Dzień pełen niespodzianek

Nic nie zapowiadało wrażeń, jakie i dziś nam przypadły w udziale. Ot, dzień jak co dzień, tylko bardziej słoneczny od wczoraj. Przed południem zabrałam się za robienie ciasta winogronowego (jak będzie dobre, to podzielę się przepisem) i tak jakoś zeszło do popołudnia. Jeszcze zrobić to i tamto, pokręcić się tę w nazad i można się wybierać na działkę. W końcu wczoraj skoszona trawa czeka na zagrabienie.

I tak już siedzimy w Kalarepie, już sobie wyjeżdżamy z parkingu, gdy nagle moją uwagę przykuł niepasujący do ogółu szczegół… Na placu parkingowym leżał sobie spokojnie, przez nikogo nie niepokojony… portfel. Czarny, wypchany, ze śladem bieżnika na skórze. Zabrałam, bo co będzie sam tak leżał, niech się przejedzie z nami. Wewnątrz: kilo kart. Kredytowych, bankomatowych, wstępu, występu i inne. Prawo jazdy, dowód osobisty, legitymacja studencka, karty członkowskie do różnych miejsc, o których istnieniu nie miałam pojęcia. No i trochę pieniędzy. W tej gęstwie plakietek odnalazłam dowód osobisty, a na nim nazwisko i adres delikwenta. Nie namyślając się za długo, wklepałam adres w nawigację (bo naprawdę nie mieliśmy pojęcia, gdzie może być ulica widoczna, jako adres zameldowania właściciela portfela) i ruszyliśmy na poszukiwania. Kiedy dotarliśmy na miejsce, w prześlicznym domku na peryferiach miasta zastaliśmy ojca, który zgubę od nas przejął i od razu zadzwonił do syna z pytaniem, gdzie się podział jego portfel. Chłopak okazał się być bezstresowym biznesmenem. Portfel zgubił, bo mu wypadł z kieszeni, jak sięgał po telefon, a potem… zapomniał go podnieść z ziemi. No, przecież każdemu się zdarza 😛 Pośmialiśmy się i już się mieliśmy żegnać, gdy nagle otrzymaliśmy „znaleźne”. Na benzynę starczy bez najmniejszego problemu. Bardzo miły gest. Rzadko spotykany…

Bez przeszkód już dotarliśmy na działkę, ale tu nowe zaskoczenie… Pan Bezdomny wyszedł nam na przeciw (a szliśmy z Panem Wiceprezesem, bo spotkaliśmy się po drodze) i zaczął relacjonować, że znów po naszej działce ktoś łazi, żeby pooglądać miejsce wypadku. No, nie powiem, trochę nas ruszyło. Znów będzie pogięta siatka ogrodzeniowa, bo sobie ktoś ubzdurał, że sobie popatrzy z bliska. Dotarłszy pod furtkę, okazało się, że zablokowany jest zamek. Ktoś ewidentnie próbował przepchać drzwiczki, by się dostać do środka. Na szczęście wystarczyło lekko pociągnąć furtkę do siebie i można było uruchomić zamek. Naszym intruzem okazał się jeden z uczestników wypadku. Ten w garniturze, co krzyczał za żoną. W pierwszej chwili go nie poznałam i opieprzyłam, że dlaczego nam po naszej ziemi łazi? Potem Wiceprezes wyjaśnił mu, że niszczenie mienia RODu nie należy do odpowiednich zachowań i że wystarczyło się skontaktować z Zarządem, a pod jego nadzorem i zezwoleniem umożliwiono by mu przejście przez działkę bez wspinaczki wysokoogrodzeniowej. Chłopak przyszedł, by poszukać torebki swojej żony, bo tam i komórka była, i dokumenty, i inne popierdółki, które w sumie najważniejsze na świecie nie są, ale miło by było je odzyskać. Niestety, mimo przetrząśnięcia wszystkich okolicznych chaszczy, nie znaleźliśmy nic, co by było podobne do torebki damskiej. Chwilę pogadaliśmy i oto, czego się dowiedzieliśmy:

– dziewczyna, która została przywrócona do życia jest w stanie śpiączki, ale nie do końca, bo z relacji jej męża (który też przyjechał na miejsce zdarzenia, tylko na drugi brzeg rzeki) wynika, że reaguje na bodźce zewnętrzne;

– dziewczyna, która przez pewien czas przebywała w wodzie wyrzucona z auta, ma uszkodzony rdzeń kręgowy, ale ma czucie w nogach, skarży się na okrutny ból i może lekko poruszać palcami u stóp;

– dziewczyna, której nie widzieliśmy, bo wyciągnięto ją najprawdopodobniej na drugi brzeg, ma odmę i połamane żebra;

– mężczyzna, który miał rozbitą twarz został poskładany, włącznie z nogą, na której ból się skarżył jeszcze podczas akcji ratunkowej.

Reszta pasażerów jest zdrowa na ciele, ale widmo wypadku będzie im towarzyszyć jeszcze długo. Niestety. Tak to już jest, że będzie się to wspominać w najmniej odpowiednim momencie i to przez długi czas. No i tak to już jest, że jak się wjeżdża w rondo z prędkością 130 km/h, to nie ma przebacz – wyrzuci nawet najlepszego kierowcę rajdowego. No, chyba że zadriftuje…

Po pożegnaniu panów intruzów zabraliśmy się za prace polowe, czyli grabienie wczoraj skoszonej trawy. G. zaczął naprawiać kosiarkę bębnową, która miała pewne opory przed cięciem trawy. Przyszedł do nas też Pan Bezdomny na kawę. Akurat była w zapasach działkowych, więc nie było problemu. Problemem był tylko brak czajnika, który przysposobiliśmy sobie w domu. Ale i na to znalazł się sposób – Pan Bezdomny przyniósł po prostu swój. Kiedy już trawa została zagrabiona, kosiarka naprawiona, woda się zagotowała, więc mogliśmy spokojnie wypić i kawę, i herbatę. Żałowałam tylko, że ciasta nie dało się zabrać, bo polewa nie zatęgła na tyle, by go ruszać gdziekolwiek. Byłoby w sam raz do gorącego napoju.

Jeszcze pozostało tylko podlać trawnik, roślinki pod folią i drzewa i można się zbierać do domu. Przy okazji jeszcze mieliśmy o mało co pretendenta do przetarcia się o barierki i jednego wesołego rowerzystę, który pokonał obwodnicę i rondo pod prąd… no cóż…

Dziś, niestety, bez zdjęć. Zapomniałam aparatu…

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s