Nie wiem, zarobiona jestem

Wariacki był ostatni tydzień. Wszystko za sprawą pokazu dla lokalnej organizacji historycznej. Nie miałam czasu na nic zupełnie, bo trzeba było napisać tekst do interpretacji legendy, by dopasować wszystko do naszych możliwości, potem nagrać wszystko i zmontować. Najlepszy czas do nagrywania był późno w nocy, bo inaczej nie było szans na uzyskanie czystego głosu, kiedy za plecami szaleje 15 papug, a po prawej stronie biega, roznosząc klatkę w drobny mak, królik. No po prostu się nie da. Tak więc trzy nocy zarwane, za dnia ćwiczenia walki na miecze, a po południu próby inscenizacji. Boję się, co zastanę na działce. Aż się boję tam jechać… oczami wyobraźni widzę wszystko przeryte przez krety, zjedzone przez nornice i pognite od deszczu… brrr…

Wszystko się udało wyśmienicie: ludziskom, którzy byli w stanie stać na deszczu podobało się to, cośmy dla nich przygotowali i nawet deszcz siąpiący chyba przez cały czas ich nie odstraszył, i byli z nami do samiutkiego końca. Piszę „chyba”, bo w ferworze walki nie byłam w stanie ocenić, czy coś leci z nieba, czy nie. Co innego było mi w głowie.

Bilans strat? Obite ramię G., guz na mojej głowie (nie utrzymałam tarczy przed niespodziewanym atakiem), rozcięty wewnątrz policzek (nawet nie wiem dlaczego, czym i kiedy), pocięte od miecza ręce jednego z walczących i na pewno co najmniej trzy osoby złapały przeziębienie. Obolałych mięśni i stawów oraz co i rusz pojawiających się nowych siniakównie liczę. Ale – mimo wszystko – jesteśmy zadowoleni. Wszystko wyszło, jak miało wyjść, choć proch mokry był, lonty zapalać nie chciały, a i nagłośnienie robiło sobie niekiedy jaja. Mam nadzieję, że ludziska będą długo wspominać nasz występ. Wiecie skąd ta nadzieja? Bo słyszałam z wiarygodnych źródeł, że podczas ostatniej sceny widzowie uronili co najmniej jedną łzę. Ha! Tacy zdolni jesteśmy! Ludzi do łez doprowadzamy. Hi hi hi!

Dla mnie jeszcze nie czas na lenistwo, bo jutro biegnę do pobliskiej biblioteki miejskiej pokazać, jak się przędzie na wrzecionie i tka przy pomocy bardka. Wszystko to w ramach programu Europejskie Dni Dziedzictwa 2013. Mam tylko nadzieję, że mi giezło, gacie i nogawiczki wyschną do tego czasu, bo musiałam wszystką bieliznę wyprać po pokazie. Wełny do przędzenia mam spory zapas, więc tu nie będzie problemu, za to krosenko muszę osnuć, a to trochę potrwa, bo nawet wzoru jeszcze w głowie nie mam wykiełkowanego… ale to nic. Do wieczora mam czas na osnucie.

Nic to… czas na drugie śniadanie, a potem dalej do prac domowych…

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rozrywka, zaokienne życie

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s