom w Zakrzowie i nadal nie wiem, czy warto się wkręcać w jego remont, a raczej dokończenie zaczętego przez obecnych właścicieli. Do zrobienia jest część dachu, cały strych (adaptacja na poddasze mieszkalne) i elewacja z ociepleniem… tereny za to są przecudne i sielskie: lasy, łąki, pagórki… ech… trudna decyzja… jeśli ktoś chciałby pomóc w jej podjęciu, zapraszam na fejsbukową stronę: Miejsce poza czasem. Każda wskazówka jest dla nas cenna i za każdą serdecznie dziękujemy.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, praca zawodowa, rolniczo

(Nie) Leniwy poniedziałek

Wiśnie się przerabiają na konfitury. Przy okazji, całkiem przypadkiem wyszły trzy średnie słoiki syropu wiśniowego. Pralka pierze, zmywarka zmywa, a ja się zastanawiam, na co mam czas…? Bo za niedługo jedziemy oglądać kolejny dom. A że będziemy się wlec środkami transportu masowego, toteż trzeba nam na podróż poświęcić więcej czasu, niż jakbyśmy jechali własnym samochodem. Wezmę aparat i porobię zdjęcia z „natury”. Na pewno relację zdam na naszej stronie na fejsbuku. Tylko musimy stamtąd wrócić. Ale PKSy jeżdżą dość często, więc nie będzie to dużym kłopotem przewieźć się w tę i z powrotem. Trochę się denerwuję tym, co tam zobaczę…

A miałam się dziś zadziałkować, wiśnie zebrać do końca, cukinie i ogórki też. I wyplewić chaszcze. I przyciąć winogron… cóż, jutro też jest dzień i mam nadzieję, że nie będzie miał pogody w kratkę, jak ten dzisiejszy: raz słońce, raz deszcz. Pomidory zaczynają się już czerwienić, więc za niedługo będzie jeszcze więcej jedzenia i warzyw do przerobienia na przetwory na zimę. Szkoda, że mam tylko dwa wielkie gary, bo by się jeszcze dwa przydały. Bym wtedy „jechała” na cztery „fajerki”. No ale… idzie trochę wolniej, jednak zawsze do przodu.

A na działce takie cuda (część z nich, zdecydowanie mniejsza):

Pomidor Ogórek gruntowy Cukinia Winogrona

Papużki dostały działkowej rzodkiewki i posmakowała im. Długo mymlały kawałki warzywa w dziobach. I żaden jeszcze nie trafił na podłogę. Zabawa w „spadło” dotyczy tylko tych niedobrych rzeczy, które niekiedy się pojawiają na tacce. Ogólnie, to są dość ospałe, więc za niedługo należy się spodziewać kolejnego deszczu. Agatka też nie wrzeszczy teraz, choć wcześniej i skrzeczała, i nawoływała stado, ile tylko miała sił w dziobku. Teraz przysypiają wszystkie i tylko coś tam któraś pobzyczy pod woskówką.

Idę się przygotować do podróży, bo za chwilę należałoby wyjść i przeturlać się autobusami na miejsce spotkania.

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, papużki, podróże, rolniczo

Pucu, pucu, chlastu, chalstu…

Jako że mam trochę więcej wolnych godzin po pracy, niż do tej pory, stwierdziłam, że najwyższy czas trochę ogarnąć pracownię, bo tam się już dość ciasno zaczęło robić: skrzynki z narzędziami, z gotowymi już przedmiotami, pudła, kartony i inne takie stały sobie na podłodze ustawione w wieżyce i robiły wrażenie siedzenia na walizkach. A przecież jeszcze na nich nie siedzimy. Tak więc nasze stroje średniowieczne powędrowały do worów próżniowych, skrzynie do szaf, narzędzia na półki. I od razu zrobiło się przestronniej.

Miałam w planach się wybrać na działkę po pozostałe na drzewie wiśnie, ale jakoś nie byłam w stanie. Czuję się cały czas zmęczona. Obojętnie ile bym nie spała, i tak czuję niedosyt. Nie mam pojęcia, czy się coś przyplątało (np. anemia – tfu, tfu), czy wszystkie kłopoty nie pozwalają mi na odpoczynek, kotłując się gdzieś tam w „tyle głowy”? Nie mam fioletowego pojęcia. Ale podobno wracają ciepłe dni, więc nie będę musiała się bać, że jeśli zaplanuję sobie dany dzień na działce, to będzie pochmurno, deszczowo i zimno. A myślę się tam wybrać po sobotniej szychcie. I w niedzielę przed ostatnią zmianą. Trzeba też i pod tunelem podlać pomidory i papryczki. Ciekawe, czy któreś się już zaczerwieniły?

Nadal zapraszam chętnych na masaż klasyczny, do umawiania się na spotkania. Dojadę, wymasuję, o nic nie trzeba się martwić. O szczegółach można poczytać na -> TEJ <- stronie.

Proszę też o pomoc w przeprowadzce. Nie trzeba wpłacać żadnych pieniędzy i wspierać finansowo, starczy „cynk” o domu z dużą działką w okolicy, który nadaje się do zamieszkania dla pięciu osób (trzech starszych, w tym jedna niepełnosprawna i dwu młodszych) lub/i udostępnienie fanpejdża na swojej tablicy. A o czym dokładnie myślimy, można poczytać na fejsbukowej stronie, założonej specjalnie na tę okazję. Z góry dziękuję za wszelką pomoc.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

W poszukiwaniu nadchodzącego czasu…

14-07

Odwiedzili nas dziś znajomi, z którymi dotąd mamy kontakt tylko przez internet i telefon. Szkoda tylko, że tak bardzo krótko mogli być, bo przejeżdżali tylko przez nasze miasto. No, może „przejeżdżali przez” to za dużo powiedziane. „Przejeżdżali obok” byłoby bardziej dokładnym określeniem. Dlatego też wczoraj zabrałam się za porządki i zachciało mi się odkurzyć podłogę też za kanapą. Zrealizowałam swój pomysł, a gdy przesuwałam mebel na miejsce, który się zablokował na wykładzinie, nadwerężyłam sobie kolano. Coś tak mi w nim przeskoczyło, że wyłam na głos (się sąsiedzi nasłuchali!), a w oczach pokazały się konstelacje. Przez dobrą godzinę nie mogłam w ogóle stanąć na tej nodze, choć ruszać mogłam nią bez bólu, kiedy nie była obciążona. No i sprzątanie nie miało już sensu, bo każde stąpnięcie na lewą nogę owocowało przeszywającym bólem. Cóż, maść w dłoń, trochę masażu na wieczór, a jutro stabilizator i robimy za cyborga. Oby tylko nie trzeba było za nikim biegać w pracy, bo na pewno nie dam rady. Nie w służbowych butach na obcasie…
Jednak popołudnie spędzone w doborowym towarzystwie A. i O. oraz ich dzieci, które są ewenementem, bo rzadko się zdarzają takie grzeczne, rozumne i tak samodzielne w takim wieku. Doprawdy, jestem pełna podziwu dla ich pracy przy wychowywaniu już trójki maluchów. Rzadko kiedy spotyka się tak odpowiedzialnych i mądrych rodziców. I nie słodzę dlatego, że są moimi znajomymi, bo to nie ma znaczenia, że uwielbiam dzieci, bo tak po prawdzie wyznaję zasadę, że dzieci mogą być, byle z dala ode mnie, tylko oceniam faktyczny stan rzeczy. Oni naprawdę ogarniają tę trójkę bez większego trudu i zmęczenia, bo wpoili maluchom zasady, których nie pozwalają złamać pod żadnym pozorem i tak na przykład chłopcy, choćby ganiali się bez tchu i opamiętania po chodniku, jak tylko znajdą się w pobliżu ulicy, zatrzymują się tuż przed krawężnikiem. Bez upominania, bez krzyków, bez paniki. Ot, stają i czekają na rodziców, żeby podać rękę i bezpiecznie pod opieką dorosłego przejść przez jezdnię. No i, skubańce, zaakceptowały moją osobę, która nie dawała żadnych sygnałów, mogących zachęcić ich do tego. Ba! Wręcz przeciwnie: unikałam kontaktu, jak tylko mogłam, choć nie byłam opryskliwa i nieuprzejma, bo na to nie pozwala mi moje wychowanie. Cóż, to nie są normalne dzieci, co to, to nie! 😀

A. i O. dziękuję za wizytę, życzę świetnych wakacji i liczę na powtórkę.

15-07

Poszukiwania nowego domu trwają. Wiem, że nie odbędzie się to natychmiast: dziś mieszkanie, jutro dom, ale i tak się już bardzo niecierpliwię. Gdyby udało się nam kupić ten cudny dom w Jakubowicach, już o nic nie musielibyśmy się martwić. I nikt by nie wyklinał mnie od czarnej owcy w rodzinie, bo nie zabrałam chorej mamy do siebie, nie zwolniłam się z pracy (na umowie zleceniu nie przysługuje mi urlop) i nie otoczyłam jej opieką, tylko zostawiłam (po rozmowie i długim namyśle z innymi członkami najbliższej rodziny) w domu opieki (czyli przytułku, jak mawia dalsza rodzina). Bardzo chciałabym opiekować się mamą codziennie, ale jest parę „ale”:

  • nie znam się na opiece osobą sparaliżowaną;
  • nie mam wystarczającej wiedzy, by przeprowadzić odpowiednią rehabilitację;
  • nie zmieszczę łóżka rehabilitacyjnego ani nawet wózka inwalidzkiego w swoim wielkim, 45m2 mieszkaniu;
  • nie wtargam mamy na 4 piętro (nie mam tu windy, bo to stara kamienica);
  • nawet jeśli wtargam, zrobię miejsce dla łóżka, to mama będzie zamknięta w mieszkaniu i nie wyjdzie na żadne spacery;
  • w razie problemów (pogorszenie stanu zdrowia) karetka z lekarzem (albo i bez) przyjedzie, kiedy będzie mogła (albo w ogóle), bo wzywana jest przez osobę prywatną.

Dlatego tak bardzo zależy nam na przeprowadzce na wieś, gdzie będę mogła na parterze odpowiednio przygotować dla mamy lokum, w międzyczasie się podszkolić w zakresie opieki i rehabilitacji (czytam dostępne w sieci materiały, ale wciąż mi za mało, żeby zrozumieć wszystko i nie być zaskakiwaną na każdym kroku) i przejąć opiekę nad mamą już w pełni. Nadal pozostaje problem karetki, która w mieście ma problem, żeby zdążyć, czy w ogóle wyjechać, a co dopiero na wsi… tyle że wtedy to będzie tylko jeden minus z wymienionych powyżej. Tylko jeden. Który niekoniecznie musi się zdarzyć.

Proszę zatem o pomoc w znalezieniu dobrego miejsca. Szczegóły można znaleźć tu, na -> FEJSBUKOWEJ STRONIE <-. Z góry serdecznie dziękuję.

6 komentarzy

Filed under domowo, życie

Pachnąca konfiturami kuchnia…

06-07

Konfitury porzeczkowe się robią. Mimo okrutnego upału, jaki jest na zewnątrz. Wewnątrz mieszkania da się jeszcze wytrzymać. Zwłaszcza, kiedy otworzy się wieczorem wszystkie okna. Nad porzeczkami zerwanymi przez Z. męczyłam się ponad półtorej godziny. Musiałam każdą kuleczkę obejrzeć, żeby sprawdzić, czy nie ma na niej szypułki. A było tego nieco ponad 1,5 kg, czyli naprawdę niewiele, a stania – aż nogi uszami wychodziły. Za to podarowane porzeczki (G. dostał od znajomego całą mniejszą reklamówkę) obrałam w nieco ponad pół godziny. A było tego dwa i pół kilo. Tak to wygląda robota, kiedy ma się nieodpowiednio zerwane porzeczki.

Będę miała dziś chyba zarwaną nockę, bo konfitury trzeba co parę godzin gotować ponownie. A jutro do pracy… oj, będzie ciężko…

08-07

Zapowiada się ciężki weekend. Piątek zabierze mi praca od świtu do nocy, za całe 8 zł za przepracowaną godzinę. Na szczęście będę dzielić trudy i znoje w doborowym towarzystwie. Będzie ciężko, ale wesoło.
Mój rower w końcu po dwóch dekadach otrzymał nową tylną dętkę. Zawsze puszczała powietrze, ale wczoraj już nie dała rady wytrzymać więcej. Rano dojechałam do pracy na dwa razy, bo w połowie drogi musiałam dopompować flaka, bo już jechałam na feldze. Za to po południu już nie dało rady nic zrobić. Wentyl się zapchał, koło puste, bez powietrza. Wracałam pieszo, prowadząc rower. Upał dał się we znaki tak, że kiedy przyszłam do domu, nie mogłam zdjąć koszuli, bo się mi do skóry przykleiła.

Papużki dostają w najgorętsze dni „kompiółkę” z chłodną wodą z czego się cieszą i używają do woli. Pieseł dostaje w ręczniku lód, by się mogła położyć na nim i trochę schłodzić w tych upałach. A my? My sobie wyśmienicie radzimy. Od czasu do czasu wspomagając czymś zimnym. Na przykład prysznicem.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. Zwłaszcza cukinie. Mamy dużo rzodkiewki, którą możemy się podzielić. Póki nie pójdzie do słoików w marynatę. Także proszę się spieszyć z zamówieniami. Na jesień też planujemy je mieć, więc będzie drugi rzut dla tych, co się nie załapali teraz. Nic straconego.

Sałata się też szykuje do zbioru, więc o nią też można prosić. Ile damy radę, tyle się podzielimy.

Wiśnie nam trochę burza obtłukła. Burza przyszła nad ranem: wiatr przyginał drzewa niemal do samej ziemi, targał naszymi oknami, otwartymi na oścież, by się mieszkanie trochę przez noc schłodziło. Chcąc nie chcąc musieliśmy wszystkie pozamykać na głucho. I od razu zrobiło się duszno. Ale przynajmniej nam nie napadało do środka. Cały dzień teraz pada. Z przerwami. Wiśni obrywać w taką pogodę nie pojedziemy, bo nie ma to sensu. Chwila przerwy między deszczem jest zbyt krótka, by oberwać na raz wszystkie owoce. Przy tym zrywane w deszczu będą gnić. I to bardzo szybko.

Teraz czeka mnie jeszcze obrobienie rzodkiewek, czarnych porzeczek i kalarep. Dwóch kalarep jak na razie. Z których jedna waży dokładnie 1,162 kg, a druga 0,801 kg. Maleństwa, prawda?

12-07

Wróciłam. Wykończona, zmęczona i prawie nieprzytomna. Wizyta w rodzinnym domu, odwiedziny chorej mamy w domu opieki, potem powrót niemal prosto do pracy i siedzenie do godziny dwudziestej drugiej. W domu dopiero byłam w okolicy godziny jedenastej w nocy. I najgorsze było to, że nie potrafiłam zasnąć. Byłam tak nakręcona, że nawet nudne „klikacze” nie były w stanie wywołać u mnie senności. Dobrze, że w poniedziałek mam chwilę wytchnienia od pracy zarobkowej. Będę sprzątać i robić kolejne przetwory. Sezon słoikowy w pełni, więc nie ma wybacz…

I tak na koniec mała prośba do czytelników: proszę zerknąć na fejsbukową stronę i pomóc nam przenieść się na wioskę. Rzecz jest już dość paląca, niestety, dlatego zdecydowaliśmy się na taki desperacki krok. Z góry dziękuję za choćby udostępnienie strony, czy zaproszenie do polubienia jej swoich znajomych, którzy mogliby coś wiedzieć nt. domów na wsi przeznaczonych na sprzedaż lub wymianę. Z góry serdecznie dziękuję.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, rolniczo

Żyję egzaminami i nauką… i wsią…

20-05

Zarobiona jestem po same ślepia… zwłaszcza, że egzaminy mam dwa już w ten weekend. A na razie jestem zielona, jak trawka. Pamiętam tylko to, co było na zajęciach i co mam w notatkach, a muszę jeszcze sięgnąć głębiej w podaną „literaturę”. Strasznie się obawiam, że nie podołam temu i zawalę po całości…

W poniedziałek ostatni raz widzieli mnie na działce. Udało mi się wykarczować jeden rząd drugiego warzywnika z perzu. Czemu tak mało? Ano, bo polazłam po południu, po robocie i perzu jest w ziemi od zakitrania. Kłącze na kłączu, kłączem poganiane. Miałam nadzieję, że w tym roku będzie tego tałatajstwa mniej, ale gdzie tam! Mnoży się to to wykładniczo chyba, a na pewno na potęgę. I to nie Posępnego Czerpu… if you know what I mean 😉 Zaraz po karczowaniu posiałam skorzonerę, cukinię i pasternak. Ten ostatni staje się powoli moim ulubionym warzywem. Bardzo pasuje mi jego smak, aż się zastanawiam, co ja jadłam, kiedy pasternaka nie znałam?

Wtorek spędziłam w połowie w pracy i w połowie nad notatkami i materiałami, i książkami. Kiedy się jest zmęczonym, wiedza nie chce włazić do łba tak szybko, jakby się tego chciało. A potrzebuję, żeby szybko tam właziła i się mocno zagnieździła, bo zależy mi na dobrych, a nawet bardzo dobrych ocenach. Trzeba w końcu stanąć na wysokości zadania i skoro uważają mnie za kujona, to trzeba tę opinię utrzymać, czyż nie? 😉 A tak po prawdzie, to chcę, by to wszystko, czego się uczę trzymało się w mojej głowie od początku nauki po kres moich dni. Po prostu zależy mi na jak najlepszym przygotowaniu się do tego zawodu. Bo to takie moje małe marzenie móc pomagać ludziom i mieć wiedzę oraz umiejętności, by pomoc nie zaszkodziła.

Dzisiejszy dzień w robocie miał być (wg grafiku) spokojny, lekki i krótki. Niestety, zmieniono plan w ostatniej chwili i wylądowałam znów przy ciężkiej, fizycznej pracy na siedem godzin. Na zarobek nie narzekam, bo jest najwyższy, na jaki mogę liczyć w obecnej sytuacji, a że robota ciężka, to już insza inszość. No i udało mi się trafić okazję: kieckę do Belly Dance w idealnym stanie (zdeczko za długa, ale nie przeszkadza to w ogóle w ruchach, już próbowałam) i angielsko języczną wersję Wolnych Ciutludzi!

A w domu? Ot, zrobiłam o wiele mniej, niż miałam w planach. Na szczęście udało mi się jeszcze napisać jedną pracę zaliczeniową. Nad drugą posiedzę jutro. Chyba nikt nie będzie mnie gdziekolwiek wyciągał? Pogoda jest typowo barowa, więc nie mam wyrzutów sumienia, że mnie na działce nie widać, że nie robię dalej tego, co powinno być już dawno zrobione, a przez zimno stało sobie i czekało na lepsze czasy. Plony będą spóźnione, ale będą. A skoro dorobiliśmy się zamrażalki, to teraz nie muszę się przejmować, gdzie ja to wszystko powciskam. A tak papużki reagują na porcję zieleniny, którą im z działki przytacham:

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Ech, najwyższy czas iść spać.

22-05

Zapomniałam napisać, że we wtorek kochany, naprawdę kochany Pan Kurier wtargał mi na samą górę, do mieszkania pakę ze środkami czystości, jaką zamówiłam sobie w firmie Clovin. Będę testować, czy opinie, jakie czytałam o tych proszkach, mydłach i płynach nie są przesadzone. Bo jeśli nie są, to mam nieograniczony dostęp do tanich, a dobrych środków. Na przykład takie piętnasto-kilogramowe opakowanie proszku do prania kosztowało mnie ledwo 35 zł, a pięć litrów mydła w płynie – zaledwie 10 zł.

Mydło ma bardzo przyjemny, niezbyt intensywny zapach, co mi odpowiada, bo nie lubię przeperfumowanych. Dłonie nie są tak wysuszone po nim, jak po mydle w kostce. Co prawda nie można z niego narobić mnóstwa piany, ale jest bardzo wydajne, mimo, że konsystencja nie jest gęsta, jak w przypadku mydeł dostępnych w sklepach. Co do reszty produktów (a nakupiłam ich trochę, bo chodziło mi o darmową przesyłkę, którą kupujący otrzymuje po przekroczeniu 65 zł w zamówieniu) będę pisać, kiedy już je wypróbuję.

G. kupił w prezencie przeszkadzajkę. Dla mnie. Wiedźmina kupił. Tego z Dzikim Gonem. Nie dość, że Skyrim mnie ciągnie, że ciągną świeżo zakupione książki, o których wspomniałam wcześniej, to jeszcze Wiedźmin. Wczoraj po nauce siadłam na jakąś godzinkę, żeby zobaczyć, czy w ogóle się da w to grać. Wcześniej G. doglądał instalacji, bo ja chciałam zrobić wszystko, co zaplanowałam przy nauce, bez odrywania się i tracenia koncentracji. Dostałam na zachętę płytę z muzyką do posłuchania i robiłam swoje. A potem, w nagrodę, mogłam przejść kawałek świata. Jak na razie, to wygląda to, bardziej dla mnie, jak Gothic niż Skyrim – jeśli chodzi o rodzaj gry. W Skyrimie mogę sobie robić, co chcę, błądzić po wszelkich lokacjach, odnajdywać ukryte skarby i jaskinie, za to w Wiedźminie na razie idę, jak po sznurku. Dokładnie tak samo grało mi się w Gothica. I nie, jest to dla mnie gorsze lub lepsze. Stwierdzam tylko fakt, że na razie Wiedźmin z otwartym światem ma mało wspólnego, jeśli przyrównać go do Skyrima. W sumie wiele nie pograłam, bo co to jest godzina spędzona w nierealnym świecie? Ledwo się samouczek skończyło i rozpoczęło pierwszą misję główną. Będę wrzucać swoje odczucia co do Wiedźmina, jak sobie na niego pozwolę po wykonaniu zaplanowanych zadań.

Dostałam też potwierdzenie zgłoszenia na 18. Wystawę Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko – Czeskiego. Byłam na ubiegłorocznej edycji na tzw. doczepkę z (wtedy jeszcze) Made by Hands (obecnie Łaszki) i bardzo mi się tam spodobało. Dlatego w tym roku jadę jako ja. Będę pokazywać przędzenie, tkanie i występować w średniowiecznym stroju. O, tak sobie wymyśliłam. Relację z długiego weekendu rzemieślniczego na Wystawie zapewne zamieszczę na blogu rzemieślniczym. Tak będzie bardziej tematycznie.

Jeszcze spotkałam się z Różową Mamcią Miesiąca na poczcie. Naprawdę, niektórym ludziom powinni zakazać rozmnażania się i zakaz ten poprzeć permanentną sterylizacją, żeby nie pogłębiać bezmózgowia i pustactwa w społeczeństwie. Otóż RMM rozmawia sobie z jakimś „menem”. Wewnątrz urzędu pocztowego. Nie załatwiała żadnych spraw. Stoi i gada. Młodsze dziecko grzecznie śpi w wózeczku (za co mu chwała i cześć niechaj będzie), a starsze, płci żeńskiej pozostawione samopas grzecznie przyssało się do maszynki robiącej… nie, nie „ping”, a karteczki z numerkami. Nabrało tego śmiecia już w dwie piąstki, automat informujący o kolejnych wolnych numerach, jakie mogą udać się do danego okienka już zachrypł od ilości powiadomień następujących jedno po drugim, ale RMM ani myśli cokolwiek z tym zrobić. Ona ROZMAWIA. Grzecznie więc zwróciłam małej uwagę, że ta maszynka, to nie zabawka i nie powinna się nią bawić, a raczej w łapki wziąć swoją lalę, a nie stertę papierków z nadrukiem. Na co RMM się poczuła do roli kwoki i naskoczyła na mnie ze słowami: „Czy masz jakiś problem?”. No pacz, znamy się? Oj, moja słaba pamięć! Na co z progu odparłam: „Tak, z panią”. RMM coś tam jeszcze pomarudziła, ale nie mam pojęcia, co bo przez zamknięte drzwi nie było słychać, a z ruchu ubabranych różową szmineczką ust nie chciało mi się czytać. Co ciekawe, RMM i jej „men” oraz parka pomniejszych kopii ewakuowali się z urzędu pocztowego zaraz po tym zajściu. Być może do mojej reakcji dołączyły się panie z okienek, którym już głowy puchły od komunikatów „Numer sto dwadzieścia trzy, okienko de”, „Numer sto dwadzieścia cztery, okienko a” i tak w koło Macieju… Naprawdę, ludzie mają problemy z ogarnięciem rzeczywistości. I to tej najbliższej…

A co poza tym? Ano siedzę i się uczę. Wiedza trochę opornie idzie do głowy, ale mam nadzieję, że uda mi się zdać oba egzaminy na jak najwyższą ocenę. Boję się, że nie podołam, że dostanę takie pytania, o których nie będę mogła się w ogóle wypowiedzieć… najgorszy będzie dla mnie zawód. Bo zawiodę samą siebie, bliskich, znajomych i samych wykładowców. Nic to, czas porzucić komputer i zająć się przyswajaniem wiedzy…

24-05

Egzaminy zaliczone na 5 i 4. Czekam na wieści, czy dorzucą nam następne na koniec tego semestru. Zobaczymy. Na razie mam trochę wolnego od intensywnej nauki.

Wczoraj (w sobotę) pojechaliśmy popatrzeć na kolejny domek, w którym moglibyśmy się osiedlić. Niestety, pierwszy zgrzyt to to, że tuż przy nim biegnie dość ruchliwa, główna droga. Drugi zgrzyt – miniaturowe podwórko (choć ziemi 24 ary). Trzeci – wścibskie i chamskie sąsiedztwo. Co na plus? Ano, wyremontowany dom wewnątrz, od razu można się wprowadzić i mieszkać, a potem zrobić dachówki. Jest prąd, woda, łącze telefoniczne, kanalizacja. Na posesji stoi wielgachna stodoła, zajmująca całą szerokość wąskiej parceli, przez którą można przejść na drugą stronę, gdzie jest reszta gruntów. Sama trawa i trawa, a przy drugiej drodze, na samym końcu parę jabłonek. Przy zwiedzaniu strychu dostałam solidnie belką stropową w łeb… myślałam, ze schyliłam się wystarczająco nisko. Niestety… aż zadzwoniły zęby, a w oczach pojawiły mi się świeczki. Teraz mogę grać żeńską wersję Harry’ego Pottera. Gdybyśmy się na niego zdecydowali, mielibyśmy do zrobienia dach, bo dachówki się sypią, jak płatki wiśni w czasie jej święta i izolację murów i fundamentów od gruntu, bo strasznie mokro w piwniczce, a i mury wyglądają na lekko podsiąknięte. Aleśmy się nie zdecydowali. Nie po to chcę się wynieść na wieś, by mieć więcej ruchu kołowego (włącznie z lawetami, ciężarówkami, autobusami i stadem samochodów) tuż pod oknami niż mam obecnie, mieszkając w mieście. A gdybym chciała podglądać sąsiadów i być przez nich podglądaną, to bym szukała domku na osiedlu domów jednorodzinnych. Mnie się marzy spokój i odludzie, a nie środek wsi. A domek wygląda mniej więcej tak:

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka...

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka…

Część kuchni

Część kuchni

Ogrooomna łazienka

Ogrooomna łazienka

Sypialnia

Sypialnia

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Komórka na coś tam :P

Komórka na coś tam 😛

Wnętrze stodoły

Wnętrze stodoły

Widok na "włości" od strony stodoły.

Widok na „włości” od strony stodoły.

Widok od strony końca parceli.

Widok od strony końca parceli.

Jedna z kilku jabłonek.

Jedna z kilku jabłonek.

4 komentarze

Filed under nauka, recenzje, rolniczo, życie