Tag Archives: Chico

Schyłek lata

Już czuć powiewy jesieni w powietrzu. Sikorki podzwaniają na chłody, ale jeszcze tak nieśmiało, delikatnie i niepewnie. Na działce już zbieramy plony, których z dnia na dzień jest coraz więcej. I coraz więcej jest pól, które nie rodzą już nic, bo ich czas już minął. Kwiaty też już pousychały i czekają na wycięcie. Ot, za chwilę nic nie będzie już do roboty na polu, trzeba będzie się zająć robotą w domu.

Trochę szkoda, bo nie nacieszyłam się latem, jak kiedyś. Prawdopodobnie dlatego, że nie byłam na żadnym turnieju w tym sezonie. No i nigdzie nie wyjeżdżałam. Taki to trochę biedny rok się zrobił…

Zapasy na zimę powoli się robią i chyba będę musiała wykorzystać działkową lodówkę, żeby mi się pomieściły wszystkie mrożonki, bo słoiki nawet w mieszkaniu sobie poradzą. Tylko muszę zrobić dla nich trochę miejsca. I zadekować się na dłużej w kuchni.

Kukuł trafił dziś do wolierki i wydaje się być zadowolony z tej odrobiny miejsca, którą ma do latania. Nie jest to cały pokój, ale zawsze ma możliwość rozwinięcia skrzydeł i postraszenia falistych. Już znalazł, gdzie się można posilić ziarnem, więc będą z niego ludzie. No i zaliczył już drapanko po głowie od Roku. Chico oczywiście ma nowego w nosie.

Motek za to daje upust swojej niespożytej energii, którą czerpie z działkowej trawy i naci pietruszki oraz marchwi. Uczy się korzystać z kuwety i tylko kilka bobków ląduje poza nią już teraz. Kiedy zaś biega po pokoju, nie zrobi nic na dywan. Mądry królik. A przy czesaniu jest istnym aniołkiem: cierpliwie czeka, aż wyczeszę wszystkie kłaczki do końca. Tylko łapki i podgardle sprawiają nam jeszcze małe problemy. Ale to wszystko jeszcze do nadrobienia. Żałuję, że nie mamy kojca, ani z czego go zrobić, ani kupić, bo wtedy Motek mógłby paść się na trawniku, gdy my byśmy sobie pracowali. A trawa naprawdę gęsta wyrosła i soczysta.

Motek wtruszcza natkę

Motek wtruszcza natkę

Moja miska...

Moja miska…

krolik06

Się wyleguję

Się wyleguję

A wracając do działki… dziś już zerwaliśmy dynię. Jedną jedyną, ale za to wielgachną.

Dynia o średnicy 123 cm

Dynia o średnicy 123 cm

Ciężka bestia, ale idzie unieść... na krótko :P

Ciężka bestia, ale idzie unieść… na krótko 😛

Kończą się powoli brokuły, kalarepy już dawno zostały zebrane, ogórki się też już skończyły. Pomidory za to zaczynają „boom”.

Maleńkie pomidorki ze stareńkich nasion. Żółciutkie i nadzwyczaj słodkie.

Maleńkie pomidorki ze stareńkich nasion. Żółciutkie i nadzwyczaj słodkie.

Zbieram je i kolekcjonuję na przecier. Muszę zrobić w tym roku duży zapas, żeby starczył aż do kolejnego sezonu pomidorowego. Kapusty powoli szykują się do zbiorów. Mam nadzieję, że uda mi się ukisić trochę na bożonarodzeniowy bigos…

Kukurydzki już też zostały zebrane. Maleńkie te kolby wyrosły, ale mam nadzieję, że są dobre. Wyglądają apetycznie. Może i ptakom posmakują? Kopru, znaczy nasion jest naprawdę mnóstwo. Kolendry też, więc jakby ktoś potrzebował, to mogę podesłać trochę. Tylko muszę obrać je z łusek, nim mysz się do nich dobierze. No i pietruszkę, co pod folią zakwitła, przekwitła i ma już nasiona trzeba z koszyczków obrać. Potem rukolę i rzodkiewkę obrać z nasion i chyba możemy zaczynać jesienne przekopywanie i sianie poplonu. Ugór też trzeba będzie przed jesienią obrobić, nawieźć, przekopać, zasiać poplon i jeszcze raz przekopać. A potem na wiosnę będziemy siać, siać, siać… a potem znów zbierać. Jesienią.

Winorośl już grubsza przycięta

Winorośl już grubsza przycięta

Winogronka dojrzewające w słońcu

Winogronka dojrzewające w słońcu

Słonecznik w całej swej krasie

Słonecznik w całej swej krasie

Stadko słoneczników

Stadko słoneczników

Kukurydzki gotowe do zbioru

Kukurydzki gotowe do zbioru

Winorośl prowadzimy też na dalszą część ściany, by zakryła te nieszczęsne deski. A przy okazji może da jeszcze więcej owoców?

Winorośl prowadzimy też na dalszą część ściany, by zakryła te nieszczęsne deski. A przy okazji może da jeszcze więcej owoców?

Winogrona - żeby nie było, że jest ich mało ;)

Winogrona – żeby nie było, że jest ich mało 😉

Kapusta włoska wygląda dostojnie na grządce.

Kapusta włoska wygląda dostojnie na grządce.

Czy to dalia?

Czy to dalia?

Poza działką też się dzieje… 14 września z Najemną Kompanią Grodu Koźle daję pokaz, gdzie będziemy inscenizować legendę kozielską. Mamy już tak mało czasu na przygotowania, że bardzo obawiam się, jak to wszystko nam wyjdzie. Co prawda w tym samym czasie odbywa się Bitwa o Twierdzę, która zgarnie chyba wszystkich zainteresowanych historią, nam pozostawiając jedynie tylko jedynie tych, co nie będą w stanie na Wyspę dotrzeć. No cóż, to już nie nasz problem, ile osób będzie nas oglądać. Musimy tylko stanąć na wysokości zadania i wszystko przygotować, jak najbliżej perfekcji.

Być może 18 września będę miała mini pokaz w Miejskiej Bibliotece Publicznej, gdzie zaprezentuję dzieciom, jak wyglądała praca prządki i tkaczki w średniowieczu. Byłoby to uzupełnienie imprezy zorganizowanej w tym dniu na temat życia w średniowiecznym mieście. Będę musiała trochę runa naczesać, żeby było z czego prząść także na Dniu Przędzenia w Miejscach Publicznych, który chciałabym zorganizować po raz pierwszy w naszym mieście. Tylko nie wiem jeszcze, gdzie bym mogła ów Dzień urządzić. Myślałam o pobliskim parku, ale jeśli pogoda nie dopisze, bez zadaszenia się nie obejdzie. Do 21 września jest jeszcze odrobinka czasu…

I jeszcze raz bardzo zachęcam do oddawania głosu na moje opowiadanie pt. „Mała niedyspozycja”. http://chomikuj.pl/konkurs_literacki/zgloszenia

Z góry serdecznie dziękuję.

Reklamy

6 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, króliki, kuchennie, papużki, pisarstwo, prace ręczne, zaokienne życie

Weekend na działce

Cały weekend (oprócz nocy) spędziliśmy sobie na działce. A tak dokładnie, to całą sobotę i pół niedzieli. Tę popołudniową połowę. W sobotę zabraliśmy ze sobą Chico. Czemu? Bo ma niekiedy problemy z utrzymaniem się na gałęzi, zwłaszcza, gdy zaczyna się kłócić z pozostałymi nimfami. A kiedy spadnie, to najczęściej tak nieszczęśliwie, że nie potrafi się podnieść z pleców na nogi. To pojechał z nami tak na wszelki wypadek.

Truskawki się przyjęły. Po solidnym nawodnieniu grządek, podniosły liście i wyglądają teraz, jak prawdziwe truskawki, a nie zdechlaczki.  Rzodkiewki wyrosły nad podziw. Są takie wielkie, jak z marketu, ale na pewno nie napompowane chemią, bo wyhodowane na łajnie. Sałata mocno się stara i rośnie, jak na drożdżach, tak samo, jak koperek.

Bluszcze ładnie wyglądają, za to winobluszcze jakoś tak oklapły, podwiędły, a wody mają naprawdę wystarczająco, bo deszcz w nocy padał… mam nadzieję, że nie umrą, że to tylko symptom przystosowywania się do nowego środowiska i zarosną równie pięknie całe ogrodzenie, jak starsze rośliny. Trzymam za nie kciuki.

Pierwsze, co trzeba było zrobić, to zgarnąć opadłe liście i orzechy z trawy. Robota na kawałek czasu. Ale bez tego nie było najmniejszego sensu wyjeżdżać z kosiarką. Liście zagrabione w kupki powędrowały do wora, a trawa musiała się poddać zabiegom kosmetycznym, bo już troszkę wybujała od ostatniego strzyżenia. Większą część wykosił G., ja tylko odrobinę.

Powoli spalamy hałdy drewna w żeliwnym grillu, żeby nikt się na nas nie pieklił, że nie mamy pozwolenia na wypalanie organicznych śmieci. Zawsze możemy powiedzieć, że robimy grilla. A że używamy gałęzi i liści? A na czym się robi kiełbaski na ognisku? Przy okazji też nie omieszkaliśmy zrobić sobie obiadu na grillu. W tym celu poprzedniego dnia zamarynowaliśmy płaty karkówki w sosie z chilli. Skusiłam się, żeby spróbować i – mówię Wam – pychota! Ja się sposiłkowałam grzankami z serem tez przyrządzonymi na grillu. Co prawda wyszły mocno przypieczone, ale nie straciły przez to na smaku.

Chico przez większą część czasu siedział sobie u wejścia do tunelu, bo przy Ruderce za mocno się dymiło, a na trawniku za mocno wiało. Przynajmniej wczesnym popołudniem wiatr był dość mocny. Tam miał spokój, ciepło i w miarę bezwietrznie. I chyba mu się podobało, bo pofiufiał chwilę, potem wyczyścił pióra i poszedł spać. Kiedy już pokończyliśmy w miarę pracę, dałam mu się przejść po trawie. Nie było żadnego zagrożenia, bo koty przepędziłam już dawno, byłam koło niego cały czas, a pustułek tego dnia nie zanotowano. Dodatkowo Chico nie lata już od dawna, więc nie był w stanie sobie zaszkodzić. Nie czuł się jednak bezpiecznie na ziemi. Niemal od razu kazał brać się na ręce i obnosić po działce. W sumie wcale mu się nie dziwię. Ptaki wolą przecież  wyższe partie okupować, niż łazić po ziemi.

Odwiedził nas też Wiceprezes RODu i… dostarczył nam pismo, potwierdzające, iż jesteśmy pełnoprawnymi działkowiczami! Teraz pozostaje już tylko się wygodnie zadomowić i zacząć czuć się, jak u siebie.

W niedzielę wróciliśmy na działkę, ale już bez ptaszyska. Trzeba było zagrabić skoszoną wczoraj trawę, podlać rośliny pod folią, bo tam deszcz nie dochodzi, a w nocy solidnie popadało. Przegoniłam jedną sierpówkę, która przyleciała na darmowe ziarno żyta. Chyba przegrabię warzywniaki jeszcze raz, żeby zakryć wszystkie ziarna, by nie kusiły.

Zebrałam największe rzodkiewki. Calutki pęczek. Teraz zastanawiam się, co z nimi zrobić, by się móc nimi jak najdłużej rozkoszować. Może z jajkiem i śmietaną? Może na kanapkach? A może z twarogiem i cebulką? Mam nadzieję, że zdążę zdecydować nim się zepsują.

I troszkę zdjęć ze słonecznego i pracowitego weekendu:

         

4 Komentarze

Filed under papużki, prace ręczne, zaokienne życie

Jesień idzie…

W sumie, to kalendarzowa jesień już jest od tygodnia, ale dopiero teraz zaczynam ją widzieć. Głównie dzięki działce. Liście i orzechy spadają w trybie szybszym, niż można nad nimi zapanować. Codziennie jest do zgrabienia fura liści i codziennie przynosimy do domu pół wiadra orzechów. I właśnie… czy ktoś chciałby trochę orzechów włoskich? Są mniejsze o połowę od tych amerykańskich, które sprzedają w marketach, ale za to świeże nie potrzebują obskubywania ze skórki, bo nie jest gorzka. Jeśli ktoś by potrzebował trochę np. na święta, czy do ciasta, to zapraszam na priv. Mogę wysłać pocztą, jeżeli ktoś mieszka daleko, ale koszty przesyłki pokrywa odbiorca.

Nie pisałam długo, nie dlatego, że nie miałam o czym pisać, bo wiele się wydarzyło od ostatniego wpisu, ale po prostu ból głowy ściął mnie z nóg. Od niedzieli aż do środy nie ruszałam się z łóżka. Cóż, tak niekiedy jest i wiele na to nie poradzę. Grunt, że już się pozbierałam i mogę wrócić do prac wszelakich.

W weekend świętowaliśmy urodziny mojego taty. Razem ze sobą musieliśmy zabrać naszego najstarszego nimfioła, Chico, bo ostatnio zdarza mu się spaść na plecy od czasu do czasu. A jak już spadnie, to ma problem ze wstaniem na nogi. W końcu ptaszysko ma ponad osiemnaście lat i ma prawo do drobnych niedyspozycji (nimfy dożywają do 25 lat wg książek). Po raz pierwszy od kilkunastu lat mogłam się cieszyć ptaszyskiem siedzącym prawie non stop na moim ramieniu. Zwykle wystarczy mu towarzystwo pozostałych nimf: Roku i Kuby, a kiedy jest w wolierce, to nie ma ochoty na czułości z człowiekiem. I dobrze, niech sobie dziczeje, jeśli tylko sprawia mu to przyjemność. A ja sobie potęsknię za oswojonym, uzależnionym ode mnie ptakiem bez szkody dla zwierzaka 😉

Na działce pojawiły się nowe rośliny. Znaczy truskawki posadziłam. Pod folią, bo na razie warzywnik jest przygotowywany na wiosnę do wysiewu. Truskawki dostaliśmy od mojego taty, na którego działce wyrosły w liczbie przekraczającej potrzeby i możliwości zagonu. W innym przypadku nie bylibyśmy w stanie zaopatrzyć się w sadzonki, ze względu na koszty, jakie się z tym wiążą. Dobrze mieć rodzinę z działką 😉 Z własnych funduszy zakupiliśmy sadzonki winobluszczu i dzikiego bluszczu. Po dwie roślinki, które już zostały posadzone i powoli adaptują się do nowego środowiska. Mam nadzieję, że wyrosną na silne i duże pnącza.

Podczas lekkiej reorganizacji podtunelowej przestrzeni natknęliśmy się na dwie maleńkie jaszczurki. Jedną udało mi się nawet pogłaskać po podgardlu. Nim uciekła. Pokazują się teraz od czasu do czasu. Nie opuściły tunelu foliowego. I dobrze, bo mają tam co jeść i nie złapie ich np. któryś z kręcących się w okolicy kotów. No i mają tam ciepło.

Na ugorze pasą się mazurki i (chyba) rokitniczki. Naprawdę świetnie wyglądają, kiedy siadają na kłosie wybujałej trawy, a ten znika wśród liści pod ich ciężarem. A ile się przy tym nakrzyczą, naćwierkają!

Posiałam na warzywniku żyto. Mam nadzieję, że okoliczne gołębie wszelkiej maści nie wydziobią ziaren, nim te nie zaczną porządnie kiełkować. Chyba jakiegoś stracha na wróble bym musiała postawić, bo z działki obok już goniłam stadko sierpówek, które pasły się na świeżym wysiewie. Mam nadzieję, że panie wysiały tylko poplon, a nie coś ważnego, bo inaczej wiele roślinek z tego nie wyrośnie.

Trawa pięknie nam wybujała. Tak pięknie, że trzeba będzie ją znów przyciąć. To chyba będzie ostatnia zabawa z kosiarką w tym roku. Tylko przed koszeniem trzeba będzie znów odliścić trawnik… to chyba najcięższa robota na jesień. A to dopiero początek…

Parę najnowszych zdjęć:

    

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, podróże, prace ręczne, zaokienne życie

Strach ma żółtego czuba

Chico wystraszył mnie na śmierć niemal.

G. zauważył, że ta czubata cholera coś skubie. Zanim dobiegłam do wolierki zdążył zeżreć pół liścia peperomii. Sprzątałam parapet wczoraj i nie przyuważyłam, że się roślina za bardzo do krat zbliżyła, a ta czubata cholera to wykorzystała.
Przed oczami stanął mi dzień, kiedy ledwo został odratowany po zatruciu się, a raczej naćpaniu kwiatami hoi.
Szybkie odnalezienie węgla leczniczego, nimfę w łapę i nuże go karmić tym specyfikiem, dopychając wodą ze strzykawki. Potem, gdy już Chico znalazł się na powrót w wolierce, zaczęłam przeszukiwać strony internetowe w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: czy peperomia jest trująca?
Z pomocą H., która ma pod opieką dwie zwariowane fialiste, dotarłam do uspokajających informacji, że owa roślina nie zagraża życiu i zdrowiu ptaków.
Kamień z serca…
A Chico jest obrażony do tego stopnia, że ani po słonecznik (który uwielbia), ani do szmatki (za które da się oskubać) nie chce podejść. Kiedyś mu przejdzie…

Dodaj komentarz

Filed under papużki

Coś tu trzeszczy

Ciemnym świtem nad dachami zwykły przelatywać gawrony i kawki. Oczywiście przelatując, nawołują się ile sił w dziobach i powietrza w workach. Na takie nawoływanie nie można nie odpowiedzieć. Dlatego też w ciemności przedświtu z wolierki dobiega ostrożne „trzeeeeszcz”*, by po chwili zostało poparte nieco śmielszym „ko ko ko koooo”**. Potem pozostaje już tylko dodać „bzu bzu bzu”*** i poranek został należycie przywitany. Stąd o krok od skrzeczenia, ćwierkania, gzegzania i frytania gdziekolwiek, po cokolwiek i jakkolwiek.

————————
*) odgłos, jaki potrafi wydobyć z siebie zaspany Chico (nimfa)
**) odgłos do złudzenia przypominający gdakanie kokoszy. Nie wiadomo, kiedy Chico był na wycieczce na wsi, by się tego nauczyć.
***) pierwszy odgłos, jaki wydaje papużka falista tuż po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie jest do końca pewna, czy świt już nastał i czy można naprawdę drzeć dziób.

Dodaj komentarz

Filed under papużki

Wielka czternastka

Dziś jest wielki, choć zwykły dzień.
Wielki dla mnie, bo mały nimfioł, raczej dni i dat nie liczy.

 

Chico już 14 lat jest ze mną. Może nie jest to okrągła rocznica, ale dla mnie ma ona wielkie znaczenie.
Czternaście nie zawsze różowych i cudnych lat, pięć tysięcy sto dziesięć dni. Jakiż to długi czas. Kiedy tato mi go przyniósł, nie podejrzewałam, że będzie ze mną tak długi czas. Zwykle ptaki bardzo szybko odchodziły. Po powrocie z każdych wakacji, każdego wyjazdu bałam się, że znów zobaczę pustą klatkę, ale nie. Chico wciąż był, wciąż jest.
Kiedy wracam do domu i otwieram kluczem drzwi, zawsze się odzywa. Dobrze słyszę jego przeciągłe „łiijap!” zza drzwi.
A niecałe siedem lat temu wydawało się, że Chico umrze, że nie zobaczy swojego (i mojego) nowego domu.
Przyjechałam do rodziców, gdzie jeszcze zostawiłam ptaki pod opieką, żeby przygotować mieszkanie, by mogły się wprowadzić. Zobaczyłam Chico w opłakanym stanie: przewracał się, nie potrafił usiedzieć nawet na dnie klatki, kręcił głową, jakby oślepł. Przerażona pobiegłam od razu do pobliskiego weterynarza – szczęściem nie był to byle jaki konował. Zbadał wnikliwie mojego nimfioła i zaaplikował leki. Poinstruował mnie też, jak je podawać.
Chcąc niechcąc, trzeba było Chico zabrać ze sobą. Pociągiem.
Wpakowaliśmy się w przedział towarowy pociągu osobowego. Klatka z ptakiem stanęła na podłodze w moim pobliżu. Nie byliśmy sami. W przedziale była też matka z dziećmi, u których Chico wywołał żywe zainteresowanie. Zwłaszcza wtedy, jak „udawał” konduktora i na każdej stacji musiał „odfiufiać” odjazd. Śmiechu było co niemiara. A stacji do „odfiufiania” jest po drodze sporo.
Chico dojechał sczęśliwie do nowego miejsca zamieszkania, wyzdrowiał i wciąż ma się dobrze.
Mieszka w wolierce razem z innymi ptakami i zaczyna uczyć się latać.
Czemu zaczyna? Czyżbym nie wypuszczała go wcześniej z klatki?
Oj, on zawsze miał otwartą klatkę, kiedy tylko byłam w pokoju i mogłam go przypilnować. Lubi latać, ale któregoś feralnego dnia skaleczył sobie „nadgarstek” w skrzydle i nie może go do końca rozprostować, przez co jego lot stał się krótki i rozpaczliwy. Od czasu, jak ma trochę miejsca w wolierce uczy się używać skrzydła na nowo. Kiedy ptaki miały cały pokój dla siebie – nie latał. Może się bał uderzenia o ścianę, braku możliwości pewnego wylądowania?
Mimo tego, że jest z innymi nimfami, wciąż sie garnie do mnie i wrzaskiem domaga się uwagi i zainteresowania jego pierzastą osobą. Ma pokaźny zasób dźwięków: od „trzeszczenia”, przez „skamlenie” i zwykłe nimfie „fiufianie”, po wrzask. Niekiedy wydaje gwizdy podobne w brzmieniu do jego imienia. Wychodzi mu to mnie więcej, jak: „łikoł”.

Wszystkiego zdrowego Chico! Na kolejne czternaście lat!

4 Komentarze

Filed under papużki

Porządek musi być!

Dziwne rzeczy w wolierce się wyprawiają: a to któryś z samców dotuczy Nightwish, a to Pućka znów zleci z gałęzi, a to Perła zniesie kolejne jajo…
To jednak są rzeczy, które zdarzają się dość często, więc można uznać je za zwykłe.
Do niezwykłych zaliczyć możemy:
1) Zapałanie gorącym uczuciem do kolejnej szmatki przez Chico, co Perłę doprowadza do konsternacji, a Rokuro Kubi do niemal furii.
2) Miłość braterska Duszyna i Cytryna, która już ponad braterską wyrosła, lecz jejek z tego nie będzie.
3) Miłość nie platoniczna i nie konsumpcyjna Papiółka do kłosów prosa senegalskiego, pod warunkiem, iż Duszyn jest tuż obok. Z tego też jajek nie będzie.
Czy na taką sodomię i gomorię spokojnie patrzeć można? Otóż nie, ne można ani chwili.
Chibi chlasnęła Chico w rozfiufiany łeb, pociągnęła za ogony Cytryna i Duszyna, kończąc te bezecestwa i przegoniła Papiółka z półki, a kłosek, którym nadmiernie się interesował, zrzuciła na ziemię.
Porządek musi być!

Nie wiedziałam, że Chibi jest z prawicowych koalicji…

4 Komentarze

Filed under papużki