Tag Archives: biblioteka

Nowości, czyli „niusy”

Nowa praca się zestarzała i została zastąpiona dwoma innymi.
Wróciłam na „stare śmieci”, choć się zarzekałam, że nigdy więcej. Ot, słowa na wiatr rzucane.
Brakowało mi ciepła i przytulności, jaką oferuje biblioteka, czego za nic w świecie nie znajdę w księgarni, choć niby to też praca przy książkach.
Jedna z nich jest rozkrzyczana i rozbiegana.

 

Druga za to jest uporządkowana i cicha, spokojna, niemal senna…

 

Jak długo będzie mi dane przebywać w tych miejscach, to się jeszcze zobaczy. Wszystko się może zdarzyć…
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa

Dzwonek…

Za chwilkę będzie dzwonek na przerwę. Komputer włączony, zalogowany, gazety gotowe do użycia… jeszcze kilka chwil i zacznie się harmider.

I dobrze, niech się zacznie. Nie lubię idealnej ciszy. Wręcz się jej boję. Jako niemal ślepa istota kieruję się głównie uszami. Nic nie słyszę – gubię się…

Dziś dwie lekcje pod rząd… nie mogę rozruszać umysłu – śpi sobie w najlepsze i ani myśli się ruszyć do pracy…

Oho! Krzesła szurają w klasie nade mną, zaraz odezwie się to, czego w szkole nigdy nie lubiłam: dzwonek.

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa

Zobojętnienie…?

Chyba dopada mnie zobojętnienie… moje siły przeznaczone na szarpanie się z parszywą rzeczywistością są na wykończeniu.
W pracy potraktowano mnie jak zło konieczne, jak wariatkę, której wmawia się coś, by tylko samego siebie utwierdzić w przekonaniu, że owa osoba wariatką jest.
Nie zdążę już z niczym… znów będą zaległości. Wszystkie plany poszły się paść… znów będę donosić wszelkie dokumenty po czasie.
Czemu mam nad sobą takiego gościa, który tylko siebie traktuje poważnie, resztę swych pracowników mając za nic, za imbecyli, którzy nie potrafią zrozumieć jego ambicji… ambicji, które nie są skierowane tam, gdzie powinny?
Pedagog od półtorej roku prosi o dociągnięcie głupiego kabla, który pozwoli jej na połączenie z internetem, gdzie będzie mogła uzupełniać swoją wiedzę.
Ja prosiłam go o szybkie decyzje, które podejmował szybko… po kilku tygodniach albo… wcale…
Tak przepadły planowane przeze mnie konkursy (a niby awans nauczycieli to jego „oczko w głowie”), prawie przepadły pieniądze na książki… przynajmniej dzieciaki będą miały czasopisma do czytania.
Ja się mogę starać, ze skóry wyłazić, z siebie wyskakiwać i stawać obok, a on jednym ściągnięciem brwi – niby tyran na cesarskim tronie – niweczy i w nicość przemienia to wszystko…
Mam być nijaka? Mam być taka, jak on? Nie potrafię, bo za mocno mi zależy na dzieciach. O siebie nie dbam. Chcę im przybliżyć świat, który znają z TV, chociaż książkami, chociażby tylko tym, co znajdą na stronach czasopism młodzieżowych. Wiele z nich nawet co miesiąc nie ma pieniędzy, by głupie „Bravo” sobie kupić. U mnie mają czasopism od zagwizdania. I chcę, żeby tak zostało. Na zawsze.
I żeby znajdowali na półkach książki, które z chęcią przeczytają… z których czegoś się nauczą… którę będą wspominać… książki, które nie będą ich straszyć zapachem stęchłego, skurzonego papieru… książki piękne i kolorowe, pobudzające wszystkie zmysły…
Tylko tyle…
Tyle że już nie mam siły szarpać się z rzeczywistością. Z dyrem. Z samą sobą, by zacisnąć zęby i zamknąć usta, kiedy chce się wrzeszczeć na całe gardło o tym, co nas boli.

Wiatr szarpie dachówki
Kominy wyją przerażone
Wiatr z motylich skrzydeł…

1 komentarz

Filed under praca zawodowa

The…

The… end?
Nie wiem… jestem wykończona, a tyle jeszcze musze zrobić…  sprzątanie, paranie, mycie garów, prasowanie całej szafy rzeczy, jeszcze strony, grafika… zrobić plan zagospodarowania pomieszczenia b-cznego, bo mamy dostać nowe komputery…
Mam peewne koncepcje, ale trzeba przelać to na papier…

Jestem wypluta… wyrzęta… najlepiej by mi było schować się w mysią dziurę i tam przeczekać, przeboleć, przebudować, przewartościować…. potem wyjść…. i żyć dlaej, bo jakoś chyba jestem uzależniona od życia… mimo przeszkód, trosk, problemów…

Wczoraj dojechały płytki podłogowe… będą do kuchni… jeszcze trza poczekać na panele i  chyba zaczniemy zabawę w remont… tak po prawdzie nie mogę się doczekać , kiedy kuchnia będzie śliczna, nowa i czysta… co prawda nie taka, jaką sobie wymarzyłam, ale… wymarzoną zrobię w kasztelu, kiedy go sobie wybudujemy, bo taki jest nasz, wspólny cel. Nasz – Najemnej…

Czas kończyć posiedzenie przy kompie… i pochodzić trochę po domu, poukładać, posprzątać, powymiatać, pomyć… ech… może zatrudnię sprzątaczkę? 😛

1 komentarz

Filed under praca zawodowa, życie

Ot i dzień zwykły….

Dzień zwykly, chłodny mimo że słoneczny…

45 dzień przed wakacjami…

Siedzę w bibliotece przed kompem i uśmiecham się pod nosem… czemu? Ano, przypominam sobie jak to Chico potrafi się ze mną porozumiewać 😀

Otóż wieczorem, kiedy za oknem już się zrobi porządnie ciemno Choco schodzi na wysokość drzwiczek wolierki i się drze, jak tylko nimfa potrafi się drzeć. Na darcie nie pomaga miętolenie, cmokanie, głaskanie, przysmak… przekrzykiwać i tak nie ma sensu, bo on i tak jest głośniejszy 😛

W tym momencie należy podejść do wolierki, rozstawić drabinę, wspiąć się na nią i spuścić koce, by w wolierce zrobiło się ciemno. Wtedy Chico grzecznie wędruje na górne gałęzie fiufiając sobie cichutko po drodze 🙂

Jak już się usadzi wygodnie, to dziobek chowa w pióra na grzbiecie i śpi.

Falistki jeszcze sobie gaworzą pod nosem… pewnie opowiadają sobie bajki na dobranoc 😉

I kto powie, że ptaki nie mają umiejętności myślenia?

Nowe pti ma jednak imię. Poprzedni właściciele nazwali ją Kuba, a że to samiczka, to u nas jest Kubusią 🙂

Bierze (zły) przykład z Lary i ogryza żerdzie i pręty klatki… boi się jeszcze okropnie, ale powoli się przyzwyczaja do nowego otoczenia. Nawet biegunka jej przeszła 🙂

Martwi mnie tylko kichanie niektórych pti 😦

W takie deszczowe dni mury szybko się wychładzają i robi się nieprzyjemnie 😦 Tabitabi i Frytek nie wyglądają dobrze… pewnie się przeziębiły… zaparzę im rumianku i dam po południu, jak wrócę do domu… będzie dobrze… musi być…

Sezon w pełni… znaczy sezon turniejowy… co tydzień są gdzieś imprezy, ale nie możemy być wszędzie, bo albo nas nie stać trwonić tyle czasu (o pieniądzach nie wspominam :P), albo nie jesteśmy odpowiednio „datowani” na określony turniej, albo po prostu chcemy sobie odpocząć 😛

W ostatni weekend maja jedziemy rozerwać się do Będzina 😀 mam nadzieję, że tradycji nie stanie się zadość i nie będzie padać 😛 jak co roku…

Najwyżej wyśle się w powietrze samoloty, żeby rozpyliły suchy lód – to podobno pomaga na odwołanie deszczu 😛

No nic, koniec przerwy na odprężenie i wracam do pracy 🙂

Dodaj komentarz

Filed under papużki, praca zawodowa, turnieje, życie

Śpię…

Jestem tak zmęczona po turniejach (Ząbkowice Śląskie i Byczyna), że do tej pory nie mogę się obudzić.

Jeszcze 30 minut i będę mogła iść do domu…

A w domu… trzeba posprzątać, powklejać zdjęcia z wojaży, wcześniej je skanując i obrabiając. No i trening przecież…

A jutro… jutro do Opola trza zaglądnąć, może coś ciekawego się w ciuchlandzie znajdzie? Jakiś ładny len albo tanie futro?

Pti mają się dobrze. Co prawda przez ten deszcz kichają, ale jak tylko się im podgrzewa w pokoju grzejnikiem elektrycznym, to się czują coraz lepiej 🙂

Komp domowy nam wariuje i inny sprzęt… komp nie widzi stacji a:/

drukarka olała sprawę drukowania i tyle. Przynajmniej jeszcze w pracy mogę podrukować niektóre dokumenty, ale trzeba za nie płacić, bo prywaty to za darmo u nas nie można odwalać 😛

Jeszcze jedna księga inwentarzowa została mi do wpisania i jestem na czysto. Będę mogła wpisywać dalej książki z przekazów i nowości. No i wyjaśni się sprawa darów, które wciąż stoją na półkach zbierając kurz…

Nic…

Ćwierć! Ćwierć! Ćwierć!

Trzy ćwierci do śmierci!

Ale wredne te wróble…

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa, turnieje, życie

Turnieje!!!

No i nastał nam sezon turniejowy.

Wczoraj wróciliśmy z Dni Opola…

Ciężko napisać, jak było, bo było i tak, i tak…

Konie rycerskie się płoszyły od najdelikatniejszego szmeru 😀 Plankton się wyrabia historycznie, a bractwa rycerskie – niektóre – nadal siedzą w mroku 😛 ironia 😀

Bitwa była świetna – mnóstwo pięknych „momentów” zapierających dech w piersiach – zwłaszcza, kiedy kawał tlącej się przebitki z hakownicy upadł tuż przy słomie wśrób plątaninę kabli… :O

Największym jednak szczęściem było pierwsze – po całej dłuuuugiej zimie – spotkanie ze znajomymi. Jednak nie było czasu i możliwości na zamienienie więcej niż kilku słów, gdyż – jako rzemieślnicy i kupcy – mieliśmy pełne ręce roboty, bowiem zainteresowanie metodami naszej pracy było ogromne.

Dziś powrót do rzeczywistości… na pierwszy PKS już nie zdążę, za godzinę mam drugi, który też dowiezie mnie na czas…

Ciężko wrócić do XXI wieku, kiedy dzień wcześniej było się jeszcze w XV…

Zbroi jęk i miecza szczęk…

Szelest sukni, tupot stóp po bruku

Fletu śpiew, bębna przytup

Gwar setek gardeł

Turniej…

2 Komentarze

Filed under podróże, praca zawodowa, turnieje, życie