Tag Archives: brzoskwinia

Nie ma już nic

Zaliczam znów nawrót totalnego zdołowania i tumiwisizmu. Czemu? Bo ponownie moje marzenia o własnej przyszłości mogę odłożyć na półkę. Chciałam się kształcić na masażystę, łącząc z tym swoją zawodową przyszłość, bo jako bibliotekarz, czy nauczyciel informatyk, to daleko nie zajdę. Podjęłam zatem decyzję o przebranżowieniu. Nadarzyła się okazja, na początku wakacji zapisałam się do szkoły. Całe lato czekałam na rozpoczęcie zajęć i… dowiaduję się, że nie ma odpowiedniej ilości chętnych. Na „mój” kierunek zgłosiły się raptem 2 osoby (łącznie ze mną), a do otworzenia kierunku potrzeba 12. Cudnie. Do tego pierwsze zajęcia miały być organizacyjnymi, zamiast tego uraczono nas (bo z takich „niedobitków” zrobili na prędce klasę, żeby ludzie stratni niby nie byli) lekcją języka angielskiego z tak nieposkładanym lektorem, że mi się słabo zrobiło. Przez ponad połowę czasu trzeba było wysłuchiwać, jaki to on biedny jest, bo ma firmę i dwa etaty, a tu mu nie chcą zwrócić za dojazdy. No, chamstwo i wyzysk normalnie. Kiedy wreszcie zaczął prowadzić zajęcia pieprzył tak bardzo, że i mnie, choć z angielskim mi po drodze, ciężko było nadążyć – słowotok, chaos i brak przemyślenia co do toku lekcji… dziękuję, ale temu panu wolałabym serdecznie podziękować i więcej się z nim nie spotykać. Ach! Jeśli ktoś ma skończoną anglistykę, a nie ma pracy, to się w tej szkole może załapać, bo szukają trzech takich do pracy. Jakby ktoś chciał coś więcej, to szczegóły podam w wiadomości prywatnej. Nie chce mi się reklamować tu nikogo i niczego.

Nasz drapieżca skrzydlaty jest głodomorem. Żre za trzech i jeszcze mu mało. Cieszę się, że ma apetyt, bo znaczy to, że nie jest poważnie chory. Mam nadzieję, że skrzydło się zrasta dobrze i na wiosnę będzie mógł się cieszyć wolnością i długimi lotami za komarami.

Reszta zwierzaków zdrowa: ptasiory wrzeszczą całymi dniami ile sił w płucach i workach powietrznych, Motek zarasta wełną, a Hera zrzuca sierść.

Na działce z wolna szykuję ziemię do zimowego snu. Drzewa przygotowują się same: wiśnie pozrzucały już liście i zawiązały pączki. Śliwa jeszcze chce pozorować lato, a orzech rzuca orzechami. Dziś zebraliśmy tylko winogrona. Nie, nie wynikło to z naszego lenistwa, zmęczenia, czy tez innych, zależych od nas samych czynników. Ot, powód prozaiczny: zabrakło wiader i miejsca na wózku / dwókółce, by wszystko, co już jest do zebrania przywieźć do domu. Teraz będę musiała poszukać przepisów na na przykład konfitury z winogron. Na razie mam tylko przepis na ciasto winogronowe. I wiem, jak zrobić rodzynki. A G. wie, jak zrobić wino. Tylko na to starczy ułamek tej ilości owoców, któreśmy dziś zebrali. Czetry solidne wiadra. Z górką. Niestety, nie wzięłam ze sobą aparatu i zdjęć nie było czym zrobić. Niestety, brzoskwinia nie dożyła zimy. Nie dała żadnych owocw, choć miała dużo zawiązków, to pozrzucała większość, a to, co zostało, pogniło wprost na gałęziach. Dziś została wykarczowana. Okazało się, że korzenie też miała słabe, obumarłe. Cóż, dała nam nieco owoców, którymi mogliśmy wzbogacić przez chwilę naszą dietę i jestem jej za to wdzięczna. Mimo choroby, która ją toczyła, dała nam tyle, ile mogła.

To już wszsytko na dziś w tym tygodniu. Dobrej nocy życzę.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Prace w polu

Nogi wychodzą mi już uszami. Naprawdę. Od chodzenia. Mam trochę kilometrów do pokonania, by dotrzeć na działkę, to i nogi odpadają. Mają prawo. Zwłaszcza, ze całą zimę tyłek płaszczył się przy krośnie, kołowrotku, wrzecionie, czy innym kompie.

Początek sezonu zaczął się źle. Ksawery rozszarpał nam tunel, a jakiś brzydal zakosił nam wszystkie kable, przedłużacze, gwoździe i śruby oraz nowiutki sierp. Najgorzej ucierpiała nasza nowa, zakupiona w tamtym roku pompa do wody, która straciła cały, wielometrowy kabelek wraz z wtyczką. I lodówka. A dokładnie to, co w niej zostawiłam na zimę, bo w domu nie miałam miejsca na wszystkie warzywa. Przetrwała większość marchewek i czarnych rzodkwi, ale kapusta się rozpłynęła… oj, będzie dużo sprzątania.

Zaliczyłam też „opieprz” od władz RODu, że się opieprzam. Tylko po kij się ścigać w zawodach pt. „komu szybciej wyjdzie”… kiełek z ziemi? I tak w zimnej ziemi nasiono nie skiełkuje, więc po co się spieszyć? Jakieś zawody organizują na tych działkach? Jeśli tak, to poproszę o spis nagród, wtedy się zastanowię, czy warto w nich brać udział. Kupowałam ten skrawek ziemi, żeby móc zaoszczędzić na jedzeniu, a nie po to, żeby się ścigać z kimkolwiek o cokolwiek. I tak w trzy dni zrobiliśmy to, co innym zajęło trzy tygodnie, więc niech się odciptają. O!

Warzywnik już się szczyci równymi grządkami, z których część już jest „zamieszkana”. A rzodkiewki już pokazały pierwsze listki. Reszta czeka na swoją kolej, podzielona równymi (w miarę, ale bez przesady) ścieżkami. Pod tunelem już też połowa ziemi została zagospodarowana. Tak, tak, mamy nową folię na tunelu. Świeżutką, zieloniutką – cudo. Przez najbliższe cztery lata co najmniej będziemy się musieli nie martwić o uprawy pod osłoną. Pomidory już rosną i za jakiś czas przeniosą się na drugą połówkę „szklarenki”. Tym razem siałam z rozwagą, żeby nie narobić sobie takiego kłopotu, jak przy poprzednich przygotowaniach.

Na Zielniczku odżyły mięta, melisa i estragon. Czosnek niedźwiedzi już szykuje się do kwitnięcia, chrzan rozwija listki, len ozdobny się zazielenił, a rabarbar pokazał piękne liście i czerwone łodygi grubsze, niż moje palce. Na razie wyczyściłam ścieżki, które pójdą do poprawki, bo zarastają zielskiem, a miały być piękne, żwirowe i czyste. Niestety, w trakcie realizacji projektu nie wzięliśmy pod uwagę, że zwłaszcza trawa przeciśnie się z łatwością przez kamyczki. Cóż, uczymy się na własnych błędach.

Malinowy chróśniak został oczyszczony z perzu, który jest prawdziwą plagą na naszym skrawku ziemi, ale z wolna eliminuję kolejne kłącza przy każdym kolejnym plewieniu. Wszystkie zasadzone krzewinki malinowe wypuściły listki, więc chyba wszystkie wyrosną na śliczne, dorodne malinowe krzewy i dadzą choć garść owoców na spróbowanie. Wszystkie śliwki, które dostaliśmy, a zostały posadzone na jesieni również się zazieleniły, aczkolwiek pojawiły się im na liściach czerwone kropki. Będę musiała poszukać, co to takiego, czy trzeba się tym przejmować i jak sobie z tym poradzić. Gruszka nas zaskoczyła w tym roku obsypując się gęsto białym kwieciem. Spodziewałam się czegoś takiego najwcześniej na przyszłą wiosnę, bo w końcu ledwo co została posadzona. Oczywiście starsze drzewka zakwitły wszystkie, nie było gradobicia ani ulewnego deszczu, więc chyba będzie więcej owoców niż w zeszłym roku.

Jeszcze mnóstwo pracy zostało, ale póki słońce, póty czas na prace w polu. I już zaczynam się opalać. Czas najwyższy pomyśleć o kremie z filtrem, żeby się nie poparzyć. Normalnie lato się robi!

A oto garść najnowszych zdjęć, żeby nie było, że to, co napisałam powyżej, to wyssane z palca bzdury:

Mój ulubiony krzew wiosenny :)

Mój ulubiony krzew wiosenny 🙂

Pajączek poszedł na pyłek? ;)

Pajączek poszedł na pyłek? 😉

Kępka gruszkowych kwiatków.

Kępka gruszkowych kwiatków.

Malutkie kwiatuszki brzoskwini. Może i kwiatki malutkie, ale za to owoce - niczego sobie :)

Malutkie kwiatuszki brzoskwini. Może i kwiatki malutkie, ale za to owoce – niczego sobie 🙂

Wściekle czerwone (a raczej czerwono-pomarańczowe) kwiaty pigwy/pigwowca...? Nie umiem tego odróżnić :P

Wściekle czerwone (a raczej czerwono-pomarańczowe) kwiaty pigwy/pigwowca…? Nie umiem tego odróżnić 😛

Obsypana kwieciem wiśnia.

Obsypana kwieciem wiśnia.

Kwiecie wiśni :)

Kwiecie wiśni 🙂

Białe tulipanki.

Białe tulipanki.

To moje ulubione kwiatki wiosenne. Zaraz po fiołkach ;) Czy można nimi farbować tkaniny lub przędzę?

To moje ulubione kwiatki wiosenne. Zaraz po fiołkach 😉
Czy można nimi farbować tkaniny lub przędzę?

Jeden jedyny żonkilek. Aż się zdziwiłam, bo w tamtym roku żadnego nie było.

Jeden jedyny żonkilek. Aż się zdziwiłam, bo w tamtym roku żadnego nie było.

Jeszcze czerwony tulipan się uchował. Tutaj w towarzystwie szafirka.

Jeszcze czerwony tulipan się uchował. Tutaj w towarzystwie szafirka.

Czyżby to były fioletowe pierwiosnki?

Czyżby to były fioletowe pierwiosnki?

Nowa, świeżutka folia na odświeżonym stelażu. Prawda, że prezentuje się całkiem, całkiem?

Nowa, świeżutka folia na odświeżonym stelażu. Prawda, że prezentuje się całkiem, całkiem?

Większy warzywnik w całej krasie :)

Większy warzywnik w całej krasie 🙂

Zaraz po deszczu, a raczej jeszcze podczas deszczu.

Zaraz po deszczu, a raczej jeszcze podczas deszczu.

I żółciutki tulipanek. Świeżo wykąpany w deszczu.

I żółciutki tulipanek. Świeżo wykąpany w deszczu.

Kwiatuszek truskawkowy.

Kwiatuszek truskawkowy.

Kolejne kwiaty truskawek. Miejmy nadzieję, że z każdego będzie jeden, dorodny owoc.

Kolejne kwiaty truskawek. Miejmy nadzieję, że z każdego będzie jeden, dorodny owoc.

Maluśka rzodkieweczka. Ledwo ją posiałam, a już pokazała listki.

Maluśka rzodkieweczka. Ledwo ją posiałam, a już pokazała listki.

Warzywnik i wyczyszczone z chwastów krzewy porzeczek i agrestu.

Warzywnik i wyczyszczone z chwastów krzewy porzeczek i agrestu.

Nasz trawnik z mnóstwem jedzenia dla naszych trawożernych zwierzaków.

Nasz trawnik z mnóstwem jedzenia dla naszych trawożernych zwierzaków.

Zagon truskawek.

Zagon truskawek.

Trawnik, wiśnia, kawałek zarośniętego jeszcze Zielnika i nieprzycięty żywopłot. Dzikość :P

Trawnik, wiśnia, kawałek zarośniętego jeszcze Zielnika i nieprzycięty żywopłot. Dzikość 😛

8 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Lato! Lato wszędzie!

Już był pierwszy dzień lata. Pogoda iście letnia: w słońcu 40 stopni Celsjusza, niebo prawie bez chmur i od czasu do czasu burza. Trochę za szybko przyszły upały i mój organizm ma pewne obiekcje, gdy chcę pracować na „polu”. A roboty naprawdę jest dużo: głównie to walka z chwastami. Takie moje działkowe syzyfowe prace.

Z wolna upiększamy nasz skrawek wsi w mieście. Powstaje nowe ogrodzenie, a już stoi nowa furtka. Stoi w takim miejscu, że już nikt raczej nie zaskoczy mnie pojawiając się nagle od tyłu. Pan Zbyszek robi to nagminnie, doprowadzając mnie nie raz na skraj zawału serca. Stoją też już słupki, niemal gotowe na przyjęcie nowej siatki, bo stara głównie składa się z rdzy. Niech no tylko beton porządnie stężeje.

Na ugorze dostaliśmy kawałek ziemi. Słupki stoją i czekają na siatkę. Potem ziemia poczeka na rekultywację i oczyszczenie, by móc ja wykorzystać na zagony pod kolejne warzywa. Trochę mnie martwi fakt, że Sąsiad wziął i cały ugór potraktował Roudapem (czy jak się to to pisze), a to cholerstwo jest trujące. Słyszałam, że przez co najmniej 2 lata odradza się hodować jakiekolwiek jadalne rośliny na takiej ziemi. Chyba że na tą „zatrutą” ziemię wysypie się dużo ziemi czystej… nie wiem naprawdę. Zobaczymy, jak to z tym będzie…

Rzodkiewki powoli się kończą. Te łagodne prawie wszystkie już wyrwane, za to odmiana okrągła, ostra niemal w całości poszła w kwiaty. Trochę się mi to nie podoba, bo miały być dwa zagony rzodkiewek, a nie jeden. Chyba w przyszłym roku nie będę w ogóle siać odmiany „Silesia”. A chciałam być regionalna… Rzodkiewki dosiałam jeszcze w puste miejsca. Może coś jeszcze z nich będzie do jedzenia. Jak nie, to się wysieje rzodkiewki na jesienne zbiory. Rzepa już ma solidnie wyglądające nad ziemię korzenie i zastanawiam się, czy już nie zaczynać jej zbierać. W sumie jest to odmiana wczesna, letnia, no a lato właśnie się zaczyna. Nie chciałabym, żeby się korzenie zrobiły drewniane, co się dzieje, kiedy przesadzi się z trzymaniem rzodkwi w ziemi. Ale z drugiej strony nie chce też się pospieszać ze zbiorem. Trzeba zerknąć na opakowanie po nasionach, co tam mądrego o zbiorach napisali. Albo po prostu wziąć i zaryzykować: wyrwać rzepę i zrobić z niej sałatkę do obiadu. Ze śmietaną, szczypiorkiem i nacią pietruszki. Pychota!

Reszta warzyw ma się coraz lepiej. Szczaw dorodnieje i za niedługo będzie mógł służyć, jako główny składnik szczawiowej zupy. Sałata, uwolniona wreszcie od ślimaków (żel ekologiczny do odstraszania naprawdę działa) zaczyna już wyglądać z wolna, jak sałata, a nie żałosne badylki. Pietruszka rośnie coraz szybciej i coraz więcej jej listków przybywa, więc nie da się nie odróżnić jej od chwastów, jak to miało miejsce jeszcze kawałek czasu temu. Por na razie trochę taki mizerny, ale ma wszak dużo czasu do jesieni, by zmężnieć. Najlepiej rośnie się za to naszym rachitycznym sadzonkom własnego chowu: kalarepie, kalafiorom, brokułom i (nawet) kapustom. Myślałam, że naprawdę nic z nich nie będzie, ale ładnieją z dnia na dzień. Groch zaczyna kwitnąć, a bób z wolna przekwita. Ciekawe, jaki będzie miał smak? Kukurydze rosną, ale daleko im do tych, które wysiano na polach. Ale myślę, że do jesieni spokojnie zdążą i zakwitnąć i dać kilka kolb. Choćby tylko ptakom na uciechę. Buraki też się wzięły za siebie i zaczynają wyglądać, jak boćwinka. Są jeszcze puste miejsca, gdzie jakoś mimo dwu prób nic nie wyrosło, to zasiejemy raz jeszcze. Będzie trochę buraków na później. Marchewka na razie idzie w nać. Czekam, kiedy pojawią się pomarańczowe zalążki korzonków. No i ciekawa jestem jej smaku. Czy będzie taka sama, jak u rodziców? Papryczki, seler i pomidory, dla których zabrakło miejsca pod folią zaczynają się dostosowywać do panujących na zewnątrz warunków. Paprykom ciemnieją liście, seler ciągnie się do słońca, a pomidory stoją dumnie wyprostowane, przeciwstawiając się pogodzie. Pomidory w tunelu już zaczynają kwitnąć. Boje się tylko, że poza kwiatami nic więcej nie będzie, bo jedynymi chyba tam przebywającymi owadami są komary. No i kilka much, których jeszcze nie przerobił na potrawkę pająk-krzyżak. Kilka dni temu zaniosłam pod folie dwie pszczoły. Strasznie senne były, niemrawe, ale z zaproszenia skorzystały i trochę się nektaru pomidorowego napiły. Zatem – może coś z tego wyniknie…? Nie wiem, czemu pod folią nie ma ruchu w pszczelo-trzmielim interesie. Wszak wciąż tunel jest otwarty na oścież i dostępny dla owadów wszelakich. Tak w ogóle, to tych owadów mało co widać na naszej działce. Nawet domek zawieszony wśród winogron nie pomaga i nie zachęca do osiedlania.  Zobaczymy… bo co jak co, ale na pomidory liczę i to bardzo. Brakuje mi przecieru, który robiłam z pomidorów otrzymanych od rodziców (z kupowanych się nie odważę robić czegokolwiek). Jest po tysiąckroć razy lepszy od tych wszystkich keczupów serwowanych na sklepowych półkach. Nic, niestety, mi nie zastąpi smaku prawdziwego pomidora i przetworów zeń zrobionych. Cukinie (trzy) wyrosłe z nasion z cukinii otrzymanej od rodziców mają się z dnia na dzień coraz lepiej. Dynia z kupionych nasion też sobie wspaniale radzi. Może dobrze, że tak niewiele ich wyrosło, bo będą miały gdzie się po grządce rozpychać. Ciekawe, jakie dadzą owoce. Niby dynie mają być olbrzymie… cukinie też do mikrusów nie powinny należeć… poczekamy, zobaczymy…

Drzewa mają się w miarę dobrze. Wiśnie tylko nam marnieją, bo się jakiś grzyb do nich przyssał i liście opadają niczym na jesień. Pan Zbyszek użyczył nam miedzianu na oprysk, ale naprawdę zastanawiam się, czy to robić teraz, kiedy dojrzewają owoce, a pod drzewem rosną warzywa niemal gotowe do zbioru. Na razie nie stać mnie na czysto ekologiczne środki (500 g  specyfiku kosztuje -bagatela – ponad 400 zł), więc się biję z myślami, co jest lepsze: czekać na zbiory i dopiero po tym zastosować preparat, czy też zrobić to jak najszybciej. Nie chciałabym, by ogołocone z liści wiśnie całkowicie obumarły. Za to brzoskwinia i orzech są obsypane owocami. Małe i niedorodne owoce zbieram. Dziennie wychodzi garść takich zaschniętych maluszków. Mówią, że to dobre tak wspomagać drzewo w owocowaniu, bo to, co zostanie, będzie miało więcej soków do rozdysponowania między siebie. A ma się co dysponować. Brzoskwinek jest trzy razy (co najmniej) tyle, co na jesieni poprzedniego roku. Może uda się oprócz ciast zrobić z brzoskwiń i jakieś dżemy, czy powidła? Zobaczymy. Jeśli chodzi o orzech, to z tego, co widzę, to nie będzie miał problemów z dociągnięciem  do rekordu 30 kg z poprzedniego roku. Mnóstwo zielonych owoców wisi między liśćmi. gorzej rzecz się ma ze śliwką, która niby owoców na dużo co roku. No cóż, w tym roku chyba odpoczywa, bo tylko pojedyncze śliwki da się wypatrzeć między gałęziami. Lepiej będzie ocenić liczebność, kiedy owoce zaczną przyjmować fioletowy kolor i odznaczać się między liśćmi. Jabłoń i gruszka na razie uczą się jak to jest być drzewem. Może za rok będą uczyły się, jak kwitnąć i może coś tam się z owoców (na tzw. spróbowanie) zawiąże. Na razie poznały, jak to jest mieć mrówki i gąsienice. Oczywiście mrówki już wytrute (nie znam na razie skuteczniejszej metody pozbycia się tych owadów niż słodki proszek), a gąsienice wysiedlone poza teren ogrodu. Nowych nie widać jak na razie. Za to listki i młode gałązki pojawiają się w ilościach hurtowych, jak na takie małe drzewka. Niech rosną. Na owoce przyjdzie czas.

Porzeczki czerwienieją coraz bardziej każdego dnia. Za chwilę będzie można je już zbierać. Nadmiaru nie będzie na pewno, bo co można zebrać z czterech, malutkich, zaniedbanych krzaczków? Ale zawsze starczy na przykład na kompot. Za to czarna porzeczka zadziwia wielkością jagód na kiściach. Toż to porzeczory są, a nie porzeczki! Już udało mi się spróbować jedną, przedwcześnie dojrzałą jagódkę. Pycha! Taka, jak porzeczka powinna być: lekko cierpka, nieco gorzka i delikatnie słodka. Szkoda, że mamy tylko jeden tak dorodny krzew. Reszta (zdobyczna z opuszczonych i porzuconych zupełnie ogródków) musi bardzo podrosnąć, zanim zacznie dawać TAKIE owoce. Winogrona zawiązują owoce i pną się po wszystkim i do wszystkiego przyczepiają wąsami. Wygląda na to, że jeśli wszystkie grona dojrzeją, to będziemy mogli oprócz przekąski i ciast, zrobić także wino. Butla na działce jest. trzeba ją tylko wyciągnąć, sprawdzić, czy jest nieuszkodzona, wyczyścić, dołożyć rurowy układ odpowietrzający i… czekać na rezultaty.

Truskawek zatrzęsienia nie ma i nie będzie, bo już z wolna zaczynają się owoce kończyć. Cóż, to co zebraliśmy, to i tak wiele, biorąc pod uwagę fakt, że owocują krzaczki, które na tą wiosnę zostały posadzone do gruntu, na przydzielone im miejsce. Zatem, moim zdaniem, to, że w ogóle owocowały, jest dość szczególnym osiągnięciem. Z jednego zbioru truskawek starcza na dwie małe miseczki. Obowiązkowo ze śmietaną. W przyszłym roku będzie tylko lepiej. Bo krzaczki już się zaaklimatyzowały na tyle, że zaczynają puszczać wąsy. W sam raz na uzupełnienie miejsc, w których sadzonki się nie przyjęły.

Zioła rosną, jak na drożdżach. Już zostały użyte do przygotowania piersi kurczęcych, które z braku lepszego pomysłu i możliwości wrzuciłam do gara z wodą i sypnęłam nie żałując kolendry, cząbru, mięty i bazylii. Odpuściłam tylko sól, bo z racji schorzenia, z jakim boryka się G. tę akurat przyprawę ograniczamy. Wystarczy, że kasza jaglana była gotowana w lekko osolonej wodzie. Mimo tego mięso wcale nie było niedobre. Inne, niż to, do jakiego się przyzwyczaiłam, ale nie niejadalne. Spróbowałam. Jeszcze na wyrośnięcie majeranku i lubczyku czekam. Bo widzę, ze siewki już się pojawiły, że już się zielenią, ale za maleńkie to to do zrywania. Nagietek tez już wyrasta i nadgania stracony w nasionach czas. Tylko patrzeć, jak będzie kwitł. Czekam jeszcze na jeżówkę i lawendę, ale z tą ostatnią może być problem, bo ciężko kiełkuje bestyjka. Zobaczymy. Ucieszy mnie nawet jedna roślinka. Zawsze mogę pozwolić się jej rozrosnąć…

W tym wpisie zdjęć, niestety, nie będzie, choć są porobione i czekają na wrzutkę. Za to mam kilka ogłoszeń:

  1. Jeśli ktoś posiada gałęzie, cienkie deski i mógłby je pożyczyć celem wsparcia płożących się już z wolna pomidorów, to będę dozgonnie wdzięczna. Wszystkie użyczone drewienka oddam na pewno. Pod folią się nie zepsują.
  2. Do poniedziałkowego popołudnia (jak dobrze pójdzie) jestem podłączona do netu tylko kilka razy dziennie, bo korzystam z internetu limitowanego w komórce, z którego limit już się powoli wyczerpuje. Na GG jestem też, ale sporadycznie. Jeśli nikt nie ma nic pilnego, może pisać, odpowiem, jak się podłączę do sieci.
  3. Jeżeli ktoś chce nas odwiedzić na działce w godzinach wieczornych, polecam natrzeć się octem, wrotyczem lub innym środkiem odstraszającym te mało sympatyczne owady, bowiem po zachodzie słońca robią się dość uciążliwe.

I to by było na tyle tym razem.

Zdjęcia (jak pisałam wyżej) będą, kiedy łącze będzie normalnej szybkości i wielkości.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, prace ręczne, zaokienne życie

Okno na świat…

Nie pisałam tak długo, bo po pierwsze zabrali nam okno na świat (czyt. Internet), a po drugie mało co się chciało robić w deszczowy tydzień, gdzie ulewa bębniła iście jesiennie po oknach i parapetach. Ale i Internet, i słońce wróciło, więc nadrabiam zaległości we wszystkim. Tylko doba trochę za krótka…

Działka nam zarosła przez te deszcze tak, że z zadbanego ogródka stała się istną dżunglą. Cóż, będziemy ją znów doprowadzać do stanu, w którym nie będzie przypominała dzikiej łąki z elementami uprawy. Koszenia i pielenia jest naprawdę multum. Trawa wyrosła po pas w niektórych miejscach. Starczyło tylko te kilka dni deszczu. G. już naostrzył kosiarkę, więc za chwilę nastąpi pogrom naszej łąki. Może zdążę zebrać kłosy traw dla papug? Zdążę…

Plewienia też jest od groma i jeszcze trochę, bo co jak co, ale wszystko rośnie z prędkością światła, tylko nie warzywa. Już część wyskubaliśmy wspólnie z grządek. Został mi jeszcze tunel foliowy do wyskubania i cały zielnik. A potem kwietniki, bo też zarosły na dziko. Pod folią już wyskubałam pół zagonu. Obrałam też pomidory z nadprogramowych odrostów, żeby w tej ciasnocie nie zasłaniały sobie światła, krzewiąc się nadmiernie. Część krzaczków już wypuszcza kwiatostany. Jeśli rojące się przy dziadkowym bobie pszczoły zechcą je zapylić, będzie trochę pomidorów.

Na razie przeżywamy istną „plagę” rzodkiewek. Jest ich tyle, że za jednym zbiorem przynosimy na raz ponad kilogram. A i to wybieram naprawdę największe z nich. Pierwsze dojrzały podłużne rzodkiewki o bardzo łagodnym, aczkolwiek pełnym smaku. Jeden taki korzeń jest dłuższy od mojego palca. Najdłuższego. Objadamy się nimi pod wszelkimi postaciami, a i tak nie nadążamy z ich przerobem. Czy rzodkiewki można jakoś konserwować? A może ktoś chce, by się z nim tym naddatkiem podzielić? Jeśli chce, niech się kontaktuje w taki, czy inny sposób. Będziemy myśleć, jak to dostarczyć.

Brzoskwinia jest obsypana coraz dorodniej wyglądającymi owocami. Jeszcze nie są ujmujące w wielkości, ale – jeśli utrzymają się i dojrzeją wszystkie – będzie co jeść. Może nie będzie ich takie multum, jak ma to się w przypadku rzodkiewek, ale na brak narzekać na pewno nie będziemy. Gorzej rzecz się przedstawia w przypadku wiśni i śliwek. Na nadmiar tych owoców w tym roku chyba nie będziemy narzekać. A plotki głosiły, że one takie plenne, że nie przejemy. No cóż, nie zawsze może być kawior. Młoda gruszka już dostała rdzy na liściach. Mimo dbania i chuchania, podlewania i nawożenia (z głową, z głową) zachorowała. Cóż poradzić, kiedy na parcelach obok rosną sobie thuje, które to są pierwszymi żywicielami tego rdzewiszcza? A Sąsiad zamyśla cały żywopłot z thui zrobić… Bez pryskania się nie obejdzie w tym przypadku. Przyznam, że brzoskwinia dostała solidną porcję chemii zanim puściła pąki, dzięki temu tylko jeden liść się skędzierzawił, za to reszta wygląda porządnie, jak dobrze wyhodowane liście. Śliwka też dostała swoją porcję. Zapobiegawczo. Ale nie wpłynęło to na jej stan. Przynajmniej ja tego nie zauważyłam.

Winogrona się rozrastają i kwitną. Nie ściągają, niestety, zajętych zbieraniem pyłku i nektaru z dziadkowych bobów pszczół. Żaden owad nie chce też zamieszkać w domku, jaki dla tych zwierzaków naszykowaliśmy. Wciąż są wolne miejscówki do zasiedlenia. Jedyny owad, jaki się tam zalągł, to pajączek. Taki maleńki, jak główka od szpilki. Współczesnej, nie średniowiecznej. Jeśli jednak wszystkie kwiatostany przepoczwarzą się w kiście winogron, to będzie tego winogrona naprawdę sporo. Jednak na to nie liczę. Jak pokazały wiśnie – nie warto cieszyć się i obliczać ilość przed dojrzeniem owoców, bo można srogo się zdziwić.

Na krosenku wciąż ten sam wzór: kratka niebiesko-czerwona. Powoli kończy się włóczka i okazuje się, że może być problem z niebieskim kolorem. Jak na razie nie ma go w pasmanterii, w której ostatnio go kupowałam. Inne odcienie nie wchodzą w grę, bo nie będzie to ładnie wyglądać. A jeszcze trochę do utkania zostało… zobaczymy, może się uda znaleźć odpowiedni kolor.

Nic, czas się odkleić na trochę od kompa i przygotować się do wybycia na działkę, bo pracy jest zbyt wiele, by gnuśnieć w czterech ścianach.

I kilka zdjęć, żebyście mogli zobaczyć, o czym piszę 😉

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Brzoskwinie

Łąka trawnikowa

Łąka trawnikowa

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zarośnięty po deszczach zielnik

Zagony rzodkiewek

Zagony rzodkiewek

I kolejne rzodkiewy

I kolejne rzodkiewy

Pomagam grochom się piąć po linkach

Pomagam grochom się piąć po linkach

Rzodkiewki

Rzodkiewki

Rzut oka na "chodniczek"

Rzut oka na „chodniczek”

Fasolka szparagowa

Fasolka szparagowa

Pomidory

Pomidory

Doglądanie pomidorów

Doglądanie pomidorów

I znów zarośnięty trawnik

I znów zarośnięty trawnik

Piwonia

Piwonia

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Przygotowuję Zielnik na kolejne zioła.

Czerwoniutkie truskawki

Czerwoniutkie truskawki

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Maleńki pasikonik. Jest ich zatrzęsienie na działce.

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Oto rzodkiewy. Świeżo rwane

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

Rozbijanie podeszczowej skorupy na grządkach

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A to rozsady, które już sobie rosną w ziemi.

A tak wyrósł nam bób

A tak wyrósł nam bób

I malutkie słoneczniki.

I malutkie słoneczniki.

1 komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Majówka… taaa, majówka

Miała być Irlandia, mamy angielska pogodę. Przez całą tzw. „majówkę” prawie nie wyściubiłam nosa z domu. No bo i po co? Pada, leje, zimno, ciemno. Nic tylko siedzieć przed kompem i pocinać w Skyrim. G. w tym czasie przeszedł BioShocka 3, Crysis 3 i napoczął Crysis 1. A ja nawet nie skończyłam początku Skyrim. No cóż… każdy ma inne gry i inny sposób grania. Lubię się rozsmakować w grze, w jej obrazach (czyli grafice), wykonać każdą, nawet najmniej znaczącą misję. Po prostu tworzyć własną historię… a G. miał po prostu krótsze fabularnie gry, z mniejszymi świtami, bo tez nie oszczędzał sobie odkrywania sekretnych skrytek i zwiedzania każdego dostępnego miejsca na poszczególnych planszach.

A co na działce? Wiśnia straciła kwiaty, niestety. Wszystkie płatki leżą na ziemi i brązowieją z wolna. Mam nadzieję, że mimo okrutnie słabej aktywności owadów, coś jednak wyrośnie i będziemy mogli się choć trochę nacieszyć paroma owocami. To samo tyczy brzoskwini i śliwy, bo naprawdę, kwiaty na nich nie wyglądają zbyt imponująco.

Na warzywniku już widać ruch. Głównie mrówek, których całe stada przechadzają się po grządkach, zakładając na nich i gniazda. a co sobie będą żałować? No cóż… my im też nie żałujemy… trującego cukru. Wiem, że to okrutne i złe, i w ogóle pfe ble niedobre, ale nie mam innego sposobu na to, by mi te owady nie łaziły w tę i nazad rozkopując wszystko wokół. I jeszcze gryząc dotkliwie. Tak, tak… czerwone mrówki też są. Co prawda w mniejszości, ale dają się we znaki mocniej, niż jakiekolwiek inne. Widziałam, jak na skwerze w mieście mrówcze gniazdo ukryte między korzeniami dorodnego klonu doprowadziło do śmierci tego drzewa. Nie chcę, by stało się to samo z roślinami na działce, bo w końcu liczymy na to, że nasza praca pomoże nam zaoszczędzić w przyszłości pieniądze wydawane aktualnie na jedzenie.

A rzodkiewki już widać na grządkach. Rosną, jak na drożdżach. Tak samo widziałam już, że groch wyłazi spod ziemi i len na zielniku. Grządki nowe obsiane kolejnymi warzywami, ziemia w tunelu się przygotowuje na przyjęcie pomidorów, które wyrosły pięknie na oknie w rozsadach. Winorośl pokazuje już listki, więc – mimo moich obaw – spokojnie przetrwała zimę i będzie rosła już pod naszą opieką.

Ruderka nam się powoli rozpada… dach się zwiesza coraz niżej na przegniłych i przeżartych przez korniki belkach. Nie trzeba nawet wytężać słuchu, by usłyszeć działalność tych zwierzaków wewnątrz belek. Nie wiem, ile jeszcze czasu Ruderka da radę stać w zwartej i prostej konstrukcji, ale czas na budowę nowej nam się bardzo skraca. Tylko skąd wziąć fundusze, by zakupić materiały na zbudowanie nowej? Cóż, trzeba będzie łatać to, co mamy, póki nie będzie można zrobić czegoś całkowicie nowego. A tak nie chciałam inwestować w Ruderkę… bo i po co ożywiać trupa? Potem tylko będzie łaził i żebrał o mózg 😉

Kilka fotek wczoraj zrobiłam, ale jakość ich marną jest, bo kiedy skończyłam obsiewanie i podlewanie, zaczęło się już robić ciemno. Może dziś będę w stanie zrobić więcej fotografii za dnia, a dzień – jak na razie – jest bardzo słoneczny. Choć coś tam pogodynka przebąkuje, że zanosi się na deszcz wieczorny. Póki co, za oknem, w pełnym słońcu mamy 34,5 stopnia Celsjusza. Lato, moi drodzy, lato!

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało...

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało…

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Znalazłam kwiat paproci! :P

Znalazłam kwiat paproci! 😛

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Niedzielna praca w… się obraca

W miejsce kropek wstawcie, co Wam lepiej pasuje. 😉

Jako że wczorajszy dzień był zapełniony po brzegi, dlatego dopiero dziś wybraliśmy się na działkę, żeby zobaczyć, co tam słychać i nieco odpocząć przy pracy bardziej fizycznej, niż zazwyczaj.

O tej porze chyba wszystko powinno się zielenić i zaczynać kwitnąć (w końcu to kwiecień), a tu tylko kwitną krokusy i zapomniane przez świat przylaszczki. Tak, tak, właśnie takie kwiatki znaleźliśmy na naszej działce, w ogóle nie mając pojęcia, że takowe w ogóle zostały posadzone.

Krokusy

 

Zapomniane przez wszystkich przylaszczki

 

Wiem, że zdjęcia liche. Komórkę wykorzystałam, jako aparat fotograficzny, bo taki prawdziwy aparat wzięłam, a i owszem, tylko… bez karty pamięci. Obiecuję, że w najbliższym czasie wszystko naprawię.

Spotkaliśmy dziś też jaszczurkę. Dosłownie uciekła mi spod nóg, po czym zaszyła się między kamieniami przyszłego skalniaczka. Bardzo płochliwa, ale naprawdę dorodna była ta jaszczurka. Nie wiem, jak szybko takie zwierzaczki rosną, ale zastanawiam się, czy to nie przypadkiem jeden z naszych „znalezionych” jesienią „przecinków” jaszczurczych. Wygląd mają zdecydowanie podobny. Nie robiliśmy jeszcze rewolucji pod tunelem, więc nie wiem, czy nasze maleństwa nadal tam przebywają i jakie zdążyły urosnąć.

Folia na tunelu wygląda coraz gorzej. Zakupiliśmy zestaw naprawczy, ale jeszcze nie zdążyliśmy go użyć. Za dużo pracy nas czeka w ogóle, więc się nie wyrobiliśmy ze wszystkim w jeden dzień. W samym tunelu zaczyna się zielenić. Głównie gwiazdnica. Z zeszłorocznej pietruszki zostały chyba trzy korzenie, których nie zdążyła wtruszczyć nornica. Truskawki, niestety w większości poginęły, a teraz jeszcze wokół nich wyroiły się mrówki. Na szczęście czarne. Na szczęście dla mnie, bo przy czerwonych miałabym już całe pokąsane dłonie, jak na jesieni łydki, kiedy obrabiałam ugór. Będziemy musieli się ich pozbyć, bo mrówcze kopce na ziemi uprawnej nie są rzeczą pożądaną, niestety.

Róże nasze pnące wreszcie doczekały się odwinięcia. Najwyższy czas, bo mniejsza złapała pleśń. Powycinałam pędy z białawymi plamami i mam nadzieję, że w przyszłości nie zaważy to na jej dalszym rozwoju. Róża zwykła też przeżyła. Może nie cała, ale dwa dość solidne pędy puściła, więc myślę, że będziemy się mogli cieszyć pięknymi kwiatami.

Tulipany nadal się tulą w płatkach i nie wyściubiają w ogóle pączków na zewnątrz, a ja aż palę się z niecierpliwości, by zobaczyć, jakie są: „standardowe”, czy może z jakiejś „dziwnej” odmiany? Spodziewałam się ich nieco więcej, bo kobitka, od której przejęliśmy tę działkę mówiła o tulipanach tak, jakby wszystkie rabaty gęsto były nimi obsadzone. A tu – ledwo dwie kępki.

Nasza działeczka powoli zmienia wygląd: pojawił się na niej zaczątek zielnika…

Zielnik w 1/4

 

Zielnik w 1/4

 

I trzeba nazbierać jeszcze trochę funduszy, by dokupić tyle samo płotków. Ot, błąd w obliczeniach. Ale już widzę, że będzie to ogromne zielniszcze, naprawdę. I ze wszystkim na pewno się zmieszczę.

Pojawiły się dziś dwa nowe drzewka:

Jabłoń

 

Oto jabłoń „Szampańskie Reno”.

Grusza

 

I grusza „Konferencja”. Dziewczęta, ukłońcie się ładnie gałązkami.

Jeśli się przyjmą, będziemy mieli pokaźny komplet owoców do skonsumowania.

Brzoskwinia dostała dziś solidną porcję oprysku, więc mam nadzieję, że kędzierzawych liści będzie mniej, niż w tamtym roku, a owoce będą smaczniejsze i bardziej soczyste. W końcu będzie podlewana i nie zostanie pozostawiona sama sobie. Tylko ten cień od orzecha… Na to już chyba się nic nie poradzi, bo przesadzać się ją boję. Bo jak się nie przyjmie…?

Obskubałam też „skalniaczek”, który skalniaczkiem jeszcze nie jest z chwastów wszelakich. Głównie to perz i trawa. I trochę ledwo wyrosłej gwiazdnicy. Pigwa (czy pigwowiec – jeszcze nie umiem tego rozpoznawać) już zaczyna puszczać listki, byliny wieloletnie powoli zaczynają się zielenić i wyrastać spod ziemi. Forsycja jeszcze nie chce kwitnąć. Widocznie nie jest jeszcze tak ciepło, by obsypała się żółtym kwieciem.

Skalniaczek

Ech, pół dnia roboty, a zdążyłam zrobić tak niewiele. Nic, jutro trzeba to będzie powtórzyć.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie