Jak z bicza trzasł

Dni lecą, jak wściekłe przed siebie, nawet nie wiem, jak je ogarnąć na tyle, żeby zrobić wszystko, co muszę i co poplanowałam. Ziemia i rośliny z wolna przygotowują się do zimy, choć za oknem jeszcze temperatura bliższa latu niż jesieni, choć aura niekiedy już jesienią zawiewa.

Pisałam, ze postanawiam pisać co niedzielę? Taaa… ja i moje postanowienia. No, nie potrafię wytrwać w nich i tyle, jeśli nie dotyczą czegoś naprawdę ważnego.

Ostatnio dopadła nas jakaś choroba, ale z pomocą ziół i silnej woli już wychodzimy na prostą. Co prawda mój „ukochany” łeb wyłączył mnie skutecznie na weekend (a miałam go spędzić w „polu” przy robocie). Przespałam całą niemal sobotę i ponad pół niedzieli. Nic nie zrobiłam. Jestem strasznie zła na siebie, ale kiedy ledwo mogę się utrzymać w pozycji wertykalnej, siedząc na tyłku, to jak mogłabym się utrzymać na nogach i jeszcze być aktywną? I żadne zabiegi mające na celu ból ten usunąć nie skutkują. Jak złapie, to nie ma przebacz.

A z przyjemniejszych rzeczy? Cóż… mam pracę. Bardzo dorywczą. I nie ma z niej jakichś strasznych zarobków, ale w obecnej sytuacji nie pogardzę żadnym groszem.

Plony, choć zakusy pomrowów były srogie, jednak się udały. Na półce już brakuje miejsca na nowe słoiki, a jeszcze nie skończyłam z przetworami. Mówiąc oględnie jestem w połowie ogarniania tego tematu. Cieszy mnie to niezmiernie, bo znów będzie co jeść przez zimę i nie tylko. I to z roślin, które nie znają sztucznych nawozów i chemii. Jakoś tak z wolna zaczynam się coraz mocniej odnajdywać w kuchni, choć nadal nie lubię stać przy garach. A jak już o staniu… moja kochana zmywarka dokonała żywota w kłębach śmierdzącego paloną izolacją dymu… dobrze, że byliśmy wtedy w domu, bo jak nic cała kuchnia by się mogła spalić, jeśli nie całe mieszkanie! Szczęściem w nieszczęściu, umarła tylko zmywarka. Zatem mam teraz dodatkową robotę: zmywanie, które „uwielbiam” na równi ze sprzątaniem. Ale cóż mogę na to poradzić? Przecież nie będę układać stosów brudnych naczyń, wyjmując z szafki coraz to nowsze. Aż taką bałaganiarą nie jestem.

W małym pokoju już stoi komplet szaf i szafek. Powolutku zaczynam układać swoje i nie swoje rzeczy warsztatowe, żeby się nie walały po całym domu. Dzięki temu pół przedpokoju wygląda, jak przedpokój, a nie składowisko wszystkiego. W samym małym pokoju już zaczyna wszystko wyglądać bardziej pokojowo i trochę warsztatowo. W sumie nie mogę się doczekać, zeby wreszcie usiąść i zacząć tkać, bo tak mnie do krosien ciągnie, jak nigdy. A jeszcze przecież krosna duże są do ogarnięcia w garażu i chodniczki do utkania! Na te ostatnie zbieram już materiały. Wolniutko, bo i portfel nie zasobny, ale zbieram. I też się nie mogę doczekać możliwości rozpoczęcia pracy na nim.

Ach! Od wczoraj mieszka z nami mały, pierzasty rekonwalescent z uszkodzonym skrzydłem. Mianowicie jaskółka dymówka. Została znaleziona przez mojego znajomego H. w trakcie konnej przejażdżki. Teraz ją podkarmiam tym, co upoluję w domu. Wszak to mięsożerca pełnym dziobem. Cóż, moim marzeniem było posiadać mięsożernego sokoła albo jastrzębia, a stanęło na jaskółce. Cóż zrobić? Jakie fundusze, takie jastrzębie…

Tyle podsumowania na dziś. Postaram się teraz już regularniej wrzucać wpisy na bloga, choć nie obiecuję poprawy. Zdjęć też dziś nie zamieszczę. Nie mam do tego głowy… która nadal boli.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, papużki, prace ręczne

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s