Wiosna! Ach, to ty!

Od dwóch dni wiosna wreszcie zdecydowała się przyjść w nasze progi. Słońce nagrzewa powietrze i ładuje mi akumulatory tak, że chce mi się chcieć. Wczoraj cały dzień sobie tkałam krajeczkę w serduszka oglądając przy okazji serię programów o wypadkach lotniczych. Ot, chyba żeby zrównoważyć euforię, którą rozbudziło we mnie słońce. Utkana krajka wygląda naprawdę imponująco, kiedy tak patrzę się na część utkaną, nawiniętą na „bęben”. Dużo jej. Chcę ją przerobić na paski. takie współczesne. Może się uda? Może komuś się spodobają?

Z racji tego, że jest coraz cieplej, ruszyłam znów z sianiem warzyw i ziół, by potem przenieść je w rozsady, a w końcowej fazie na warzywne grządki i do zielnika, który z wolna powstaje na działce tuż przy tunelu foliowym. Miałam kilka zeszłorocznych papryczek ostrych (chyba chili). Okazało się, że były dość zasobne w nasiona, więc jeśli wszystkie warunki okażą się sprzyjające, będzie dużo ostrych papryczek do wykorzystania. Rozkruszane skorupki wysuszonych owoców chyba lekko pyliły, bo zaczęło mnie kręcić w nosie i drapać w gardle. Cóż, pierwszym odruchem było przytkanie paluchów do nosa. Tak, tak… chili jest zdecydowanie lepsze do oczyszczania nosa od mentholu. Gdyby tylko jeszcze nie rozgrzewało skóry do czerwoności, to pewnie byłby dobry środek na katar. Zatoki też mi przy okazji wyczyściło. Ale przez dobre 10 minut ciężko było nawet oczy otworzyć. I ciesze się, że mnie oczy nie zaswędziały podczas babrania się z papryczkami… szczypanie w nosie jeszcze jakoś ścierpię, ale oczu…? Aż strach pomyśleć. W każdym bądź razie nasionka zostały posiane, szczodrze poczęstowane wodą i zafoliowane, żeby wilgoć nie uciekła za szybko. Mam nadzieję, że większość z nich urośnie, bo terminy przydatności do wysiania były naprawdę różne. A zdecydowaną większość nasion kupowałam w tym roku. Chyba tylko dwa opakowania były dość leciwe, jak na nasiona. Miejmy nadzieję, że za niedługo będzie zielono w siewnikach.

Trzeba będzie na działce zacząć prace porządkowe: folię na tunelu posklejać, warzywniak przekopać, opryskać brzoskwinię, żeby kędzierzawki nie miała i śliwę, by torbielowatości nie nabyła, bo w tamtym roku nikt nie zbierał owoców, więc wisiały sobie i gniły, grzybiejąc z wolna, co wcale nie jest takie zdrowe dla drzewa. Zatem dostanie porcję odgrzybiacza, żeby nic jej nie było. A brzoskwinka już miała kędzierzawe liście w tamtym roku, więc na pewno będzie miała i w tym. Trzeba by też poprzycinać i poprześwietlać trochę drzewa, bo nieco zdziczały wygląd mają. Zwłaszcza śliwka. No i trochę Ruderkę ponaprawiać, bo musi nam służyć, póki nie nazbieramy na ładniejszą altankę. Roboty naprawdę mnóstwo. I już na pewno bylibyśmy w połowie robót, gdyby zima nie trwała tak długo. No cóż, będzie trzeba przyspieszyć, żeby zdążyć z tym, co wymaga określonych ram czasowych.

Papużki dostały drugą w tym roku kąpiółkę, ale tylko Draśka skorzystał z niej tak, jak się winno korzystać: wlazła cała do talerza i się wytomkała w wodzie. Reszta zrobiła to, jak francuska dama: odrobinkę na dziobek i rozchlapać, napuszyć piórka… o, tyle starczy. Ciptuszki. Nawet się porządnie umyć nie potrafią. Teraz, oczywiście, mają czas na wymianę garderoby, a ja zbieram ich prześliczne pióra wręcz garściami. Myślę, co z nich zrobić i już parę pomysłów mam na zagospodarowanie papuziego pierza. Nie tylko na poduszki.

Nic, chwila na herbatę się skończyła, trzeba trochę ogarnąć mieszkanie i zrobić coś do przekąszenia na obiad.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s