Po przerwie na robotę

Długo mnie nie było w tym wirtualnym świecie, bo mimo tego, iż Internet udało mi się wydłubać i mogłam  niego bez przeszkód korzystać, to i tak czasu na błądzenie po światach wirtualnych za wiele nie było. W sumie to głównie rozchodzi się o siły na szperanie i czytanie…

Skrótowo zatem temat potraktuję, obiecując rozwinąć go w późniejszym czasie:

Przez ponad miesiąc zaiwaniałam u Niemców. Od rana do ciemnej nocy. Przez 7 dni w tygodniu. Bez wolnych sobót i niedziel. Jak się wyjechało na budy o 8:30, to w tygodniu około 22 było się z powrotem w hotelu. W weekendy po 23. Więcej chętnych na rybkę z winem mieliśmy, ot co. Tak, tak… w gastronomię mię rzuciło, ryby norweskie, zwane łososiem przyszło mi rozdawać ludziskom za ciężkie pieniądze. W bułce, na tacce, na talerzu, z kartoflem uparzonym w aluminiowej folii – do wyboru do koloru. I jeszcze białe winko do tego, jak kto chciał.

Niemcy to ciekawy naród. I nie pisze tego zjadliwie, z podtekstem, czy ironicznie. Doprawdy mnie zaciekawili, bo do życia podchodzą tak bardzo odmiennie od nas, Polaków, że aż nie mogłam oczu oderwać. Zwłaszcza, że od czasu do czasu było naprawdę na co popatrzeć (if you know what I mean). Po pierwsze: uśmiech. Po drugie: wygląd. Po trzecie: luz. Jakiż my cierpimy na te trzy rzeczy deficyt! Ja wiem, że tam życie jest inne. Starczyło mi się napatrzeć przez miesiąc, by wyciągnąć wnioski i się posmucić nad naszym pochrzanionym losem.

Hamburg to cudowne, portowe miasto. Owszem, ma miejsca, gdzie mogłam czuć się jak w obecnym miejscu zamieszkania, bo do niektórych dzielnic wozy sprzątające nie zajeżdżały, ale i tak było na co popatrzeć. W centrum jest mnóstwo prześlicznych, suto zdobionych kamienic, które rywalizują z budynkami ze szkła i stali. Ulice są obstawione wszelkimi sklepami po obu stronach, często całe budynki są po prostu przeznaczone na centra handlowe. Obojętnie, czy z nowej, czy ze starej architektury. A w okresie przedświątecznym wszystko jest cudnie ozdobione lampkami, choinkami, bombkami – wprost z przepychem. I wszędzie słychać kolędy, piosenki świąteczne. W każdym sklepie, na każdym skwerze, gdzie przygrywają uliczni artyści. Nawet kuranty w kościele Św. Piotra wygrywają „Jingle Bells”, czy „White Christmas”.

A co z NaNo? Wiecie, że mi się udało napisać wymagane 50 tys. słów i jeszcze trochę ponad? Pisałam, kiedy mogłam, ile mogłam i tak szybko, jak to tylko możliwe i… udało się. Sama do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Chyba to dotrze do mnie, jak oficjalnie się tym pochwalę w osobnym wpisie i z odpowiednią grafiką. A samo opowiadanie pokażę światu po dokończeniu historii i jego gruntownym zredagowaniu. Teraz – jak mi tylko organizm wyhamuje i nieco wypocznie – będę mieć zdecydowanie więcej na to czasu.

Póki co zwijam się odsypiać dalej swoją hamburgską przygodę.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under pisarstwo, podróże, życie

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s