Dżingle bels, dżingle bels…

Deszcz zaczął padać już w nocy. Stukał w parapet niczym głodny wróbel, domagający się porcji ziaren. Szumiał jednostajnie, to znów stukał, to pluskał w rynnie. Dziś kontynuował swoją działalność. Mżył, siąpił, by zmienić się w ulewę, a ostatecznie w śnieg. Mokry, lepiący się do jeszcze nieopadłych liści, wiszących wciąż na drzewach.

Wczoraj zdążyliśmy okryć prawie wszystkie róże. Na jedną nie starczyło, na tę najmniejszą z pnących. Owszem, dokupiliśmy włókninę z zamiarem okrycia jej dziś, ale padający od nocy deszcz skutecznie działkowanie wybił nam z głowy. Mam nadzieję, że się nie przemrozi i przeżyje tę chwilkę bez osłony.

Nasza „koza” otrzymała kawałek rury, który służy jej za komin. No, teraz dopiero ma prędkość w spalaniu wszelkiej maści śmiecia, który sukcesywnie znika z powierzchni działki w jej żarłocznym wnętrzu. Gdyby tak jeszcze się udało zrobić tak, by można było palić w Ruderce i ją nagrzewać, byłoby cudownie. Zwłaszcza teraz, kiedy zima nadchodzi wielkimi krokami. Tylko bardzo byśmy nie chcieli spalić Ruderki, jak zamieszkujący ją swego czasu bezdomny, który napalił w „kozie” i zamroczony alkoholem zapadł w głęboki sen. Szczęściem ktoś zauważył, ktoś ugasił i Ruderka stoi., trochę połatana, trochę niepełna i przysmędzona, ale stoi. Póki jej korniki nie zjedzą. Zobaczymy, co się uda wymyślić w tym temacie.

W piątek nie mieliśmy prądu na działce. Nie wiadomo czemu sobie poszedł, bo i przepisane już jest wszystko na nas, i zapłaciliśmy za zużytą od zakupu energię. Już widniała przed nami groźba przemarznięcia, ale okazało się, że mamy formę zastępczą. Skoro nie możemy zagotować wody w czajniku elektrycznym, to od czego jest „koza” i zwykły czajnik z gwizdkiem? Zatem rozpaliłam ogień tak, by buzował wręcz i buczał w kominie i szybko nagrzał fajerkę. Po czym postawiłam na nie czajnik. Nie trzeba było bardzo długo czekać na wrzątek. Czas, kiedy woda się podgrzewała, wykorzystaliśmy na oczyszczenie trawnika z liści, napełnienie wiadra i konewki wodą, by pod koniec prac podlać wszystko, co rośnie pod tunelem. Żeby herbata nie stygła za mocno na zimnie, kubki stawiamy na płycie „kozy”. Nawet zimna potrafi w parę chwil zmienić się we wrzątek. I to lubię.

Kiedy już ogrzaliśmy nieco nasze kości i wnętrzności, zabraliśmy się za owijanie włókniną róż pnących. Starczyło, tylko na dwa krzewy. Najmniejsza pozostała bez przykrycia. Mam nadzieję, że nie zamarznie tam teraz przez noc pod tym śniegiem. Zwykłą różę (bo taka też się gnieździ na rabacie, zasłonięta przez mieczykopodobne liście) obłożyłam liśćmi i obsypałam ziemią. Mam nadzieję, że przeżyje, bo dopiero dziś wyczytałam, że liście orzecha włoskiego (a tych właśnie użyłam) nie nadają się do takich zabiegów. Ewentualnie można ją odkopać i owinąć włókniną, która zostanie po osłonięciu małej pnącej. Cóż, następnym razem takiego błędu nie zrobię. Na pewno.

Przed podlaniem roślin podtunelowych zebrałam nieco koperku dla papużek i znalazłam jeden wtruszczony przez nornicę. No tak, nie ma już dobrych pietruszek, to trzeba zmienić jadłospis. Wyrwałam też kilka sałat. Dla nas i dla papużek. Reszta jeszcze może trochę podrośnie jeszcze póki pod folią ciepło i mokro. Standardowo też wyrwałam pęczek rzodkiewek. znów będzie można się delektować pysznymi kanapkami z zieleniną. truskawki odbijają. Widać na wielu z nich (przeważającej większości) nowe, świeże listki. Myślę, że się przyjmą, choć na wiosnę, kiedy będziemy zmieniać folię na tunelu, będziemy je przesadzać na zewnątrz. Powinno im być tam lepiej.

Wciąż zbieram pomysły na działkę: na zielnik, warzywnik, sad, domek i altankę. Mam teraz tak wiele wzorników, że nie wiem, czego się trzymać. Ale nie ma się czym przejmować – finanse zawsze okroją odpowiednio wszystkie pomysły, które nie zdążą się rozbujać za mocno. Będę musiała wreszcie usiąść i przenieść pomysły na papier, zaplanować przestrzeń ogrodu, żeby dobrze wyglądał w każdym calu. I jak wreszcie wszystko zacznie rosnąć, rodzić plony, będziemy mogli być w końcu samowystarczalni choćby tylko pod względem warzyw, owoców i ziół. No i będziemy wiedzieć, co jemy, czym były żywione rośliny, które konsumujemy. I będziemy mieli też kawałek ziemi, na którym będzie można sobie spokojnie odpocząć. Póki co, wszystko jest na poziomie planów…

A za oknem zima… śnieg wciąż sypie i ani myśli przestać. Ale jedno w tym mnie cieszy – koniec z jednośladami, których dosiadają półmózgie „mielone”. Skończy się wycie motocyklowych silników na wysokich obrotach, bo dziecku się spieszy, a obwodnicę traktuje, jak autostradę. Będzie ciszej. Z drugiej strony… ciekawe, ile aut i ciężarówek poślizgnie się na feralnym rondzie. Miejmy nadzieję, że ani jedno.

Przy karmniku zaokiennym ciągły ruch. Jak tylko nie pada, żywi się tam stado wróbli, kilka sikorek i parę mazurków. Za to na działce odwiedził nas rudzik. W pierwszej chwili, jak go zobaczyłam, myślałam, ze to wielki, szaro-rudy motyl. Dopiero, jak pofrunął w krzaki żywopłotu, zobaczyłam, że to malutki ptaszek. Wracał jeszcze parę razy na nasz nieużytek, jakby na coś czekał. Zrobię karmniki, zrobię. Takie z butelek. Zawsze będą miały coś do przekąszenia w te zimowe dni.

A teraz uraczę Was garścią jesiennych jeszcze zdjęć z czwartkowego działkowania:

         

Reklamy

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, papużki, zaokienne życie

2 responses to “Dżingle bels, dżingle bels…

  1. Inaz

    Fajną macie budkę z MacDonaldem 🙂

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s