Podsumowanie pierwszego tygodnia w pracy

Jak minął tydzień?
Pracowicie.
Musiałam objąć myślą, zrozumieniem, a w końcu i pamięcią (która u mnie jest naprawdę krótka) wszelkie prace i działania, jakie będą, a raczej już należą do moich obowiązków. Z początku wydawało mi się tego dużo i obawiałam się, że nie dam rady wszystkiego zapamiętać. Potrzebowałam szturchnięcia, przypomnienia, a to mi się nie podobało. I pewnie nadal będę potrzebować takich prztyczków od Szefowej, póki nie wejdzie mi to wszystko w krew.
Póki co praca nie jest ciężka, czy frustrująca. Nie muszę wszystkiego robić na wczoraj, a najlepiej na poprzedni tydzień, jak się rzecz miała w moich poprzednich miejscach pracy. Tu, na razie jest naprawdę spokój. Na razie, bo wiem, że przy końcu semestru może być mniej spokojnie, ale – myślę – że jakoś przez to przebrnę.
Nie boję się iść do pracy, co jest dla mnie sporą zmianą. Wręcz diametralną. Wiem, co mnie czeka, wiem, co należy do moich obowiązków, i wiem, co będę musiała zrobić. Nie ma pośpiechu, nie ma wrzasków, nie ma pretensji (tym bardziej nieuzasadnionych). Nic nieprzyjemnego nie powinno mnie zaskoczyć. Idąc do pracy, nie dostaję ataku paniki, nie robi mi się duszno, nie dostaję drgawek.
Owszem, odczuwam zmęczenie, bo nie przestawiłam się jeszcze na popołudniówki, ale nie jest to zmęczenie, które by nie pozwalało na żadną inną działalność. Ot, zwykły ubytek sił. Nawet G. zauważył, że nie wracam już z pracy szara i wypruta z całej energii, więc chyba jest dobrze.
W piątek miałam już sama dopilnować zamknięcia szkoły. Dostałam pęk kluczy, kod do alarmu i przeszkolenie, jak wszystkiego używać. Okropnie się bałam, że o czymś zapomnę. Metodycznie powtarzałam każdy krok, by niczego nie pominąć. Wydawało mi się, że wszystko zrobiłam poprawnie. Wieczorem, a raczej już mocno w nocy po północy, jeszcze raz powtórzyłam w myślach każde działanie. I zalała mnie fala gorąca. Nie mogłam sobie za nic przypomnieć, czy zgasiłam ostatnie ze świateł. Nie pozostawało nic innego, jak się ubrać i podjechać na miejsce, żeby sprawdzić, czy aby prądu nie zżera niepotrzebnie pozostawiona włączona żarówka. Dzięki kochanemu G. sprawę załatwiłam wszystko w krótkim czasie i nie zdążyłam zmarznąć, bo się zaoferował, że ze mną pojedzie. Kalarepa nie była na chodzie, bo akumulator się ładował, a Szkapą jeździć nie odważyłabym się.
Po dotarciu na miejsce okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku: światła pogaszone, drzwi pozamykane… Cóż, w poniedziałek się okaże, czy to ja zgasiłam światło, nie pamiętając tej czynności, czy Szefostwo przyjechało mnie sprawdzić i wyłączyło pozostawioną lampę. No i mam nadzieję nie powtarzać tego typu akcji. Dobrze, że to była noc z piątku na sobotę, więc wycieczka między północą a pierwszą rano nie byłą dużym problemem. W sobotę odespaliśmy z nawiązką, budząc się dopiero przed dziesiątą.
Podsumowując – muszę wiele rzeczy sobie w głowie ułożyć, żeby się nie mylić i nieco przyspieszyć swoje codzienne działania, ale jestem zadowolona z pracy. Szefowa wprost mówi mi, że właśnie kogoś takiego szukała. Tylko, żeby nie chorować – to najważniejsze. A potem się wszystko samo pokula.
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s