Weekend poza światem…

… współczesnym. Bez prądu. W środku lasu. Z dala od cywilizacji. Z grupą znajomych.
 
Pogoda nam dopisała, choć wszelkie prognozy krzyczały, że będzie burza, że przez cały czas tylko deszcz i deszcz. A u nas było słońce. Nawet w cieniu siedząc, opaliłam sobie ramiona i nos…
Sobota przeminęła leniwie lecz szybko. Praca nad nową torbą pielgrzymią, przerywana była krótkimi wyskokami w las, by wyprowadzić psa na spacer. Wieczór i część nocy upłynęła n rozmowie i przy lucecie. Przy świetle z lamp naftowych nie potrafię szyć, a lucet nie wymaga ode mnie większej uwagi, więc plotłam sobie sznurek, rozprawiając o wszystkim i niczym z chłopakami. Pozostała część odpoczywających poległa już w okolicach 22giej.
Niedziela rozprażyła polanę tak, że podjęliśmy się wyprawy nad pobliskie (choć oddalone o jakieś 1,5 km) jezioro. Zimna woda, niemal studzienna ochłodziła nas. Mięśnie rozruszały się pływaniem.
Tuż przed podróżą powrotną jeszcze poszłam w las po jeżyny. Dla G. Bo jego z nami nie było, musiał zostać w ten weekend w pracy, niestety. Odnalazłam ścieżkę prowadzącą do ruiny starego domu, gdzie pamiętałam, iż wokół rosło mnóstwo dorodnych krzewów. Stoczyłam ciężką bitwę ze swoją arachnofobią, zostałam podrapana przez jeżyny i pogryziona przez czerwone mrówki. Jedna z jeżynowych gałęzi pochwyciła mnie mocno za włosy, gdy schylałam się po owoce. Długo męczyłam się, by wyplątać z kolców swój długi warkocz. Dobrze, że jeszcze jakiś pająk mi na kark nie zeskoczył, bo wtedy na pewno bym się tylko mocniej zaplątała. Koniec końców – z pełnym słoikiem jeżyn wróciłam do Niebieskiego Domku. Zapakowałam się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Od czasu do czasu napotykaliśmy drobny deszcz, lecz najgorszy złapał nas już w naszym mieście. Ledwo co było widać w strugach deszczu, które z trudem rozgarniały wycieraczki z przedniej szyby. Szczęśliwie jednak udało się dotrzeć do domu. Znaczy mnie na pewno. Chłopcy się nie odmeldowali jeszcze, ale myślę, że nic im nie przeszkodziło w spokojnym powrocie do domów.
Troszkę zazdroszczę tego domku…Miałam nadzieję, że Domek nad Uroczyskiem będzie własnie taką naszą enklawą ze stokrotkami na trawniku, z lilakami przy płocie i jabłkami w sadzie, i dobrymi sąsiadami za płotem i po drugiej stronie drogi… niestety, świat stwierdził, że losy poukłada inaczej.
Cóż, może kiedyś…
Reklamy

2 Komentarze

Filed under podróże

2 responses to “Weekend poza światem…

  1. Sarenzir

    Tatsu Twój domek na Ciebie czeka, jestem tego pewna . tylko musi nadejść TEN czas

    • Mnie się wydaje, że wszystko już przepadło… ale to chyba po prostu wina doła, który mnie męczy od bardzo długiego czasu. No i dodatkowo ból głowy od wczoraj… :/

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s