Żyję egzaminami i nauką… i wsią…

20-05

Zarobiona jestem po same ślepia… zwłaszcza, że egzaminy mam dwa już w ten weekend. A na razie jestem zielona, jak trawka. Pamiętam tylko to, co było na zajęciach i co mam w notatkach, a muszę jeszcze sięgnąć głębiej w podaną „literaturę”. Strasznie się obawiam, że nie podołam temu i zawalę po całości…

W poniedziałek ostatni raz widzieli mnie na działce. Udało mi się wykarczować jeden rząd drugiego warzywnika z perzu. Czemu tak mało? Ano, bo polazłam po południu, po robocie i perzu jest w ziemi od zakitrania. Kłącze na kłączu, kłączem poganiane. Miałam nadzieję, że w tym roku będzie tego tałatajstwa mniej, ale gdzie tam! Mnoży się to to wykładniczo chyba, a na pewno na potęgę. I to nie Posępnego Czerpu… if you know what I mean 😉 Zaraz po karczowaniu posiałam skorzonerę, cukinię i pasternak. Ten ostatni staje się powoli moim ulubionym warzywem. Bardzo pasuje mi jego smak, aż się zastanawiam, co ja jadłam, kiedy pasternaka nie znałam?

Wtorek spędziłam w połowie w pracy i w połowie nad notatkami i materiałami, i książkami. Kiedy się jest zmęczonym, wiedza nie chce włazić do łba tak szybko, jakby się tego chciało. A potrzebuję, żeby szybko tam właziła i się mocno zagnieździła, bo zależy mi na dobrych, a nawet bardzo dobrych ocenach. Trzeba w końcu stanąć na wysokości zadania i skoro uważają mnie za kujona, to trzeba tę opinię utrzymać, czyż nie? 😉 A tak po prawdzie, to chcę, by to wszystko, czego się uczę trzymało się w mojej głowie od początku nauki po kres moich dni. Po prostu zależy mi na jak najlepszym przygotowaniu się do tego zawodu. Bo to takie moje małe marzenie móc pomagać ludziom i mieć wiedzę oraz umiejętności, by pomoc nie zaszkodziła.

Dzisiejszy dzień w robocie miał być (wg grafiku) spokojny, lekki i krótki. Niestety, zmieniono plan w ostatniej chwili i wylądowałam znów przy ciężkiej, fizycznej pracy na siedem godzin. Na zarobek nie narzekam, bo jest najwyższy, na jaki mogę liczyć w obecnej sytuacji, a że robota ciężka, to już insza inszość. No i udało mi się trafić okazję: kieckę do Belly Dance w idealnym stanie (zdeczko za długa, ale nie przeszkadza to w ogóle w ruchach, już próbowałam) i angielsko języczną wersję Wolnych Ciutludzi!

A w domu? Ot, zrobiłam o wiele mniej, niż miałam w planach. Na szczęście udało mi się jeszcze napisać jedną pracę zaliczeniową. Nad drugą posiedzę jutro. Chyba nikt nie będzie mnie gdziekolwiek wyciągał? Pogoda jest typowo barowa, więc nie mam wyrzutów sumienia, że mnie na działce nie widać, że nie robię dalej tego, co powinno być już dawno zrobione, a przez zimno stało sobie i czekało na lepsze czasy. Plony będą spóźnione, ale będą. A skoro dorobiliśmy się zamrażalki, to teraz nie muszę się przejmować, gdzie ja to wszystko powciskam. A tak papużki reagują na porcję zieleniny, którą im z działki przytacham:

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Ech, najwyższy czas iść spać.

22-05

Zapomniałam napisać, że we wtorek kochany, naprawdę kochany Pan Kurier wtargał mi na samą górę, do mieszkania pakę ze środkami czystości, jaką zamówiłam sobie w firmie Clovin. Będę testować, czy opinie, jakie czytałam o tych proszkach, mydłach i płynach nie są przesadzone. Bo jeśli nie są, to mam nieograniczony dostęp do tanich, a dobrych środków. Na przykład takie piętnasto-kilogramowe opakowanie proszku do prania kosztowało mnie ledwo 35 zł, a pięć litrów mydła w płynie – zaledwie 10 zł.

Mydło ma bardzo przyjemny, niezbyt intensywny zapach, co mi odpowiada, bo nie lubię przeperfumowanych. Dłonie nie są tak wysuszone po nim, jak po mydle w kostce. Co prawda nie można z niego narobić mnóstwa piany, ale jest bardzo wydajne, mimo, że konsystencja nie jest gęsta, jak w przypadku mydeł dostępnych w sklepach. Co do reszty produktów (a nakupiłam ich trochę, bo chodziło mi o darmową przesyłkę, którą kupujący otrzymuje po przekroczeniu 65 zł w zamówieniu) będę pisać, kiedy już je wypróbuję.

G. kupił w prezencie przeszkadzajkę. Dla mnie. Wiedźmina kupił. Tego z Dzikim Gonem. Nie dość, że Skyrim mnie ciągnie, że ciągną świeżo zakupione książki, o których wspomniałam wcześniej, to jeszcze Wiedźmin. Wczoraj po nauce siadłam na jakąś godzinkę, żeby zobaczyć, czy w ogóle się da w to grać. Wcześniej G. doglądał instalacji, bo ja chciałam zrobić wszystko, co zaplanowałam przy nauce, bez odrywania się i tracenia koncentracji. Dostałam na zachętę płytę z muzyką do posłuchania i robiłam swoje. A potem, w nagrodę, mogłam przejść kawałek świata. Jak na razie, to wygląda to, bardziej dla mnie, jak Gothic niż Skyrim – jeśli chodzi o rodzaj gry. W Skyrimie mogę sobie robić, co chcę, błądzić po wszelkich lokacjach, odnajdywać ukryte skarby i jaskinie, za to w Wiedźminie na razie idę, jak po sznurku. Dokładnie tak samo grało mi się w Gothica. I nie, jest to dla mnie gorsze lub lepsze. Stwierdzam tylko fakt, że na razie Wiedźmin z otwartym światem ma mało wspólnego, jeśli przyrównać go do Skyrima. W sumie wiele nie pograłam, bo co to jest godzina spędzona w nierealnym świecie? Ledwo się samouczek skończyło i rozpoczęło pierwszą misję główną. Będę wrzucać swoje odczucia co do Wiedźmina, jak sobie na niego pozwolę po wykonaniu zaplanowanych zadań.

Dostałam też potwierdzenie zgłoszenia na 18. Wystawę Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko – Czeskiego. Byłam na ubiegłorocznej edycji na tzw. doczepkę z (wtedy jeszcze) Made by Hands (obecnie Łaszki) i bardzo mi się tam spodobało. Dlatego w tym roku jadę jako ja. Będę pokazywać przędzenie, tkanie i występować w średniowiecznym stroju. O, tak sobie wymyśliłam. Relację z długiego weekendu rzemieślniczego na Wystawie zapewne zamieszczę na blogu rzemieślniczym. Tak będzie bardziej tematycznie.

Jeszcze spotkałam się z Różową Mamcią Miesiąca na poczcie. Naprawdę, niektórym ludziom powinni zakazać rozmnażania się i zakaz ten poprzeć permanentną sterylizacją, żeby nie pogłębiać bezmózgowia i pustactwa w społeczeństwie. Otóż RMM rozmawia sobie z jakimś „menem”. Wewnątrz urzędu pocztowego. Nie załatwiała żadnych spraw. Stoi i gada. Młodsze dziecko grzecznie śpi w wózeczku (za co mu chwała i cześć niechaj będzie), a starsze, płci żeńskiej pozostawione samopas grzecznie przyssało się do maszynki robiącej… nie, nie „ping”, a karteczki z numerkami. Nabrało tego śmiecia już w dwie piąstki, automat informujący o kolejnych wolnych numerach, jakie mogą udać się do danego okienka już zachrypł od ilości powiadomień następujących jedno po drugim, ale RMM ani myśli cokolwiek z tym zrobić. Ona ROZMAWIA. Grzecznie więc zwróciłam małej uwagę, że ta maszynka, to nie zabawka i nie powinna się nią bawić, a raczej w łapki wziąć swoją lalę, a nie stertę papierków z nadrukiem. Na co RMM się poczuła do roli kwoki i naskoczyła na mnie ze słowami: „Czy masz jakiś problem?”. No pacz, znamy się? Oj, moja słaba pamięć! Na co z progu odparłam: „Tak, z panią”. RMM coś tam jeszcze pomarudziła, ale nie mam pojęcia, co bo przez zamknięte drzwi nie było słychać, a z ruchu ubabranych różową szmineczką ust nie chciało mi się czytać. Co ciekawe, RMM i jej „men” oraz parka pomniejszych kopii ewakuowali się z urzędu pocztowego zaraz po tym zajściu. Być może do mojej reakcji dołączyły się panie z okienek, którym już głowy puchły od komunikatów „Numer sto dwadzieścia trzy, okienko de”, „Numer sto dwadzieścia cztery, okienko a” i tak w koło Macieju… Naprawdę, ludzie mają problemy z ogarnięciem rzeczywistości. I to tej najbliższej…

A co poza tym? Ano siedzę i się uczę. Wiedza trochę opornie idzie do głowy, ale mam nadzieję, że uda mi się zdać oba egzaminy na jak najwyższą ocenę. Boję się, że nie podołam, że dostanę takie pytania, o których nie będę mogła się w ogóle wypowiedzieć… najgorszy będzie dla mnie zawód. Bo zawiodę samą siebie, bliskich, znajomych i samych wykładowców. Nic to, czas porzucić komputer i zająć się przyswajaniem wiedzy…

24-05

Egzaminy zaliczone na 5 i 4. Czekam na wieści, czy dorzucą nam następne na koniec tego semestru. Zobaczymy. Na razie mam trochę wolnego od intensywnej nauki.

Wczoraj (w sobotę) pojechaliśmy popatrzeć na kolejny domek, w którym moglibyśmy się osiedlić. Niestety, pierwszy zgrzyt to to, że tuż przy nim biegnie dość ruchliwa, główna droga. Drugi zgrzyt – miniaturowe podwórko (choć ziemi 24 ary). Trzeci – wścibskie i chamskie sąsiedztwo. Co na plus? Ano, wyremontowany dom wewnątrz, od razu można się wprowadzić i mieszkać, a potem zrobić dachówki. Jest prąd, woda, łącze telefoniczne, kanalizacja. Na posesji stoi wielgachna stodoła, zajmująca całą szerokość wąskiej parceli, przez którą można przejść na drugą stronę, gdzie jest reszta gruntów. Sama trawa i trawa, a przy drugiej drodze, na samym końcu parę jabłonek. Przy zwiedzaniu strychu dostałam solidnie belką stropową w łeb… myślałam, ze schyliłam się wystarczająco nisko. Niestety… aż zadzwoniły zęby, a w oczach pojawiły mi się świeczki. Teraz mogę grać żeńską wersję Harry’ego Pottera. Gdybyśmy się na niego zdecydowali, mielibyśmy do zrobienia dach, bo dachówki się sypią, jak płatki wiśni w czasie jej święta i izolację murów i fundamentów od gruntu, bo strasznie mokro w piwniczce, a i mury wyglądają na lekko podsiąknięte. Aleśmy się nie zdecydowali. Nie po to chcę się wynieść na wieś, by mieć więcej ruchu kołowego (włącznie z lawetami, ciężarówkami, autobusami i stadem samochodów) tuż pod oknami niż mam obecnie, mieszkając w mieście. A gdybym chciała podglądać sąsiadów i być przez nich podglądaną, to bym szukała domku na osiedlu domów jednorodzinnych. Mnie się marzy spokój i odludzie, a nie środek wsi. A domek wygląda mniej więcej tak:

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka...

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka…

Część kuchni

Część kuchni

Ogrooomna łazienka

Ogrooomna łazienka

Sypialnia

Sypialnia

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Komórka na coś tam :P

Komórka na coś tam 😛

Wnętrze stodoły

Wnętrze stodoły

Widok na "włości" od strony stodoły.

Widok na „włości” od strony stodoły.

Widok od strony końca parceli.

Widok od strony końca parceli.

Jedna z kilku jabłonek.

Jedna z kilku jabłonek.

Reklamy

4 Komentarze

Filed under nauka, recenzje, rolniczo, życie

4 responses to “Żyję egzaminami i nauką… i wsią…

  1. bagienka

    Pierwszy raz w życiu słyszę o skorzonerze, aż mnie przytkało jak poczytałam co to za cudo 😀

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s