W poszukiwaniu nadchodzącego czasu…

14-07

Odwiedzili nas dziś znajomi, z którymi dotąd mamy kontakt tylko przez internet i telefon. Szkoda tylko, że tak bardzo krótko mogli być, bo przejeżdżali tylko przez nasze miasto. No, może „przejeżdżali przez” to za dużo powiedziane. „Przejeżdżali obok” byłoby bardziej dokładnym określeniem. Dlatego też wczoraj zabrałam się za porządki i zachciało mi się odkurzyć podłogę też za kanapą. Zrealizowałam swój pomysł, a gdy przesuwałam mebel na miejsce, który się zablokował na wykładzinie, nadwerężyłam sobie kolano. Coś tak mi w nim przeskoczyło, że wyłam na głos (się sąsiedzi nasłuchali!), a w oczach pokazały się konstelacje. Przez dobrą godzinę nie mogłam w ogóle stanąć na tej nodze, choć ruszać mogłam nią bez bólu, kiedy nie była obciążona. No i sprzątanie nie miało już sensu, bo każde stąpnięcie na lewą nogę owocowało przeszywającym bólem. Cóż, maść w dłoń, trochę masażu na wieczór, a jutro stabilizator i robimy za cyborga. Oby tylko nie trzeba było za nikim biegać w pracy, bo na pewno nie dam rady. Nie w służbowych butach na obcasie…
Jednak popołudnie spędzone w doborowym towarzystwie A. i O. oraz ich dzieci, które są ewenementem, bo rzadko się zdarzają takie grzeczne, rozumne i tak samodzielne w takim wieku. Doprawdy, jestem pełna podziwu dla ich pracy przy wychowywaniu już trójki maluchów. Rzadko kiedy spotyka się tak odpowiedzialnych i mądrych rodziców. I nie słodzę dlatego, że są moimi znajomymi, bo to nie ma znaczenia, że uwielbiam dzieci, bo tak po prawdzie wyznaję zasadę, że dzieci mogą być, byle z dala ode mnie, tylko oceniam faktyczny stan rzeczy. Oni naprawdę ogarniają tę trójkę bez większego trudu i zmęczenia, bo wpoili maluchom zasady, których nie pozwalają złamać pod żadnym pozorem i tak na przykład chłopcy, choćby ganiali się bez tchu i opamiętania po chodniku, jak tylko znajdą się w pobliżu ulicy, zatrzymują się tuż przed krawężnikiem. Bez upominania, bez krzyków, bez paniki. Ot, stają i czekają na rodziców, żeby podać rękę i bezpiecznie pod opieką dorosłego przejść przez jezdnię. No i, skubańce, zaakceptowały moją osobę, która nie dawała żadnych sygnałów, mogących zachęcić ich do tego. Ba! Wręcz przeciwnie: unikałam kontaktu, jak tylko mogłam, choć nie byłam opryskliwa i nieuprzejma, bo na to nie pozwala mi moje wychowanie. Cóż, to nie są normalne dzieci, co to, to nie! 😀

A. i O. dziękuję za wizytę, życzę świetnych wakacji i liczę na powtórkę.

15-07

Poszukiwania nowego domu trwają. Wiem, że nie odbędzie się to natychmiast: dziś mieszkanie, jutro dom, ale i tak się już bardzo niecierpliwię. Gdyby udało się nam kupić ten cudny dom w Jakubowicach, już o nic nie musielibyśmy się martwić. I nikt by nie wyklinał mnie od czarnej owcy w rodzinie, bo nie zabrałam chorej mamy do siebie, nie zwolniłam się z pracy (na umowie zleceniu nie przysługuje mi urlop) i nie otoczyłam jej opieką, tylko zostawiłam (po rozmowie i długim namyśle z innymi członkami najbliższej rodziny) w domu opieki (czyli przytułku, jak mawia dalsza rodzina). Bardzo chciałabym opiekować się mamą codziennie, ale jest parę „ale”:

  • nie znam się na opiece osobą sparaliżowaną;
  • nie mam wystarczającej wiedzy, by przeprowadzić odpowiednią rehabilitację;
  • nie zmieszczę łóżka rehabilitacyjnego ani nawet wózka inwalidzkiego w swoim wielkim, 45m2 mieszkaniu;
  • nie wtargam mamy na 4 piętro (nie mam tu windy, bo to stara kamienica);
  • nawet jeśli wtargam, zrobię miejsce dla łóżka, to mama będzie zamknięta w mieszkaniu i nie wyjdzie na żadne spacery;
  • w razie problemów (pogorszenie stanu zdrowia) karetka z lekarzem (albo i bez) przyjedzie, kiedy będzie mogła (albo w ogóle), bo wzywana jest przez osobę prywatną.

Dlatego tak bardzo zależy nam na przeprowadzce na wieś, gdzie będę mogła na parterze odpowiednio przygotować dla mamy lokum, w międzyczasie się podszkolić w zakresie opieki i rehabilitacji (czytam dostępne w sieci materiały, ale wciąż mi za mało, żeby zrozumieć wszystko i nie być zaskakiwaną na każdym kroku) i przejąć opiekę nad mamą już w pełni. Nadal pozostaje problem karetki, która w mieście ma problem, żeby zdążyć, czy w ogóle wyjechać, a co dopiero na wsi… tyle że wtedy to będzie tylko jeden minus z wymienionych powyżej. Tylko jeden. Który niekoniecznie musi się zdarzyć.

Proszę zatem o pomoc w znalezieniu dobrego miejsca. Szczegóły można znaleźć tu, na -> FEJSBUKOWEJ STRONIE <-. Z góry serdecznie dziękuję.

Reklamy

6 Komentarzy

Filed under domowo, życie

6 responses to “W poszukiwaniu nadchodzącego czasu…

  1. Kwerkus

    Nie przejmuj się dalszą rodziną, zawsze najłatwiej się wymądrzać komuś, kto ma minimalne pojęcie o sytuacji. Najczęściej są to też osoby, które gdyby znalazły się na Twoim miejscu, by nie zrobiły nawet 1/10 tego co Ty zrobiłaś.
    Ostatnio też stanęłam przed podobnym wyborem. I wiem (bo mama do końca była w pełni sprawna umysłowo i mogła o sobie decydować), że ona nie chciała być ciężarem. Poza tym taki ośrodek, z odpowiednio przygotowanym personelem i wyposażony w odpowiedni sprzęt, jest w stanie zapewnić choremu o wiele lepszą opiekę niż najbardziej pełni poświęcenia członkowie rodziny nie są w stanie. Bo członków rodziny jest kilku, a nie kilkunastu, bo nie mają takiego wyposażenia.
    Trzymam kciuki za spełnienie zamierzeń i ślę dobrą energię. 🙂

    • Do takich samych wniosków doszliśmy, kiedy decydowaliśmy się na ten bolesny krok. Bolesny, bo jest nam bardzo przykro, że musieliśmy to zrobić, a nie postąpić zgodnie z własnymi przekonaniami i sumieniem. Cóż, kiedy warunki są takie, a nie inne, sytuacja też nie najciekawsza i robimy wszystko, by mama wróciła do sprawności ruchowej, a pod okiem rehabilitantów, którzy codziennie będą z nią ćwiczyć na pewno się to stanie. Ech, strasznie do kitu się porobiło…

      • Kwerkus

        To tym bardziej, skoro intensywna rehabilitacja działa, zrobiliście najlepiej dla mamy. Zabranie jej do domu i odcięcie od tej rehabilitacji byłoby działaniem na jej szkodę!

        • Ty to wiesz, ja to wiem, ale rodzina wie swoje 😦 I im nie przetłumaczysz 😦

          • Kwerkus

            To należy ich o… Powiem ładniej. Zlekceważyć ich opinię.
            Dodam, że od kilku lat praktycznie nie utrzymuję kontaktu ze sporą częścią rodziny, ograniczając go do niezbędnego przy załatwianiu spraw które wymagają uczestnictwa obu stron (jak np. współwłasność działki po dziadkach).. Właśnie z powodów „bycia mądrzejszym” i wcinania się w naprawdę ciężką sytuację w moim domu.

            • Miałam inne wyobrażenie o swoich bliskich. Problem, a raczej choroba pokazała ich prawdziwe oblicze 😦 strasznie to przykre, ale cóż ja na to poradzę. W ich oczach jestem wyrodną córką i czarną owcą w rodzinie. Głównie dlatego, że nic nie robię (czyt. nie afiszuję się z pomocą). :/

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s