Miało być tak ładnie, a wyszło, jak zawsze

Bo dzień zapowiadał się naprawdę miło. Słońce nie prażyło nazbyt mocno, chłód nocy nadal pozostawał w murach, a w lesie było jeszcze przyjemniej, bo dochodził do tego leciutki, chłodny wiaterek, delikatnie szemrzący zielonymi liśćmi drzew. I wszystko było takie piękne, dopóki nie zjawili się Oni. Pies i jego Człowiek. Pies wielkości zasuszonego kucyka (hart polski), mający komendy w głębokim poważaniu, agresywny tylko do psów. Suki gwałci. Ale dla jego Ludzi on się bawi. Puściłam zatem naszą psiejdę ze smyczy, bo tak ma większą szansę na uniknięcie gwałtu, niż jakby stała na smyczy przy mnie. No i trochę się w chłodzie wybiega, bo po południu, to i patyk nie wygląda za bardzo ciekawie i intrygująco. Umykała zgrabnie napalonemu amantowi do czasu… Naparł na nią z boku. Nie wyrobiła na zakręcie i nim zdążyłam zareagować, już miałam dwa psy wbite w moje nogi. Jedna jeszcze nie doszła do ładu po przestawianiu kanapy, a druga już nie chciała działać. Człowiek odwołał Psa i sobie poszedł. Co się będzie przejmował kimś, kto ledwo stoi, bo Pies przecież musi się wybiegać, wyszaleć i pospacerować bez smyczy. Usiadłam, bo stać nie szło. Piesa położyła się obok. I tak sobie leżo-siedziałyśmy. Z daleka Człowiek tylko zakrzyknął: „Skręcona?”, „Nie, złamana w trzech miejscach” chciałam odkrzyknąć, ale pokręciłam tylko głową. Kiedy ból największy zelżał, poszłyśmy dalej. Teraz siedzę i czuję, że jednak noga mi spuchła, a staw skokowy jest jakby mniej ruchliwy. Cóż, maść w dłoń i będziemy rozwiązywać problem.

Z rana pojechałam jeszcze na działkę. Rowerem. Podlałam ominięte wczoraj z braku czasu grządki, znalazłam przeoczonego wczoraj pomidora i go od razu zjadłam. Nie byłam w stanie się oprzeć zapachowi. A pomidor? Niebo w gębie! Z tym właśnie smakiem tęskniłam przez cały rok, mając jego namiastkę tylko w postaci przecieru pomidorowego, stojącego w karnych rzędach i szeregach w piwnicznej szafie. Mam nadzieję, że jutro też mi się uda podjechać i trochę popracować nad odchwaszczeniem.

Z cukinii, kalarepy, rzodkwi letniej, kalafiora i brokuła zrobiłam potrawkę na bulionie. Pycha! Nie ma to jak własne, zdrowe warzywa, ugotowane w wolnowarze. Na lekko chrupko. Cały gar, który mieści 6,5 litra. Prawie z górką. Będzie na parę dni. A taka potrawkowa zupa, to najlepsza rzecz, jaka daje się zjeść w takie upały. Nią też się mogę podzielić 😉

Aha! Jakby ktoś potrzebował sałaty (masłowej, rzymskiej), to mogę odstąpić, bo narosło nam ich znów mnóstwo. Zapraszam zatem do umawiania się po odbiór.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, pieseł, rolniczo, zaokienne życie

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s